Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 10 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 11 Lut 2014 19:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Polowanie na lotnicze okazje stało się naszą ulubioną rozrywką. Uwielbiam te jazdy w zupełnie nieoczekiwanych kierunkach. Czasem aż żal, że brakuje czasu oraz kasy by dać się ponieść wszystkim. A przecież aż się prosi, by rzucić sie na bilet do Melbourne za nieco pona dwa tysiące złotych, albo do Indii za sześć i pół stówki. Oczywiście mowa o cenie w obie strony. O Hawajach za 2300 PLN czy Malediwach za 1800 PLN też aż żal pisać. Jednym z moich największych marzeń jest polowanie na zorzę polarną na Spitsbergenie. I kiedy już ogarnąłem sylwestrowy wypad za sześć i pół stówy w obie strony, to okazało się, że musiałbym wydać kilka tysięcy złotych na noclegi w tamtejszych hotelach. Jeszcze nie tym razem…

W lipcu trafiła się za to bardzo fajna okazja na tani przelot do Azerbejdżanu. Z Polski nie ma jeszcze bezpośrednich lotów do Baku, ale można przecież lecieć z przesiadką. Z Warszawy do Budapesztu bilet Wizz Airem kosztował 34 złote w jedną stronę. Z Budapesztu do Baku 85 złotych. Razem w obie strony dało to 238 złotych za osobę. Terminy były na listopad, ale przeciez nam się nie spieszyło.

Rezerwacje więc leżały sobie na półce, a czas płynął. Trzeba jednak było uzyskać wizy. Wieść gminna niosła, że są drogie i, że są problemy z ich uzyskaniem, ponieważ Azerbejdżan raczej nie jest zbyt otwartym na turystów krajem. Dodatkowo turystów odstraszają bardzo drogie hotele. Skoro jednak bilety już były, drążyliśmy temat dalej. Pierwsza wiadomość była dobra. W miejsce drogich wiz od niedawna wprowadzono elektroniczne wizy turystyczne, które kosztują 20 USD. To dość znaczna obniżka. Zła wiadomość była taka, że nie można ich uzyskać samodzielnie. Konieczny jest pośrednik, których lista znajduje się na stronie ambasady azerbejdżańskiej. Są to wskazane przez tamtejsze władze biura turystyczne. Niby prosta sprawa, a jednak niezupełnie. Strony internetowe niektórych z tych firm otwierały się z trudem. Na innych trudno było uzyskać informację jak się do wyrabiania wizy zabrać. W końcu znalazłem dwa biura, które wydawały się dość kompetentne i informowały przejrzyście, ale… nie odpowiedziały na moje e-maile. Mój Anioł zaczął próbować kontaktować sie równolegle z innymi. I w końcu jedno z biur, „SW Travel”, odpowiedziało. Trzeba było wypełnić specjalny wniosek, załączyć zdjęcie, za ich pośrednictwem zarezerwować hotel i wnieść opłatę za wyrobienie wizy. Całe szczęście, że sami nie zarezerwowaliśmy hotelu wcześniej, bo trzebaby to robić ponownie. Z opłatą było znów urwanie glowy. Zwykły przelew bankowy nie wchodził w grę. Można było zapłacić jedynie kartą kredytową. Próbowaliśmy rozmaitych, lecz bezskutecznie. Ciągle pojawiał się komunikat o błędzie. Rozpoczęła się korespondencja z biurem. Stwierdzili, że oni akceptują tylko karty Visa, a mu korzystaliśmy z Master Card i Diners Club. Spróbowaliśmy więc zapłacić Visą i znów ten sam problem. Wtedy przyszła nam do głowy myśl, że może to nie problem z kartą lecz koniecznością autoryzacji transakcji hasłem sms-owym? Wzięliśmy więc taką kartę, do której żadna autoryzacja potrzebna nie była. I płatność przeszła za pierwszym razem pomimo, że była to Master Card, a nie Visa. Uff! Sprawa robiła się napieta ponieważ za załatwianie wizy zabraliśmy się w październiku, a okazało się, że władze rezerwują sobie piętnaście dni roboczych (czyli aż trzy tygodnie) na rozpatrzenie wniosku. W tej sytuacji każdy dzień zaczynał być ważny. Tymczasem płatność poszła, a z drugiej strony cisza. Zaniepokojeni po dwóch dniach wysyłamy e-mail do biura turystycznego. Odpowiedzieli jakby nieco zdziwieni naszą obawą. Oczywiście, że otrzymali pieniądze i działają odpowiednio. Rzeczywiście, po kolejnych dwóch albo trzech dniach otrzymaliśmy wizy e-mailem.

Droga do Azerbejdżanu stała otworem.

Wylot z Warszawy mielismy zaplanowany na szóstego listopada. Ostatni dzień w pracy to jak zwykle w takich przypadkach „sprzątanie” by jak najmniej spraw było pozostawionych otwartych na okres nieobecności. Zamknęliśmy za sobą drzwi dobrze po dwudziestej drugiej. Kiedy dotarliśmy do domu i zjedliśmy kolację, najchętniej położylibyśmy się spać. Trzeba było jednak się spakować.

Tu muszę dodać, że wspomniana wcześniej cena lotu, to kwota jaką płacą desperaci gotowi lecieć z maleńkim plecaczkiem, czyli t.zw. małym bagażem podręcznym. Nie mówię, że jest to niewykonalne, nawet jeśli aparat fotograficzny z futerałem zajmuje połowe komory takiego plecaczka, ale my nie postanowiliśmy nie bawić się w szkołę przetrwania. Zdecydowaliśmy się zabrać jedną walizkę. Walizka w odróżnieniu od ludzi leci rzucona na kupę w luku bagażowym, a jednak linie lotnicze wyżej sobie cenią jej komfort podróży. O ile za człowieka liczą sobie niecałe dwie i pół stówy, to już walizkę na tej samej tracie przewieźli za 330 złotych.

Kiedy się spakowaliśmy było już wpół do drugiej. Nie opłacało się kłaść spać. Posprzątaliśmy przed wyjazdem, jeszcze trochę czasu na poranną (śródnocną) toaletę i wpół do czwartej zberamy się do wyjścia. Polskim Busem o 04:30 ruszamy do Warszawy.

Autobus był zapełniony niemal w stu procentach, a kiedy siedliśmy na swoich miejscach pierwsze o czym pomyślałem, to jakie to szczęście, że nie wpadliśmy na pomysł by do Warszawy jechać swoim samochodem. To byłby koszmar. W autobusie mieliśmy ten komfort, że niemal natychmiast zapdliśmy w sen.

Obudziliśmy się jedynie na przystanek w Ostródzie, a kiedy otworzyłem oczy ponownie, wjeżdżaliśmy już do Warszawy. Przystanek był przy stacji metra Młociny. Pozostało tylko zejść do tunelu i po chwili jechaliśmy już metrem do śródmieścia. Stamtąd tylko parę kroków na dworzec Warszawa Centralna, skąd wygodnie SKM-ką dojechalismy na lotnisko. Jedyną niedogodnością na jaką się natknęlismy była bardzo długa kolejka do kontroli bezpieczeństwa. Na szczęście mieliśmy dość czasu.

Niedługo potem siedzieliśmy już w samolocie. Czas lotu – raptem godzina – uświadomił nam, że Budapeszt wcale nie leży tak daleko, jak mogłoby się wydawać. No i co z tego, że pomiędzy naszymi krajami jest jeszcze Słowacja? To niewielka odległość, a warto pamiętać, że kilkaset lat temu, po śmierci Kazimierza Wielkiego Polska i Węgry stanowiły wspólny organizm państwowy w ramach unii personalnej za sprawą króla, Ludwika Węgierskiego (na Węgrzech zwanego Ludwikiem Wielkim).

Z lotniska do miasta pomijając shuttle busy albo taksówki mozna dostać się na raty. Najpierw autobusem linii 200E do ostatniej stacji niebieskiej linii metra (Kobanya-Kispest). Metrem dojeżdża się oczywiście do samego centrum. Po wyjściu z autobusu zauważyliśmy jednak coś dziwnego. Tłumek pasażerów utknął na schodach kładki powstrzymywany przez kogoś z miejscowych służb. Pan na służbie powstrzymywał napierających ludzi jak mógł, tłumacząc coś po węgiersku. Ponieważ jednak większość stanowili ocokrajowcy, było to jak gadanie dziada do obrazu. W końcu zdesperowany strażnik nie wytrzymał.

- Finish metro! – wykrzyknął, wymachując rekami w geście zatrzymania.

O dziwo, pomogło. Ludzie na chwilę się zatrzymali, po czym zawrócili i zaczęli szukac innego środka transportu. Tłum opanował przystanki autobuosowe. Widać było, że na pewno do pierwszego autobusu nie zdołamy się dostać. Ale zaraz… przecież metro odjeżdża tylko z jednego peronu tutejszej stacji kolejowej. Zapewne jeżdżą tędy również jakieś pociągi w kierunku budapeszteńskich dworców! Porzucamy przystanki autobusowe i idziemy na dworzec kolejowy. Sprawdzamy. Pociąg do stacji Budapeszt Nyugati odjedzie za sześć minut! Szybko kupujemy bilety (w przeliczeniu na nasze to około 4.30 zł) i biegniemy na peron.

Wkrótce siedzimy w niemal pustym wagonie. Współczujemy ludziom próbującym dostać się do autobusu.

Teraz pozostaje nam zlokalizować na mapie dworzec Nyugati i zobaczyć jak daleko jest stamtąd do naszego hotelu. Stwierdzamy, że trzeba będzie dojechać kawałek tramwajem albo autobusem…

Po kilkunastu minutach jesteśmy u celu. Wysiadamy z pociągu, w którym, jeśli wierzyć napisom na wagonach, bylo wi-fi. Zaskoczenie, bo wagony nie różniły się zbytnio od naszych staruszków.

Na przystanku autobusowym przed dworcem czytelne rozkłady jazdy, ale nazwy ulic niewiele nam mowią, a mapek brak. Pytamy starszego pana na przystanku. Po angielsku nie mówi, ale zna kilka słów po niemiecku. Zrozumieliśmy, że powinniśmy wsiąść do autobusu linii nr.9. On także nim jedzie, więc pokaże gdzie wysiąść. Po drodze pokazuje nam katedrę Św. Stefana oraz żydowską synagogę. Wysiadamy na Placu Kalwina. Kierujemy się w stronę mostu na Dunaju. Kiedy jest już w zasięgu wzroku, dech zapiera widok ogromnego pomnika nad rzeką. Budapeszteńska statua wolności stoi na wapiennym wzgórzu stromo opadającym ku rzece.

Żegnamy uczynnego pana i kierujemy się na ulicę Molnara – wąski trakt biegnący równolegle do nabrzeża (druga linia zabudowy). Tam znajduje się Bohem Art Hotel. W hotelowych okazjach też lubimy poszperać, zanim coś zarezerwujemy przed wyjazdem. I tak dwa noclegi w Bohem Art trafiliśmy za trochę ponad dwieście złotych za noc. Tyle co w sieci Ibis w Polsce. Kilka dni później, kiedy wracaliśmy z Azerbejdżanu, pokój w tym hotelu kosztował już ponad pięćset złotych. Tak więc za stosunkowo niewielką jak na czterogwiazdkowy obiekt cenę mieliśmy m.in. wliczone w cenę śniadania w formie bufetu z boagtym wyborem dań i szampanem, który zarezerwowany jest raczej dla hoteli pięciogwiazdkowych. W sam raz aby dobrze zacząć dzień. Tym bardziej, że większośc hoteli za śniadanie każe sobie płacić dodatkowo.

Póki co jednak dochodziła dopiero siedemnasta. Poszliśmy do baru, by w ramach happy hours skorzystac z darmowych gorących napojów i snacków. Potem zaś do pokoju. Adrenalina związana z podróżą opadła. Położymy się do łóżka tylko na chwilę…

Chwila skończyła się około dwudziestej drugiej. O tej porze nie było sensu już nigdzie wychodzić. No to śpijmy dalej, a zwiedzanie, wypoczęci, rozpoczniemy rano.

Gdańsk, 17.11.2013; 00:50 LT
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
USA: Nowy Jork + Miami w jednej podróży od 2918 PLN! 🦅🌊 Od drapaczy chmur po rajskie plaże 🏙️☀️ USA: Nowy Jork + Miami w jednej podróży od 2918 PLN! 🦅🌊 Od drapaczy chmur po rajskie plaże 🏙️☀️
Weekend w Wenecji za 719 PLN🏛️Loty + 3* hotel w historycznej dzielnicy 🇮🇹🏨 Weekend w Wenecji za 719 PLN🏛️Loty + 3* hotel w historycznej dzielnicy 🇮🇹🏨
Offline
#2 PostWysłany: 12 Lut 2014 09:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Mieliśmy pełne dwa dni na zwiedzanie stolicy Węgier. Wyspani po wczorajszym wczesnym pójściu do łóżka i najedzeni bogatym śniadaniem, ruszylismy do miasta. Przed wyjściem zakupiliśmy przez internet 48-godznną „Budapest Card”. Oferowała ona wiele zniżek, darmowy wstęp do niektórych obiektów, a przede wszystkim darmowy transport wszystkimi środkami komunikacji miejskiej, co doceniliśmy dopiero później, korzystając z pełnej swobody poruszania się po miescie.

