Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 58 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3
Autor Wiadomość
Offline
#41 PostWysłany: 24 Lis 2023 18:28 

Rejestracja: 07 Sty 2015
Posty: 1871
niebieski
@drk0202

W Gansbaai/Hermanous to przedpiścy raczej chodziło o morską wielką 5. Tej lądowej chyba trzeba szukać bardziej na wschód.
Góra
 Profil Relacje PM off
OSK lubi ten post.
 
      
Lato na końcu Italii za 979 PLN 💚🤍❤️ Loty do Kalabrii + 4* hotel ze śniadaniami i prywatną plażą 🌊🏖️ Lato na końcu Italii za 979 PLN 💚🤍❤️ Loty do Kalabrii + 4* hotel ze śniadaniami i prywatną plażą 🌊🏖️
Cypr latem 🌊☀️ Tydzień w 4* Capital Coast Resort & Spa w Pafos za 2859 PLN Cypr latem 🌊☀️ Tydzień w 4* Capital Coast Resort & Spa w Pafos za 2859 PLN
Offline
#42 PostWysłany: 05 Lut 2024 21:27 

Rejestracja: 08 Paź 2016
Posty: 86
Ponieważ korzystałem z tego forum w trakcie przygotowań do wyjazdu, więc odwdzięczę się lub zamęczę swoim opisem.

Przylot do Kapsztadu 19 styczeń, wylot 26 styczeń 2024 ( wiem że krótko, ale ze względów rodzinnych to był max)
Cztery noce Kapsztad, trzy noce Mossel Bay.

Loty Turkish Airlines WAW-IST-CPT kupione w majowej promocji, wszystkie loty o czasie i bez przygód,
Nadmienię tutaj że ogromne wrażenie zrobiło na nas lotnisko w Stambule, oczywiście pozytywne, wielkie i nowoczesne.

Przylot do CPT, auto 1First, pośrednik Discover, cena 3066 ZAR za tydzień, plus dwie kaucje 12000 i 3000, obie oddane po kilku dniach.
SUZUKI CIAZ, kompakt z dużym bagażnikiem, spokojnie z miejscem dla 4 osób plus dwa duże bagaże i 4 kabinówki. Auto z foliami, sztuka nówka Jako tako jechało, przy 120 km/h straszny hałas.

Nocleg w Kapsztadzie na Green Point "Villa Marina Guest Haus", zdecydowanie do polecenia, widok na stadion i ocean, 25 min z buta do Waterfront, właścicielka ma polskie korzenie i trochę mówi po polsku. Po grzecznościach powitalnych, żony do rozpakowywania, my z buta do sklepu. Supermarket, lokalne świeże owoce, przekąski, wina dla żon, kilka rund po sklepie i co? Nie ma piwa,nie ma whisky, z alkoholi tylko wino...i tak było w większości sklepów. Po inne alkohole niż wino należy udać się do sklepów "Liquors", tam z kolei tylko alkohole i coca cola. Przyzwoite whiskey 0.7 litra po 170 ZAR, tyle samo 6-pak lokalnego piwa.

Tutaj nadmienię iż po Kapsztadzie poruszaliśmy się rzadko z buta, a zazwyczaj UBER , lokalne kilkukilometrowe przejazdy Waterfont-Green Point- Bo-Kaap 50-65 ZAR, ciut dłuższy przejazd do gondoli na Górę Stołową 110 ZAR, opłaty tylko gotówką, zostawialiśmy 10-20 % napiwku, najlepiej odliczona kwota bo wszyscy dopiero zaczynali i nie mieli wydać reszty, braliśmy tylko UBER XL i tam 4 osoby dały radę ale było ciasno.

Drugi dzień sobota, jako pierwsze Góra Stołowa, dojazd wspomniany UBER, własnym autem bez szans na parking gdyż umowny parking wzdłuż drogi zajęty na kilka km przed gondolą, jest osobny pokoik do zapłaty tylko kartą, tam było bez kolejki, cena za wjazd/zjazd 420 ZAR. Na górze możliwość okrążenia góry w miarę po płaskim, czas około jednej godziny, lub odbicie na wiele szlaków trekkingowych.
Jako drugie wizyta na Bo-Kaap, jakoś bardzo bezpiecznie tam się nie czuliśmy mimo środka dnia, na około godzinę spaceru, piękne kolorowe domy, restauracje bezalkoholowe (chyba wszystkie)
Jako trzecie wieczorna wizyta na Waterfront, gwarnie, tłoczno, wesoło, nowocześnie i bezpiecznie. Jest duże centrum handlowe, ale nie po to tam przyjechaliśmy wiec krótka wizyta.

