Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
 Temat postu: Zakochani w Rzymie
#1 PostWysłany: 15 Sty 2015 00:41 

Rejestracja: 14 Sty 2015
Posty: 5
Loty: 20
Kilometry: 51 602
Krajów: 9 / 4.2%
Zakochani w Rzymie

Filmowa sceneria, uśmiechnięci Włosi i pyszne jedzenie. To pierwsze skojarzenia przychodzące na myśl o słonecznej Italii. Perełką (może raczej jedną z wielu perełek) tego kraju jest niewątpliwie Rzym. Tam wszystkie te wyobrażenia atakują z potrójną siłą. Rzym jest miejscem, gdzie można usiąść przy stoliku (najlepiej w bocznej uliczce) z pyszną kawą w ręce i godzinami przyglądać się otoczeniu. Ludziom, budynkom, krajobrazom.

Image

Jedynym minusem (z resztą nie tylko Rzymu, tyczy się to wszystkich typowo turystycznych miejsc) jest masa turystów. Na szczęście takie zjawisko spotyka się w miejscach, które „koniecznie trzeba zobaczyć”.

Image

Skręcając z wytyczonych przez przewodniki szlaków można usiąść w spokoju i chłonąć niezwykłą atmosferę Rzymu…

Image

Image

Image

Bravo Roma!

Brawa przy lądowaniu? Też mam ochotę ze szczęścia bić brawo, bo boję się latać i lądowanie dla mnie to najmilsza część podróży. Jakie to szczęście ogromne kiedy koła dotykają płyty lotniska… ale to dopiero początek każdej podróży, prawda?

Uwielbiam jeździć po świecie i choćby miało padać, grzmieć, wiać niemiłosiernie to nic nie zepsuje tej najlepszej aury, która Cię otacza kiedy masz włączony tryb podróżnika.Wysiadamy z samolotu na lotnisku tanich linii lotniczych w miejscowości Ciampino, słońce świeci, ciepło jak na grudzień, mogliśmy wziąć cieńsze kurtki.

Dotrzeć z lotniska można na kilka sposobów, od tanich, nieco zagmatwanych, poprzez nieco droższe, ale proste, po te najszybsze i najdroższe, które zawiozą Cię tam gdzie chcesz i kiedy chcesz. Taryfę odpuszczamy, najtańszą opcję też, nie spaliśmy całą noc, nie mamy głowy do przesiadek… Wybieramy busa, droższy chyba o euro, ale zawozi nas bezpośrednio pod dworzec główny w Rzymie – Termini. Podróż w zależności od pory dnia trwa od 20 do 90 minut (warto mieć to na uwadze, kiedy spieszymy się na samolot).

Nie możemy doczekać się zwiedzania, ale musimy się zameldować w hotelu i nieco przespać, więc kierunek- hotel. Wychodzimy z autobusu i… Osiem kilometrów w deszczu…

Image

Image

Źle? W życiu! Rzym w deszczu wygląda wspaniale, światła odbijające się od kostki brukowej, zapach drzew i kwiatów, ludzie spieszący się na spotkania, do pracy, a my? Zauroczeni tym miejscem jak mało którym. Ruiny przypominają nam na każdym kroku o czasach, kiedy to ulicami przechadzali się najwięksi władcy, papieże, nieco później da Vinci, Buonarotti, bardziej znany, jako Michał Anioł. Czuć nawet tajemniczość i bogactwo kulturowe tego miejsca jak z książek o Robercie Langdonie. Jesteśmy tu dopiero 2 godziny, nieco mokrzy, trochę nam zimno, ale chłoniemy to miasto całymi sobą, każdym wdechem, każdym spojrzeniem..