Karta nie jest tania (12500 HUF = 173 PLN za dwie doby albo 6150 HUF = 85 PLN za jedną dobę) lecz naprawdę pozwala na dużą wygodę. Dość powiedzieć, że pojedyńczy bilet komunikacji miejskiej kosztuje około 450 HUF (ponad 6 PLN), a posiadanie karty daje ten komfort, że nie musimy pamiętać gdzie i w jaki sposób kupić bilet. Czasem korzystaliśmy z dowolnego autobusu czy tramwaju, bo akurat przejeżdżał i była okazja aby przejechać jeden przystanek. Okazja do odpoczynku (nie do przecenienia zwłaszcza w drugiej połowie dnia, gdy ma się już za sobą kilka kilometrów w nogach) oraz oszczędność czasu.

Kartę można kupić w wielu miejscach. Przez internet można zrobić to taniej, ale wtedy trzeba ją odebrać w wyznaczonych punktach (biura turystyczne, lotnisko i.t.p.). My właśnie zrobiliśmy to przez internet. Życie jednak nie jest łatwe i stwarza rozmaite problemy. Płatność niby przeszła, ale potwierdzenia nie było. W końcu uznaliśmy, że nie ma sensu dłużej czekać i ruszyliśmy w kierunku biura turystycznego. Tam pani sprawdziła i okazało się, że wszystko jest ok. Po chwili byliśmy posiadaczami plastikowych kart. Pierwszym bonusem z tytułu zakupu była darmowa wycieczka z przewodnikiem. Zwiedzanie Pesztu zaczynało się o czternastej. Mielismy jeszcze trochę czasu, więc poczekaliśmy na ławce niepodal, pod nieco wyuzdaną rzeźbą.

Parę minut później przed wejściem do biura turystycznego spotkaliśmy naszego przewodnika. Nasza grupa liczyła ponad tuzin osób, reprezentowaliśmy rozmaite rejony świata: od Ekwadoru po Skandynawię. Po przedstawieniu się i paru słowach na rozpoczęcie, poszliśmy do metra, by pojechać na Plac Bohaterów.

Przewodnik wspominał, że metro biegnie pół metra pod poziomem ulic, lecz myślałem iż to tylko taki żart. Tymczasem rzeczywiście pokonaliśmy tlko kilka stopni znaleźlismy się na stacji, do której niemalże wpadało światło dzienne z ulicy. Tuz pod jezdniązbnajdowało się torowisko dla żółtych wagoników. Każda linia budapesztańskiego metra posiada inny kolor i inny model wagonów.

Gdyby komuś wydawalo się, że owe żółte wagoniki wyglądają trochę mało poważnie, spieszę donieść, że Budapeszt był drugą po Londynie metropolią w Europie, która wprowadziła komunikację kolejką podziemną. Wystarczyły dwa lata budowy, by w 1896 roku otwarto pierwszą nitkę. Dopiero cztery lata później pierwszą linię metra otrzymał Paryż.

Po przejechaniu kilku przystanków wysiedliśmy nieopodal ogromnego placu, na którym znajdowały się dwie półkoliste kolumnady oraz stojąca w centrum wysoka kolumna z Archaniołem Gabrielem na szczycie. To t.zw. Pomnik Tysiąclecia wybudowany pod koniec XIX wieku z okazji zbilżajacego się tysiąclecia państwa węgierskiego.

Według legendy to właśnie Archanioł Gabriel ukazał się we śnie Świętemu Stefanowi i nakazał mu przyjęcie korony z rąk papieża. Koronacja odbyła się w 1001 roku. Prawda była ponoc nieco inna i jak to w polityce bywa, drogą rozmaitych intryg doprowadzono do takiej, a nie innej fromy koronacji. Znamy to zresztą doskonale z naszej historii, kiedy to przyjęcie chrztu świętego przez Mieszka I też nie było zwykłym aktem religijnym, lecz głęboko przemyślaną decyzją, kto powinien go udzielić. Koniec końców, w 1001 roku Król Stefan (potem wyniesiony na ołtarze) rozpoczyna dzieje węgierskiego państwa.

Oczywiście nie wzięło się ono znikąd. Początki osadnictwa na tych ziemiach sięgają przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy lat wstecz. U szczytu potęgi Cesarstwa Rzymskiego, istniały tu peryferyjne prowincje (Panonia, a bardziej na wschód Dacja). Potem jednak napierani przez barbarzyńców Rzymianie musieli się wycofać. Ziemie te zajmowąły w krótsze lub dłuższe panowanie, az w końcu pojawili się Madziarzy – tajemnicze plemię o nieznanych korzeniach. Wiadomo tylko, że ich linia oddzieliła się jakieś dwa tysiące lat wcześniej od grup, które zasiedliły później Finlandię i Estonię. Stąd przynależność do wspólnej grupy języków ugrofińskich.

Książe Arpad zajmuje centralne miejsce pod kolumną z Archaniołem Gabrielem.

Wnuk Arpada, Stefan dokończył dzieło rozpoczęte przez dziadka, a kontynuowane przez swojego ojca, Gejzę. Zarówno Arpad jak i Gejza, pomimo kontaktów z chrześcijańskim swiatem, nie przyjęli nowej wiary. Gejza jednak zgodził się na chrześcijańskie wychowanie swojego syna Vajka, który został ochrzczony przez Świetego Wojciecha otrzymując imię Stefan. Stefan zjednoczył i umocnił w jednym oragnizmie państwowym rozsiane plemiona madziarskie, a od papieża otrzymał koronę. Jego postać otwiera galerię rzeźb na kolumnadzie.

Jest na niej też i Ludwik Węgierski (przez Węgrów zwany Ludwikiem Wielkim), który panował także w Polsce, dzięki czemu przez jakiś czas łaczyła nasze narody t.zw. unia personalna. Powiedzenie, że „Polak, Węgier – dwa bratanki…” ma więc w pewnym sensie swoje uzasadnienie.

Nasz przewodnik stanął przed ogromnym wyzwaniem, jak ludziom z rozmaitych stron świata, którzy wpadli do Budapesztu „na chwilę”, streścić ponad tysiąc lat historii tego państwa. O ile mówimy o historii Polski, ze była skomplikowana, to historia Węgier była skomplikowana po wielokroć bardziej, bowiem tu przenikały się interesy mocarstw tego kontynentu. Były więc Węgry i europejską potęgą zajmując tereny od Adriatyku po Morze Czarne, a także daleko na północ. Traciły niepodległość by ponownie stać się współgospodarzem monarchii Austro-Węgier, a potem znów utracić wiekszoć terytorium oraz ludności.

Wojna i pokój. Alegorii tych pojęć nie mogło zabraknąć na owym pomniku. Bóg wojny gna z wężem w dłoni ciagnięty przez na wpół oszalałe rumaki. Naprzecwko, na sąsiedniej kolumnadzie Bogini Pokoju, z gałązką oliwną w ręce podąża spokojnym rytmem na spotkanie. To chyba oczywiste, że bogini pokoju jest kobietą, a bóg wojny mężczyzną.

Zeszliśmy z powrotem do stacji metra i pojechaliśmy nad Dunaj. Tutaj ogladaliśmy położony na przeciwległym wzgórzu, w Budzie, cesarski pałac. Tu Franciszek Józef zwykł spędzać letnie miesiące.

Blizej, po naszej stronie rzeki, można było zauważyć ustawione na bulwarze dziesiątki par butów. Mosiężne rzeźby upamiętniają w ten sposób tragiczny los wielu węgierskich Żydów, których tutaj dopadł holocaust.

Początkowo wojenna zawierucha oszczędzała Żydów w tym kraju. Węgry opowiedziały się po stronie państw Osi i współpracowały w Europe z Niemcami oraz Włochami. Kiedy Niemcy nabrali coraz większych podejrzeń co do lojalności sojusznika prowadzącego tajne negocjacje z Aliantami, wkroczyli tu i od jesieni 1943 roku rozpoczęła się hitlerowska okupacja kraju. Oczywiście rozpoczęło to prześladowania Żydów, których transporty odjeżdżały do obozów zagłady. Nie wszyscy odjeżdżali daleko. Niektórych spedzano na brzeg Dunaju, kazano się rozbierać, po czym salwą z broni palnej kończono ich żywot. Spadające ciała porywał nurt rzeki, ochrzczonej wówczas Czerwonym Dunajem. Zostawały tylko te buty i ubrania.

Od rzeki ruszyliśmy nieco w bok, omijając budynek parlamentu, którego z tej strony w całości obejrzeć się nie dało i doszliśmy na Szabadsag Ter (Plac Wolności), gdzie wciąż wznosi się relikt minionej epoki, dobrze znany nam z wielu polskich miast, t.zw. Pomnik Wdzięczności radzieckiej armii za wyzwolenie.

W okresie międzywojennym na tym placu znajdował się ogromny dywan z kwiatów przedstawiający mapę Królestwa Węgier sprzed I Wojny Światowej, z zaznaczonymi wszystkimi prowincjami. Nad ową mapą powiewała opuszczona do połowy wysokości masztu państowa flaga. To na znak żałoby po utraconym terytorium.

Róznica między Węgrami sprzed I Wojny Światowej, a po niej ukazuje poniższa mapka [oryginał tego wpisu wraz z licznymi zdjęciami znajduje się na moim blogu "Moja Szuflada" - na patformie Blog.pl]

T.zw. Traktat z Trianon podpisany w 1920 roku po upadku powstałej na gruzach monarchii t.zw. Węgierskiej Republiki Rad, był de facto rozbiorem Węgier i po dzień dzisiejszy jego zakres budzi kontrowersje. Wskutek jego postanowień kraj ten utracił dwie trzecie powierzchni (w tym dostep do morza). Jego obszar skurczył się z 325 tys. kilometrów kwardratowych do 93 tysięcy. Poza granicami kraju znalazło się trzy i pół miliona rdzennej ludności węgierskiej.

Niektóre dni w roku mają swoiste „szczęście” do ważnych, choć często traumtycznych wydarzeń. Takim jest z pewnością 4 czerwca. My świętujemy tego dnia symboliczny upadek komunizmu, Chińczycy wspominają masakrę na Placu Tiananmen, a wiele lat wcześniej, bo w 1920 roku podpisano właśnie traktat w Trianon.

W całym kraju bito w dzwony, zamknieto tego dnia urzędy i szkoły, gazety ukazaly się w żałobnych szatach graficznych, a flagi państwowe opuszczono do połowy masztów. Węgrzy szukali sposobów odzyskania dawnych terytoriów i to było przyczyną zbliżenia z hitlerowskimi Niemcami. Z ich punktu widzenia, była to jedyna realna perspektywa przynajmniej częściowego powrotu do dawnych granic. Postawili na złego konia i w efekcie w 1945 roku wyzwolone Węgry powróciły do granic ustalonych Traktatem w Trianon.

Na tym samym placu, nieco na uboczu, stoi figura prezydenta Ronalda Reagana. Wygląda jakby spacerował od budynku parlamentu widocznego dalego w tle, do amerykańskiej ambasady znajdującej się własnie przy Placu Wolności. Trudno przecenić wkład tego prezydenta w obalenie komunizmu. Przyczynił się do zrzucenia sowieckiego jarzma, a dodatkowo USA nie ratyfikowały podpisanego blisko sto lat temu traktatu z Trianon, więc sympatia nie dziwi.

Następnym punktem programu była katedra Św. Stefania, która de facto katedrą nie jest bo nie spełnia jakichś wymogów, trochę zawiłych dla mnie.

Jej bryła zamyka podłużny plac, którego jedną ze ścian po zniszczeniach wojennych zabudowano potworkiem rodem z blokowisk t.zw. wielkomiejskich sypialń. Ciekawe jakie wykształcenie architektoniczne miał ktoś, kto zatwierdzał taki własnie projekt, bo wygląda na to, że ani wyształcenia, ani zwyczajnego gustu nie posiadał.

W katedrze znajdują się relikwie Świętego Stefana, a zwiedzający mogą dodatkowo wyjść na balkon biegnący wokół kopuły świątyni. Niestety, kiedy tam weszliśmy, było już za późno.

Nasza wycieczka zakończyła się przed budynkiem opery.