Trzeci dzień na początek Boulders Beach, duży "bezpłatny" parking, ale są oczywiście "parkingowi" 10-20 ZAR załatwia sprawę i teraz tak, są tam dwa wejścia i dwie kasy. Wejście kosztuje 190 ZAR, ale po okazaniu biletu można bezproblemowo wejść do drugiego "gate", kolejność dowolna. Bliższe parkingu to wejście tylko na platformy widokowe skąd można oglądać duże skupiska pingwinów na plaży lub wypoczywające w krzakach, ale na dłuższy pobyt polecam drugie wejście, tam wchodzimy jakby od tyłu na piękną plaże, gdzie jest możliwość bezpośredniego spotkania pojedynczych pingwinów w wodzie lub na skałach, ilość zależna od szczęścia, my mieliśmy kilka osobników. Z tej "tylnej" plaży możliwość dojścia w wodzie i po skałach w pobliże głównego skupiska, ale nie jest to zbyt łatwe. W pobliżu parkingu jest bezpłatna piękna plaża, tyle że bez pingwinów.
Na drugą część dnia wizyta w Table Mountain National Park, czyli Przylądek Dobrej Nadziei. Opłata z wjazd tylko kartą, koszt 400 ZAR od osoby.
Po przejechaniu dobrych kilku km jest skrzyżowanie i możliwość dotarcia do dwóch krańcowych parkingów. Główniejszy na wprost ale kiedy zobaczyliśmy ogromną ilość samochodów i autobusów, zdecydowaliśmy się na przejazd po zachodniej stronie wzdłuż wybrzeża, tam trochę spokojniej...ale też nie za pięknie, ocean ciemny, dużo glonów. Fotki przy tablicy "The Most South-Western Point..." i powrót gdzie zahaczyliśmy o piękną plażę Buffels Bay Beach,widoki piękne ale kilka dość agresywnych pawianów które chodziły po samochodach robiąc przegląd wnętrza w poszukiwaniu jedzenia.

Czwarty dzień to przejazd drogą R44, ważne (ale nie konieczne) aby jechać w kierunku północnym i ocean mieć po lewej stronie. Najpierw jazda "2" w kierunku Port Elizabeth i w Bot River odbicie w kierunku oceanu. Nasz gospodarz polecał przy okazji wizytę w Hermanus, ale to kolejne kilka godzin których bardzo nie mieliśmy, a i sił już trochę mniej. Przy "2" przejazd przez kilka, a może kilkanaście osiedli slumsów, widok dość przykry i przygnębiający, przy drodze widać niewielką część a w głębi to potężne obszary biedy, brudu i pewnie wszelkiego zła. Są też piękne nowoczesne osiedla sąsiadujące ze slumsami. Skrajności przez duże S. Po zjeździe z "2" fajne zadbane nadmorskie miejscowości z niewielkimi skupiskami biedy i przepięknymi, dużymi, nowoczesnymi domami zazwyczaj z pięknym widokiem na ocean, część z nich do wakacyjnego wynajmu. Gwóźdź programu czyli R44 przy oceanie, po prostu pięknie, niebieski ocean i góry. Po drodze dużo punktów widokowych, chyba aż za dużo :-) Mieliśmy podwójne szczęście ponieważ było dużo słońca i cała droga otwarta podobno kilka dni wcześniej (zamknięta z powodu osuwisk), było kilka mijanek gdyż na sporych fragmentach została tylko połowa drogi, ale ruch niewielki wiec szło na bieżąco. Z minusów akurat tego dnia wiał tzw Cape Doctor, bardzo silny suchy wiatr, który jak mówiła nasza gospodyni oczyszcza Kapsztad (dokładnie nie zrozumiałem z czego to oczyszczenie), Wikipedia mówi że z zanieczyszczeń i zaraz, wiatr ten powodował na plaży bardzo, bardzo bolesne doświadczenie suchego ostrego piasku bijącego po łydkach, nogi były jakby opalane ogniem.
Popołudniu powrót na kwadrat, wstępne pakowanie i oczywiście wieczorna wizyta na Waterfront, mimo że poniedziałek ludzi prawie jak w sobotę.
Wtorek przejazd do Mossel Bay

