Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 17 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 07 Cze 2026 12:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 759
Loty: 1428
Kilometry: 2 943 707
Krajów: 124 / 57.9%
platynowy
W ciemnościach słychać tylko cichy plusk delikatnie zanurzanych w wodzie żerdzi, którymi Bumps i jego pomocnik odpychają w płytkiej przy brzegu wodzie nasze mokoro czyli płaskodenne pirogi. Koryto Okawango pozostaje jeszcze ukryte za gęstym sitowiem, ale mocne światło księżyca i gwiazd pozwala dostrzec w oddali ruch i kotłowanie wielkich cielsk hipopotamów na rzece.

Staramy się wszyscy być naprawdę cicho, ale chlupot i chrumkanie hipopotamów, dla których to główna pora na żerowanie, stają się coraz bardziej intensywne. Najwyraźniej wyczuwają intruzów w miejscu należącym o tej porze nocy całkowicie do nich.

Bumps co chwila omiata zarośla latarką wydając krótkie polecenia dla pirogi przed nami. Musimy naprawdę wyczuć dobry moment, hipopotamy uspokajają się po chwili i na cichy sygnał Bumpsa pierwsza piroga wychyla się z zarośli i rozpoczyna przeprawę przez główny nurt rzeki. Bumps gestem nakazuje milczenie i ruszamy powoli drugim mokoro w mrok.

Image

Poznałem Bumpsa zaledwie kilkanaście minut wcześniej, czekał już na nas nad brzegiem Okawango, uścisnął mi dłoń i powiedział po prostu:

- Zrobimy to.

Ale co ja robię z żoną i przyjaciółmi o 10-tej w nocy w środku Delty? Nasz samochód przepadł, camp gdzie mieliśmy nocować zalała wczoraj woda a Foster, który mi obiecał zastępcza furę po prostu zawiódł. Walter wyświadczył nam przysługę podrzucając nas w to miejsce, ale sam nie mógł więcej zdziałać bez pomocy Fostera, który pewnie ciągle siedzi bezpiecznie w Kasane. Pokłócili się przed chwilą przez telefon przy ocalałej budce biura zalanego campu, cud, że Walter złapał jakiś zasięg. Zastaliśmy tam lokalną pracownicę, którą obudziliśmy i przekonaliśmy do pomocy. Walter, który został w to wplątany parę godzin temu, chce też nam pomóc więc nie ma zamiaru odpuścić. Miał świadomość, że i tak złamaliśmy dzisiaj mnóstwo zasad w tym zakaz jeżdżenia nocą po Delcie. O próbie przeprawy w nocy pirogami przez rzekę z hipopotamami nawet nie wspomnę. Efektem pozytywnym ich kłótni jest decyzja o podwiezieniu nas nad brzeg Okawango i przekazaniu Bumpsowi. Po drugiej stronie, około 500 metrów dalej, widać było pojedyncze światła innego obozu. Tylko tyle i aż tyle bo od nich dzieli nas kawałek rzeki z mnóstwem aktywnych, wielkich zwierząt nie za bardzo lubiących jak ktoś im zakłóca żerowanie. Hipopotamy to dla wielu sympatyczne, powolne i niezdarne wielkoludy, ale w wodzie w nocy są dla ludzi śmiertelnie niebezpieczne. Szacuje się, że rocznie odpowiadają za śmierć ponad 500 osób w Afryce.

Decyzje w końcu zapadły poza nami, sympatyczna dziewczyna z campu uśmiecha się do mnie, wlewając nadzieję na jakiś dach nad głową dzisiaj i prowadzi nas w ciemność. Jednak dopiero jak Bumps polecił nam wejść do mokoro, dochodzi do mnie co zamierzamy zrobić! To wszytko dzieje się za szybko i zanim przetrawiłem sytuację i zaprotestowałem Bumps już ruszył.

Pierwsze mokoro już pokonuje około jednej trzeciej odległości, kiedy i my wychylamy się z zarośli i po cichu i ruszamy jego śladem. Bumps kładzie mi dłoń na ramieniu w geście wsparcia, wchodzimy na otwarty nurt i rozpoczynamy przeprawę.

Nagle słyszymy niedaleko głośniejszy ruch w wodzie a potem potężny plusk. Odgłosy innych hipopotamów mocno się wzmagają. Bumps wstaje gwałtownie i krzyczy na całe gardło:

- Go!! Faster! - i rozpoczynamy szaleńczy wyścig.

Prowadząca piroga, w której siedzą moi przyjaciele minęła już połowę rzeki i kieruję się już ku zaroślom na drugim brzegu. Cisza przestaje obowiązywać, w wodzie za nami jeden z hipopotamów postanowił najwyraźniej przegonić intruzów zakłócających jego terytorium lub po prostu ruszył na nas, bo poczuł się zagrożony.

Na brzegu do którego zmierzamy, grupa ludzi zaczyna świecić latarkami, krzyczeć głośno i dodatkowo uderzać mocno kijami w wodę.
Nie mam czasu na zebranie myśli, kulę się w pirodze, usiłując balansować ciałem przechyły spowodowane intensywną pracą ramion Bumpsa stojącego w lodzi tuż za mną i ratującego nam tyłki.

Ścigający nas hipopotam zdradza swoją pozycję głośnym rozpryskiem wody więc słyszę go doskonale coraz bliżej za nami. Bumps nie ogląda się za siebie tylko co chwila ponagla pierwszą pirogę sam zwiększając tempo. Na brzegu naprzeciwko krzyki narastają. Gdy docieramy do sitowia nasze szanse wzrastają. Dwie osoby wbiegają do wody oby pomoc nam przedostać się przez płyciznę i nagle sięgają po mnie pomocne ręce wyciągając mnie dosłowne z łodzi na brzeg.

Napięcie natychmiast opada. Miejscowi wiwatują i śmieją się co najmniej jakby ktoś znajomy wygrał jakiś wyścig. Wyścig, w którym sam mimowolnie brałem właśnie udział.

Podchodzę do Bumpsa ze ściśniętym gardłem chwytając go za dłoń i mamrocąc podziękowania. Całe czoło ma zroszone potem i ciężko dyszy.

- Jesteśmy już bezpieczni, jesteśmy bezpieczni - odpowiada ale zaraz potem dodaje już tylko do mnie patrząc mi prosto w oczy:

- It was damn close….

Dlaczego Bumps i jego pomocnik narażali swoje życie? Nie prosiłem ich o to, nie wynająłem ich za pieniądze, aby się tak poświęcali! Dlaczego?

Co poszło nie tak, że jesteśmy tu bez pewnego i bezpiecznego miejsca noclegowego? Dopiero co z Walterem natknęliśmy na dwie lwice z młodymi śpiące sobie na środku dojazdówki niecały kilometr od campu. Ich ominięcie zajęło kilkanaście minut. Dopiero co słoń przedzierał się przez krzaki obok zalanego obozu, skutecznie przerywając kłótnie Fostera z lokalną pracownicą, która najwyraźniej chce nam jakoś pomóc. Stanęliśmy wszyscy jak wryci, dopóki Walter nie zapalił szybko świateł w samochodzie i słoń przeszedł obok.

Czy Foster jest, nomen omen, czarną postacią tej całej afery?

I najważniejsze - dlaczego cały mój misterny plan na spokojne zjechanie wynajętym samochodem Delty Okawango rozsypał się dziś jak domek z kart?