Image

Image

Image

Image

Wiemy, że Rzym wyląduje na naszej liście top 10 już teraz.. zobaczymy jak będzie potem… Póki co Wieczne Miasto zasługuje na gromkie brawa, jeszcze większe jak te w samolocie :)

Raindrops keep fallin’ on my head

Billy Joe Thomas potrafi nastawić pozytywnie do deszczu. Ta piosenka była w wielu filmach i chyba za każdym razem ktoś, gdzieś tańczy na ulicy zadowolony, kiedy na twarz lecą mu kolejne krople ciepłego majowego deszczu…

A co jeśli to grudzień i w dodatku jest zimno?

Nic, pomyślałem i położyliśmy się spać wykończeni po dobie bez snu…

Lekki stukot w okno, ciemno, klaksony gdzieś w oddali nieco przytłumione… Ocknąłem się, podleciałem do okna i… Google się nie myliło… Pada…

Image

Wypoczęci, wyspani, umyci, ale głodni ruszamy więc w Rzym. Na Bookingu trochę nas straszyli, że hotel daleko od wszystkiego, że dzielnica szemrana, że wi-fi działa tylko w pobliżu recepcji, nieco zdeterminowani przez coraz głośniejsze żołądki postanawiamy wyjść stawić czoła demonom Bookingu! Wychodzimy z hotelu i… ludzi pełno, siedzą w restauracjach, piją kawę, wina, piwa, jedzą pizzę, kanapki, makarony… Po 10 minutach od opuszczenia hotelu ciągle żyjemy, jest dobrze.

Image

Znajdujemy fajną małą knajpkę z pizzą na wynos i wybieramy z pośród kilku rodzajów. Jeden kawałek z pomidorami koktajlowymi, a drugi z tuńczykiem, dostajemy pudełko i dalej w drogę. Nie wiem czy to głód, czy to zachwyt Rzymem, czy po prostu ta pizza była jedną z lepszych jakie jedliśmy. Na pewno wszystko to miało wpływ, ale włosi do jedzenia przykładają naprawdę spora wagę. Wydaje nam się, że po prostu dbają o jakość składników, potrafią je odpowiednio dobrać, a to wszystko przyprawić szczyptą miłości do gotowania. Już wiemy, że dzisiaj na jednej pizzy się nie skończy, a jest 19 i jesteśmy już jakby nie patrzeć po kolacji.

Image

Dochodzimy do pierwszej znaczącej atrakcji w Rzymie Piramidy Cestiusza – najlepiej zachowanej i największej piramidy w tym mieście, oczywiście służy jako grobowiec i robi duże wrażenie. Nie tylko dlatego, że ma 2000 lat, ale dlatego, że idąc sobie ulicami osiedla dostrzegasz stacje metra, obok tramwaj i autobus, ludzi pijących kawę z ekspresu, a tu nagle wyrasta wam za zakrętem piramida! I robi wrażenie dlatego, że pomimo nowoczesności jaka ją otacza stoi i króluje nad nią. Stoi dumnie i przypomina o tym, że jesteśmy w miejscu, które jest kolebką kultury współczesnej Europy. I robi to w naprawdę imponujący sposób. Rzym przypomni nam o tym jeszcze nie jeden raz… a całe mnóstwo.

Image

Image

Image

Kawałek dalej, no może spory kawałek dalej, stoi amfiteatr Flawiuszów, symbol Rzymu i chyba całych Włoch. Mowa oczywiście o Koloseum, miejscu, które dostarczało wrażeń dla około 50 tysięcy (dla porównania stadion narodowy ma podobną pojemność) rządnych krwi widzów. Na scenie występowali gladiatorzy czy dzikie zwierzęta, a walka zawsze kończyła się przynajmniej jedną śmiercią. Drewniana podłoga areny wykonana była z drewna pokrytego piaskiem, który zabezpieczał przed ślizganiem się i… wchłaniał rozlaną krew. Widownia była podzielona na 3 stopnie, najniższy dla włodarzy, seniorów i oficjeli, środkowy dla bogatych mieszkańców Rzymu, a najwyższy dla plebsu. Był jeszcze taras, zarezerwowany dla władców, senatorów i VIP-ów.

