Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 24 Kwi 2023 04:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Wrz 2016
Posty: 20
Loty: 266
Kilometry: 531 780
Krajów: 53 / 24.8%
W 2019 roku na imprezie u znajomych w Bath usłyszałem od kolegi Tomasza, że jeden z jego przyjaciół przejechał trasę z Anglii do Polski ... rowerem. Ładne żarty pomyślałem - takie dystanse pokonuje się autem albo samolotem. Przyszła pandemia, rok 2020, świat stanął w miejscu, wszystko pozamykane albo zakazane i jedyną rozrywką mogła być jazda na rowerze. Akurat taki posiadałem, wyjąłem go z garażu, naoliwiłem łańcuch i zacząłem od 20-kilometrowych dystansów.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia i biegiem czasu sukcesywnie zwiększałem swój kilometraż. Odwiedziłem Walię, Stonehenge a na koniec sezonu wraz z kolegą Krystianem pojechałem do Londynu, po drodze mijając takie miejsca, które nigdy bym nie zobaczył jadąc autem. Dojeżdżając do Big Bena, pełen euforii z osiągniętego celu, pomyślałem sobie: a może by tak kiedyś pojechać z Anglii do Polski ... Mój pomysł nie spotkał się ze zrozumieniem u nikogo. "Za daleko i padniesz z sił, za długo, za niebezpiecznie i na pewno ci się rower zepsuje w połowie drogi i co wtedy zrobisz"? Takie teksty najczęściej padały z ust znajomych. Ja jednak nigdy nie przejmowałem tym, co mówią inni i robiłem swoje.
Przygotowania do wyprawy zacząłem już w 2021. Decyzja zapadła i wiedziałem, że w następnym roku zmierzę się z dystansem ponad dwóch tysięcy kilometrów. Do tego w 2022 roku wypadał jubileuszowy XX Jarmark Pawłowski czyli największa impreza w moim rodzinnym Pawłowie w powiecie chełmskim, więc należałoby uczcić okrągłą rocznicę w sposób niekonwencjonalny. Proponowałem dołączenie do wyprawy dwóm aktywnym fanom kolarstwa, ale nie mieli wolnego urlopu. (Jak się okazało jeden z nich wyrusza w tym roku do Gdańska rowerem, za sukces którego trzymam kciuki). W sumie było mi obojętne czy pojadę sam czy z kimś, bo klamka już zapadła. Nie ogłaszałem wyjazdu na mediach społecznościowych, informując o tym jedynie garstkę osób. Zastosowałem metodę sukces lubi ciszę, która okazała się skuteczna.

Trening do wyjazdu był prosty i koncentrował się na jeździe, gdzie pokonywałem różne dystanse dochodzące nawet do 200 km dziennie. Odwiedziłem w południowo - zachodniej Anglii większość atrakcji, poznałem wszystkie trasy rowerowe, pojechałem nad Ocean Atlantycki do Poole i do Walii. Taki kilometraż zrobiłem w okresie letnim, po którym rower spoczął w garażu na kilka miesięcy. Oczywiście nie znaczy to, że nic nie robiłem, tylko zmieniłem dyscyplinę na bieganie. Miałem okres przygotowawczy do jesiennego maratonu w Londynie, a później do wiosennego w Manchesterze.
Od maja rower ponownie przejął palmę pierwszeństwa i zaczęły się bezpośrednie przygotowania do wyjazdu. Starałem się jeździć kilka razy w tygodniu, dodatkowo pracując na siłowni nad wzmocnieniem mięśni związanych z pracą kolarską. Odcinki które pokonywałem nie były zbyt długie (50-80 km), bo trenowałem na tygodniu po pracy albo przed a na jedyny długi wyjazd udałem się w wolny weekend do słynnego Stonehenge. Strona techniczna wyjazdu mogłoby się wydawać była pod kontrolą. Rower,
który miał pokonać 2 tysiące km był rowerem górskim, użytkowanym od dwóch lat i byłem z niego zadowolony. Na miesiąc przed wyjazdem podczas wymiany łańcucha na nowy zauważyłem kilka nowych usterek, których pełna naprawa zajęłaby dłuższy czas. Nie chciałem tracić czasu na testy czy czekanie na części, szczególnie w ostatnich tygodniach przed startem. I zdecydowałem się na zakup nowego roweru! Poszedłem do lokalnego sklepu, do znajomego sprzedawcy i mówię: "chcę kupić rower, którym dojadę do Polski"! Where? Odparł sprzedawca. "Tak, do Polski". Po chwilowym, lekkim szoku zaproponował mi odpowiedni model firmy Specialized Sirrus X2, który był gotowy do odbioru już następnego dnia.