Na te wszystkie pytania odpowiem w tej relacji.
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"


Ostatnio edytowany przez hiszpan, 07 Cze 2026 19:08, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
29 ludzi lubi ten post.
7 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Offline
#2 PostWysłany: 07 Cze 2026 12:35 

Rejestracja: 10 Maj 2014
Posty: 1816
Loty: 134
Kilometry: 230 859
Krajów: 44 / 20.6%
niebieski
To gryzę pazurki i czekam ;)
_________________
http://ineedatrip.pl/
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#3 PostWysłany: 07 Cze 2026 13:34 

Rejestracja: 19 Lip 2016
Posty: 69
Będzie się działo...
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#4 PostWysłany: 08 Cze 2026 21:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 759
Loty: 1428
Kilometry: 2 943 707
Krajów: 124 / 57.9%
platynowy
AKT I: T.I.A. czyli This Is Africa!

Delta Okawango, cóż to musi być za wspaniała kraina pełna dzikich ptaków i wielkich zwierząt afrykańskich, przepraw łodzią przez rozlewiska i cudownych krajobrazów sawanny i buszu!

Takie miałem wyobrażenie o tej największej śródlądowej delcie rzecznej na świecie. W niezliczonych programach przyrodniczych wymieniana jest jednych tchem obok Serengeti, Masai Mary i innych słynnych parków Afryki.

Dostanie się w jej pobliże znacznie ułatwiły mi promocje Ethiopiana, który już od jakiegoś czasu lata z Polski przez Wiedeń do Addis i stamtąd do Victoria Falls w Zimbabwe. A to już rzut kamieniem od Botswany gdzie znajduje się ta przepiękna kraina. Bilet RT z WAW do VFE kosztował 3060zł.
Pomny relacji i porad forumowiczów postanowiłem zaplanować 4 dni w parkach Moremi i Chobe. Mam zamiar dolecieć do Maun z Kasane lokalnymi liniami Air Botswana, tam wynająłem samochód z namiotami na dachu, zarezerwowałem campy w Delcie i zabieram żonę oraz małżeństwo przyjaciół na tą wyprawę.
Lądowanie w Victoria Falls umożliwi oczywiście dodatkowo zwiedzanie wodospadów oraz odwiedzenie Livingstone w Zambii.

Trasę planować będę z apką Maps4Africa, bardzo dobrze odwzorowującą większość dróg gruntowych i szlaków w Afryce (mapa HD na apkę kosztuje 49zł).
Po wylądowaniu zamierzamy zobaczyć wodospady po stronie Zimbabwe i przejazd bezpośrednio do Kasane. Tam nocleg i rano samolot do Maun (za 220zł), gdzie ma czekać samochód. Zwiedzać Deltę rozpoczniemy wyjeżdżając z Maun i po czterech dniach dotrzemy do Kasane. Następnie skok do Livingstone, wodospady od strony Zambijskiej i powrót do Zimbabwe gdzie leży Victoria Falls Airport, na lot powrotny. Może uda się zmieścić jeszcze lot heli nad wodospadami 😊
Nie każda wypożyczalnia w Maun pozwala na zwrot w Kasane a większość z nich nie chce wypożyczyć samochodu na mniej niż 6 dni. My jesteśmy ograniczeni czasowo przez inne zobowiązania w Polsce (komunie, rocznice itp.) więc lecimy do Afryki od niedzieli do niedzieli wraz z weekendem Bożego Ciała. Na tak długo nie chcę pożyczać więc szukam dłużej aż pozytywnie odpowiada Bushwheels.co.bw. Chce 740 usd z pełnym ubezpieczeniem za 4 dni plus 300usd za oddanie w Kasane plus jakieś opłaty za sprzątanie.

Mam dobry kontakt z Rayem z Bushwheels i wszystko dogaduję przez whatsappa. Jeszcze tylko campy w parku kosztujące od 35 do 40usd za osobę i podróż dopięta na ostatni guzik :D. Ależ nas czeka przygoda zapewne 😊 Jeździliśmy już tak po Namibii więc nocowanie w namiotach na dachu mamy dobrze przećwiczone.

Wszystko załatwiam już w lutym, aby nie mieć niespodzianek przy rezerwacjach. W międzyczasie Air Bostwana kombinuje z godziną wylotu z Kasane do Maun. Przez trzy miesiące przekłada ją trzy razy! Ale o godzinkę lub pół, wcześniej lub późnej więc nie ma to większego znaczenia.
Zabieramy cieplejsze rzeczy, bo w Delcie w czerwcu w nocy potrafi być chłodnawo – nawet poniżej 10C. Za to w dzień planowane jest pełne słońce i temperatury do 30C.

No i kiedy już jesteśmy spakowani i odliczam godziny do wylotu przychodzi mailem jeszcze jedna zmiana z Air Botswana. Tym razem to ….. odwołanie naszego połączenia! No katastrofa, nie ma innych możliwości w moim terminie dolecieć do Maun :?.
Szybko łączę się z Rayem i razem kombinujemy co można zdziałać przez 1,5 dnia do czasu mojego pojawienia się w Kasane. W końcu Ray proponuje, że podstawi nam nasz samochód do Kasane i przejedziemy sobie do Maun asfaltem naokoło. To ponoć 8 godzin jazdy. No trudno, jak wyjedziemy wcześnie rano to powinniśmy być w Maun mniej więcej w tym samym czasie co miał dolecieć nasz samolot. Nie zmieni to moich dalszych planów na szczęście. Oczywiście Ray chce dodatkową kasę za tę operację, ale dostanę (mam nadzieję) zwrot z Air Botswana więc niewiele muszę dopłacić. Najważniejsze, że jest gotów do pomocy i organizuje całą akcję. No dobrze 😊 pełni optymizmu wsiadamy na Okęciu do Dreamlinera Ethiopian Airlines:

Image

Na locie do Wiednia nie ma za dużo naszych rodaków, dopiero w stolicy Austrii dobije pełny skład samolotu. W Addis wygodna 3-godzinna przesiadka bez stresu. Idziemy jak zwykle na etiopską kawkę do ulubionej kafejki (przesiadam się n-ty raz w Addis).

Image

Lot do Victoria Falls bezproblemowy, zdobywamy dwukrotną wizę Zimbabwe za 45usd i jesteśmy w Afryce! Lotnisko VFA jest dość nowoczesne a na zewnątrz wita nas lokalny zespół folklorystyczny pieśni i tańca.

Image

Plan jest prosty – wynegocjować dobrą ceną za taksę do bramy wodospadów, zostawić tam graty i po zwiedzaniu złapać drugą taksę do Kasane.
To jest easy Afryka przecież jak mawiają 😉 Co może pójść źle? Omijamy naganiaczy w terminalu i na placu znajdujemy lokalesa z taksą. Niestety negocjacje kończą się zonkiem :?. Taksiarz Philip pokazuje nam swój samochód i wszystkie inne na parkingu mają takie naklejki:

Image

No tak, zmówili się i wszyscy mają stałą cenę – 40usd od samochodu. No trudno, jest nas czwórka jakoś przebolejemy.

Prezydent Zimbabwe wita nas przy wyjeździe:

Image

Po drodze oczywiście zagaduję Philipa o kolejny transport do Kasane. Dzwoni gdzieś i radośnie informuje nas, że przy wodospadach będzie czekać jego szwagier i on przypilnuje nam bagaży a potem odwiezie do Kasane. Krótkie negocjacje kończą się na 80usd od wszystkich. No i tak się dzieje właśnie. Bagaże przekładamy do samochodu szwagra i idziemy zobaczyć jeden z najwspanialszych wodospadów świata.

Image

Zanim zmoczy nas wodospad doznajemy zimnego prysznica przy kasie.