Koloseum miało okazje być zamkiem, kościołem (kiedy wybudowano małą świątynię), a z areny zrobiono cmentarz. Później zostało ogłoszone miejscem męczeństwa chrześcijan, aby na sam koniec zostać jednym z siedmiu nowych cudów świata (2007).

Image

Image

Image

Image

Działo się, oj działo… a jak jest teraz?
Świat się zmienia, Koloseum nie, ale wszystko dookoła niego już tak… Nikt nikogo nie morduje, a gladiatorzy tylko pozują do zdjęć. Uliczni artyści pokazują swoje umiejętności malowania sprayem tak, jak robią to chyba na całym świecie (a przynajmniej od Ustki po Rzym), sprzedawcy oferują owoce, napoje i kijki do selfie (!), nawet rikszą się przejedziemy, jeśli chcemy.

Image

Image

Image

Wiele się zmieniło, wiele się jeszcze zmieni. Koloseum może nie chce pokazywać nam przeszłości i całego tego okrucieństwa, może chce nam pokazać, że jednak świat i ludzkość zmieniają się na lepsze?

Image

Z całego zamysłu wytracają nas żołądki, które chyba po wcześniejszej pizzy domagają się ze zdwojoną siłą nowych doznań kulinarnych. W zasadzie przez cały pobyt we Włoszech ani razu nie czułem się najedzony. Zawsze coś bym zjadł, chociaż gryza, może bardziej dwa. Co uliczkę czułem zapach pizzy czy makaronów, a lody? To nie te lody kulki, jakie znamy.. Oj nie… Włoskie gellato to sztuka, najprostsza, która zachwyca od pierwszego spojrzenia, a wszystkie Wasze zmysły oszaleją, kiedy spróbujecie. Nawet Lonely Planet pisze, że włoskie lody są najlepsze, a uwierzcie mi, że jest to bardzo skromna recenzja.

Najlepiej po prostu spróbujcie sami.

Image

Na wieczór zostawiliśmy sobie kolejny z „żelaznych punktów” Rzymu – najlepiej zachowaną świątynię licząca 2000 lat – Panteon.

Księżyc w pełni rozświetla ściany budynku, w oddali słychać śpiew, mimo gwaru echo męskiego głębokiego głosu odbija się od fasad kamienic i dociera do naszych uszu, w powietrzu czuć zapach ulic po deszczu, świeży i rześki.

Dochodzimy do placu przed Panteonem. Śpiewak operowy Antonio Nicolosi swoim wykonaniem „Time to say goodbye” wprawia nas w osłupienie. Magia tego miejsca jest nie do opisania, mimo gwaru słychać tylko śpiew, odbija się od budynków, jest głośny, wyraźny i przenikliwy. Lekki szum fontanny dodaje jakby analogowego brzmienia, a patrząc wprost na Panteon mamy wrażenie jakby czas stanął w miejscu i to dawno temu. Nagle muzyka przestaje grać, Antonio śpiewać, słychać brawa. Panteon wygląda już łagodniej, co prawda stracił nieco na mistyczności, ale mimo to dalej zachwyca i to w zasadzie nie tyle sam budynek, co wszystko dookoła. Ludzie, artyści, kawiarnie, restauracje, nawet pogoda, a przecież zimowa i deszczowa. Nie mamy pojęcia co nadaje temu miejscu takiej magii i może lepiej, aby tak zostało.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wchodzimy do środka, bo zaraz zamykają (wstęp wolny). Na środku kopuły, która jest uważana za największe osiągniecie architektoniczne Rzymian znajduje się oculus (otwór), który przepuszcza światło i powietrze do wnętrza. Naprzeciw wejścia znajduje się rzeźbiony, główny ołtarz. Ludzi nie było wiele, więc w spokoju chłonęliśmy klimat tego niezwykłego miejsca. Wychodząc marmurową zdobioną posadzką czujemy się zmęczeni dzisiejszymi wrażeniami, czas na nas, kierunek – hotel.
Do hotelu dochodzimy po godzinie, zmordowani, przemoczeni, ale co z tego? Trochę padało, ale jakoś szczególnie nam to nie przeszkadzało, w końcu jesteśmy w Rzymie i w drodze powrotnej każde z nas pod nosem nuciło „Raindrops keep fallin’ on my head” ;)

cdn.