Image

Do wyposażenia wyprawy należał zestaw 30-litrowych sakw rowerowych Gotel Bike, sakwa pod ramę na narzędzia firmy Rockbros,zestaw naprawczy, klucze, mały pojedyńczy namiot Soekod i śpiwór Highlinder Trekker. Ważnym elementem było także siodełko Soekod, dzięki któremu nie odczuwałem żadnego dyskomfortu podczas długich etapów.
Najważniejszym elementem wyposażenia była nawigacja. Nabyłem model Garmin 830 kilka miesięcy przed wyjazdem i mogę powiedzieć, że sprzęt zdał egzamin na 6-stkę. Nie zawieszał się, szybko się ładował i długo działał. Do tego dochodzi także aplikacja dla rowerzystów Komoot, z której wgrywałem mapy do nawigacji. Trasa była tak ułożona, że prawie zawsze jechało się po drodze rowerowej albo drogami o małym natężeniu ruchu.

Miałem w bagażu także mapy klasyczne, ale pomagały mi tylko w planowaniu kolejnego dnia i orientacji na mapie Europy. Z ubrań technicznych miałem dwie pary spodenek kolarskich, ortalion, czapkę kolarską, kask, dwa zestawy oświetlenia, dwie pary okularów przeciwsłonecznych i 2 pary rękawic. Do tego dochodzi reszta ubrań, kosmetyki, bank energii, 3 bidony, tabletki musujące izotoniczne, żele energetyczne i suche kabanosy idealne jako przekąska w każdych warunkach. Jak widać na zdjęciu nie byłem zbytnio obłożony bagażem, redukując jego masę do granic możliwości, zamieniając materac na lekką folię termalną.

Podczas długich, kilkunastogodzinnych etapów, pomocna była aplikacja z polskim radiem, YouTube czy audiobooki, dzięki którym nie nudziło się na trasie. Przebojem mojego wyjazdu został utwór “Jeden taniec, jedna noc” zespołu Defis i Miły Pan, który był non stop puszczany w radiu VOX.
Jako ciekawostkę dodam, że wokalista tego pierwszego Karol Zawrotniak pochodzi z Cycowa czyli w niedalekiej odległości od mojego Pawłowa.

Image

Patrząc na prognozę pogody przewidującą 40-stopniowe upały obawiałem się ewentualnego przegrzania czy osłabienia organizmu, wynikającego z jazdy w tak ciężkich warunkach. Anglia a także Europa była pod wpływem tzw. heat wave, czyli masy ciepłego powietrza znad Afryki. Synoptycy zapowiadali nawet 43 stopnie, co nie było dobrym prognostykiem przed startem mojej
wyprawy. Nurtowała mnie niepewność co do wydolności swojego organizmu w tak ekstremalnych warunkach. Jedną z dróg było odpuszczenie części angielskiej, przejazd pociągiem do portu w Harwich i stamtąd rejs do Holandii, skąd zacząłbym rowerową część wyprawy.

Ewentualny sukces takiej decyzji nie zadowoliłby mnie jednak w 100%, bo pierwotny plan wyjazdu polegał na starcie z domu w Anglii i dotarcie do mojego rodzinnego domu. Pomimo rozważenia krótszego dystansu ostateczna decyzja została podjęta i o godzinie 9 rano 16 lipca 2022 roku wyruszyłem w drogę z angielskiego Radstock do Pawłowa. Dzień przed startem spakowałem wszystkie swoje rzeczy, dopasowałem sakwy do ram i bagażnika, zostawiłem nadmiar sprzętu i byłem gotowy na przygodę.

Image

16 lipiec 2022 Radstock - Reading 125 km

Pierwszy etap liczył 125 km i kończył się w Reading. Większość trasy była dla mnie znana z wyprawy do Londynu, którą odbyłem dwa lata temu. Po pierwszych 50 km zaczęła się najcięższa część, bo wyjechałem ze ścieżki położonej wzdłuż zacieniowanego kanału na otwarty asfalt w 35 stopniowym skwarze. Jazda na otwartej przestrzeni przy palącym słońcu nie należała do przyjemnych. Po kilku godzinach upał zelżał i ostatnie kilometry jechało się przyjemnie. Nocleg miałem zarezerwowany przez aplikację Airbnb w cenie 38 funtów.