Image

Image

Tak, 58 usd od osoby za zwiedzanie strony Zimbabwe! No kogoś zdrowo pogięło. Płacimy i płaczemy dokładając jeszcze po 3usd extra za wynajem płaszczów przeciwdeszczowych. Są konieczne bo w czerwcu jest już pełno wody w wodospadzie i mgła wodna w powietrzu od siły spadającej wody jest olbrzymia.

Pełny wody wodospad Victoria Falls ma też duży minus. Mgły wodnej jest tak dużo, że ….. po prostu zasłania widok!
Troszkę byliśmy rozczarowani – zobaczcie sami:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Niestety z większości punktów jest taki widok na wodospad :(

Image

Na końcu ścieżki można podziwiać most pomiędzy Zimbabwe i Zambią, który będziemy przejeżdżać ostatniego dnia.

Image

Image

Po obu stronach stoi pomnik odkrywcy wodospadów – Lorda Livingstona.

Image

Nic to, jeszcze tu wrócimy ostatniego dnia od strony Zambijskiej a może i heli się uda.

Po wyjściu – o dziwo – szwagier czeka grzecznie z furą. Philip zresztą też, dopilnowuje naszego odjazdu i kasuje od nas 80 baksów dla szwagra, który ponoć „nie mówi po angielsku”. Easy Afryka jak dotąd 😊.
Szwagier jeszcze pokazuje nam wielki baobab na przedmieściach miasta oraz stację kolejową a potem sama jazda do granicy z Botswaną zajmuje nam godzinkę całkiem dobrym asfaltem.

Image

Image

Tam prosta budka, gdzie formalności wyjazdowe z Zimbabwe załatwiam sam, bo pogranicznik nie chciał nawet oglądać mojej ekipy. Cały czas łatwo i przyjemnie.

Image

Image

Image

Do czasu… szwagier odzywa się w końcu piękną angielszczyzną, że nie może wjechać swoją furą do Botswany ale mamy się nie martwić bo Philip załatwił drugi samochód z granicy do Kasane (to ok 15km). Przechodzimy więc przez przejście na piechotę i czekamy na ziemi niczyjej na drugi transport.
Czekamy i czekamy… nic. Na przejście podjeżdżają samochody terenowe z firm organizujących safari podrzucając zorganizowanych turystów, którzy mieszkają w Victoria Falls, byli na jednodniowym safari obok Kasane i wracają do Zimbabwe. Zagaduję jednego z wracających kierowców, jak mu opowiedziałem historię o szwagrze to pękł ze śmiechu:

- This is Africa, mister, T.I.A. zapamiętajcie ten skrót – śmieje się.

Oczywiście, żadnego transportu dalej nie ma :(. Philip ze szwagrem nas wystawili. No ale 15 kilometrów do Kasane to nie jest duży problem, kierowca od safari poleca nam przejść na drugą stronę granicy Botswany na piechotkę i tam na powrocie coś nam zorganizuje. Wjazd do Botswany jest bezproblemowy, trzeba tylko zdezynfekować całe obuwie, taki wymóg sanitarny. Pani kazała nam otwierać bagaże i wyjmować buty, sandały i klapki i moczyć w roztworze!

Image

Uprzejmy gość kołuje nam taksę za 5usd od łebka. Wiem, że przepłacam, ale już trudno. Jesteśmy w drodze od wczoraj i potrzebujemy szybko dotrzeć do naszego Guesthouse w Kasane aby w końcu odpocząć i coś zjeść. No trochę przesadził z wielkością tej taksy na 4 osoby 😉 i nasze bagaże. Ale – T.I.A. This is Africa, wszystko się zmieści 😉

Image

Na rogatkach Kasane spacerują sobie po prostu .... słonie :shock:

Image

Image

Wieczorkiem jeszcze knajpka z lokalnym jedzonkiem i browarkiem. Ceny w Kasane niestety warszawskie :(

Image

Ray na whatsappie wysyła mi info, że samochód wcześnie rano podrzuci pod hotel niejaki Foster i życzy mi szerokiej drogi. Wyspaliśmy się dobrze i na drugi dzień prawie punktualnie zjawia się nasza wypasiona terenowa Toyotka z namiocikami i pełnym wyposażeniem campingowym.

Image

Już mamy ruszać w ten piękny słoneczny poranek do centrum Kasane, do tej pory wszystko układa się znakomicie, humory nam dopisują, samochód jest czysty i sprawny... sprawny???

Foster drapie się po głowie i z ociąganiem informuje nas, że coś tam jest malutkiego nie halo z olejem i że tu niedaleko jest zaprzyjaźniony warsztat, szybko tam podjedziemy i naprawią furkę w mniej niż godzinkę a my w tym czasie zrobimy zakupy na 4 dni w pobliskim markecie Choppies.

Czyżby to miłe złego początki? Foster nie jest jakoś przejęty tą sytuacją. Coś mi tu śmierdzi i nie jest to cieknący olej bynajmniej….

Stay tuned!
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Profil Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
7 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#5 PostWysłany: 09 Cze 2026 18:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 759
Loty: 1428
Kilometry: 2 943 707
Krajów: 124 / 57.9%
platynowy
AKT II: O tym jak gnamy nocą przez Deltę Okawango

Zawozimy samochód do warsztatu w Kazunguli, no autoryzowany serwis Toyoty to to nie jest 😉

Image

Foster gdzieś dzwoni i przyjeżdża po nas odkryty samochód do safari z Walterem za kierownicą.

- Walter podwiezie was do marketu, akurat w tym czasie naprawimy – optymistycznie oznajmia Foster.

Jedziemy fajną odkrytą Toyotą Landcruiser.

Image

Największy market w mieście to Choppies:

Image

Wybór nie poraża ale da się kupić pieczywo, wodę, jakieś paczkowane parówki, sery i trochę ciastek. Wzięliśmy jeszcze zupki i kabanosy z Polski więc powinniśmy na tym przeżyć. Obok sklepu jest bazarek, gdzie po 1 pulę Pani sprzedaje takie pyszne lokalne pączki.

Image

Przy bazarku ciekawa tablica:

Image

Śpieszymy się mocno co by nie tracić dnia, jest ciągle rano. Walter informuje nas, że jest w kontakcie z Fosterem i jeszcze robią ale zaraz skończą. Czekamy…
… i czekamy. Mija godzina a potem druga. Decydujemy pojechać do warsztatu i zobaczyć na własne oczy jak wygląda sytuacja.
Tam okazuje się, że niestety uszkodzenie jest poważne, nie ma jakichś części i próbują ich poszukać po okolicznych warsztatach. Zaczyna to wyglądać mocno słabo, zwłaszcza że zbliża się południe. Idę rozmówić się z Fosterem. Uzgadniamy, że do naszego dzisiejszego noclegu już w Delcie podrzuci nas Walter, który miał i tak jechać do Maun a Foster zorganizuje drugi samochód dla nas, który wyjedzie z Maun aby spotkać się w po południu z nami w campie.
Brzmi jak plan i zgadzam się, zwłaszcza że Foster twierdzi, że jak pojedziemy bezpośrednio przez Park Chobe a nie dookoła asfaltem to na camp w Delcie dotrzemy za ok 5-6 godzin. Ciągle jeszcze ok.
Jeszcze krótka dyskusja z Walterem, któremu Foster mocno zmienił plany, dokłada nam drugiego kierowcę o imieniu Nature (dokładnie jak „natura”) i ruszamy odkrytą Toyotą asfaltem w kierunku Kachikau.

Image

Jest gorąco i przyjemnie więc droga schodzi miło. Widoczki po drodze są cudowne, jedziemy w pewnym momencie wzdłuż rzeki Kuando.

Image

Image

Image

Image

Za Kachikau zaczyna się offroad.