Reasumując, przepraszam za ewentualne błędy techniczne czy gramatyczne.
Starałem się jak najwięcej przekazać w jak najkrótszym opisie.
Dodatkowy wpis z jedzeniem w Kapsztadzie gdzie byliśmy i gdzie polecamy jest w temacie Kapsztad - jedzenie.
Akurat w Kapsztadzie i okolicach nie mieliśmy żadnej groźnej sytuacji (jedna potencjalna w okolicach Knysny, opiszę w drugiej relacji),
Czuliśmy się w miarę bezpiecznie, zwłaszcza na Green Point ,Waterfront, pingwinach, Przylądku Dobrej Nadziei czy Górze Stołowej, tam gdzie dużo turystów.
Natomiast powolny przejazd przez niektóre dzielnice czy skrzyżowania strach był.
Jazda samochodem jeśli chodzi o innych użytkowników aut było mniej więcej jak u nas, zdecydowanie większym problemem byli piesi, w mieście czy na dwu/trzy pasmówce wchodzący pod koła i przechodzący byle gdzie i byle jak.
Jak mówił nasz gospodarz w tylko w okresie Bożego Narodzenia i tylko w Kapsztadzie zginęło 357 pieszych!!!
Dużo stałych fotoradarów i odcinkowych pomiarów prędkości, miałem TomTom i mam nadzieje że wszystkie je wychwycił, kilka przenośnych fotoradarów i kilka suszarek też było.
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
10 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#43 PostWysłany: 06 Lut 2024 21:54 

Rejestracja: 08 Paź 2016
Posty: 86
Po Kapsztadzie przyszedł czas na Mossel Bay,
wyjazd drogą nr 2, 50 km od Kapsztadu ruch duży, 100 km od Kapsztadu ruch średni, a dalej ruch niewielki.
W Mossel Bay zameldowanie w hotelu "Aquamarine Guest House", zdecydowanie do polecenia,
duże pokoje, bardzo czysto, widok na ocean, parking, czuliśmy się bezpiecznie.

Hotel rezerwuje bezpłatny przejazd do wybranych około 10 restauracji, oraz oczywiście bezpłatny powrót.
Kierowca który nas woził powiedział że taki transfer jest ze względów bezpieczeństwa zwłaszcza nocą,
pewnie też coś z tego mieli, w sumie nieważne, nam bardzo pasowało.
Na pierwszy wieczór restauracja "Kingfischer", super jedzenie i atmosfera, zjadłem tam pierwszy raz w życiu mięso ze strusia,
bardzo dobre, choć specjalizacja rest. bardziej owoce morza, nadmienię iż obsługiwał nas chyba pierwszy biały kelner w RPA.

Drugi dzień objazdówka, w MB zaczyna się można powiedzieć główna część Garden Route, rzeczywiście pięknie, dużo roślinności,
jeziora, rzeki, góry i plaże. Oczywiście piękne rezydencje przelatane slumsami.
Tam przy wyjeździe z Knysny w kier. Port Elizabeth przejeżdżając wolno przez takie mało luksusowe osiedle dwóch lokalnych bez butów
próbowało mnie wbiec prosto pod koła, ale tak perfidnie i centralnie, jakoś ich ominąłem, a miejscowy kierowca dostawczaka jadący równolegle i bacznie obserwujący sytuacje zaczął do nas krzyczeć, machać rękoma, mrugać światłami ewidentnie bardzo chcąc nam coś powiedzieć. Na początku myśleliśmy że Ci ludzie bez butów coś nam rzucili na auto, lub coś się urwało, niedomknięty bak itp.
Ponieważ ów kierowca jechał cały czas za nami i mrugał światłami, po kilku km zjechaliśmy na pobocze, z jednej strony ciekawość o co też
ów Pan chciał nam koniecznie powiedzieć, z drugiej strach, bo tam kierowca i dwóch innych.
Po zatrzymaniu i uchyleniu szyby podjechał do nas i powiedział mniej więcej "nie zatrzymujcie się absolutnie w takiej sytuacji, oni obserwują samochody które mają GPS na przedniej szybie, takimi jeżdżą turyści, próbują wymusić zatrzymanie i napadają", tylko tyle i aż tyle.
Nie wiem na 100 czy akurat ci chcieli nas okraść itp, ale sytuacja wyglądała groźnie i to była jedyna potencjalnie groźna sytuacja którą mieliśmy w RPA.
Teraz przyjemniejsze, przed Plettenberg Bay odbiliśmy w kierunku półwyspu Robberg, jest tam Rezerwat Naturalny z trzema trasami trekkingowymi. Jedna 1 km, druga 5 km, trzecia 10 km. My wybraliśmy średnią i cóż można powiedzieć, trasa momentami trudna, zwłaszcza początek i część po skałach...ale widoki przecudne, widzieliśmy w oddali wieloryba i przy samych skałach wielkie stada fok. Były głośne i śmierdzące :-), na powrocie wielkie prawie puste piaszczyste plaże. Zdecydowanie warto, a trud rekompensują widoki. Wejście płatne chyba 60 ZAR, oczywiście Pan nie ma wydać, można kartą.
W drodze powrotnej do MB wjazd na punkt widokowy w Knysnie, blisko parking i jest kilka platform widokowych, tam akurat biedy nie widać
a widoki są oczywiście piękne.
Wieczorem w MB zmiana restauracji na "Kaai4" jest to bardzo wyluzowane miejsce na świeżym powietrzu, bezpośrednio nad oceanem z niskimi cenami, obitymi drewnianymi stołami, pycha jedzeniem gdzie wino podawane jest w blaszanych kubkach, jedzenie na blaszanych obitych talerzach, a pieczywo wypiekane na ogniu bezpośrednio przed podaniem.