Image

Image

Image

Image

17 lipiec 2022 Reading - Chelmsford 131 km

Następny dzień podobnie czyli 35 stopniowy upał i przejazd przez Londyn a później do Chelmsford. Pobudka rano po 5, odgrzanie noodles w mikrofali, szybkie pakowanie sprzętu i w trasę. Jeszcze w Reading wypadły mi z bagażu klapki, ale nie chciałem się cofać. Londyn od zachodu na wschód ciągnie się ok 80 km, więc większość niedzieli zajął mi przejazd przez miasto.Trasa wiodła przez słynny Windsor, znany z zamku królewskiego, ale także z rozległego parku. Co jest charakterystyczne dla Anglii w niedzielny poranek mijałem dziesiątki biegaczy, kolarzy czy innych amatorów aktywności fizycznej. Jak widać nie wszyscy budzą się w weekendowy poranek z bólem głowy jako efekt dnia poprzedniego. Mijając największe lotnisko w Europie, Heathrow, zrobiłem sobie przerwę na zrobienie kilku fotek. Samoloty lądowały tuż nad moją głową co dwie minuty, a ja mogłem przyjrzeć się z bliska lądującemu Airbusowi A380, który jest największym statkiem pasażerskim. Oprócz mnie na taki pomysł wpadło kilkadziesiąt osób, którym taki sposób spędzania wolnego czasu przypadł do gustu. Mają oni swoją nazwę - spottersi, czyli hobbyści robiący zdjęcia samolotom.

Image

Przejazd przez miasto był przyjemny, wszędzie były ścieżki rowerowe i nie trzeba było stać w korkach. Na wysokości dzielnicy Knightsbridge odpadł mi źle przymocowany śpiwór i namiot. Jako, że spostrzegłem się dopiero po ujechaniu kilkuset metrów to myślałem, że straciłem mój sprzęt na zawsze. Na szczęście jeden z Londyńczyków gonił mnie tak zawzięcie, aż mnie dopadł i oddał moją zgubę. Miły akcent z racji tego pana. Pięknie mu podziękowałem i tym razem właściwie zabezpieczyłem swój sprzęt, dzięki czemu już do końca wyprawy niczego nie zgubiłem.

Image

Image

Dojechałem do centrum, minąłem Buckingham Palace, Big Bena a na wysokości London Eye zrobiłem kilka fotek. Aplikacja Komoot tak opracowała trasę, aby nie pominąć najważniejszych atrakcji Londynu.
Beton i asfalt podczas upału ciągle dawał znać o sobie i raz na jakiś czas robiłem sobie przerwy. Podczas jednej takiej musiałem kupić kabel USB, bo oczywiście zapomnialem go spakować. Powiedziałem sprzedawcy że jadę do Polski a on spytał na ile mi wystarczy bateria w rowerze! Wziął moją skawę na narzędzia jako baterię w rowerze elektrycznym. Po godzinie 18 temperatura spadła i do Chelmsford, gdzie miałem hotel dojechałem po godzinie 19. Koszt hotelu wyniósł 45 funtów, nie było problemów z zabraniem roweru do pokoju, gdzie się zregenerowałem na kolejny etap.

Image

18 lipiec 2022 Chelmsford - Harwich 80 km

Ostatni dzień na angielskiej ziemi zaznaczył się małym kilometrażem, ok. 80 km, ale też 38-stopniowym upałem. Wyruszyłem rano ale już po kilku godzinach można było odczuć żar lejący się z nieba. Przy takim upale ważne jest odpowiednie nawodnienie, częste odpoczynki i suplementacja. Miałem specjalne kapsułki zawierające potas, sól czy magnez, które to składniki są wypłukiwane wraz z potem podczas dużego wysiłku.
Na trasie spotkałem jednego kolarza, który przygotowywał się do tygodniowego objazdu na terenie Anglii. Kilkuminutowa pogawędka była miła i zaproponował nawet herbatę u siebie w domu. Podziękowałem, bo chciałem jak najszybciej skończyć ten morderczy etap i na spokojnie poczekać na swój prom.

Image

Image

Harwich - Hook of Holland, 18/19 lipca, nocny prom Anglia - Holandia

Do Harwich dotarłem o 14, spędziłem kilka godzin w klimatyzowanej restauracji Wetherspoon, następnie zrobiłem małe zakupy w Lidlu i miałem zamiar udać się do terminala. Byłem pewny, że te kilka godzin przed odpłynięciem przeczekam sobie w komfortowych warunkach. Jednak tak nie było, bo cytując klasyka z Białegostoku "nie było tam niczego"! Promy kursują do Harwich tylko dwa razy dziennie, rano i wieczorem a o klimatyzowanej poczekalni można pomarzyć. Na szczęście obok terminala znalazłem mały park, gdzie w cieniu czekałem na swój statek. Jak doczytałem w internecie to w Harwich zbudowano statek Mayflower, na którym w 1620 roku przypłynęła piewsza grupa osadników do Ameryki Północnej.