Image

Jest sporo piaszczystych odcinków, gdzie trzeba włączyć reduktor i wtedy mocno spada nam prędkość. Dojeżdżamy do bramy Parku Chobe.

Image

Płacimy tylko za naszą czwórkę 1080 pula opłaty za przejazd, tego wydatku się spodziewałem. Generalnie Walter i Nature prowadzą na zmianę pędząc pełną prędkością przez bezdroża. Umówiliśmy się, że nie będzie zatrzymywania, bo chodzi o to abyśmy o normalnej porze dojechali do campu.
Ale po drodze zwierzyna sama wchodzi nam pod samochód, jak to bywa w parkach 😊. Jest jej w Chobe wzdłuż głównej drogi mnóstwo!

Mamy więc strusie.

Image

Antylopy Roana.

Image

Dropa olbrzymiego – symbol Botswany.

Image

Niezliczone ilości zebr.

Image

Image

I żyraf.

Image

Najwięcej widzimy podczas tego przejazdu impali.

Image

Patrzę na zegarek, na mapę i zaczynam się niepokoić. Minęło 4,5 godziny a mapa pokazuje, że jesteśmy w połowie drogi dopiero. Czy ja czegoś nie wiem? Zaraz będzie zachód słońca a my ciągle w Chobe i na dodatek wleczemy się długim piaszczystym odcinkiem na reduktorze. Powoli zachodzi słońce i niebo robi się przepięknie kolorowe:

Image

Image

Brama parku Chobe zamykana jest o 18.30, boję się, że nie zdążymy. W zapadających ciemnościach prawie wpadamy na stado słoni stojących sobie spokojnie na drodze!

Image

Docieramy do bramy a ta zamknięta, spóźniliśmy się o 10 minut. Na szczęście spotykamy lokalnego rangersa, który po opierdzieleniu Waltera wypuszcza nas bocznym wejściem.
Zrobiło się całkiem ciemno i zimno na dodatek. Puchówka z Polski to teraz dla nas zbawienie. Mapa pokazuje, że do campu mamy jeszcze trzy godziny jazdy albo ja czegoś nie wiem. Na postoju pytam Waltera i pokazuje mu ruchomą mapę w telefonie. Robi wielkie oczy i odkrywam, że kompletnie zarówno on jak i Nature nie umieją posługiwać się taką nawigacją, do której już dawno przywykliśmy.
Walter przyznaje mi się, że nie bywa w tej części parku często i nie zna dobrze dróg, po to właśnie wziął Nature, który jest bardziej doświadczony. Odpalam przy nich dalszą mapę trasy i zostaję przewodnikiem! No pięknie. Ruszamy w ciemność. Mam głęboką nadzieję, że ktoś od Fostera tam na nas czeka zgodnie z umową. Nie ma jak sprawdzić bo oczywiście nikt nie ma cały dzień zasięgu.

Tymczasem w nocy na ścieżkach parku spotykamy mnóstwo nocnych zwierząt, a to stada hien, a to lisy – otocjona wielkouchego (no uszy miał po byku), szakale a nawet kicające postrzałki kafryjskie. To są fajne i ciekawe zwierzęta, niestety nie jestem w nastroju do robienia im fotek bo zajmuję się głównie nawigacją.

Walter mówi, że być może ten drugi samochód będzie czekał gdzieś na trasie naszego przejazdu. I jakąś godzinę później widzimy światła na ścieżce, podjeżdżamy i jedzie z naprzeciwka Toyotka z namiotami na dachu. Hurra, cieszymy się razem z Walterem 😊
Toyotka nie reaguje na mruganie świateł, mija nas i jedzie sobie dalej. Walter osłupiał.

- Przecież miała naklejki firmy w której pracuje Foster, to na pewno wasz samochód – zdziwiony odpowiada.

Zawracamy i gonimy ją po wertepach. Po 20 minutowym pościgu kierowca w końcu reaguje na nasze mrugania i czeka. Foster z nim gada i widzę jak mu rzednie mina…
Ten gość nic o nas nie wie, wraca do Maun i dziwi się, że coś od niego chcemy. Hmm, Walter niepocieszony twierdzi, że na pewno będą czekać w campie. No cóż jest już prawie 21. Nie mamy wyjścia i szukamy campu. Za chwilę mijamy wielką ciężarówkę, znowu kierowcy gadają i Walter odzywa się do mnie jeszcze bardziej zdziwiony.

- Ten kierowca powiedział, że wszystkie campy po tej stronie rzeki wczoraj zalało i są pozamykane… - mówi z wyraźnym zaniepokojeniem.
- Jeźdźmy, może coś dowiemy się na miejscu.

Są strzałki na camp w zupełnie innym miejscu gdzie pokazuje moja, dokładna do tej pory mapa. Przedzieramy się przez coraz gęstsze zarośla coraz wąską ścieżką. To musi być gdzieś za kilkaset metrów. Nagle nasze reflektory wydobywają z mroku następujący widok:

Image

Dwie lwice i młode śpią sobie na środku ścieżki.

Image

Nie ma jak ich ominąć. Mnie przychodzi do głowy tylko „czy już jadły czy jeszcze są przed kolacją??”. Walter i Nature są jednak spokojni.

- Dopóki nie opuszczamy samochodu, dla lwa jesteśmy tylko nieładnie pachnącym wielkim zwierzęciem, który mu się nie kojarzy z jedzeniem – wyjaśnia Walter.

Małe się obudziły i baraszkują.

Image

Walter próbuje ominąć lwy ale nie da się, za gęsty busz. Musimy poczekać aż się ruszą i zrobią nam miejsce. Napieramy na nie prawie samochodem, w końcu łaskawie schodzą nam znudzone z drogi. Kilkaset metrów dalej tabliczka naszego zalanego campu. Jest budka ze światełkiem i żywej duszy. Walter trąbi i budzi miłą Panią, pracownicę, która tu na szczęście nocuje. Ani śladu naszego drugiego samochodu…

Siedzimy w nocy w otwartej Toyocie od safari, minęliśmy grupę lwów paręset metrów temu i ta Pani jest naszą ostatnią nadzieją. Na szczęście pojawia się kreska zasięgi i Walter może zadzwonić do Fostera. Po raz kolejny ma głupią minę jak przekazuje mi, ze Foster nie znalazł dla nas drugiego wolnego samochodu, ciągle siedzi w Kasane bo mu kazali naprawić naszą furę (części ciągle nie znaleźli) i generalnie nie miał z nami kontaktu cały dzień aby nam to przekazać.

- Może pojedziecie do Maun? – pyta Waltera. Jest prawie 10-ta w nocy, do Maun mamy lekko licząc 4 godziny jazdy. Nie ma mowy, rzeka wylała i po drodze trzeba pokonać trochę przeszkód wodnych, nie damy rady po ciemku.

Rozpoczyna się większa kłótnia do której włącza się przemiła lokaleska (Foster jest na telefonie cały czas). Stoimy w ciemnościach przez budką i próbujemy rozwiązać naszą sytuację. Kłótnię przerywa nagle krótki ryk słonia i gwałtowny szelest krzaków obok.

- Zapal światła w samochodzie! – krzyczy do Waltera pracownica campu.

Image

Zamarliśmy wszyscy łącznie ze mną, słonia słychać bardzo wyraźnie. Na szczęście ostre światła chyba mu się nie podobają, bo idzie sobie dalej do lasu…
Ten słoń chyba otrzeźwia całe towarzystwo ze zdalnym Fosterem na czele bo zamiast kłótni rozmawiają już o czymś bardziej rzeczowo. W końcu kobieta się rozłącza, uśmiecha się do mnie (biorę to za dobrą monetę) i wsiadamy do samochodu aby przejechać z nią z kilometr przez ciemny las. Stoi tam zaparkowany drugi samochód tuż przed rzeką.