Zapraszamy również na naszego bloga :)
https://maybeeblog.wordpress.com/

Część druga:
http://marcin_87.fly4free.pl/blog/334/z ... ymie-cz22/
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
City break w Atenach 🏛️✈️ Loty z Warszawy i noclegi blisko Akropolu za 969 PLN City break w Atenach 🏛️✈️ Loty z Warszawy i noclegi blisko Akropolu za 969 PLN
Tajskie wyspy 2w1 🌴 Phuket i Ko Lipe w jednej podróży od 3096 PLN 😍 Tajskie wyspy 2w1 🌴 Phuket i Ko Lipe w jednej podróży od 3096 PLN 😍
Offline
#2 PostWysłany: 17 Sty 2015 22:11 

Rejestracja: 14 Sty 2015
Posty: 5
Loty: 20
Kilometry: 51 602
Krajów: 9 / 4.2%
Udręka i ekstaza

Watykan to Papież, Jan Paweł II, Gwardia Szwajcarska, Bazylika, muzeum, Kaplica i… Można wymieniać w nieskończoność, ale jest jedna osoba, bez której nie byłoby dzisiaj takiego Watykanu, jakiego znamy.

W młodości potajemnie przeprowadzał sekcje zwłok, by uczyć się anatomii i móc rysować i rzeźbić zatrzymane w czasie postaci ludzkie bliskie idealnym, na specjalne zaproszenie papieża przyjechał do Rzymu w roku 1505, aby zaprojektować grobowiec. Papież Juliusz II był pierwszym z siedmiu, dla których ten coraz bardziej uznawany artysta renesansu wykonywał swoje dzieła. Michał Anioł, bo o nim mowa, stworzył wiele cennych dzieł – freski w Kaplicy Sykstyńskiej, kopułę Bazyliki Świętego Piotra czy Pietę w niej stojąca. Watykan wiele zawdzięcza swojemu nadwornemu artyście. A jakie wrażenie zrobił na nas?

Sobota, można pospać nieco dłużej, a po wczorajszych wędrówkach po deszczowym Rzymie nie zrywamy się skoro świt. Innego zdania są za to kierowcy, mieszkamy na 7 piętrze, a mam wrażenie, że klaksony słyszę tuż za oknem, trochę jak w Azji, i trochę nas to irytowało dopóki nie spojrzeliśmy na zegarki, już 11 (!) a my dalej w pieleszach.

Po godzinie piliśmy kawę w dzielnicy Trastevere i zajadaliśmy się rogalikiem cornetto. Włoskie kawiarnie są idealne, nie te w turystycznych miejscach ale te osiedlowe knajpki, najmniejsze, z kilkoma miejscami do siedzenia. Tam parzenie kawy to nie tylko pomysł na biznes, to pasja, bardzo aromatyczna i warta grzechu. Tutaj trzeba też wspomnieć o włoskim cornetto – rogaliku, bardzo podobnym do francuskiego croissanta, nieco bardziej maślanym i chyba mniej kruchym, za to bardziej słodkim. On nie tylko pasuje do porannej kawy – poranna kawa bez niego traci urok.