Image

Image

Mój prom odpływał o 23 i miał dotrzeć do brzegów Holandii o 8 rano. Jego koszt wraz z noclegiem i rowerem wyniósł 127 funtów. Odprawiłem się jako jeden z pierwszych i czekałem kilka godzin na zaokrętowanie w specjalnej alejce. Za mną stał motocyklista ze Szwecji, z którym uciąłem krótką pogawędkę. Później pojawili się rowerzyści i nie byłem sam. Jeden z nich wybierał się w stronę Alp na dwutygodniowy objazd. W końcu na dwie godziny przed wypłynięciem zostaliśmy wpuszczeni jako pierwsi na ogromny pokład i zostawiliśmy tam swoje rowery. Udałem się do swojej kajuty, gdzie zregenerowałem się przed kolejnym dniem. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić wycieczki po ogromnym promie. Wnętrze wygląda ekskluzywnie, są tam bary, restauracje, kasyna czy sklepy, ale najfajniejszą częścią są tarasy widokowe, gdzie nawet można pograć w koszykówkę. Pożegnałem się z angielskim lądem zimnym piwem i poszedłem spać.

Image

Image

19 lipca Hook of Holland - Utrecht 85 km

Rano o 6.45 ze snu wybił mnie dźwięk syreny i słowa kapitana mówiące, że zbliżamy się do lądu. Szybka kawa z rogalikiem na tarasie i pojawia się zarys wiatraków - witamy w Holandii. Jednak nie były to klasyczne zbożowe, tylko kumulujące energię wiatraki elektryczne. W każdym bądź razie dobijałem już do brzegów kontynentalnej Europy. Przed opuszczeniem statku miałem problem ze znalezieniem piętra, gdzie zaparkowałem rower, ale pracująca przy obsłudze ekipa Filipińczyków była bardzo pomocna i pomogła mi rozwiązać problem. Opuściłem prom jako jeden z ostatnich, razem z kierowcami tirów. Szybka odprawa przy punkcie granicznym i witamy w Holandii. Jako ciekawostkę dodam, że przy terminalu na holenderskiej stronie, w przeciwieństwie do angielskiej, była przestronna poczekalnia dla pasażerów.

Image

Image

Podczas pierwszego dnia w Holandii nie miałem w planach długiej jazdy. Powodem tego był ponownie skrajny upał. Celem było miasto Utrecht, oddalone o 85 kilometrów. Różne można usłyszeć opinie o Holandii, w tym, że jest to istny raj dla rowerzystów. I moge się z tym zgodzić w 100%! Od samego portu poruszałem się po ścieżce asfaltowej, w której był wyodrębniony prawy i lewy pas.
Do samego Utrechtu dojechałem tylko po takich ścieżkach, w wielu przypadkach mając pierwszeństwo przed autami. Trasa przez Holandię prowadzi często wzdłuż kanałów, malowniczo wkomponowanych w tamtejszy krajobraz. Do tego dochodzi także wszechobecna głęboka zieleń. W sąsiedztwie kanałów stoją domy a ich mieszkańcy chłodzą się w zimnej wodzie. Nie wiem czy był to dobry pomysł, bo ich blada karnacja przy 38 stopniowym upale nie chroni przed oparzeniami słonecznymi.

Image

Image

Podczas trasy zatrzymałem się w pięknym miasteczku Delft na poranną kawę. Jest ono malowniczo poprzecinane kanałami, z duża ilością kwiatów, wzdłuż których zaparkowanych były setki rowerów. Znane jest także z tradycji garncarskich i mieści się tutaj Politechnika. Nie obyło się też bez polskich akcentów, bo obok kafejki mieścił się polski market. Odwiedziłem sklep z butami i za 7 euro kupiłem sobię nowe klapki, bo jak pamiętamy stare straciłem w Reading podczas drugiego etapu.

Image

Image

Tego dnia musiałem dokonać korekty co do miejsca noclegowego. Pierwotnie miał to być hostel, ale prognoza zapowiadała upał nawet po godzinie 22 i nie chciałem nocy spędzić w saunie. Kolejny dzień bez regeneracji w zimnym pomieszczeniu mógłby zakończyć moją wyprawę już na etapie niderlandzkim. Zdecydowałem się na skasować hostel i zabukować klimatyzowany 4**** hotel. Kosztowało to mnie trochę (86 funtów), ale tamta decyzja była strzałem w 10-tkę. Chłodny pokój pozwolił mi na właściwy odpoczynek i zaplanowanie na następny dzień ponad 150-kilometrowej trasy aż do granicy niemiecko - holenderskiej.