Pomijając szczegóły dotyczące jego historii oraz stylu, warto zwrócić uwagę na tanie w porównaniu z innymi krajami bilety na przedstawienia. Taki na przykład Teatr Bolszoj w Moskwie pozostaje poza możliwościami finansowymi przeciętnego turysty. W Paryżu, Madrycie – podobnie. Tymczasem kilkadziesiąt minut prze spektaklem w budapeszteńskiej operze mogliśmy od ręki kupić bilety za cenę rzędu kilkudziesięciu złotych. Długo się zastanwialiśmy, czy nie skorzystać., ale w końcu stwierdziliśmy, że lepiej ten wieczór wykorzystać na dalsze oglądanie mista, już we własnym zakresie.

Sopot 21.12.2014; 19:15 LT
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#3 PostWysłany: 13 Lut 2014 10:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Po pożegnaniu się z przewodnikiem i obejrzeniu budynku opery, poszliśmy z powrotem pod bazylikę Św. Stefana. Niestety, było już na tyle późno, że ani nie można było zobaczyć relikwiarza zawierającego zmumifikowaną dłoń patrona Węgier (która na widok publiczyny wystawiana jest raz do roku, 20 sierpnia), ani wejść na taras okalający kopułę świątyni. Kopuła ta wznosi się na wysokość 96 metrów. Dokładnie tyle samo co kpuła pobliskiego budynku parlamentu. W ten sposób twórcy budowli chcieli podkreślić równowage pomiędzy władzą świecką i boską. „Oddajcie Bogu co boskie, a cesarzowi, co cesarskie”, chiałoby się powtórzyć za Zbawicielem.

Z samą kopułą był problem od początku. Już na etapie budowy, w 1868 roku jej konstrukcja się zawaliła. Ponoć był to rezultat… szczodrości mieszkańców węgierskiej stolicy, którzy ofiarowali na budowę rozmaite materiały. Konstruktorzy nie śmieli ignorować szlachetnych intencji, a jednocześnie trudno było im wykorzystać tę róznorodność budulca nie burząc zaplanowanego wyglądu kościoła. Wpadli więc na pomysł upchnięcia trochę kłopotliwych darów wewnatrz kolumn podtrzymujących kopułę. Chcieli dobrze, ale znów okazało się, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. W piekle chyba zarządzili święto państwowe, kiedy pewnego dnia wznoszona z trudem kopuła bazyliki runęła. Kolumny nie wytrzymały. Nie da się ignorować praw fizyki i zamiast trzymać się obliczeń oraz wskazówek architektów, liczyć, że jakoś to będzie.

Ograniczeni godzinami wstępu ograniczylismy się do obejrzenia wnętrza światyni bez wspomnianych wyżej dodatków. Przypominała mi się wędrówka po Cerkwi Zbawiciela w Moskwie, chociaż to nie ta skala.

A potem poszliśmy na kolację do jakiejś pobliskiej knajpki, bo i zgłodnieliśmy trochę, i chłodno się zrobiło. Na taką okazję nie może być nic lepszego nad węgierski gulasz. Gorący, pikantny, z ciekawym, nieco gliniastym ale bardzo smacznym pieczywem oraz grzanym winem. Może bardziej pasowałby tokaj, ale musieliśmy trochę się rozgrzać.

Posileni, nie spiesząc się, skierowaliśmy się nad Dunaj. Budapeszteńskie mosty są pięknie podświetlone. Na przeciwległym brzegu, również wyeksponowany światłem pysznił się cesarski pałac omiatany od góry srebrnymi refleksami księżyca, którego tarcza zbliżała się do pełni.

Postanowiliśmy przepłynąć się rzeką, a ponieważ nasza budapeszteńska karta uprawniała nas do bezpatnej komunikacji, przysługiwało nam także nieograniczone korzystanie z tramwajów wodnych. Odnaleźlismy więc na bulwarze wiatę przystanku z charakterystyczną literą „D” i oczekiwaliśmy na przybycie statku linii 11. Wkrótce przypłynął i ruszyliśmy w kierunky Wyspy Małgorzaty.

Najpiękniejszy był odcinek wzdłuż budynku parlamentu, bowiem tej budowli od strony lądu, w Peszcie, w całości obejrzeć się nie da. Trzeba albo pojechać na drugo brzeg, do Budy, albo tak jak teraz, popłynąć statkiem.

To był ostatni kurs tramwaju wodnego tego dnia, więc na nocleg zatrzymali się nieco wcześniej, ale co najfajniejsze zobaczyliśmy. Był późny wieczór, kiedy wrócilismy do naszego designerskiego Bohem Art Hotel.

Następnego dnia mieliśmy wylatywać do Azerbejdżanu, ale dopiero wieczorem, więc mielismy jeszcze kolejny dzień na dalsze zwiedzanie Budapesztu. Musielismy tylko wymeldować się z pokoju, ale oczywiście bagaże mogliśmy pozostawić w hotelowej przechowalni.

Zaczęliśmy od porannej wizyty w Centralnej Hali Targowej – miejsca odwiedzanego zarówno przez mieszkańców miasta (jak to na targu – niższe ceny, chociaz nie zawsze niższe niż w supermarketach) jak i turystów. Ponoć bywali tu także dystyngowani przybysze. Dochodzimy do wejścia a tu… niespodzianka. Własnie rozpoczęły się Dni Polskie!

Jak Polska, to Polska… W centralnej alejce wisiały fotografie Krakowa, Warszawy oraz innych miast. Pod nimi zaś ustawiono stragany z polskimi produktami oferowanymi, przez naszych kupców. Naszych, bo słyszeliśmy, że dominował język polski, a na kożuchach, oscypkach kiełbasach można było dostrzec polskie ceny – znak, że towary przyjechały tu specjalnie i tylko na tę imprezę.

Nas oczywiście bardziej interesowaly produkty lokalne. Jeśli kiełbasy, to tamtejsze – pikantne, czerwone od papryki, owoce, warzywa, a wśród nich oczywiście papryki w przeróżnej postaci. Kupiliśmy m.in. pęczek suzonych, piekielnie ostrych papryczek, ale nie tego dnia, lecz po powrocie z Azerbejdżanu.

Przybywając do Budapesztu, nie sposób zignorować tamtejsze termy. Gorące źródła znane są od czasów rzymskich i już mieszkańcy Cesarstwa przybywali tutaj, aby zażywać leczniczych kąpieli. Najbardziej znane i luksusowe są Termy Gellerta, ale my postanowiliśmy skorzystać z darmowego wstępu na naszą kartę, jaki przysługiwał w Termach St. Lukacs, ponoć trzecich w budapesztańskim rankingu. W tym celu udaliśmy się tramwajem w kierunku Mostu Małgorzaty, by tam przedostać się na drugi brzeg, do Budy.

Podeszliśmy kawałek brukowaną ulicą pełną budynków w malowanych na żółto. Przypominało to bardzo galicyjski styl Krakowa czy Przemyśla. Jedna z bram prowadziła na dziedziniec obiektu, w którym znajdowały się baseny. W obecnym kształcie termy egzystują od końca XIX wieku i nieco ponad sto lat mają także rosnące tutaj platany. Napis „Gyogyfürdö” nad wejściem oznacza, że mamy od czynienia z wodami leczniczymi, a więc obiektem typu sanatoryjnego czy uzdrowiskowego. Inaczej nazywa się obiekty do plażowania i rekeracji, a jeszcze inaczej pływalnie sportowe. Otrzymaliśmy kluczyki od szafek w przebieralni, wypożyczyliśmy ręczniki (to już odpłatnie, więc jeśli ktoś chce korzystać z obiektu całkowicie za darmo, powinien mieć swój) i ruszyliśmy na basen.

Kąpanie się w listopadzie na otwartym powietrzu ma swój urok. W basenie, który wybralismy działała jeszcze dzika rzeka oraz rozmaite wodne masaże, więc czas płynął szybko. Po godzinie kąpieli wyszliśmy na zewnątrz od drugiej strony. Tam widać było, że pomimo liftingu (rozpoczętego w 2008 roku), znaczna część rozległego budynku wymaga jeszcze renowacji.

Pojechaliśmy do Wielkiej Synagogi. Wybudowana sto pięćdziesiąt lat temu świątynia, rzeczywście jest wielka. Największa w Europie. Na świecie ustępuje jedynie synagogom w Nowym Jorku oraz Jerozolimie. Nie ominęły jej prześladowania z mrocznego okresu panowania nazuizmu, chociaż paradoksalnie jako budynek gospodarczy przetrwała II wojnę światową, bedąc poważnie uszkodzoną jeszcze przed wojną, w lutym 1939 roku, obrzucona granatami przez bojówki Strzałokrzyżowców – faszystowskiej partii, kolaborującej później z hitlerowcami.

Niestety, było już za późno na wstęp do środka, więc mogliśmy tylko popatrzeć przez chwilę od strony ulicy i ruszyliśmy na spacer w poszukiwaniu czegoś na kolację. Postanowilismy powtórzyć wczorajszą zupę gulaszową, ale ona nie była tak smaczna jak w knajpce poprzedniego dnia. Widac tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia. Za to dopisało nam ono jeśli chodzi o kurtoszkalacze. Cafe Mölnar w pełni zadowoliła nasze podniebienia. To była przepyszna uczta. Kurtoszkalacze robi się z ciasta drożdżowego, ktore pocięte na paski, jest potem nawijane na specjalne wałki. Można je obsypać dowolnymi dodatkami. Są więc do kupienia ciacha z migdałami, orzechami, cukrem, miodem i wieloma innymi składnikami. Upieczony jest następnie zsuwany z wałka więc otrzymuje się coś w rodzaju szerokiej, drożdżowej rurki. Ciepły kurtoszkalacz, konsumowany poprzez delikatne odrywanie i odwijanie pasków ciasta z owej rurki to prawdziwe niebo w gębie. Owo ciasto spotkalismy już wcześniej podczas naszej wizyty w Pradze. Nazywało się tam trdelnik. No tak, to przecież ciągle dawne Austro-Węgry.

Pora była wracać do hotelu po walizki. Musieliśmy dojechać na przystanek minibusa Wizz Air, który mial nas odwieźć na lotnisko. Spakowalismy się na podróż i ruszyliśmy na pobiski przystanek tramwajowy, z którego rozciągał się piękny widok na jeden z mostów nad Dunajem. Zresztą, gdzie nie ma pięknych widoków w Budapeszcie? Tramwajem linii 47 dojechaliśmy do Madach Ter, gdzie miał czekać minibus. Kupilismy jeszcze trochę rozmaitego pieczywa na drogę, w tym m.in. nagy burek, cokolwiek by to nie miało oznaczać. Wszystko okazało się pyszne.

Na przystanek nie przyszedł nikt oprócz nas, więc pustym busem pojechaliśmy na lotnisko. Miłym zaskoczeniem był fakt, że nikt nie przyglądał się zbytnio naszym bagażom pod względem ilości oraz wymiarów. W Polsce kontrole przy bramkach przewoźników niskokosztowych są bardzo restrykcyjne. Aparat, fotograficzny, damska torebka, czy inne drobiazgi muszą być upchnięte w jedną torbę. W Budapeszcie (a potem także w Baku) nikt nie pieklił się z powodu futerału do apratu czy torebki i pomimo, że byliśmy przygotowani na taką ewentualność, nie kazano nam pakować wszystkiego do jednej torby.

Lot zaczynał się krótko przed północą. Trwa nieco ponad trzy godziny, ale jeśli doda się trzygodzinną różnicę czasu, okazało się, że wylądowaliśmy parę minut po szóstej, czyli o świcie następnego dnia. Gosia i Piotr, nasi przyjaciele z Łodzi i fani lotnictwa śledzili nasz lot na „Flightradar24” i przesłali nam zrzut z ekranu wykonany wkrótce po naszym starcie. Z informacji wynika, że była to rzeczywiście chwila po starcie. Znajdowaliśmy się bowiem dopiero na wysokości 1450 stóp (około 480 m.n.p.m.) i lecieliśmy z prędkością 156 węzłów (289 km/h).

Jeszcze w powietrzu zachwyciła nas ażurowa, pięknie podświetlona bryła terminalu lotniska. Wyglądał jak jakiś pałac z „Baśni 1001 nocy”. Z ciekawością przyglądaliśmy mu się przez okienko podczas kołowania po wylądowaniu. Było zdecydowanie zimniej niż Budapeszcie. Odczuliśmy to natychmiast po wyjściu na płytę lotniska. Przede wszystkim wiał silny, przenikliwy wiatr. Ponoć Baku znane jest z tego i nazywane „wietrznym miastem”. Z przyjemnoscią więc skrylismy się we wnętrzu oczekującego na nas autobusu i ruszyliśmy na poznawanie Azerbejdżanu.