- Hello mister, to jest Bumps, on zaprowadzi was na nocleg – pani się z nami żegna i odjeżdża na zalany camp.

Pakujemy się po w świetle jego latarki do mokoro:

Image

Image

Image

Ale gdzie płyniemy, co to za światła po drugiej stronie i jak będziemy nocować to nie mam dalej żadnego pojęcia. Ale już za chwilę tematy dzisiejszego spania stają się dla nas naprawdę nieistotną drobnostką….

c.d.n.
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Profil Relacje PM off
28 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#6 PostWysłany: 09 Cze 2026 21:20 

Rejestracja: 09 Cze 2026
Posty: 1
W zeszłym roku Air Botswana zrobił nam ten sam numer - gdy wszystko w Maun było zapiete na ostatni guzik, odwołał nam lot. Poinformował nas jednak dużo wcześniej, tak że zmienilismy plany i na safari pojechaliśmy z Kasane. Natomiast jakiś tydzień przed wyjazdem okazało się, że AB wznowił loty w odwołanym terminie, ale nie chcielismy już ryzykować kolejnych zmian i odwołań lotów. Natomiast jeśli chodzi o przejazdy między Livingstone, Kasane a VF, to kierowcy byli bardzo solidni i dowozili nas do granicy, gdzie przejmował nas po drugiej stronie ich wspólnik i wiózł nas do hotelu w ramach umówionej wcześniej stawki. My szczęśliwie uniknęliśmy sytuacji TIA.
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#7 PostWysłany: 10 Cze 2026 13:32 

Rejestracja: 23 Cze 2015
Posty: 78
Czytam relację i gryzę paznokcie z nerwów jak skończyła się ta przygoda ;-) . Mam nadzieję, że za niedługo też tam będę ale zamiast znajomych na pokładzie mam dwoje dzieci więc apetyt na takie przygody mam jakby mniejszy ;-) .
Góra
 Profil Relacje PM off
hiszpan lubi ten post.
 
      
Offline
#8 PostWysłany: 10 Cze 2026 22:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 759
Loty: 1428
Kilometry: 2 943 707
Krajów: 124 / 57.9%
platynowy
AKT III: Kość słoniowa niestety dalej w cenie

Bumps zrobił naprawdę świetną robotę dowożąc nas bezpiecznie na drugi brzeg w jednym kawałku. Ale gdzie my jesteśmy? I co to za ludzie, odbierają nasze bagaże, gdzieś je niosą. Stoimy na ładnie zrobionym drewnianym pomoście, wszystko dyskretnie oświetlone. Podchodzi do mnie elegancko ubrana pani, wyglądająca na menadżerkę.

- Zapraszam państwa do apartamentów – mówi do nas z uśmiechem.
- Aparta… moment, a gdzie jest Walter i Nature? – pytam rozglądając się, były tylko dwa mokoro, nasza czwórka, Bumps i jego pomocnik.
- Ach, zostali po tamtej stronie, niech się mister nie martwi, zapewniliśmy im tam noclegi również – odpowiada menadżerka.

No dobra, czy mi to się śni? Do apartamentów ta pani powiedziała? A może jednak zjadły nas te hipopotamy i trafiliśmy do jakiegoś raju afrykańskiego? Bo za chwilę idziemy do …. przepięknych chatek na palach, pani nam otwiera drzwi a tam taki widok:

Image

- Uszczypnij mnie, bo nie wierzę własnym oczom – mówi do mnie cicho małżonka równie zdziwiona jak ja.

No tu jest jakby luksusowo! Rozkminę gdzie trafiliśmy i jakim cudem z tak beznadziejnej na pierwszy rzut oka sytuacji w ciemnym lesie do jakiegoś super ekskluzywnego Lodge w Delcie zostawię na jutro. No i kto za to zapłaci…

Rano budzi nas śpiew ptaków i ryki zwierząt. Hipopotamy dalej sobie chrumkają w rzece, gdzieś ryczy słoń, wstaje słońce. Z tarasu naszego „apartamentu” rozpościera się prześliczny widok na Deltę

Image

Idę w kierunku – wydaje się recepcji i jadalni – zobaczyć na czym dziś stoimy.

Image

Image

Mijam po drodze ... basen. Musze mrugnąć oczami dwa razy, bo nie wierzę w to co widzę.

Image

Miejscowa obsługa krząta się już, wszyscy się kłaniają i mówią mi „Dzień dobry mister”. No aż głupio normalnie. Nie ma śladu po innych turystach.

Łapię menadżerkę i pytam o nasz status.

- Ach, niech się mister nie martwi, pan Foster wszystko załatwił – wesoło odpowiada.
- A gdzie inni ludzie?
- Jesteśmy od przedwczoraj zamknięci, przez powódź. Nie ma jak do nas dojechać. Jesteście Państwo jedynymi gośćmi.
- A ile kosztuje taki apartament u Was na jeszcze jedną noc? – pytam, bo w jednym ze scenariuszy, które teraz rozważam jest objazd Delty z Walterem i powrót tu na noc.
- 1200 dolarów amerykańskich, bez śniadania, mister – odpowiada bez mrugnięcia okiem managerka.

Powiedzieć, że mnie zatkało to nic nie powiedzieć. No spodziewałem się, że tu tanio nie jest, ale cena jest z kosmosu. Już ostrzyłem sobie kozik na Fostera za to co nam wczoraj zrobił ale teraz wychodzi na to, że się pięknie zrehabilitował, przynajmniej po części.

Dobra – teraz plan. Oczywiście działa tu szybki internet ze Starlinka więc swobodnie dzwonię do Fostera z pytaniem co dalej robimy. No niestety nie ma dla nas samochodu, nasza fura czeka na części, które nie dojechały. Proponuje nam w zamiast usługi Waltera i Nature na najbliższe dwa dni z zastrzeżeniem, że chłopaki mają następną robotę w Kasane już trzeciego dnia. No i nie mamy paliwa na swobodne jeżdżenie przez dwa dni po parku, byli zatankowani tylko na one-way do Maun. Dobra, dochodzimy do porozumienia. Dziś na cały dzień jedziemy do Moremi na game-drive i wracamy na noc do Maun. Tam coś taniego się wynajmie bez problemu bo przecież mamy chwilowo net tutaj. A kolejnego dnia zrobimy trasę powrotną do Kasane przejeżdżając przez Deltę a potem znowu przez Chobe. Ale ruszymy z Maun o 5 rano, aby spokojnie objeździć np. Savuti, gdzie było najwięcej zwierząt. Przybijam z nim wirtualnego deala i mam w końcu plan na najbliższe dni trzymający się kupy.

No trudno, nie usiądę za kierownicą co planowałem, ale za to zobaczymy pewnie sporo więcej niż byśmy sami chcieli jeździć. Więcej Foster już się do mnie nie odezwał na tej wyprawie więc chyba nie potępiam go tak mocno. W sumie nie mam już do niego żalu a moja żona jest np. zachwycona warunkami, apartamentem itp.

Nasze zakupy żywieniowe zostały u Waltera w samochodzie więc jemy płatne (słono) śniadanie w naszym ekskluzywnym "lodge". No nie powiem kawka z widokiem na piękną Deltę to wspaniały balsam na ukojenie naszych skołatanych nerwów.

Image

Hipcie pluskają się leniwie, pływają w rzece w prawo i w lewo. Teraz wyglądają niegroźnie.

Image

Image

Wszędzie ptactwo wodne.