Image

20 lipiec Utrecht - Nordhorn 152 km

Po dobrej nocy w Utrechcie pełny sił wyruszyłem w stronę Niemiec. Nie zjadłem śniadania, gdyż zaczynało się zbyt późno dla mnie i miałem nadzieję, że uda mi się coś zjeść po drodze. Po dwóch godzinach jazdy pojawiła się stacja benzynowa, gdzie kupiłem kawę i kanapki. Uciąłem sobie pogawędkę z jednym z miejscowych, który mieszkał kiedyś w okolicach Londynu. Mijany Mcdonald był otwierany dopiero od godziny 11, co jest dość późną porą w porównaniu do Polski czy Anglii. Ogólnie nie spotkałem tam małych sklepików czy gęstej sieci stacji paliw, jedynie tylko w większych miastach można było spotkać market, np. Jumbo.

Image

Image

Image

Jadąc w stronę wschodniej części kraju zmienił się krajobraz i zniknęły liczne wcześniej kanały. Udało mi się spotkać charakterystyczny punkt tego kraju - wiatrak, w którym lata temu mielono zboże. W Almelo miałem dłuższy postój, gdzie posiliłem się smaczną zupą pomidorową. Dzień był długi, trasa także i w końcu skończyła się Holandia. Ostatnie 20 kilometrów wytyczone było na nasypie wzdłuż kanału służącego przez lata do przewozu towarów. Ciężko było zauważyć granicę państw, którą w pierwszym momencie przegapiłem. Dopiero po nawrocie zauważyłem stary szlaban i słupki graniczne. Miejsce mojego noclegu mieściło się w budynku, w którym dawno temu była siedziba niemieckiej straży granicznej. Patrząc na google maps znajdowało się idealnie
na wysokości granicy między Holandią a Niemcami.

Image

Image

Image

cdn...
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Offline
#2 PostWysłany: 28 Kwi 2023 12:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Wrz 2016
Posty: 20
Loty: 266
Kilometry: 531 780
Krajów: 53 / 24.8%
Jest godzina 18 a do Sulęcina zostało jeszcze ponad 40 km. Robię zapasy na kostrzyńskim Orlenie, gdzie po raz pierwszy od 10 dni komunikuję się w języku ojczystym. Wyjaśniam sprzedawcy skąd i dokąd jadę a w odpowiedzi słyszę gratulacje i dobre słowo na następne 800 km km.
Dalsza część trasy wiodła przez drogę krajową nr 22, która nie posiadała pasa awaryjnego. Na szczęście nie robiłem zbytniego zatoru dla ciężarówek i po 10 km skręciłem w spokojniejszą drogę. Po krótkim odpoczynku przy zadbanej rabatce kwiatowej w Stańsku jechałem przez Ośno Lubuskie, skąd skierowałem się na ostatnią cześć trasy wiodącą przez las i nierówny asfalt. Do Sulęcina dojechałem około godziny 22, czyli już po zmierzchu i na ostatnich kilometrach musiałem przetestować oświetlenie. Po szybkim meldunku zostawiłem rower w mieszkaniu (z bookingu za 120 zł) i poszedłem na zakupy do Żabki.

Image

Image

Image

Wracając minąłem grupkę lokalnych mieszkańców raczących się tanim piwem, którzy zapewne poznali, że jestem nietutejszy i spytali czy mam papierosy. Nie doszło do rękoczynów, ale uświadomiłem sobie, że jestem w Polsce i trzeba mieć się na baczności. Ciekawa sytuacja miała miejsce we wspomnianej Żabce, gdzie awanturę w sklepie robił jeden z klientów kłócący się o to, że nie ma w ofercie mocnego piwa. Pomogłem mu w niedoli i wyciągnąłem schowaną za innymi markami puszkę jego ulubionego browarka, do której dokupił butelkę najtańszej wódki. Wieczór na pewno miał udany.

26 lipca Sulęcin - Stęszew 133 km

Kolejny dzień na polskiej ziemi przywitał mnie małym deszczem, który po godzinie zmienił się w przyjemnie świecące słońce. Wychodząc z bloku spotkałem na klatce schodowej innych fanów turystyki rowerowej, którzy spędzali urlop objeżdżając okoliczne atrakcje. Po krótkiej pogawędce ruszyłem w drogę i obrałem kierunek na Międzyrzecz. Często nasz lubelski Międzyrzec Podlaski jest mylony z tym lubuskim a różnica jest w jednej literce. W połowie drogi minąłem dużą jednostkę wojskową, oddaloną od miasta o dobre kilkanaście kilometrów. W czasach zasadniczej służby wojskowej mało który poborowy ze ściany wschodniej chciał tam trafić. Nie dość, że daleko to jeszcze po przyjeździe do Międzyrzecza trzeba szukać kolejnego transportu aby tam dotrzeć.