Sopot 01.02.2014; 17:15 LT
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#4 PostWysłany: 14 Lut 2014 09:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Przylatując do Azerbejdżanu, wiedzielismy z przewodników, że jest to kraj raczej mało przyjazny turystom. Skorumpowana policja drogowa, pozwalająca na bardzo wiele miejscowej ludnosci, skrupulatnie wyłapuje najdrobniejsze nawet przewinienia obcokrajowców, zabierając prawo jazdy, które należy potem wykupić na jednym z komisariatów. Nie zniechęciło nas to jednak do zarezerwowania samochodu, którym chcieliśmy poruszac się po okolicy. Nie tylko policja jednak, lecz ogólnie miejscowa ludność miała nie być przychylna obcym i odnosić się do przybyszów z rezerwą. Z pewnym niepokojem opuszczaliśmy więc strefę odpraw i wkroczyliśmy do ogólnodostępnej hali przylotów.

- Taxi! Taxi! Do you need taxi?

- Taxi! Very cheap!

- Where are you going?

Tłum naganiaczy rzucił się na nas jak głodne lwy na bezbronne antylopy. Uciekaliśmy przed nimi, odganiając się rękami, ale nie na wiele się to zdało.

- Hey! My friend! Where are you going? Very cheap taxi!

- Do you need a hotel?

- Very cheap, my friend!

Na chwilę złapaliśmy dystans dając wzrokiem znak jednemu z bardziej nachalnych by trzymał się od nas z daleka. Odszedł tylko na kilka kroków i przyglądął nam się bacznie.

- Gdzie jest ta wypożyczalnia samochodów?

- Nic tu nie widać.

Samochód też wypożyczyliśmy tanio, korzystając z wyszukiwarki najatrakcyjniejszych opcji. Dlatego musieliśmy ominąć stanowiska znanych sieciówek.

- Zadzownię do nich.

Właściciel wypożyczalni, albo urzędujący tam człowiek był najwyraźniej przygotowany na telefon.

- Hej Dariusz! Nasz kierowca czeka na Was. Wyjdźcie z terminalu i skręćcie w prawo. Zobaczycie postój taksówek „Passat Taxi”. Idźcie dalej aż dojdziecie do parkingu. Tam będzie stać czarny nissan z włączonymi awaryjnymi światłami. Podejdźcie, a potem nasz kierowca powie Wam co dalej. Nie mieliśmy takiego samochodu, jaki zamówliście, więc za tę samą cenę przygotowaliśmy Wam terenowego nissana…

To była dobra wiadomość, bo zamawialiśmy zwykłe, małe autko, a mieliśmy dostać wypasioną brykę. Z drugiej strony jednak czarny nissan na uboczu od razu skojarzył mi się ze słynną czarną wołgą i zacząłem się zastanwiać, czy to aby nie jest haczyk. Nie było jednak rady. Zamówiliśmy auto, to należało je odebrać. Ruszyliśmy do wyjścia.

- Where are you going my friend?! Very cheap taxi! – obserwujący nas z dystansu naganiacz uznał, że skoro ruszyliśmy w drogę to czas rozejmu upłynął.

- No! We don’t need a taxi! – odrzekłem stanowczo po raz dziewięćdziesiąty siódmy.

Naganiacz podązał jeszcze czas jakiś za nami w bezpiecznej odległości kilku metrów, ale w końcu dał za wygraną. My zaś tymczasem minęlismy postój taksówek i znalexlismy zaparkowanego na uboczu czarnego nissana. Kierowca o kruczoczarnych włosach, takimż wąsie i przenikliwym spojrzeniu, ubrany w nieco znoszoną, skórzaną kurtkę przywitał nas z rezerwą w głosie.

- Hi!

- Hi! – odrzekliśmy.

Otworzył bagażnik, byśmy wrzucili rzeczy i pokazał nam byśmy wsiedli. Jego angielski nie był zbyt wyszukany. Znacznie lepiej radził sobie po turecku, ale wtedy my słuchaliśmy go jak na tureckim kazaniu.

Zająłem miejsce obok niego.

- To ja mam siedzieć sama z tyłu? – zaprotestował Mój Anioł.

- No przecież, ja zaraz będę prowadzić. Przesiądziemy się jak przejmiemy auto.

Ruszyliśmy. Kierowca przejechał jakieś pięćset metrów i zatrzymał się na poboczu. Wyjął plik dokumentów, które okazały się umową i tłumaczył po kolei: to jest umowa, to ubezpieczenie, tu zazanaczone otarcia karoserii, tu nalezy podpisać… Kiedy myslałem, że odda mi kluczyki, ponownie zajął miejsce za kierownicą i kazał nam wsiadać.

- Teraz pojedziemy do naszego biura. Tam Wam wydam auto, a kiedy skończy się okres wypożyczenia, przyjedziecie do biura i ja odwiozę Was na lotnisko.

Ruszylismy więc. Dopóki jechało się autostrada, było w porządku, ale w końcu zjechaliśmy w boczną ulicę i zaczęliśmy jakimiś skrótami przebijać się przez coraz mniej reprezentacyjne dzielnice.

- O Boże! Krowa bez głowy! – krzyknął w pewnym momencie Anioł.

- Rzeczywiście. Nad chodnikiem zwisała powieszona za nogi, rozpołowiona krowa, którą kilku meżczyzn właśnie obdzieralo ze skóry.

Zacząłem się trochę niepokoić, czy na pewno jedziemy do biura. Okolica była bowiem jeszce pusta, a ja miałem w pamięci „Teksańską masakrę piłą mechaniczną”. Na szczęście po chwili ulice znów zrobiły się jakby szersze a domy wyraźnie lepsze. Znów wjechalismy do dzielnicy, której nie powstydziłaby się niejedna metropolia.

Przeszedłem z angielskiego na rosyjski i to był strzał w dziesiątkę, bowiem od tej pory nasza rozmowa zamiast półsłowkami i trochę na migi, zaczeła nabierać płynności. Dystans między nami a kierowcą błyskawicznie zmalał i wytworzyła sie nawet całkiem przyjazna atmosfera.

Przy jednej z szerokich, dwujezdniowych ulic znajdowało się biuro naszej wypożyczalni. Zatrzymaliśmy się nieopodal. Wreszcie przejąłem kluczyki. Jedyną niedogodnością był fakt, że nie działał nam zbyt dobrze GPS w telefonie. Nie byłby to zbyt istotny problem, ponieważ mieliśmy wydrukowane mapy z Google z zaznaczoną lokalizacją naszego hotelu, lecz aby z nich skorzystać powinniśmy wiedzieć, gdzie się znajdujemy aktualnie. Zapytaliśmy naszego kierowcę przed pożegnaniem, a ten najpierw długo przyglądał się kartce, a potem pokazał palcem, że gdzieś tu. Wynikało z tego, że nasz hotel znajduje się niemalże po sąsiedzku, więc z optymizmem ruszyliśmy naprzód. Skąd mogłem przypuszczać, że geografia nie była jego najmocniejszą stroną?

Wyjechaliśmy na kolejną szeroką ulicę, a potem na ogromny plac, który należało okrążyć. Jechało się bezstressowo, ponieważ w ów sobotni poranek ulice były jeszcze niemal puste. Wyglądało to nawet dość gtroteskowo. Ów ogromny plac, okalająca go czteropasmowa jezdnia i samotny nasz samochód poruszajacy się zresztą powoli w poszukiwaniu drogi.

Już nie samotny. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się radiowóz z włączonymi kogutami i przez głośniki nakazywał nam coś w azerbejdżańskim języku przypominającym bardzo turecki. Nic nie rozumiałem, ale w takich okolicznościach zapewne chodziło o to, abyśmy się zatrzymali. No to żegnaj prawo jazdy. Ale się najeździliśmy! Nie minęło nawet pięć minut jak siadłem za kierownicą.

Wyszedłem z samochodu jak na ścięcie. Zacząłem rozmawiać po rosyjsku licząc na skrócenie dystansu jak poprzednio z naszym kierowcą. Trochę pomogło.

- Tam, na światlach – policjant wskazał ręką skrzyżowanie – był nakaz jazdy prosto, a wy skręciliście w lewo.

Cholera, może i tak było, ale nie zauważyłem. Dwie diabelnie szerokie jednokierunkowe arterie. Ani jednego auta. Nie wjechałem nigdzie pod prąd, ale nie wolno mi było skręcić lecz z jaichś przyczyn znanych miejscowym inżynierom ruchu należało jechać wyłącznie prosto.

- Bardzo przepraszam, ale to pewnie dlatego, że nie mogę odnaleźć naszego hotelu. Nie bardzo wiem, jak tam dojechać.

Tu sięgnąłem po leżącą na siedzeniu mapkę z naszym hotelem. Policjant przyglądał się jej dokładnie.

- To kawał drogi stąd. My jesteśmy gdzieś tu – pokazał palcem punkt niemalże na drugim końcu miasta.

- To którędy musielibyśmy teraz jechać? – zapytałem bezczelnie, ignorując popełnione wykroczenie.

- Skręćcie w tą ulicę, jedżcie prosto, miniecie rondo, potem dalej prosto, a potem będzie następne rondo, z którego w prawo będą odchodzić dwie równoległe ulice. Skręćcie w tę, która będzie mieć trzy pasy ruchu, a potem się dopytacie,

Po tej instrukcji policjant oddał mi dokumenty i się pożegnał.

- Dziękuję i przepraszam za tamto – pokazałem na felerne skrzyżowanie.

Nie mogłem uwierzyć. Według przewodników już powinniśmy jechać na komisariat, a tu wszsytko dobrze się skończyło.

Pobladły z wrażenia Anioł czekał na rozwój wypadków w samochodzie i też nie mógł uwierzyć.

- Byłam przekonana, że już po naszym zwiedzaniu samochodem.

Ochłonąwszy nieco, ruszyliśmy dalej. Najprościej byłoby zobaczyć nazwę ulicy, którą akurat jechaliśmy i zlokalizowac ją na mapie, ale w Azerbejdżanie tabliczki z ich nazwami są nieliczne i na dodatek mikroskopijnych rozmiarów. Dojechaliśmy jednak do drugiego ronda, przy którym znajdowała się stacja benzynowa. Dobre miejsce aby się zatrzymać. W sklepiku kupimy mapę i będzie łatwiej. Sklepiku jednak nie było. To znaczy był, ale nie taki, do jakich przywykliśmy. Był to bowiem salon samochodowy. Podeszliśmy do pana obsługującego jeden z dystrybutorów paliwa. Pokazaliśmy mapkę oraz nasz hotel i zapytaliśmy o drogę. Pan nie bardzo się orientował, ale zawołał kolegę. Kolega zabrał mapkę i zniknął w czeluściach budynku. Po chwili wyszedł z kimś jeszcze. W międzyczasie zebrała się niewielka grupka ciekawskich. Zaczęli intensywnie gestykulować i rozmawiać w swoim tureckim narzeczu. Nagle, któryś pobiegł do odjeżdżajacej właśnie po zatankowaniu ciężarowki i zatrzymał gwałtownymi ruchami. Pogadali i tamten przybiegł do nas.

- Ta ciężarówka jedzie w stronę ulicy, o którą pytacie. Wsiadajcie szybko do auta i jedźcie cały czas za nią!

Wiatr wyrwał mapkę z dłoni pracownika stacji i zaczęliśmy wszycy ją ganiać. W końcu dopadłszy ją, ruszyliśmy biegiem do samochodu, bo ciężarówka właśnie zaczynała włacząc się do ruchu.

Jechać za ciężarówką… Brzmi prosto, ale dla nas nieprzywykłych do miejscowych zwyczajów niekoniecznie. Ruch zdążył już się wzmóc, a na trzypasmowej jezdni jechalo więcej rządków aut. Na dodatek tamten kierowca gnał sobie bezstrosko, a my z trudem przeciskaliśmy się za nim, za wszelką cenę starając się utrzymać kontakt wzrokowy. Jechaliśmy tak chyba z dwadzieścia minut, po czym skręciliśmy w dwujezdniową szeroką ulicę pełną nowych kamienic wyglądających na architektoniczne koszmarki bowiem pomieszano w nich wszystko co było możliwe do pomieszania. Ów ociekający złotem eklektyzm wyrózniał się w szczególny sposób.

Cieżarówka zatrzymała się na poboczu. My także. Kierowca wysiadł, podszedł do nas i powiedział, że to koniec jego kursu, a my powinniśmy zawrócić i jechać dalej. Szkoda, ale dobre i to. Zawrócilismy i jechaliśmy przez jakieś pola, gdzie budowano nowe dzielnice i wytyczono szerokie arterie, będące póki co w budowie. Dobrze, że mieliśmy terenowe auto, bo nie straszne były nam dziury i wertepy. Jechaliśmy tak chyba koleje dwadzieścia minut, a może i dłużej. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się zjazd na autostradę. Tę samą, którą o świcie jecchaliśmy z lotniska. Zatoczyliśmy ogromne koło, ale wreszcie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. To znaczy, wiedzieliśmy, że na autostradzie, ale brakowało nam jeszcze jakiejś drugiej koordynaty, aby określić, w którym punkcie na autostradzie.