Image

Co jakiś czas miejscowi przeprawiają się na drugą stronę. Za dnia wygląda to na łatwiznę.

Image

Image

Image

Pojawia się Bumps. Zamieniam z nim kilka słów. Podkreśla, że nie pływają w nocy za żadne skarby a nawet w dzień zdarza się, że hipopotam zaatakuje jakieś mokoro z ludźmi. To są absolutnie nieprzewidywalne i bardzo niebezpieczne zwierzęta.

- To dlaczego się tak narażałeś wczoraj – pytam.
- Tak trzeba było, jesteście turystami, ktoś z naszych ludzi was oszukał, uznałem, że to mój obowiązek wam pomóc – odpowiada z rozbrajającą szczerością.

Ściskam mu dłoń jeszcze raz, będąc szczęśliwym, że są jeszcze dobrzy i porządni ludzie na tym świecie. No ale czas się zbierać, wracamy tak samo, po dwie osoby w pirogach. Za dnia to prawie jak wycieczka krajoznawcza:

Image

Image

Hipcie grzecznie siedzą w wodzie, tym razem nie interesując się nami wcale. Mamy przy okazji naszą wyprawę łódką do hipciów po Delcie już załatwioną za free. W ofercie w Lodge taka przejażdżka kosztuje 40 usd od osoby!

Image

Walter i Nature już na nas czekają, do nich zdążył zadzwonić Foster, są do naszej dyspozycji z samochodem na najbliższe dwa dni. Takie prywatne safari tylko, że z kierowcą i przewodnikiem. Uzgadniam z nimi trasę i jedziemy do Moremi:

Image

Image

O dziwo wstęp do tego parku to tylko 480 pula od naszej czwórki, dziwnie tanio. Mamy cały dzień na podziwianie przepięknych krajobrazów rozlewiska Okawango, wspaniałych zwierząt i ptaków. Jest bardzo mało turystów, przez cały dzień minęliśmy może z 10 samochodów. To dziwne, bo myślałem, że to szczyt sezonu. Więc jeździmy w sumie sami tam gdzie zaplanowałem oryginalnie własną furą.

Ale niestety jak myślicie, że taki park to sama bajka, zwierzątka same podchodzą pod kamery i aparat a wszystko jest perfekcyjnie doskonałe to widok, który zastaliśmy całkiem niedaleko bramy parku zburzył nasze wyobrażenie o bezpiecznym świecie dzikich zwierząt w parkach Afryki.

Przy jednym z wodopojów znaleźliśmy zastrzelonego przez kłusowników słonia z odrąbanymi ciosami.

Image

Przyznaję, że jesteśmy w szoku! Takie sceny, w biały dzień w wydawać by się mogło cywilizowanej Botswanie? Gdzie rangersi? Gdzie jakaś ochrona słoni? Pytamy o to wszystko Waltera, który tylko wzrusza ramionami.

- Taki wizerunek dla świata bezpiecznych dla słoni parków gdzie turyści robią fotki a organizacje międzynarodowe tylko klaszczą to taka trochę ściema – mówi cicho.
- Są kłusownicy, mają na pewno jakieś układy, bo i jest ciągle wysokie zapotrzebowanie na kość słoniową w Azji – smutno konkluduje.

Zastrzelony słoń leży przy brzegu wodopoju. Pilnuje go jakiś jego kuzyn. To musiało stać się niedawno, bo ten drugi słoń co chwila podchodzi do zabitego towarzysza i próbuje go obudzić trąbą jakby nie chciał przyjąć do wiadomości, że tamten jest już martwy.

Image

Scena jest rozdzierająca. Z jednej strony nie ma się jak zbliżyć do ciała bo broni go przyjaciel, z drugiej obserwujemy żałosne próby poszturchiwania martwego słonia z jakąś zawziętą nadzieją na cud.

T.I.A. This is Africa :(

No nic trzeba się otrząsnąć i jechać dalej. Podziwiamy krajobrazy i rozlewiska, przejeżdżamy przez niezliczone mostki a i zdarza się przekroczyć jakieś zalane kawałki szlaku.

Image

Image

Image

Image

Zwierzyny i ptactwa w Moremi nie brakuje.

Image

Stada zebr, antylop, guźców, żyraf i innych słoni są praktycznie obserwowane przez nas co chwilę zarówno samotnie jak i w stadach. Zwierzęta są dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Image

Image

Image

Image

Image

Czasami trudno przejechać, bo zwierzęta blokują drogę.

Image

Image

Obserwujemy również symbiozę małych ptaszków z większymi zwierzętami

Image

Image

Nie udało się spotkać tylko nosorożców. Za te jest mnóstwo przepięknych kolorowych ptaków. Najładniejszymi są dzioborożce, nazywane przez Waltera „hot chili” lub „red banana”

Image

Zaraz potem błyszczaki

Image

Tych ptaków jest najwięcej.

Image

Image

Nawet złapałem wiewióra:

Image

Pomimo smutnej historii ze słoniem cały dzień schodzi nam na spokojne eksplorowanie zakątków Delty.

Na noc dojeżdżamy do Maun, wynajęliśmy sobie przez portal na B. tani apartament z kuchnią, gdzie pichcimy w końcu to co kupiliśmy. Trzeba tylko dokupić chleb, bo Walter powiedział nam, że nad ranem małpy porwały nasze bochenki z otwartego przecież samochodu.

Umawiamy się na wyjazd na 5 rano. Tym razem mam nadzieję, że mam już wszystko pod kontrolą. Naprawdę?

Stay tuned!
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Profil Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#9 PostWysłany: 11 Cze 2026 18:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 759
Loty: 1428
Kilometry: 2 943 707
Krajów: 124 / 57.9%
platynowy
AKT IV: Natura jest brutalna a lwy zawsze wygrywają

Porywamy się dzisiaj z Walterem na całkiem sporą podróż. Uzgodniliśmy, że będziemy jechać przez Deltę a potem przez Chobe aż do okolic Savuti. Tam pojeździmy po okolicy poszukując ciekawych zwierząt i na wieczór powinniśmy dotrzeć do Kasane. O 5 rano jest jeszcze ciemno. Ponieważ będziemy cały dzień w parkach to robimy również kanapki na zapas.

I jak stare przysłowie mówi „Kto wcześnie wstaje temu Pan Bóg daje” to nasze ranne wstawanie i wyjazd o czasie przynosi niesamowitą scenę na drodze jeszcze w Delcie:

Image

Na środku drogi leży upolowana w nocy przez lwy żyrafa. Dwie samice oraz młody lew właśnie spożywają drugie śniadanie.

Image

Podjeżdżamy bardzo blisko, lwice wyglądają na najedzone więc słabo się nami interesują, tylko się przyglądają.

Image

Zamarliśmy w bezruchu, co ośmiela więcej lwów do przyłączenia się do uczty.

Image

Image

Dwie starsze lwice pilnują kolejności, kto chce podejść bez kolejki, jest przez nie natychmiast karcony.

Image

Ale scena. Coraz więcej lwów przychodzi z lasu poczekać na swoją kolejkę.

Image

Image

Są też młode.

Image

Stoimy w ciszy i lwy kompletnie nas ignorują. Ubita żyrafa napełni brzuchy całemu stadu.

Image

W pewnym momencie naliczyliśmy 9 osobników!

Image

No to jest prawdziwa natura. Ruszamy w końcu, aby odkryć, że 1,5 km dalej jest mała wioska gdzie miejscowi spokojnie sobie wędrują wzdłuż drogi zapewnie nieświadomi, że stado lwów jest niedaleko.
Kolejnym zwierzęciem jest bawół afrykański. Walter twierdzi, że w Afryce boi się go najbardziej ze wszystkich zwierząt. Lepiej blisko nie podchodzić.