Image

W połowie dnia zaczął się najgorszy etap podczas całej wyprawy. Przełom województw lubuskiego i wielkopolskiego to był istny koszmar dla kolarza. Trasa wiodła lasem albo polną drogą, czasami trzeba było prowadzić rower, bo kopny piach nie pozwalał jechać. Wsie mijane po drodze nie posiadały asfaltu, tylko drogę gruntową lub żwirową. Dla osoby nieobeznanej w temacie mogłoby się wydawać, że na ścianie wschodniej nie ma dróg i infrastruktury, ale prawda jest całkiem inna. Jak się okazuje na bogatym zachodzie Polski zdarzają się miejscowości bez asfaltu a na biednym wschodzie wszędzie są równe i nowe drogi. Gehenna skończyła się jak dojechałem do pod poznańskiego Buku.
Po ciężkim dniu miałem nocleg w motelu w podpoznańskim Stęszewie za 150 zł, modyfikując trasę i omijając Poznań, na czym zaoszczędziłem kilkanaście kilometrów. Wieczorem nie musiałem nigdzie wychodzić do sklepu, tyko miałem restaurację na miejscu, gdzie zjadłem ciepły rosół i delektowałem się świetnie przyrządzonym sandaczem.

Image

Image

Image

Image

27 lipiec Stęszew - Turek 152 km

Nazajutrz po śniadaniu wyruszyłem w dalszą część Wielkopolski. Minąłem miasto skąd pochodzi Roman Giertych czyli Kórnik a dalej Środę Wielkopolską i Miłosław. Trasa była urozmaicona przez ścieżki rowerowe, polne drogi, leśne dukty i niekiedy tzw. kocie łby podczas przejeżdżania przez niektóre wsie. Charakterystyczną rzeczą w tamtych rejonach były oryginalne nazwy niektórych sklepów takie jak „Cho no tu”, „U Reni” lub swojsko brzmiące „U Waldka”. Druga część trasy wiodła wzdłuż brzegów Warty i była to ciężka droga szutrowa z licznymi podjazdami. Na dodatek musiałem zrobić objazd, gdyż w środkowej części trwały prace nad wzmocnieniem wałów przeciwpowodziowych.
Po odbiciu od brzegów Warty przejechałem przez mały lasek a na końcu tego odcinka czekała mnie miła niespodzianka - przywitało mnie stadko przyjaznych kózek.

Image

Image

Image

Na koniec dnia mijałem miejscowość Bibianna, znaną dla obserwatorów kanału Kartofliska na You Tube. Właśnie tam odbyły się kiedyś zawody o oryginalnej nazwie – mistrzostwa świata w udawaniu gry w piłkę. Jak można się domyślać uczestnicy byli bardziej skupieni na celebracjach pomeczowych niż na kopaniu piłki.

Image

Przejeżdżając Polskę od zachodu na wschód widziałem miejsca, które kiedyś tętniły życiem a teraz stoją zaniedbane i zarośnięte trawą. Chodzi o byłe dyskoteki. Mijałem jedną taką o nazwie Laguna w Tuliszkowie i jak się okazało została zamknięta w 2016 roku. Po krótkim wyszukiwaniu w internecie okazało się, że swego czasu grali tam czołowi polscy didżeje czy występowały gwiazdy Warsaw Shore.
Podobna sytuacja miała miejsce następnego dnia, kiedy odwiedziłem Uniejów. Kilkanaście lat temu kluby techno miały swój prime i Klub Protector ze swoim rezydentem Dj Camelem co weekend przeżywał spore oblężenie. Nigdy tam się nie bawiłem, ale z tego co opowiadali mi znajomi to imprezy były nieziemskie. Bawiących się gości czasami tak ponosiła fantazja, że przebierali maskę tlenową, taszczyli na plecach odkurzacz i porywali się w tanecznych pląsach.

Image

Image

Linią mety środowego prawie 160-kilometrowego etapu był Turek, znany z kopalni węgla brunatnego i elektrowni działającej do 2018 roku. Wjechałem do centrum - ładna fontanna, Stary Ratusz, zadbane kamieniczki i kościół. Inną rzeczą rzucającą się w oczy była mnogość sklepów monopolowych.
Miałem na studiach znajomego z tego miasta, który za kołnierz nie wylewał, więc przyczynę takiego stanu rzeczy znalazłem na miejscu. Nocleg miałem w hotelu Barbórka w cenie 80 zł, do tego miałem wliczone śniadanie czyli pobyt w Turku nie nadwyrężył mojego portfela.