Nasze dyskusje na ten temat przerwała nagle… sztaplarka. Jechała pod prąd! Przez ów niedługi okres adaptacji do miejscowych zwyczajów na drodze zdążyliśmy się zorientować, że z trzech albo czterech pasów ruchu na autostradzie jeden dość swobodnie wykorzystywany jest dla celów parkingowych, więc trzeba uważać na zatrzymujące się auta. Jednak jadąca pod prąd sztaplarka była czymś nowym. Najwyraźniej operator owego wózka widłowego miał do pokonania niewielki dystans i autostradą pod prąd było mu najbliżej. Co ciekawe, nikt nie trąbił, nikt nie dawał znaków światłami, nie irytował się. Wszyscy posłusznie omijali żółtego intruza.

Na poboczu pyszniła się futurystycznymi kształtami kolejna stacja benzynowa i tam zajechaliśmy zasięgnąć języka. I znów nie było tam żadnego sklepiku, ale istniał za to piękny salon samochodowy. odnieslismy wrażenie, że w Azerbejdżanie jak się ludziom skończy paliwo w, nomen omen, baku, to nie tankują, lecz kupują nowe auto.

- Jedźcie prosto aż dojedziecie do dwóch wysokich budynków. Jeden z nich to wieża zegarowa. Za nimi skręcicie w prawo i to będzie dzielnica, w której znajduje się Wasz hotel. Potem zapytacie kogoś – informował pracownik stacji.

No, to już było coś!

Kilka minut jazdy autostradą i jest! Jest wysoki budynek z zegarem na elewacji! Skręcamy w prawo. Zaczyna się jakieś nowe osiedle. Zatrzymujemy się przy niewielkim sklepiku. Sprzedawca nie mówi po angielsku, a po rosyjsku także nie. Dogadujemy się po… turecku, a bardziej na migi. Pokazywał, że mamy skręcić na światłach w lewo, i że będzie stacja metra, a stację metra mieliśmy już na naszej mapce i rzeczywiście do hotelu był stamtąd rzut kamieniem!

Szybko pokonaliśmy wskazaną nam trasę, wjechaliśmy w ulicę, przy której powinien zanjdować się hotel, ale… nie było go. Były za to owe eklektyczne, ociekające złotem budynki. To to samo miejsce na którym pożegnaliśmy ciężarówkę! Co kierowało tamtym kierowcą, że kazał nam zawrócić i jechać przez pola? Teraz już nie damy się stąd wykurzyć.

Jak okiem sięgnąć w owych imitacjach pałaców mieściły się sklepy meblowe oraz z artykułami wyposażenia mieszkań. Wszedłem do jednego handlującego pralkami i zapytałem o hotel. Nikt nie słyszał o takim, mimo, że z mapy wynikało iż powinien stać naiemalże w miejscu owego sklepu.

- Na tej ulicy nie ma żadnych hoteli – powiedział sprzedawca – ale pojedźcie za te domy. Za nimi biegnie ulica równoległa do tej, i tam hoteli jest dużo.

Wsiadam do auta. Wjeżdżamy w rónoległą ulicę i niemal natychmiast zauważamy Teatro Boutique Hotel, w którym mieliśmy zarezerwowany pokój. Uff! To był długi poranek.

Opada adrenalina. Dopiero teraz, pisząc ten tekst zauważyłem, że pomiędzy wyjściem z terminala lotniska, a pryzbyciem do hotelu nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia. Zbyt byliśmy skoncentrowani na bieżacych wydarzeniach. Aparat poszedł w ruch dopiero wieczorem, kiedy po drzemce w hotelu wyruszylismy na zwiedzanie miasta.

W pociągu Gdynia – Szczecin , 08.02.2014; 10:00 LT
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#5 PostWysłany: 26 Kwi 2014 22:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Kąpiel i drzemka w odnalezionym po długich poszukiwaniach hotelu pozwoliła nam zregenerować się trochę po nocy spędzonej w samolocie i porannych przygodach. Zmierzchało, kiedy uznaliśmy, że pora wyruszyć na zwiedzanie miasta. Dzięki darmowemu wi-fi mogliśmy wgrać mapy miasta do telefonu, dzięki czemu jazda przez miasto miała od tej pory wyglądać dużo łatwiej. I rzeczywiście taka była. Anioł pełnił rolę pilota i obserwował ekranik swojego samsunga informując mnie kiedy mam skręcać i w którą stronę. Do moich zadań zaś należało tak prowadzić auto, by w ciżbie samochodów i kierowców dość swobodnie interpretujących kodeks drogowy starać się nadążać za wskazówkami, unikając przy tym stłuczek. Nie wszystko poszło dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy, głównie za sprawą systemu jednokierunkowych ulic, ale generalny kierunek – stare miasto oraz wzniesione na skarpie nad nim „Płonące Wieże” został zachowany. Wkrótce zaparkowaliśmy u samego podnóża owych wież i ruszyliśmy w kierunku placu na skraju skarpy. Trzeba było jeszcze przedostać się na drugą stronę kilkupasmowej szerokiej jezdni, pełnej pędzących aut, traktujących pieszego raczej jako intruza. Nie było to łatwe, ale przyjrzeliśmy się najpierw jak sobie radzą miejscowi. Ci zaś pokonywali ową przeszkodę na raty, robiąc przystanek w „strefie niczyjej” oddzielającej poszczególne pasy ruchu.
Marmury, azerbejdżańska flaga oraz niewielki budynek, który wydawał się nam być świątynią, lecz nie miał minaretu, więc może to tylko jakieś muzeum, oznajmiały nam, że to jeden z reprezentacyjnych punktów miasta.
Dluga aleja, biegnąca od jezdni aż pod punkt widokowy na skraju skarpy, była w istocie cmentarzem. Bolesnym wspomnieniem „Dni Styczniowych” – czegoś, co w pamięci Azerbejdżan (Azerbejdżan, a nie Azerów – ponoć miejscowa ludność jest bardzo wrażliwa na punkcie takiego właśnie ich określania), tkwi podbnie jak pomorski Grudzień, albo poznański Czerwiec.
W czasie, kiedy nasz kraj nękany rozbiorami tracił niepodleglość, carska Rosja dokonywała podbojów także na Zakaukaziu. Operacją wyrwania m.in. Azrbejdżanu spod panowania Persji dowodził niejaki Iwan Paskiewicz – dobrze znany nam późniejszy pacyfikator Powstania Listopadowego. Pod panowaniem rosyjskim Azerbejdżan zmienił się w narodowościowy tygiel. Najpierw szeroką ławą napłynęli tam Ormianie, a kiedy w drugiej połowie dziewiętnastego wieku rozpoczynał się naftowy boom, Baku, stanowiące wówczas jeden z głównych ośrodków wydobycia cennego surowca na świecie stało się mekką zarówno binzesmenow jak i wielonarodowościowej rzeszy tanich robotników.
Ogromna masa robotników była podatna na socjalistyczną propagandę, co miało odzwierciedlenie w gwałtownym przebiegu rewolucji 1905 roku. Tyle tylko, że ta oprócz czysto klasowego chcarakteru nabrała również charakteru walko narodowościowych. Ofiarą starć Azerbejdżan z Ormianami padło wiele tysięcy osób. Ci drudzy byli lepiej zorganizowani, więz Azerbejdżan poległo znaczie więcej. Po upadku cara w wyniku chaosu reowlucji bolszewickiej wiele narodów uzyskiwało niepodległość. Tak było w przypadku opisywanej przeze mnie niedawno Finlandii, podobnie był to jeden ze sprzyjających czynników odzyskania niepodległości przez Polskę i tak samo na rzecz oderwania się od Rosji zaczeło działać Zakaukazie. Planowano wówczas powstanie jednego państwa skupiającego w swych granicach ziemie Gruzji, Armenii oraz Azerbejdżanu. Wtedy jednak, w marcu 1918 roku doszło do kolejnego pogromu Azerbejdżan przez Ormian. Przeszły one do historii pod nazwa Dni Marcowych. Piszę o tym wszystkim dlatego, żeby zwrócić uwagę jak bardzo delikatną i wybuchową mieszankę stanowią ludzie zamieszkujący tamte ziemie. Przypomina ona nam t.zw. bałkańki kocioł – zarzewie wielu etnicznych konfliktów etnicznych XX wieku, czy obecną sytuację na Ukrainie. Przeskoczmy jednak kilkadziesiąt lat historii. Zakaukazie zostało wcielone do formowanego przez bolszewików Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i trwało w jego strukturach aż do upadku komunizmu i rozpadu tego państwa na początku lat dziewięćdziesiątych. Wcześniej jednak, na terenie osłabionego już ZSRR wybychła między Ormianami i Azerbejdżanami wojna o Górski Karabach (Nagorna Karabachia). I znów to lepiej uzbrojeni Ormianie wydają się być górą i zagarniają sporną prowincję. Walki co prawda jeszcze trwają, front się przesuwa, lecz w ormiańskim budżecie na 1990 rok znajdują się ujęte planowane wpływy i wydatki owej prowincji. Budżet został wstępnie zaaprobowany przez władze w Moskwie, co wywołało oburzenie Azerbejdżan i pogrom Ormian mieszkających w Baku. Zginęło wówczas kilkadziesiat osób. W wyniku zamieszek Moskwa postanowiła wprowadzić do Baku armię i spacyfikowac miasto. Michaił Goorbaczow miał podpisać dekret wprowadzający stan wyjątkowy o północy z 19 na 20 stycznia 1990 roku. Jednostki specnazu zaczełu jenak działać już 19 stycznia. Sytuację zaś pogarszał fakt, że wspomniany dekret został podany do publicznej wiadomości dopiero o godzinie 05:30 20 stycznia. Spowodowało to masakrę cywilnej ludności, która nawet nie zdawała sobie sprawy, co sie dzieje. „Ginęli, usiłując bronić swojego mienia, próbując przeparkować samochód na widok czołgów, starając się zabezpieczyć witrynę sklepu bądź wejście do kamienicy, wracając nieświadomi tego, co się dzieje, nocą do domów, wyglądając zaciekawieni dochodzącymi z ulicy odgłosami przez okno i w dziesiątkach podobnych sytuacji, nierzadko zupełnie dramatycznych, jak choćby w wypadku ostrzelania śpieszącej z pomocą rannym ekipy pogotowia ratunkowego” [Wikipedia http://pl.wikipedia.org/wiki/Czarny_Stycze%C5%84].
Niedługo potem Azerbejdżan uzyskał niepodległość, a wraz z nią kontrolę nad dochodami z nropy naftowej. Efekt petrodolarów widac na każdym kroku. Najardziej zaś tam, gdzie od zera powstają zupełnie nowe dzielnice. Imponujaco wygląda z wysokości skarpy widok na port, autostradę biegnącą wzdłuż wybrzeża, kolorowo podświetlony w narodowych barwach stadion i powiewającą nad tym wszystkim gigantyczną flagę.
Przejścia podziemne wykładane marmurem to kolejny dowód na niemałe fundusze płynące ze złóż naftowych.
Tak samo jak i wspomniane wcześniej Płonące Wieże. Jesto kompleks trzech drapaczy chmur o dość futurystycznych kształatach przypominających płomienie. W dzień błyszczą z daleka srebrzysto-szklaną elewacją. W nocy opowiednio podświetlone wygladaja raz jak azerbejdżańska flaga, to znów jak gigantyczne płomienie. Dlaczego płomienie? Dlatego, że mają przypominać o wiecznych ogniach wydobywających się z tej ziemi zanim w ogóle uświadomiono sobie, że to ropa i gaz oraz jakie bogactwo stanowi. Dzięki tym surowcom owe budynki mogły w ogóle powstać.
Poniżej skarpy, w pobliżu morza wznoszą się mury starego miasta.
Zostało w całości wpisane na listę dziedzictwa kulturalnego ludzkości UNESCO. Labirynt wąskich uliczek kręci się w przeróznych kierunkach. Mówi się, że budowniczowie tej części miasta w ten sposób chronili jego mieszkańców przed wszechobesnym wiatrem. Te labirynty miały działac jak naturalny wiatrołap i zpaewnić spokojna pogodę wewnątrz murów. Być może. Znam jednak wiel miast, które z wiaterm kłopotów nie miały, a platanine wąskich uliczek zafundowały sobie także. Tak chyba po prostu w owym czasie budowano. Dla nas ważne było, że każdy zaułek oznaczał nowe odkrycie. Można bylo spacerować bez końca i zachwycać się okiennicami, inskrypcjami, ogrodami oraz innymi detalami.
Na dugim krańcu starego miasta, za murami rozpościerało się centrum wybudowane w XX wieku. Tu rozpoczynają się deptaki, które w obecnej chwili pełne są sklepów najdroższych firm.
Bardziej w dół, na południe od starówki brzegi miasta obmywają wody Morza Kaspijskiego. Tam znajduje się jeden z najbardziej znanych zabytków Baku – Baszta Dziewicza.Ta średniowieczna budowla, której mury dochodzą do pięciu metrów grubości, była najpierw fragmentem murów obronnych. Później służyła jako latarnia morska. Niedaleko baszty spod usuniętej wierzchiej warstwy ziemi wystają ruiny budowli, które nie zachowały się do dzisiaj. Można je oglądać wprost z chodnika.
Robi się późno. Zdążyliśmy w międzyczasie zjeść kolację. A teraz pora już wracać. Na skarpę do Płonących Wież tym razem dostaniemy się nie schodami, jak poprzednio, lecz specjalną, szynową kolejką linową. Bilet na kolejkę był bardzo tani, ale tego dnia miało miejsce akurat święto państwowe, więc przejzad był zupełnie darmowy.
Stacje kolejki – i dolna, i górna kontrastowały z tłem jaskrawoniebieskim oświetleniem
Górna stacja znajduje się nieopodal położonego na płaskowyżu meczetu. Naprzeciwko niego stoją Płonące Wieże, a przy nich parking, na którym stoi nasz samochód. Wracamy. Jeszcze przyjdziemy na stare miasto, ale na razie wystarczy.

c.d.n.