Image

Image

Image

Do Bazyliki Świętego Piotra kolejka ustawia się na drugim końcu placu (wstęp jest bezpłatny, za to są bramki bezpieczeństwa, takie jak na lotniskach). Swoje trzeba odstać, uzbroić się w cierpliwość. 30 minut później wchodzimy do Bazyliki, z daleka, stojąc na placu trochę się zawiedliśmy, myśleliśmy, że jest większa, że robi ogromne wrażenie, ale nie do końca tak było. Z bliska za to wrażenie jest zupełnie inne, a po przekroczeniu progów – dużo lepiej, niż gdy stanęliśmy na Placu Świętego Piotra. Jest wysoka, szeroka, kopuły cudownie ozdobione freskami, a ściany rzeźbami. Dla znawców to istny raj, każda rzeźba i fresk to osobna historia, często zawiła i ciekawa. Dla nas laików to po prostu rzeźba, tylko nieliczne robią na nas wrażenie, bo coś o nich wiemy więcej.

Na terenie Bazyliki znajdziemy jeszcze baldachim w centralnej części, grób Papieża Polaka oraz pietę Michała Anioła, zniszczoną w 1972 roku przez australijskiego geologa (szaleńca). Została uderzona kilkadziesiąt razy młotkiem, a do rekonstrukcji posłużyła najwierniejsza kopia rzeźby znaleziona w Poznaniu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zrobiło się późno, a zaraz zamykają wejścia do Muzeum Watykańskiego. Kolejka podobno jest zawsze długa, dzisiaj była bardzo mała, staliśmy w sumie 30 minut. W między czasie zaoferowano nam milion kijków do selfie, biletów do muzeum (żeby nie stać w kolejce) i kilka innych coraz to ciekawszych rzeczy, o których nawet nie śniliśmy.

Image

Najbardziej zależało nam na Kaplicy Sykstyńskiej i freskach znajdujących się na korytarzach. Przechodzimy przez kolejna bramkę bezpieczeństwa, kupujemy bilet (16 euro) i zaczynamy zwiedzanie.

Porywa nas rzeka ludzi, tłum ogromny, że aż ciasno. Zwiedzając jednak tłum robi się raz większy raz mniejszy, zależy jaka atrakcja na nas czeka, jeśli duża to i tłum spory i na odwrót. Zaraz przy wejściu można podziwiać panoramę Rzymu. Zwiedzając Muzeum Watykańskie, co chwila idziemy a to placem, a to ogrodem, potem przechodzimy korytarzami do coraz to różniejszych sal, by na koniec zobaczyć Kaplicę Sykstyńską i sale z przeogromnym zbiorem obrazów najznakomitszych artystów.

Image

Każdy ma swój własny Watykan i każdego interesuje coś zupełnie innego. Rzeźby omijaliśmy, za to sufity korytarzy – zastanawiałem się czy to rzeźby czy to jednak jest namalowane, genialne zdobienia trochę tracą na uroku przez tłumy ludzi, niemniej jednak robią niesamowite wrażenie. Po drodze natknęliśmy się na zbiór map i globusów z czasów kiedy Ameryk jeszcze nie było ;) dla nas – podróżników, to jak wisienka na torcie. W Watykanie jest trochę więcej polskich akcentów niż można się spodziewać. Jednym z nich jest na pewno sala Sobieskiego z obrazem Jana Matejki przedstawiającym „Bitwę pod Wiedniem”, który podarował papieżowi Leonowi XIII z okazji 200. rocznicy stoczenia zwycięskiej bitwy.