Image

28 lipiec Turek - Łódź 82 km

Kolejny etap nie był długi bo liczył tylko 82 km do Łodzi. Zbliżając się do Uniejowa zauważyłem stadion a na nim baner w języku polskim i ukraińskim – „Witamy Dynamo Kijów”. Okazało się, że z racji wojny ekipa ze stolicy Ukrainy nie mogła grać i trenować na swoich obiektach, tylko korzystała z uprzejmości władz miasta. Obok stadionu znajdują się słynne Termy Uniejów i od razu w oczy rzuciła się kolejka o długości kilkuset metrów. Nie skorzystałem, ale obok były punkty gastronomiczne i skusiłem się reklamą „Gofry jak w PRL”. Samo miasto jest ładne, zadbane, posiada trasy nad Wartą i charakterystyczny monument, na który składają się marmurowe kręgi z napisem Uniejów i granitowa kula obracająca się w pienistej wodzie.

Image

Image

Image

Po kilku godzinach dotarłem do Łodzi, miasta często nazywanego polskim Manchesterem z racji działającego tutaj przemysłu tekstylnego. Dojechałem na Żubardź i spotkałem się z rodziną. Zostałem ugoszczony po królewsku i po pysznym obiedzie dalszą cześć dnia spędziliśmy relaksując się na działce. Po długich, rodzinnych rozmowach, które trwały do północy, położyłem się do snu, wiedząc, że następnego dnia czeka mnie najdłuższy 200 km etap podczas całej wyprawy.

Image

Image

29 lipiec Łódź - Gołębiów 199 km

Przedostatni dzień zaczął się wcześnie rano i po pożegnaniu z kuzynem już przed 6 byłem na trasie. Przyjemnie się przejeżdżało przez budzące się miasto, słynną ulicę Piotrkowską i nowy budynek dworca Łódź Fabryczna. Minąłem też nowy stadion Widzewa. Robi wrażenie, w niczym nie odbiega jakością od najlepszych stadionów na świecie. Na zewnętrznej fasadzie widnieją twarze największych legend klubu ze Zbigniewem Bońkiem i Józefem Młynarczykiem na czele, jest też sklep i klubowa kawiarnia. Wyjeżdżając z miasta od strony Andrespola minąłem kilkukilometrowy korek aut, wstąpiłem do sklepu na kawę i zamieniłem kilka słów ze sprzedawcą, który życzył mi szerokiej drogi.

Image

Image

Jadąc w kierunku Tomaszowa Mazowieckiego przez kilkadziesiąt kilometrów poruszałem się dobrej jakości ścieżką i mogłem się poczuć jak w Holandii. Zbliżając się do Spały minąłem Ośrodek Przygotowań Olimpijskich. Jest to cały kompleks sportowy dedykowany dla naszych reprezentantów. Znajduje się tam stadion lekkoatletyczny, hala, siłownie, gabinety odnowy i cała reszta bogatego zaplecza na najwyższym poziomie. Przebywającym tam sportowcom nie zostaje nic innego jak tylko skupić się na treningu i osiągać najlepsze rezultaty. Cały ośrodek otoczony jest lasem i mogę dodać, że nie tylko polscy olimpijczycy tutaj trenowali, ale w spalskich lasach formę na pobicie rekordu świata na 800 metrów szlifował Wilson Kipketer, podopieczny trenera Sławomira Nowaka. Jak widać polski mikroklimat wszystkim dobrze służy.

Image

Image

Po kilku godzinach jazdy żegnam się z województwem łódzkim i wjeżdżam do powiatu przysuskiego na Mazowszu. Rolniczy region, żniwa trwają w najlepsze, kombajny młócą, rolnicy ciężko pracują, aby jak najszybciej zebrać plon. Beneficjentem tych prac są bociany. Co chwila widać ich kroczących po ściernisku i szukających pożywienia. Sielski klimat. Podczas tego dnia przez większość 200-kilometrowej trasy jechałem pod wiatr. Musiałem przez to użyć więcej energii, ale nie spowodowało to zbytniego spadku tempa. Na ostatnich kilometrach, już przed zmierzchem, zaatakowały mnie dwa psy, które wydostały się zza ogrodzenia. Na szczęście nie doszło do pogryzienia, ale nie wyglądały one przyjaźnie. Podczas jazdy słuchałem radia i wiedziałem, że w tym czasie w Polsce doszło do kilku dotkliwych pogryzień. Około godziny 20 ukończyłem najdłuższy etap podczas całej wyprawy i na liczniku wybiło 199 km. Nie kręciłem już więcej aby dobić do równej sumy, tylko skierowałem się do zajazdu w okolicach Lipska (z bookingu za 100 zł). Po prysznicu i krótkim odpoczynku udałem się do pobliskiej restauracji, gdzie zamówiłem ciepły żurek i smacznego sandacza.