Image Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#6 PostWysłany: 26 Kwi 2014 22:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Co wybrać, kiedy ma się niewiele czasu na zwiedzanie? Wiadomo, że nie da się zobaczyć wszystkiego. Już dawno pogodziliśmy się z tym, że wycieczki typu „coś tam w pigułce” i tak wnoszą niewiele. No bo wyobraźmy sobie na przykład obcokrajowca przyjeżdżającego po raz pierwszy w życiu na przykład na pięć dni do Polski. Co powinien zobaczyć? Warszawę. Ale co w Warszawie? Oprócz tego Kraków. Ok, jeden dzień w Warszawie, dwa dni w Krakowie, dorzucając Wieliczkę. Gdańsk? Dobrze by było, ale w ten sposób każemy temu turyście jechac przez całą Polskę. Co najmniej dzień na podróż, jeśli ten ktoś nie ma budżetu przygotowanego na przemieszczanie się samolotem. Może jednak powinien zobaczyć także Tatry? A może Mazury? A dlaczego nie Lublin, Zamość albo Puszczę Białowieską? Opuścić Malbork, jeśli już jedzie się do Gdańska, też szkoda. Czym jednak jest Polska bez wierzb Mazowsza, z muzyką Chopina w tle, płynącej z Żelazowej Woli? Bez kurpiowskich wycinanek i pasiaków? Nie da się szybko zaliczyć Polski „w pigułce”. Ani żadnego innego kraju. I tak jak musimy pogodzić się z tym, że życia nam nie starczy by przeczytać wszystkie ciekawe książki, obejrzeć filmy i obrazy, oraz że umrzemy nie wysłuchawszy wielu arcydzieł muzyki, tak samo trzeba dać sobie spokój z szaleńczym odhaczaniem kolejnych punktów wycieczek, a skupić się na tym, co jest aktualnie w zasięgu. Smakować całość poprzez detal i cieszyć się chwilą.
Z takim nastawieniem jechaliśmy na trzy dni do Azerbejdżanu, a dzień drugi postanowiliśmy poświęcić na wypad do Gobustanu, nie roztrząsując problemu czy nie byłoby lepiej pojechać w innym kierunku, albo skupić się wyłącznie na Baku.
Omijając centrum wyjechaliśmy więc na autostradę, z której widać wciąż było „Płonące wieże”, srebrzyste w świetle dnia, oraz zbudowaną nieopodal wieżę telewizyjną.
Gobustan leży kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od Baku. Wyruszyliśmy tam, by obejrzeć naskalne rysunki oraz błotne wulkany.
Autotrada biegnąca wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego wiodła nas początkowo monotonnymi przemysłowymi rejonami. Oczywiście autostarada autostradą, ale uważać należało na dość swobodne traktowanie przepisów ruchu przez miejscowych kierowców. Zatrzymywanie się gdziekolwiek, albo nawet jazda pod prąd nie były niczym niezwykłym.
Wkrótce krajobraz przemysłowy okolic Baku został w tyle i znaleźliśmy się na rozległym pustkowiu o stepowym charakterze, znaczonym wyrastającymi gdzieś na widnokręgu płaskowyżami o stromych zboczach. Krajobraz kształtowany przez działalność wulkaniczną jak i erozję porowatej skały.
Kamienny „witacz” z napisem „Gobustan” informował nas, że należy zjechać z autostrady w boczną drogę.
Teraz zrobiło się jeszcze bardziej pusto. Samotnie doatrliśmy do granicy rezerwatu. Posterunkowy zanim otworzył szlaban wypytał nas, co my za jedni, a potem zaproponował, że może oprowadzić nas po okolicy. Nie jesteśmy rannymi ptaszkami, więc na trasę wyruszyliśmy stosunkowo późno. Nie pędziliśmy też na złamanie karku, więc to już bylo „dojrzałe popołudnie”. Nawet gdybyśmy chcieli zdecydować się na taką eskapadę (czego zazwyczaj wolę unikać, ponieważ taka uczynność spontanicznych przewodników często kończy się gwałtownymi żądaniami wygórowanej zapłaty), to jednak musieliśmy pamiętać o wulkanach błotnych, które bardzo chciałem zobaczyć, a groziło nam, że dotrzemy do nich już po zmierzchu.
Powiedzieliśmy więc panu strażnikowi, że przemyślimy ofertę, a póki co, pojedziemy do muzeum. Otworzył szlaban, i po kilometrze albo dwóch prostej drogi dotarliśmy do pustego parkingu, z którego prowadził szeroki chodnik do niepozornego budynku muzeum.
Bilet wstępu kosztował dwa manaty, co w przeliczeniu na nasze dawało około osiem złotych.
Ledwie znaleźliśmy się wewnątrz, znów, tym razem etatowy przewodnik, zaoferował nam swoje usługi zarówno oprowadzenia po ekspozycji, jak i potem po okolicy. Z doświadczenia wiemy, że warto często skorzystać z takiej usługi profesjonalisty, jeśli jest się ciekawym czegoś więcej niż tylko kilku zdań z książkowego przewodnika, ale tym razem ograniczał nas czas. Sami więc obejrzeliśmy ekspozycję, która opowiadała m.in. o genezie pobliskich petroglifów, bo tak nazywane są naskalne rysunki.
Rozpoczęto od zarania dziejów gatunku ludzkiego, czyli od ekspansji homo sapiens z jego kolebki mieszczącej się gdzieś w centralnej Afryce, mniej więcej dwieście tysięcy lat temu. Przebieg owej wędrówki człowieka przedstawiała mapka.
Według niej około czterdzieści tysięcy lat temu ludzie dotarli w rejon Morza Kaspijskiego i z tego czasu pochodzą pierwsze naskalne rysunki.
Ekspozycja objaśniała znaczenie wielu z nich, a także przedstawiała wydobyte z wykopalisk przedmioty, ponieważ z uwagi na ukształtowanie terenu i porowatość skał, dość intensywnie rozwijało się tutaj osadnictwo.
Z muzeum ruszyliśmy krętą drogą wiodącą górę na płaskowyż. Na jego stokach pośród rumowiska skał miały znajdować się owe rysunki. Najpierw jednak trzeba było nacieszyć oczy widokiem okolicy. Wsie i miasteczka rozrzucone były nad brzegiem morza. Tu zaś tajemnicze, skaliste pustkowie budziło oprócz zachwytu wręcz pewien niepokój.
Nieco na północny wschód widać było biegnące w morze kilometry pomostów. To wodne miasta – arterie na rusztowaniach łączące gromady szybów naftowych.
Zaczęliśmy się rozglądać. I przypomniała mi się pustynia Nazca. Tam w pierwszej chwili nie mogliśmy nic odczytać z plątaniny linii, dopóki nasze oczy nie zorientowały się czego tak parawdę należy wypatrywać. Podobnie było tutaj. Najpierw tzreba było dość uważnie przyglądać się skałom, by wyłapać wydrapane petroglify.
Istnienie rysunków dla współczesności datuje się dopiero od 1939 roku. Przetrwały dziesiątki tysięcy lat zapomniane na tym odludziu, zauważone dopiero kilkadizesiąt lat temu przez pracujących wśród rumowiska skał robotników.
Tak jak Nazca miała swoją Marię Reiche, która poświęciła życie tamtejszym geoglifom, tak rysunki w Gobustanie znalazly swojego oddanego opiekuna w osobie archeologa Izaaka Jafarzade. To on przez dwadzieścia pięć lat, do 1965 roku zidentyfikował i opisał trzy i pół tysiąca rysunków nazjdujących się na 750 skałach. Od tamtego czasu ilość kolejnych udokumentowanych rysunków co najmniej podwoiła się. Najstarsze pochodzą sprzed okolo czterdziestu tysięcy lat. Większość sprzed sześciu – ośmiu tysięcy. Są też i zupełnie świeże (w skali historii) ślady bo pochodzące ze średniowiecza. Można też odnaleźć rzymskie inskrypcje, świadczące, że mieszkańcy Imperium zapuszczali się aż tu.
Obecnie rezerwat znajduje się na liście światowego dziedzictwa ludzkości UNESCO. Wokół skał wytyczono szlaki, aby nie dopuścić do niekontrolowanego ruchu turystów, którzy mogliby zwyczajnie zniszczyć to, co przetrwało tysiące lat.
Pomiędzy skałami wybudowano nawet specjalne pomosty, które pozwalają obejrzeć rzysunki i zarazem trzymać turystyczną stonkę na odległość.
Pomiędzy jedną galerią rysunków a drugą podziwialiśmy niesamowitą strukturę wulkanicznych skał, skrywających w swoim wnętrzu niczym gąbka albo ser liczne puste przestrzenie.
Nasze coraz bardziej wprawne oczy wyłapywały kolejne rysunki. Było ich mnóstwo. Zwierzęta, ludzie, polowania, rytualne tańce i.t.d.
Kiedy uznaliśmy, że już wystarczy, ruszyliśmy do naszego terenowego nissana i wystartowaliśmy w poszukiwaniu położonych na podobnym pustkowiu błotnych wulkanów.

Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#7 PostWysłany: 17 Maj 2014 03:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Z lokalizacją rozmaitych obiektów na mapach elektronicznych bywa różnie. Wpisuje się jakiś adres, znacznik pojawia się na mapie, a potem okazuje się, że tak tak naprawdę to pokazuje on centrum miejscowości, a nie dany obiekt. Kilka miesięcy temu tak przemaszerowaliśmy w Lublinie niemal całą ulicą Lubartowską, ponieważ pomimo wpisania dokładnego adresu, w miejscu, które pokazywał znacznik, znajdował się de facto zupełnie inny numer. Znacznik pokazał jedynie ulicę.
Z Azerbejdżanem kłopot jest taki, że niewiele jest map i przewodników. Niewielki ich wybór jest także na miejscu. Wrzuciliśmy więc hasło w wyszukiwarkę i na mapie elektronicznej pojawił się znacznik. Z rezerwatu, gdzie znajdowały się naskalne rysunki, należało jechać jeszcze czas jakiś autostradą na południowy wschód, potem zjechać w boczną drogę do wsi i jadąc kawałek wzdłuż lini kolejowej za zabudowania znaleźć sterczące, błotne kopce wulkanów.
Spieszyliśmy się, by zdążyć przed zmrokiem, ponieważ trudno byłoby szukać owych kopców po ciemku. Udało się i w wiosce zameldowaliśmy się jeszcze za dnia.
Przejecahaliśmy jeszcze kilkaset metrów i… nic. Nigdzie ani śladu błota. Zatrzymywaliśmy się w rozmaitych miejscach, lecz bez rezultatu. Powoli jasne się stawało, że znacznik nie pokazywał dokładnej lokalizacji wulkanów. Na nieszczęście czas upływał nieubłaganie i zapadający zmrok praktycznie pozbawiał nas wszelkich szans na zobaczenie owej ciekawostki natury. Objechaliśmy okolicę i ponownie wjechaliśmy do wioski. Przed jednym z domów stał struszek. Udało się z nim dogadać mieszaniną po rosyjsku.
- Wulkany? To nie tu! – wydawał się być zaskoczony miejscem naszych poszukiwań – Musicie jechać tam! – pokazał na odległe o kilka kilometrów wzgórza.
- Jak tam dojechać.
- Musicie zawrócić. Tam, gdzie widać te odległe światła jest przejazd kolejowy. Przedostaniecie się na drugą stronę torów i polną drogą w prawo. Potem na krzyżówce… Nie, nie dacie rady! Za dużo tam zakrętów i dróżek. Jak nie znacie drogi to po ciemku nie traficie.
Z domu wyszedł w klapkach jakiś młodszy mężczyzna, zaciekawiony o czym ktoś z jego rodziny dyskutuje z nieznajomymi. Dziadek zaczął tłumaczyć mu coś po azerbejdżańsku, czyli tak jakby po turecku. Kręcili głowami i potwierdzili, że nie damy rady tam teraz dojechać, nie znając drogi. No cóż, podziękowaliśmy i zaczęliśmy zbierać się do odjazdu. Musieliśmy wyglądać bardzo smutno, bo w pewnym momencie ów młodszy mężczyzna zaproponował:
- Jeśli chcecie, mogę wam pokazać drogę.
- Jasne!
Tak jak stał, w klapkach wsiadł do samochodu i ruszyliśmy.
Wkrótce zrozumiałem dlaczego mielibyśmy tam nie trafić. Wjechaliśmy w jakiś rozległy, pustynny krajobraz poprzecinany licznymi rozgałęziającymi się polnymi drogami. Nie było żadnych drogowskazów, a bez wskazówek gdzie skręcić pogubilibyśmy się już na samym początku. Przejechaliśmy przez bardzo wąski mostek nad jakimś potokiem i wjechaliśmy między wzgórza. Dobrze, że mieliśmy terenowy samochód, ktory świetnie dawał sobie radę na wertepach. Ścieżką na stromym stoku podjeżdżaliśmy pod górę. Obawiałem się, abyśmy nie stoczyli się kilka metrów w dół. W nocy zawsze wszystko wygląda dużo groźniej. Potem ścieżka zamiast pod kątem niczym serpentyna na stoku przybrała kierunek „na krechę” pod górę. Widać było tyko krawędź góry, a my jechaliśmy prostopadle do poziomic, wprost na szczyt. Nie widać było co jest dalej. Wydawało mi się, że wjeżdżamy na krater jakiegoś wielkiego wulkanu i ,że gdy stroma ścieżka doprowadzi nas do krawędzi, za nią równie stroma będzie nas wieść na złamanie karku w dół.
- Na pewno mam tam wjeżdżać? – zapytałem z niepokojem naszego przewodnika.
- Tak, jedź. – odpowiedział stanowczo.
No to jedziemy. Jeszcze dwadzieścia metrów do szczytu. Stromo. Dzięsięć metrów, pięć… Co będzie za tą krawędzią? Boże, aż chciałoby się zamknąć oczy! Krawędź! I… szok! Wyjecahaliśmy na rozległy, płaski jak stół szczyt. Na owym płaskowyżu było mnóstwo miejsca by swobodnie zaparkować, a w jego centralnej części wznosiły się całe łańcuchy błotnych wulkanów o wysokości od kilkudziesięciu centymetrów do klku metrów.
Wulkany błotne nie mają nic wspólnego z wulkanami tradycyjnymi, związanymi z ukształtowaniem płyt tektoniczyh Zemi i lawą wydobywającą się poprzez szczeliny skorupy ziemskiej. Ich powstanie wynika z wydobywającego się pod ciśnieniem z dużej głębokości gazu ziemnego. Jeżeli gaz na swojej drodze napotyka wodę, miesza się z nią, a następnie penetruje warstwy iłu, żwiru, wypłukując i porywając je ku powierzchni. W skrajnych przypadkach gdy gazu o dużym ciśnieniu dużo, może on prywać także odłamki skał. Pomimo bulgotania są to więc „zimne” wulkany.
Szkoda, że nie udało się nam trafić tam w dzień, ale oglądanie przy świetle latarek też było ciekawe. Z pocżatku doświetlaliśmy też sobie najbliższą okolicę reflektorami samochodu, ale kiedy zaczęliśmy się oddalać, wróciłem do auta, by wyłączyć światła i zamknąć drzwi.
Kiedy byłem przy samochodzie usłyszałem krzyk Anioła. Wdepnęła w błoto przy jakimś kraterze i cały but zagłębił się w nim aż po kostkę. Próbowała wyciągnąć zassaną stopę, a nasz przewodnik pomagał jej w tym.
Podbiegłem na górę, by pomóc także. Zaszedłem od tyłu i nagle… W ciagu ułamka sekundy straciłem grunt pod lewą nogą i zapadłem się w wulkan po pas. Rzadka, lepka maź nie stanowiła żadnego oparcia. Tak pewnie zpada się w bagno. Chyba miałem szczęście, że zapdłem się tylko jedną nogą, a druga pozostała na suchej powierzchni. Anioł i przewodnik wyciągnęli mnie z pułapki. Byłem cały oblepiony szarym, glinistym błotem.
Nie przeszkodzilo to nam jednak dokończyć oglądania.
Potem pierszym problemem było wejście do samochodu. Jak usiąść, żeby w jak najmniejszym stopniu zabrudzić wnętrze? Część rzeczy po prostu zdjąłem. Na zabłocoiny but założyłem to rbę foliową. Innymi torbami obłożyliśmy fotel.
Odwieźliśmy naszego przewodnika do jego wsi, a potem autostradą ruszyliśmy w drogę powrotną do Baku.
Kiedy zaparkowaliśmy przed hotelem zastanowiłem się jak nas przyjmą. Miał cztery gwiazdki, a ja wyglądałem mało reprezentacyjnie.
Jakość jednak zobowiązuje. Wkroczyliśmy jak gdby nigdy nic do lobby. I jak gdyby nigdy nic na nasze „dobry wieczór”, recepcjonista skinął głową i odpowiedział „dobry wieczór”. My zaś wyłożonymi dywanami schodami poszliśmy na górę do naszego pokoju.
Reszta wieczoru upłynęła na pozbywaniu się błota i praniu ciuchów.

Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#8 PostWysłany: 17 Maj 2014 17:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Nowy dzień trzeba zacząć uzupełnieniem suchego prowiantu. Zatrzymaliśmy się więc o poranku przed jakąś piekarnią, by zaopatrzyć się w świeże pieczywo. Wybór był ogromny i nadzienia bułek przeróżne. Długo przechadzaliśmy się wzdłuż półek, a kiedy już uznaliśmy, że głód nam w najbliższym czasie nie zagrozi, podeszliśmy do kasy.
Nie samym chlebem jednak żyje człowiek. Owocami także. Nie mogliśmy tak po prostu ominąć przydrożnego handlarza, który nie tylko bagażnik miał wypełniony pomarańczami, lecz całą przestrzeń za przednimi siedzeniami swojej łady także.
Potem pozwiedzalismy trochę Baku, lecz napiszę o tym w następnym odcinku. Teraz natomiast skupię się na wycieczce do Yanar Dag.
Miejsce to leży stosunkowo niedaleko na północ od Baku. Dojechanie tam zajęło nam jednak mnóstwo czasu głównie za sprawą niezmierzonych korków na wąskich, jednokoierunkowych ulicach tej części stolicy Azerbejdżanu. Gdybyśmy wiedzieli, że przeprawa przez miasto bedzie tak uciążliwa, objechalibyśmy je dookoła. Inna sprawa, że po wyjeździe z miasta wcale wygodniej nie było, ponieważ Yanar dag leży na pustkowiu, do którego nie prowadziły żadne główne drogi. Jechaliśmy jakimiś trzecio- albo czwatrtorzędnymi drogami. I znów dobrze, że mieliśmy mapę GPS w telefonie, bo róznie nawigacja bez wspomagania mogłaby się skończyć.
Ten rejon kraju różnił się bardzo od pełnego przepychu centrum stolicy i z pewnością do reprezentacyjnych nie należał. I sam Yanar Dag (czyli Płonące Wzgórze) łatwo by było ominąć gdyby nie GPS i uważne studiowanie drogowskazów tuz przy samym celu. W końcu znaleźliśmy pusty parking, przy którym znajdował się końcowy przystanek t.zw. marszrutki, czyli autobusu dojeżdżającego tu z Baku. Sam ten przystanek, położony pośrodku niczego, z przeraźliwie zniszczoną wiatą i niewiele lepiej wyglądającym, „odpoczywającym” przed kolejnym kursem autobusem, to temat na reportaż. Od razu przypomniał mi się Kapuściński i jego „Heban”, w którym opisywał podróż autobusem w egzotycznej Afryce.
Po zaparkowaniu samochodu przeszlismy na drugą stronę ulicy, gdzie znajdował się budynek, albo raczej barak, gdzie m.in. mieściła się kasa sprzedająca bilety do płonących skał. Jak zwykle zaproponowano nam usługi przewodnika, ale podziękowaliśmy. Kontroler biletów przy bramce, bilety wziął, ale ich nie przerwał i zamierzał schowac do kieszeni. Zaprotestowałem. Nie chodziło mi o rażącą nieuczciwość, lecz o fakt utraty biletu, który pomimo swojej siermięznej urody stanowić miał jedną z pamiątek z podróży.
No i wreszcie są. Są płonące skały.
Ich niezwykłą cechą jest, że płoną „od zawsze” i nie gasną. W przyapdku tej konkretnej skały „od zawsze” nie jest zbyt odległe, ponieważ według Wikipedii, ktoś podpalił ją przypadkowo w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jednak miejsc z „wiecznymi ogniami” jest więcej. Nieprzypadkowo Azerbejdżan reklamuje się jako „land of fire”. Ów ogień to oczywiście nic innego jak płonący, wydobywający się ze szczelin porowatej skały gaz ziemny. Raz podpalony, może płonąć i zadziwiać tak długo, na ile starczy paliwa, a gazu jest tutaj pod dostatkiem.
Dlatego ponoc już od dwóch tysięcy lat przybywali tu i budowali swoje świątynie czciciele ognia z Persji, a nawet z Indii. Resztki, pojedyńcze eksponaty ze zrujnowanej pobliskieh światyni można obejrzeć w ułożonym współcześnie kamiennym kręgu kilkadziesiąt metrów od ognia.
Bylismy jednymi z nielicznych gości, więc personel był trochę znudzony odliczając pewnie powoli czas do zamknięcia bramy.
I to by było wszystko jeśli chodzi o tę ciekawostkę. No bo ile można gapić się na ogień, nawet jeśli płonie kamień.
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Baku. Tym razem nie zmierzaliśmy już porzebijać się przez miasto, lecz dojechać bocznymi drogami do autostrady wiodącej z lotniska. Trasa okazała się ciekawa o tyle, że wywiodłą nas wprost na pola naftowe. Jechaliśmy drogą, po obu stronach której za kamiennym murem wznosił się las szybów i pomp. Od dużych konstrukcji po zupełny drobiazg.
Oto i bogactwo Azerbejdżanu. Niemalże nie muszą wiercić. Od wieków ropa i gaz same znajdowały sobie tutaj drogę na powierzchnię.
Z czasem wąska droga zamieniła się w szerszą, a tamta w wielopasmową. Jeszcze parę minut i dojedziemy do autostrady. Szyby naftowe stawały się coraz rzadsze, ale jeszcze trafiały się tu i ówdzie. Opuszczalismy kraine ognia i wracaliśmy do miasta.

c.d.n.