Image

Image

Image

Image

Image

Idąc korytarzami z każdej strony jesteśmy atakowani przez najznakomitsze dzieła sztuki. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Na koniec dochodzimy do Kaplicy Sykstyńskiej i trochę czuliśmy się rozczarowani. Tłum ludzi, co chwilę słychać „silencio” wołane przez strażników, tabliczki informujące o zakazie fotografowania działają chyba jak płachta na byka, błyski fleszy jak na czerwonym dywanie. Przez chwile staraliśmy się wyłączyć, podziwiać sklepienie kaplicy. Przyjrzeć się najbardziej znanemu freskowi Michała Anioła „Stworzenie Adama”, ale nie potrafiliśmy się odnaleźć w tym miejscu. Chcieliśmy być oczarowani i poniekąd byliśmy. Jest naprawdę cudowne, ale chcieliśmy tego czegoś, tego co wprawia was w zachwyt taki, że nie potrzebujecie nic mówić, widzicie oczami wyobraźni miejsce sprzed setek lat, potraficie sobie wyobrazić jak zostawało wznoszone, jak stawało się coraz bardziej pokryte freskami, Michała Anioła na drewnianym rusztowaniu, wybory papieży, w szczególności naszego papieża – Jana Pawła II. Tego się spodziewałem po tym miejscu, dlatego może zbyt wygórowane oczekiwania przerodziły się w lekki zawód. Być może to przez tłum, a może to my mieliśmy złe nastawienie, może zbyt zmęczeni byliśmy? A może Watykan nie jest po prostu dla każdego.

Udręka i ekstaza to tytuł biografii Michała Anioła autorstwa Irvinga Stone’a. Bardzo ciekawa, bo ukazuje cześć Rzymu w nieco odmiennym świetle. Michał Anioł dzięki swojej pasji stworzył część Watykanu jaki znamy, a znamy bardzo niewiele. Za całym pięknem widzianym teraz kryją się często ludzkie cierpienia z przeszłości. Podróż po najmniejszym państwie świata stanie się dużo ciekawsza, jeśli poznacie choć część z nich.

Image

Image

Dzisiejszego dnia, a w zasadzie wieczora chcieliśmy zobaczyć jeszcze najbardziej znaną z fontann Rzymu – fontannę Di Trevi. Z fontannami w Rzymie jest tak, że są wszędzie. Idziemy blokowiskiem – fontanna, plac – fontanna, obwodnica, a przy niej murek i fontanna. Są wszędzie i wszędzie też pasują i nadają uroku. Naprawdę Rzym jest pełen urokliwych zakątków dzięki tym fontannom właśnie. Żadna z nich nas nie rozczarowała dopóki nie zobaczyliśmy Di Trevi… Chciałem napisać o pięknych rzeźbach, kawiarniach dookoła, szumie wody, ulicznych artystach jak tych z przed Panteonu, jak wrzucamy monetę, dzięki której zgodnie z tradycją powinniśmy jeszcze wrócić do Rzymu, bo byłem pewien, że będzie wyglądać jeszcze lepiej niż w filmie Woody’ego Allena. Niestety. Fontanna Di Trevi była w remoncie, rusztowania zasłoniły wszystko i pozostawało nam podziwiać je na dodatek zza plastikowej szyby.

Image

Włoskie jedzenie wszystko wynagrodzi – pomyśleliśmy i poszliśmy na pizzę, która nie zawiodła. A my najedzeni wracaliśmy do hotelu trochę ociężali, trochę zawiedzeni, trochę zmartwieni, że jutro to już ostatni dzień, ale i tak z głową w chmurach, bo Rzym na każdym kroku oferuje Ci coś nowego i coś, przez co poczujesz się szczęśliwy.

Walking on sunshine!

Niedziela, jutro wylatujemy do Katowic po 8 wiec nie pośpimy za bardzo. Nie spieszyliśmy się jakoś specjalnie z wyjściem z łóżka, nogi bolały nas tak bardzo, że gdy położyliśmy się wieczorem to czuliśmy jak pulsują ze zmęczenia, a ja momentami kulałem… Poza tym widzieliśmy już większość atrakcji, tych „żelaznych punktów”, a na dzisiaj zaplanowaliśmy sobie przechadzkę po Rzymie, taką delikatna. Kilka placów, w tym Popolo, Piazza Navona oraz Schody Hiszpańskie i Villa Borghese.

Zanim doszliśmy do stacji metra obowiązkowo kawa + cornetto, nie można być we Włoszech i nie zacząć tak dnia. Inaczej to zwykłe przestępstwo!