Image

Image

Image

Image

Image

30 lipiec Gołębiów - Pawłów 140 km

Ostatni dzień przywitał mnie rzęsistym deszczem. Zjadłem śniadanie i pożegnałem się z miłym gospodarzem. Opady nie ustawały, ale trzeba było ruszać dalej, bo zostało już niewiele kilometrów do Pawłowa. Minąłem miejscowość o nazwie Boiska i sobie przypomniałem, że kiedyś tam byłem. W 2003 roku szedłem z lubelską pielgrzymką do Częstochowy i właśnie tam mieliśmy nocleg w remizie. Wisłę w Solcu sforsowaliśmy wtedy promem ale teraz nie było takiej potrzeby. Nowy most imienia Edwarda Wojtasia prezentował się znakomicie i ułatwił komunikację w tym rejonie.

Image

Tego dnia odbywał się pierwszy etap Tour de Pologne Kielce - Lublin. Wchodzę po wodę do lokalnego sklepu, kilku konsumentów, każdy z butelka Perły i nagle ktoś krzyczy - jest lider! Na co odpowiadam - ja nie z Kielc, tylko z Anglii! Moja część ostatniego odcinka zbiegła się z etapem Tour de Pologne i co chwila można było się natknąć na specjalne żółte oznaczenia. Ostatecznie żaden z zawodowych kolarzy mnie nie dogonił, gdyż start do pierwszego etapu był po południu a ja już znajdowałem się w okolicach Lublina.

Image

Minąłem Opole Lubelskie, zalew w Chodlu, Borzechów, Niedrzwicę, Prawiedniki i dojrzałem zarysy Lublina w postaci osiedla na Felinie. Przed Piaskami dojechałem do trasy S12 i ruszyłem wzdłuż po nowej ścieżce rowerowej. Skręciłem do Biskupic a w Trawnikach przejechałem obok budynku, gdzie mieściła się słynna z telewizji dyskoteka „Nokaut”. W Ewopolu zatrzymałem się na chwilę przy znaku informującym, że przekraczam granicę powiatu chełmskiego i wjeżdżam na teren gminy Rejowiec Fabryczny. Trzeba było zrobić pamiątkową fotkę. Po chwili coś dużego wyskoczyło z lasu i był to jeleń. Widocznie zbliżająca się nawałnica przegoniła zwierzę na inną część lasu, akurat wtedy kiedy mijałem znak graniczny.

Image

Image

Image

Image

Po wjeździe do Wólki Kańskiej rozpętała się gwałtowna burza. Miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć wiatę autobusową, ale takowej nie było w pobliżu. Wybawieniem okazała się remiza z altanką i tam się skryłem. Przeczekałem godzinę, nawałnica przeszła ale nadal padał intensywny deszcz i się ściemniło. Nie chciałem dłużej czekać i z werwą ruszyłem na ostatnie kilometry.

Image

Umówiłem się z moimi bliskimi przy znaku Pawłów od strony Krasnego, jednak od jakiegoś czasu już go nie było. Zmieniliśmy plany i musiałem dojechać do drugiego pod Rejowiec Fabryczny. Pomimo rzęsistego deszczu i godziny 22 zrobiliśmy pamiątkową sesję, otworzyliśmy szampana, bo wreszcie nadszedł czas na celebrację mojego sukcesu. Trasa Anglia - Polska została pokonana i zadanie zostało wykonane.

Image

W dwa tygodnie przejechałem przez Wielką Brytanię, Holandię, Niemcy i Polskę robiąc ponad 2 tysiące kilometrów. Najkrótszy etap liczył 82 km a najdłuższy 199 km, z czego najlepiej jechało mi się po Holandii. Pogoda była różna. Mierzyłem się z falą upałów sięgających 38 stopni i tylko dwa razy złapał mnie deszcz. Awarię miałem jedną w postaci przebitej dętki i poza tym sprzęt spisał na na piątkę. Nie gubiłem trasy dzięki aplikacji rowerowej Komoot, skąd zgrywałem drogę przejazdu do nawigacji Garmin 830. Fizyczne też nie było większych problemów, gdyż byłem dobrze przygotowany przykładając wagę do odpowiedniej regeneracji po skończonych etapach. Mój przyjazd zbiegł się z jubileuszowym XX Jarmarkiem Pawłowskim, gdzie miałem przyjemność zaprezentować się na scenie i powiedzieć kilka słów o mojej wyprawie.

Image

Na koniec zapraszam na skompresowaną relację z wyprawy w postaci 14-minutowego filmiku z mojego kanału na YouTube:



Czy w przyszłości planuję podobne eskapady? Tak, ale nie do końca związane z rowerem. W tym roku planuję wziąć udział w ultramaratonie na dystansie 100 km i moim biegiem podłączyć się do akcji charytatywnej zbierając środki na szczytny cel. A na koniec roku wystartuję w maratonie w Chicago.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group