Image

Zostawiamy Deltę i wjeżdżamy z powrotem do Chobe. Patrzę na moją mapę pomny długiego piaszczystego odcinka, który pokonywaliśmy z trudem na reduktorze. Odkrywam objazd do Savuti poprzez wielką trawiastą sawannę drogą opisaną jako „gravel road”. Chłopaki ciągle nie kumają nawigacji ale posłusznie stosują się do porady i wjeżdżamy w wielką trawiastą przestrzeń pełną zwierząt.

Image

Im bliżej Savuti tym większe stada spotykamy. Nie tylko pojedyncze gatunki ale wiele na raz. Wygląda to tak:

Image

Image

Jest tu prawie wszystko co żyje w Afryce. Savuti jest takim pewniakiem na spotkanie praktycznie każdego gatunku w dużych ilościach no może oprócz nosorożców.

Image

Image

Image

Image

Oczywiście mówię o obcowaniu w dużej bliskości do tych zwierząt.

Image

Image

Image

Ale są też niezliczone gatunki ptaków, oczywiście dzioborożce i błyszczaki przeważają ale mamy też przepiękne kraski liliowopierśne:

Image

Image

Dostojne sekretarze (znane ostatnio ze świetnej animacji „Flow”):

Image

Image

Orły plamiste:

Image

Kaniuki:

Image

Dławigady i inne ptactwo nadrzeczne:

Image

Image

A nawet ibisy:

Image

Zwiedzamy wodopoje, gdzie zawsze można coś interesującego spotkać:

Image

Image

Np. szakale:

Image

Image

I tak cały dzień nam schodzi.

Image

Jeszcze słynny wielki baobab:

Image

Dzień się powoli kończy kiedy w końcu wyjeżdżamy z parku. Jedziemy znowu wzdłuż rzeki Kuando i tam zatrzymujemy się podziwiać piękny zachód słońca.

Image

Image

Już w całkowitej ciemności asfaltem dojeżdżamy do Kasane na 19-tą. Podróż z Maun do Kasane zajęła nam 14 godzin. Nasze chłopaki są wykończeni a my chyba porządnie usatysfakcjonowani. Zagadałem jeszcze z Walterem o boat trip rano, zadzwonił do kumpla i o 7 rano w Kasane wsiądziemy na łódkę jeszcze na 3 godzinny rejsik rzeką.
Żegnamy Waltera i Nature, sporo razem przeżyliśmy przez te trzy dni, zostali mimowolnie wplątani w naszą przygodę, ale chyba też już są zadowoleni, że wrócili do domów.

c.d.n. 
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Profil Relacje PM off
25 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#10 PostWysłany: 11 Cze 2026 22:31 

Rejestracja: 13 Lut 2013
Posty: 140
niebieski
Nosz kurcze, nie ma sprawiedliwości. Byliśmy w zeszłym roku w maju w Savuti i akurat w tej okolicy spotkaliśmy bardzo niewiele zwierząt.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#11 PostWysłany: 12 Cze 2026 13:43 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 153
Loty: 106
Kilometry: 190 104
Krajów: 41 / 19.2%
Genialna sprawa obserwować lwy zjadające żyrafę. Nie jest to częste, super że udało Ci się trafić na taką scenę.

@hiszpan w jakich godzinach widziałeś najwięcej zwierząt?
_________________
Moje relacje:
- Kosowo https://www.fly4free.pl/forum/viewtopic.php?t=159820
- Liban https://www.fly4free.pl/forum/viewtopic.php?f=214&p=1566128#p1566128
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#12 PostWysłany: 12 Cze 2026 22:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 759
Loty: 1428
Kilometry: 2 943 707
Krajów: 124 / 57.9%
platynowy
AKT V: Pożegnanie z Afryką

No naprawdę sporo przeżyliśmy i zobaczyliśmy w te trzy dni. Zwierząt w parkach jest multum i to o każdej porze dnia i nocy (no coś nocnych aktywnościach też możemy powiedzieć 😉).

Został nam ostatni akord, 3,5 godzinna przejażdżka łódką z Danielem, kumplem Waltera. No ale nic za darmo, Daniel kasuje od nas za tę przyjemność po 40 usd (pewnie się działkuje z Walterem ale to już ich sprawa).

Mieszkamy tym razem w prześlicznym domku w Chobe River Cottages (za trochę ponad 500zł za cztery osoby). Domki są tuż obok przystani więc o 7 rano stawiamy się przy łódce. Rzeka dopiero się budzi do życia:

Image

Na dzień dobry wpadamy na stado hipopotamów spożywających poranne śniadanie.

Image

Image

Tuż obok siedzi w wodzie słoń, polewa się wodą w porannej kąpieli i przy okazji przekąsza miejscowymi liliami wodnymi.

Image

Image

Tuż przy nas wynurzył się z wody nagle krokodyl, dobrze, że nie uderzył się w głowę o dno łodzi.

Image

Tych przyjemniaczków wygrzewa się na łachach więcej.

Image

Z brzegu łypią na nas bawoły.

Image

Image

i biegają pawiany:

Image

Hipcie po posiłku postanawiają wygrzać się trochę w promieniach poranka.

Image

Image

Image

A na brzegu odpoczywa jeszcze waran.

Image

Prawdziwą ozdobą tej wycieczki po rzece są ptaki, tu zerkał na nas bielik afrykański,

Image

Na łachach ptaków jest mnóstwo.

Image

Bardzo dużo zimorodków pstrokatych

Image

Image

Tu tańczą w powietrzu na naszych oczach

Image

Image

Image

Ależ piękne brzytwodzioby

Image

Image

Czajki i pliszki pstrokate

Image

Image

Ciekawe, że sporo gatunków jest ubarwionych na czarno-biało.

Czaple w locie:

Image

Oraz kaczki.

Image

Nasz sternik pyta nas czy chcemy popłynąć do Namibii.

- A można? – pytam ze zdziwieniem.
- Akurat dzisiaj tak – odpowiada z uśmiechem Daniel puszczając nam oko.

No i proszę, jesteśmy w Namibii, to pas Caprivi na wyciągnięcie ręki 😊.

Image

Ale wyszła nam fajna poranna wycieczka, wspaniałe dopełnienie parków. I jest ciągle poranek, łapiemy po gorącym pączku i bierzemy taksę do Kazunguli w Zambii.

Image

Image

U nas w Polsce po miastach biegają dziki a w Botswanie - guźce :)

Image

Jedziemy przez most graniczny nad Zambezi:

Image

Przejście jest po stronie zambijskiej i taksiarz z Kasane podwozi nas dosłownie pod same drzwi pograniczników.

Image

Zbieramy bezproblemowo pieczątki i idę negocjować przejazd do Livingstone. Coś podrożało, bo nie udaje mi się zejść poniżej 80usd od całej naszej czwórki. No trudno, to ponad godzina jazdy.
W Livingstone wynajęliśmy sobie na jedną noc pokoje w domku z basenem – White Villa (tanio). White Villa jest piękna, ale basen jest dopiero w budowie, T.I.A :) :D

Image

Image

Nie ma obłożenia, więc mamy ten piękny domek na wyłączność łącznie ze służbą, która zapowiada zrobienia nam śniadania rano.

Image

Do „centrum” Livingstone idziemy na pieszo.