Staramy się uciekać od głównych szlaków i zgubić się nieco, bo w takich uliczkach to dopiero są widoki. Prześcieradła wiszące w poprzek ulicy, stoliki kawiarni, Włosi rozmawiający ze sobą, pijacy kawę, czytający gazety, całymi rodzinami wychodzący z kościołów. To jest właśnie Rzym, ten prawdziwy, bez kijków do selfie, bez „hello my friend, want some umbrella, beer, maybe hashish”? Ten stary, gdzieś zatrzymany w czasie Rzym, który nie oparł się nowoczesności i całej globalizacji, ale w którym królują tradycje i przywiązanie do kultury, gdzie przywiązanie włochów do ich kraju jest bardzo silne i widać to na każdym kroku.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Znajdujemy kilka takich miejsc, po czym słyszymy „selfie?” i tak – za rogiem jest Koloseum. W słoneczny dzień również jest piękne, nie takie jak wieczorem, traci na swej mistyczności, ale musieliśmy mimo wszystko tu przyjść znowu… Piękne miejsce.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Potem już wraz z rzeką ludzi idziemy (a raczej płyniemy) w stronę Placu Popolo mijając Di Trevi. Dalej remont to co tu pisać, nie robi wrażenia, nie warto :P A tak na poważnie to pewnie wrażenie robi i to ogromne, ale nie wrzuciliśmy pieniążka do niej i nie jesteśmy pewni czy tam wrócimy (ah te zabobony ;)). Po drodze mijamy Plac Hiszpański, jest to jedna z głównych atrakcji Rzymu i przyznać trzeba, że widać to od razu – tłok taki, że ledwo można iść. Ciężko nam ocenić jednoznacznie to miejsce, bo byliśmy niesieni przez tłum w stronę Placu Popolo i chyba muszę powiedzieć, że czułem się tam źlee.. Nie dlatego, że to kiepskie miejsce, ale dlatego, że nic nie widać, nawet tych schodów, bo ludzi ogrom. A w dodatku te kijki do selfie… Ale plan był taki, że schodami sobie zejdziemy z Villa Borghese. Damy szansę.

Image

Na Popolo, który jest większy od Placu Hiszpańskiego i na którym jest dużo mniejszy tłok, jemy przepyszną kanapkę. Tak naprawdę to nic szczególnego tam nie było, a sama restauracja to jak kiosk z gazetami, ale smak… Idealny! Lekko przypieczona, w środku szynka parmeńska, ser gorgonzola i to wszystko posypane świeża rukolą i polane oliwą. Jedzenie we Włoszech to coś, czego możecie być pewni na 99%. Nie każdemu też smakuje kuchnia włoska, ale naszym kubkom smakowym bliżej do tych ludzi z południa, wiec może dlatego na nas to jedzenie robi tak ogromne wrażenie? Po 10 sekundach od podania oblizywałem palce i wspinaliśmy się po schodach na Villa Borghese, a ja żałowałem, że nie wziąłem dwóch kanapek… Naprawdę zjadłem ją w 10 sekund i naprawdę wcale nie była mała, byłem pewien, że się najem, ale nie… Tylko obudziłem w sobie chęć poznania kuchni włoskiej jeszcze bardziej.

Image

Z ogrodów Borghese zaraz po wejściu rozciąga się wręcz bajkowy widok na Rzym. Czerwone dachy, Watykan, zachodzące słońce, mało ludzi, za nami przepiękny park. Nie wiedzieć czemu mało tam turystów, dużo za to alejek, Rzymian jeżdżących na rolkach, na rowerach, uprawiających sporty. Co chwila a to fontanna, a to inna budowla, można nawet zobaczyć miejsce w którym kręcono „Zakochanych w Rzymie” Woody’ego Allena. W ogrodach jest cisza i spokój, a ludzie tam mogą w końcu odetchnąć po całym dniu, przebiec się, wyjść z psem czy na spacer. Nam też się udzieliło to oderwanie od rzeczywistości przy zachodzącym słońcu. Randka idealna.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po drodze mijamy kilka drogich i ekskluzywnych hoteli szukając Schodów Hiszpańskich. Z daleka widzimy jak ktoś macha kijkiem do selfie, wiemy, że jesteśmy blisko.