Image Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#9 PostWysłany: 23 Maj 2014 00:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Pora opisać jeszcze nasze ponowne spotkanie z Baku, o którym wspomniałem w poprzednim wpisie.
Na początek wybralismy się raz jeszcze na wzgórze u podnóża Płonących Wież, aby tym razem popatrzeć na panoramę miasta w świetle dnia. Mnóstwo zieleni, Bulwar Nafciarzy w dole, nowoczesne architektura i nieco mniej rzucajace się w oczy, lecz znacznie bardziej cenne stare miasto... Możnaby tak stać i wpatrywać się, za każdym razem odkrywając coś nowego.
Również Płonące Wieże w świetle dnia prezentują się zupełnie inaczej. Srebrzyste bryły odbijają promienie słoneczne puszczając do nas gigantyczne „zajączki”.
Tym razem nie kolejką linową lecz schodami podążyliśmy w dół. Przypominały mi trochę te słynne schody z Odessy znane wszystkim z klasycznej sceny toczącego się po nich wózka w filmie „Pancernik Potiomkin”. Muszę przyznać, że te w Baku robią większe wrażenie. No i budulec, z którego zostały wykonane. Znów najprawdziwszy marmur.
Stamtąd pojechaliśmy do Yanar Dag, jak opisywałem w poprzednim odcinku, a kiedy po obejrzeniu płonących skał oraz szybów naftowych autostradą wróciliśmy do miasta, wybralismy się najpierw na spacer po deptakach w centrum miasta.
Zapadł już zmrok i muszę przyznać, że to chyba najlepsza pora na zwiedzanie Baku. To miasto sprawia wrażenie, jakby nikt w ogóle nie przejmował się opłatami za prąd. Każda kamienica, każdy detal podświetlone są mnóstwem reflektorów. My byliśmy tam w listopadzie i pomimo, ze Azerbejdżan to kraj przede wszystkim muzułmański, nie przeszkadzało to w niczym by dekorować ulice jak czyni się na całym świecie na Boże Narodzenie.
No cóż, Boże Narodzenie dawno zatraciło swój wyłącznie religijny charakter, stając się coraz częściej okazją do rozmaitych, globalnych akcji handlowych, a do tego wcale nie trzeba przechodzić na chrześcijaństwo. Ba! Doszło przeciez nawet do tego, że jak świata długi i szeroki coraz częściej wysyła się „politycznie poprawne” kartki świąteczne nie z maleńkim Jezusem w żłóbku, lecz z choinką, bombkami, mikołajem ubranym jak w kreskowce Disneya i tekstem bynajmniej nie Merry Christmas, lecz „season’s greetings” albo „festive greetings”.
Azerbejdżanie upodobali sobie fontanny. W centrum Baku trudno je zliczyć. A wieczorem oczywiście wygladaja szczególnie efektownie podświetlane mnóstwem kolorowych świateł.
Z centrum miasta podeszliśmy w kierunku starówki i nieopodal Wieży Dziewiczej znów przyjrzeliśmy się odkrytym spod usuniętej warstwy ziemi ruinom.
A potem przez bramę wkroczyliśmy w otoczony murem labirynt wąziutkich uliczek Starego Miasta.
Na jednej z nich spotkaliśmy kota. Ja to muszę każdego pogłaskać, a ten miał piękne, gęste, aksamitnie miękkie szare futro.
Śliczny kociak. Raz pogłaskany, niczym pies zaczął nam towarzyszyć w spacerze pustymi już o tej porze ulicami. Aż mi się głupio zrobiło, że może to jakiś bezdomny zwierzak, który robił sobie nadzieję, że ktoś go przygarnie. W końcu, widząc chyba naszą późniejszą obojętność, zniknął niepostrzeżenie w jednej z bocznych uliczek.
My tymczasem pięliśmy się nimi pod górę, aż naszym oczom ukazało się ponownie Morze Kaspijskie, rozświetlone łuną bulwarów, zamykające widnokrąg ponad dachami najbliższych nam budynków.
Tak dotarliśmy do Pałacu Szachów Szyrwanu. To jeden z najcenniejszych zabytków tego kraju. Oczywiście o tej porze mogliśmy jedynie spojrzeć na niego przez pręty bramy, ale nie mielismy z tego powodu jakichś szczególnych wyrzutów sumienia. Jak stwierdziliśmy na poczatku – wszystkiego w tak krótkim czasie zobaczyć się nie da i należy z tym się pogodzić.
Na południe od nas, tam gdzie kończyła się linia morza, nad miastem znów „płonęły” futurystyczne biurowce, a nieopodal nich wysmukła wieża telewizyjna co kilak minut zmieniała swoją barwę podświetlana coraz to innymi kolorami.
W sąsiedztwie pałacu znajdował się niewielki park, swkerek własciwie, który w wieczornej iluminacji jawił się niczym ogrody z baśni tysiąca i jednej nocy.
Przeszliśmy tamtędy i wkrótce dotarliśmy do drugiego krańca starego miasta, czyli murów okalających je z przeciwnej strony. Kontynuowaliśmy nasz spacer wzdłuż nich, a potem wyszliśmy na zewnątrz.
Robiło się późno. Poszlismy w kierunku zaparkowanego naszego samochodu i wróciliśmy do hotelu. Nasz samolot do Budapesztu wylatywał wcześnie rano, więc trzeba było przygotowac się zawczasu. Przed snem umyliśmy jeszcze wnętrze samochodu, w którym pozostawały resztki błota po niefortunnej przygodzie z wulkanem.
Przygotowalismy sobie mapy z dojazdem do biura wypożyczalni samochodów. Nad ranem ruch był niewielki, więc bez wiekszych problemów dotarlismy na miejsce. Szef wypożyczalni obejrzał auto i mimo naszych wysiłków dostrzegł jeszcze resztki błota w zakamarkach. Zaintrygowała go też wilgotna po myciu tapicerka. Jego twarz się nachmurzyła.
- Musicie dopłacić dziesięć euro za dodatkowe sprzątanie samochodu.
Nie mielismy nastroju do targowania się, tym bardziej, że ślady błota wciąż były bezsporne. Zapłaciliśmy, i wkrótce mknęliśmy autostradą na lotnisko.

c.d.n.

Image Image Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#10 PostWysłany: 23 Maj 2014 01:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Dzień był długi ponieważ lecieliśmy na zachód. Kiedy wylądowaliśmy w Budapeszcie, było wciąż dość wcześnie rano. Tym razem nie zamieszkaliśmy w Bohem Art Hotel, ponieważ skończyła się promocja i ten czterogwiazdkowy hotel był już znacznie droższy. Spore zniżki oferował za to w tym czasie Zara Boutique Hotel, również czterogwiazdkowy, więc noc mieliśmy spędzić tam.
Samolot do Warszawy odlatywał dopiero nazajutrz, więc mieliśmy cały dzień na zwiedzanie miasta. Poprzednim razem interesował nas głównie Peszt, więc tera przyszła pora na Budę. Liczyliśmy na zwiedzanie z przewodnikiem, co w cenie oferowała nam jednodniowa karta miejska. Hotel rozleniwił nas jednak i nie zdążyliśmy dojechać na czas.
Tym niemniej zwiedzanie rozpoczęliśmy od zamkowego wzgórza.
Z wysokości kilkudziesięciu metrów nad obmywającą wzgórze wstęgą Dunaju rozpościerała się imponująca panorama węgierskiej stolicy. Z budynkiem parlamentu oraz katedrą Św. Stefana górującymi nad zabudową miasta. Kopuły owej świątyni jak i parlamentu wznoszą się jednakowo wysoko, co miało symbolizować równowagę pomiędzy władza świecką i boską.
Wśród murów otaczających skraj wzgórza przy kościele Macieja na Placu Świętej Trójcy wznosi się pokryty patyną pomnik patrona Węgier, Świętego Stefana.
Z placu ruszyliśmy w kierunku zamku. Jego wygląd zmieniał się na przestrzeni wieków dość znacznie, tak jak burzliwa była historia tego kraju. U szczytu potęgi austrowęgierskiej monarchii zamek był drugą po wiedeńskiej siedzibą cesarza.
Wokół gmachu wzrok przykuwają rozmaite rzeźby i pomniki.
Nad bramą wejściową majestatycznie rozpościera ogromne skrzydła mityczny ptak Turul, który według legendy miał doprowadzić plemiona Madziarów właśnie tu, nad Dunaj.
Korzystamy z naszej karty dziennej i kolejnymi środkami publicznego transportu docieramy na przedmieścia i przemieszczamy się jeszcze dalej w czasie. Inna epoka i inne cesarstwo. Rzymskie. Tutaj, na rubieżach Imperium mieściło się Aquincum – miasto, które u szczytu swojej świetności liczyło nawet sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców i było stolicą prowincji Panonia. Pozostałości zabudowań zachowały się do dziś. Można je zwiedzać, lecz późną jesienią obiekt był nieczynny.
Zawróciliśmy więc na przystanek kolejki (o tej samej nazwie, co owa rzymska osada) i przejechaliśmy kawałek w kierunku centrum.
Wysiedliśmy nieopodal amfiteatru, który leżał w granicach ówczesnego miasta. O ile wspomniane wcześniej ruiny osady i istniejące na ich terenie muzeum były nieczynne, to amfiteatr ma się dobrze i stoi jak gdyby nigdy nic w środku współczesnego osiedla.
Ruiny stanowią popularne miejsce spotkań osiedlowej młodzieży, a rozległa arena służy między innymi jako wybieg dla psów.
Z Aquincum pojechaliśmy na gulasz i rozmaite zakupy w słynnej hali targowej. Zanieśliśmy je do położonego po sąsiedzku naszego hotelu i kiedy ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie, zdążył zapaść zmrok. Nic dziwnego, w końcu to listopad.
Znów ruszyliśmy przez most na drugą stronę rzeki, do Budy. Zaczęliśmy wchodzić na kolejne wzgórze.
Na tarasie położonym na jego stromym stoku wznosi się figura Biskupa Gellerta błogosławiącego miastu.
Nie zawróciliśmy stamtąd tymi samymi schodami na dół lecz jakimiś parkowymi alejkami w ciemnościach ruszyliśmy pod górę. Wkrótce nasz wysiłek został nagrodzony wspaniałą panoramą w osi rzeki, z królewskim zamkiem po lewej i katedrą Św. Stefana na przeciwnym brzegu. Nie wystarczało nam to jednak. Szliśmy dalej aż dotarliśmy niemal na szczyt, gdzie wznosi się cytadela. Stamtąd zaś widok zaiste zapierał dech w piersiach.
Jakby mało bylo wzgórza, na jego szczycie ustawiono dwudziestosześciometrowej wysokości cokół, na którym stoi kobieta z gałązką, symbolizująca pokój i wolność. To pomnik wdzięczności Armii Czerwonej, która, hm, wyzwoliła Węgry, by jedenaście lat później bez pardonu krwawo spacyfikować powstanie i przypomnieć miejscowej ludności, kto naprawdę tutaj rządzi. Szczytem komunistycznej hipokryzji był więć ów monumentalny pomnik wyrażający wdzięczność rzekomym wyzwolicielom. Zgodnie z wszelkimi kanonami rządzacych komunistyczną sztuką, pomnik musiał być ogromny i przytłaczać wszystko wokół. Taki jest własnie pomnik Wolności. Trzeba przyznać, że robi wrażenie. Większe nawet gdy ogląda się go z mostu u podnóża wzgórza. Warto zapomnieć na chwilę wtedy o ideologii i pomyśleć o samej rzeźbie, odartej z fałszywego przesłania.
Autobusem zajechaliśmy plątaniną uliczek w dół, a potem przesiedliśmy się do tramwaju. Tramwaj, jak to często bywa w Budapeszcie, miał końcowy przystanek gdzieś w połowie ulicy. Żadnej pętli. Tory po prostu sie kończyły, a po paru minutach skład ruszył w przeciwnym kierunku. Ów koniec trasy miał miejsce dokładnie naprzeciwko budynku parlamentu, więc aż prosiło się, by go sfotografować w całej okazałości.
BUD 154
Nieszczęście Węgrów polega na tym, że zbudowano ów gmach w czasach kiedy Austro-Węgry trzymały się mocno w centralnej Europie. Nikt nie przeczuwał, że już wkrótce monarchia się rozpadnie, a na mapie Europy pozostaną po niej dwa niewielkie państwa. Traktat z Trianon z 1920 roku przypieczętował faktyczny rozbiór Wegier, które utraciły dwie trzecie pierwotnego terytorium i dwie trzecie ludności. Trzy i pół miliona etnicznych Węgrów znalazło się poza granicami swojej ojczyzny. Określone wtedy granice istnieją z niewielkimi korektami do dziś i próbą rewizji tamtego traktatu są dzisiejsze żądania premiera Węgier wobec słabnącej Ukrainy. Dzisiejszy budynek parlamentu jest grubo za duży na potrzeby mniej niż stu posłów niewielkiego państwa, ale Węgrzy nigdy nie pogodzili się ustaleniami Trakatu z Trianon.
Robiło się późno. W drodze do hotelu zaszliśmy jeszcze do jakiegoś sieciowego supermarketu, otwartego do dwudziestej trzeciej. Ostatnie drobne zakupy. Był to czas kiedy coca cola sprzedawana była w butelkach z rozmaitymi imionami. Bardzo podobała mi się ta akcja ponieważ w towarzystwie każdy pamiętał jakie imię ma jego butelka i nie trzeba było pamiętać gdzie się ją postawiło. Fajnie było zobaczyć, że taka sam akcja jak w Polsce, ma miejsce także na Wegrzech. Tyle tylko, że... nie chciałbym pić napoju z butelki z imieniem Sracok. Cokolwiek by to miało nie znaczyć po węgiersku.
Wróciliśmy do hotelu. Pozostało tylko się spakować, przespać i rano ruszyć na lotnisko. Minęło zaledwie kilka dni. Mniej niż tydzień. A wrażeń jak za całe wakacje.

KONIEC

Image Image Image Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 10 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group