Image

Image

Image

Wpadamy na kawkę i piwko do Cafe Zambezi i bierzemy kolejną taksę do wodospadów (nie da się tam dojść na piechotę, bo droga przecina park). Strona zambijska życzy sobie tylko 20usd od osoby plus 1,5usd za wynajem płaszcza przeciwdeszczowego, czyli ponad dwa razy taniej niż w Zimbabwe.
Znowu wodospad robi wielką mgłę wodną ale tym razem widać sporo więcej.

Image

Image

Image

Image

Atrakcją strony zambijskiej jest Knife Edge Bridge. W naszym przypadku zalewany cały czas wodą.

Image

Mamy niezłą kąpiel.

Image

Chyba strona zambijska jest fajniejsza.

Image

A tu cudowny widoczek na Victoria Falls Bridge, zbudowany przez Brytyjczyków jako most głównie kolejowy na początku XX wieku. Po paru renowacjach stoi do dziś i przyjmuje ciężki transport.

Image

Wracamy za 10usd od wszystkich do centrum Livingstone z powrotem do Cafe Zambezi na kolację. Na przystaweczkę raczymy się szaszłyczkami z krokodyla z miejscowym browarkiem.

Image

Image

Image

Smakują podobnie do drobiu, całkiem dobre były. Trzeba kupić coś na wieczór ;)

Image

Wracamy już po ciemku na kwaterę przy okazji odkrywając, że ulice Livingstone nie są oświetlone w nocy! Na szczęście latarki z telefonów pomagają. Goddfrey, nasz host zapewnił mnie że jest tu bezpiecznie i możemy wędrować ulicami po zmroku bez problemów.

Korzystając z dostępnego internetu próbuję ponegocjować heli na jutro rano. Mamy wylot Ethiopiana o 13.00 z Victoria Falls Airport więc przed południem możemy zmieścić lot nad wodospadem. Korzystając z namiarów podrzuconych przez Darka M. schodzę na 120usd od osoby wliczając podwiezienie z naszej kwatery. Kłóciłem się długo o 100usd ale nie było rady, taka cena była podobno dwa lata temu a teraz dolar spadł i doszły jakieś podatki. No cóż, damy radę, zwłaszcza, że lecę sam z przyjaciółmi bo moja małżonka postanowiła pokibicować nam z ziemi.

Rano lekko spóźniony wpada po nas mały samochodzik, z którego wychodzi dwóch wielkich lokalesów. A nas jest czwórka i bagaże. Tak oto poznaję Adama.

- No miała być was trójka na lot – twierdzi zgodnie z prawdą.

Tego nie wspomniałem, ale liczyłem, że przyjedzie jedna osoba tylko i się bezproblemowo zabierzemy. Lecz Adam uśmiecha się szeroko i mówi po prostu:

- Mister, T.I.A. This is Africa. Zmieścimy się wszyscy 😊.

Upakowani jak sardynki jedziemy w szóstkę do przejścia zambijskiego. Tam szybkie pieczątki, zabranie bagaży, przejście przez bramkę i drugi samochód.

- Ten drugi jeździ po „ziemi niczyjej” tylko i nim przejedziemy przez Victoria Falls Bridge – opowiada nam cały czas towarzyszący nam Adam.

Po drugiej stronie przejście do Zimbabwe, dobrze, że pamiętałem aby kupić dwukrotne wizy. Czeka na nas już trzeci samochód w ciągu 20 minut. Ale sztafeta! Zabieramy jeszcze dwóch Francuzów po drodze i jedziemy na lądowisko helikopterów. Przyznaję, że nie wiem nawet w której firmie kupiliśmy przelot. To Bonisair Helicopters.

Na miejscu mamy szkolenie bezpieczeństwa i Pani z recepcji na ucho prosi abym nie mówił ile płacimy za osobę tym gościom z Francji. Zapewne bulą ze dwa raz tyle!

Image

No lot heli nad wodospadami to prawdziwy sztos!

Image

Polecam wszystkim, zwłaszcza w sezonie z dużą wodą z ziemi słabo te wodospady widać.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Podziwiamy Victoria Falls Bridge.

Image

Image

Lot trwa 15 minut i jest wart każdego dolara, którego na niego wydałem.

Image

Koniec wycieczki, chłopaki odwożą nas na nieodległe lotnisko (niestety trzeba im dać za to 40usd) i czekamy już na Ethiopiana i lot powrotny do Warszawy. Mamy jeszcze stopover w Gaborone na powrocie, gdzie spokojnie wysiadam sobie z samolotu rozejrzeć się po lotnisku.

Image

Ale nam wyszła wyprawa z niespodziewanymi przygodami i zwrotami akcji! Przyznaję, że nigdy mi się jeszcze aż tak plan nie posypał 😊 Ale wyszło na szczęście na dobre.
Mam nadzieję, że relacja się Wam podobała. Mogę stwierdzić, że po parkach Kenii, Tanzanii i Sri Lanki, Botswana a szczególnie Delta Okawango jest moim zdecydowanym numerem jeden.
The End.
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Profil Relacje PM off
27 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#13 PostWysłany: 12 Cze 2026 22:17 

Rejestracja: 19 Lip 2016
Posty: 69
Ciekawie się czytało...Świetna relacja
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#14 PostWysłany: 15 Cze 2026 10:56 

Rejestracja: 23 Cze 2015
Posty: 78
Świetna relacja. Bardzo dziękuję.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#15 PostWysłany: 15 Cze 2026 18:10 

Rejestracja: 31 Maj 2013
Posty: 1560
Loty: 1030
Kilometry: 1 597 592
Krajów: 130 / 60.8%
niebieski
Fotki zwierzaków MEGA!
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#16 PostWysłany: 15 Cze 2026 18:23 

Rejestracja: 10 Maj 2014
Posty: 1816
Loty: 134
Kilometry: 230 859
Krajów: 44 / 20.6%
niebieski
Przygód nie zazdroszczę, chociaż takie się długo pamięta i wspomina :) Fajnie się czytało ;)
Zwierzyny już tak :D
_________________
http://ineedatrip.pl/
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#17 PostWysłany: 23 Cze 2026 20:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 759
Loty: 1428
Kilometry: 2 943 707
Krajów: 124 / 57.9%
platynowy
Życie dopisało jeszcze post scriptum do mojego wyjazdu. Moja małżonka zgubiła okulary podczas maratonu taksówkowego z Zambii do Zimbabwe do heli. Na nieszczęście w jednej z pierwszych taksówek jeszcze w Zambii. Zorientowała się dopiero na lotnisko i oczywiście było już za późno. Okulary korekcyjne oczywiście drogie jak diabli. Na szczęście coś mnie podkusiło i wziąłem namiary whatsappa od naszego Adama, pomagiera transferowego. Piszę do niego i znajduje dość szybko żółte etui z okularami. Poszukałem opcji i wydawało się, że najlepszy będzie Fedex. InPostu jeszcze tam nie ma ;)
Adam entuzjastycznie zgadza się nam pomóc. Organizuję list przewozowy online, przewidywana opłata ok 200zł się wyświetliła - ostatecznie Fedex kasuje 440zł :( po dostawie.
Proszę Adama o podrzucenie etui do biura Fedexa w Livingstone no i....

- Mister, This is Africa! How much you can pay me?

Prysł czar... po wcale niekrótkich negocjacjach staje na 1000kwacha czyli ok 200zł. To i tak sporo taniej niż wyrabianie nowych szkieł w Polsce. Płacę pierwszy raz w życiu przez Western Union online i o dziwo całość zajmuje mi parę minut raptem. Adam dostaje kasę od razu. Pani z Fedexu mailuje mi deklarację do wypełnienia i instrukcje co gdzie wpisać no i bach! 10 dni później kurier puka do mych drzwi :)

T.I.A. zapamiętam do końca życia.
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 17 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group