Siadamy w końcu na schodach, ludzi dużo mniej, słonce zachodzi powoli malując niebo na czerwony kolor, obok grupka Anglików śpiewała sobie piosenki przygrywając na gitarze i tu poczuliśmy się jak przy Panteonie. Świat się zatrzymał i byliśmy tylko my, a w oddali wszystko inne. Powietrze rześkie, niebo coraz bardziej czerwone, coraz bardziej ciemne. Siedzieliśmy na schodach długo i prawie nic nie mówiliśmy. I muszę przyznać, że jest to jedno z tych miejsc, do których chcę wrócić, bo wspominam je dobrze. Tam poczuliśmy się błogo, bez problemów, bez trosk, tylko my i to było najlepsze. Byliśmy wyłączeni od wszystkiego, ale razem. Z takiego zamysłu oderwał nas Pan, który zaproponował nam kijek do selfie. Rzuciliśmy krótkie „no”, ale z oczu biły nam pioruny i szybko zrezygnował z przekonywania nas o zaletach kijka. Jestem bardzo spokojny i jestem ogromnie pozytywnie nastawiony do ludzi, wszędzie i zawsze staram się zrozumieć każdego, ale to „selfie” zaczęło na mnie działać tak, jak reklama Media Expert podczas świąt.

Image

Image

My już zmęczeni, słońce zachodzi, hotel na drugim końcu Rzymu, pora wracać. Po drodze pizza u Pana, który wyglądał nam na Luigiego z gry Mario :D Taka zwykła osiedlowa pizzeria, a pizza najlepsza, jaką mieliśmy okazję zjeść podczas pobytu. Z dala od centrum, gdzieś lekko schowana, ale u kogoś kto robi to, co kocha. Musiała być dobra.

Image

Image

Rzym pokazał nam się z każdej strony. Był deszcz i słońce, zimny wiatr i ciepły wietrzyk, mokra kostka brukowa i suche alejki. Przez kilka dni mogliśmy zobaczyć Rzym w kilku obliczach. Deszczowy, nostalgiczny Rzym był czymś wspaniałym, zabiegani ludzie, inni uciekający przed deszczem, chowający się w samochodach albo w trattoriach. Z drugiej strony spacer w promieniach ciepłego grudniowego słońca. W dodatku to jedzenie, jedno z najlepszych na świecie. I prawdę mówiąc my byliśmy zakochani w Rzymie od pierwszego wejrzenia. Nie mogło być inaczej.

P.S. W naszym top 10 Rzym jest na 1 miejscu wyprzedzając Barcelonę i Pragę czy Budapeszt.



Przykładowe ceny:

Przelot z polski – ceny nawet poniżej 100 zł (my zapłaciliśmy 108 zł)

Hotel – na obrzeżach można znaleźć coś za około 300 zł na 3 noce na 2 osoby + podatek miejski (3,5 euro za osobę za dzień)

Pizza – od 4 euro na obrzeżach miasta przez 8 euro w centrum

Metro – 1,2 euro za 45 minut

Transfer lotnisko – Termini – 4 euro w jedną stronę

Wstępy:

Koloseum + Forum Romanum – 12 euro

Muzeum Watykańskie – 16 euro

Panteon – bezpłatnie

Bazylika świętego Piotra – bezpłatnie

Zapraszamy również na naszego bloga :)
https://maybeeblog.wordpress.com/

Pierwsza część:
http://spolecznosc.fly4free.pl/blog/329 ... ymie-cz12/
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group