Trzeci dzień w MB i wyjazd na Safari. Wybraliśmy "Botlierskop Private Game Reserve", czemu to?, ponieważ dzwoniąc kilka dni wcześniej nigdzie indziej nie było już miejsca i z tego braku laku to był strzał w 10. Byliśmy bardzo, bardzo zadowoleni. Safari kosztowało zaledwie 630 ZAR od osoby, trwało prawie trzy godziny, solidnie nas wytrzepało, przewodnik/kierowca opowiadał ciekawie, widzieliśmy wielką piątkę w tym lwy
i lamparty z odległości kilku metrów, nosorożca, słonia i bawoła z kilkunastu metrów a i widokowo przepiękne.

Gdybym miał subiektywnie wybrać numer 1 z naszego pobytu to było chyba Safari, numer 2 pingwiny, numer 3 Góra Stołowa ex aequo z półwyspem Robberg

Piątek szybkie śniadanie, przejazd na lotnisko, oddanie samochodu szybko i sprawnie, fajnie było, ale się skończyło.

W trakcie 8 dniowego pobytu przejechaliśmy 1550 km na dwóch kierowców, plus pewnie koło 100 Uberem.
Przy cenie biletu lotniczego 2400 zł osoba, przy wynajmie i podziale kosztów auta, dodatkowego ubezpieczenia auta i paliwa na dwie rodziny, ubezpieczenia medycznego wyjazd kosztował nas około 11.500 zł para. Wliczając w to również noclegi ze śniadaniami w dobrym i bezpiecznym standardzie, wliczając bieżące zakupy i drobne prezenty, wliczając restauracje, wliczając Ubery z napiwkami, wliczając napiwki na stacjach benzynowych, restauracjach, hotelach, parkingach czy Safari, wliczając również dość drogie bilety na kolej gondolową, Przylądek Dobrej Nadziei czy pingwiny. Czy to dużo? i tak i nie. Na Górze Stołowej spotkaliśmy grupę Polaków którzy mieli bilety z Krakowa po 1800 zł, wtedy wyszłaby około dyszka. Tańsze kwatery, mniej restauracji wtedy 8-9 tys. Ja nie żałuje żadnej złotówki :-)
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#44 PostWysłany: 02 Mar 2024 09:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 1258
Loty: 456
Kilometry: 787 864
Krajów: 57 / 26.6%
niebieski
Podróżującym Garden Route polecam wyśmienitą atrakcję w okolicy - ale oczywiście tylko tym, którzy lubią odrobinę emocji ;)

Bloukrans Bridge i i skok bungy z 216 metrów. Mieści się tuż poza podium, obecnie czwarty najwyższy na świecie. Wczoraj korzystałam i było bajecznie.
Załącznik:
Bloukrans bungy.jpg
Bloukrans bungy.jpg [ 448.04 KiB | Obejrzany 2377 razy ]
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#45 PostWysłany: 02 Mar 2024 12:36 

Rejestracja: 07 Sty 2015
Posty: 1871
niebieski
Popieram, również korzystałem z tej atrakcji.
Góra
 Profil Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
      
Offline
#46 PostWysłany: 28 Maj 2025 22:08 

Rejestracja: 12 Kwi 2010
Posty: 403
niebieski
My jeszcze nie wróciliśmy, ale już polecamy okolice Kapsztadu (Stellenbosch, Hermanus) - winnice, jedzenie, krajobrazy - taki miks La Palmy i Madery, ale w wersji XXL + oczywiście interesująca historia i sporo wątków społecznych…
_________________
Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#47 PostWysłany: 10 Paź 2025 19:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 543
Loty: 377
Kilometry: 699 713
Krajów: 54 / 25.2%
niebieski
To i ja może dodam coś o naszej trasie. Z perspektywy może trochę bym ją skondensowała, odpuściła np. postój w Stellendam albo Wilderness i dorzuciła dodatkowy dzień w Tsitsikamma NP, albo wpadła na dwa dni do Eswatini, ale jak to mówią - już po ptokach.

Dzień 1. Ok. 11 przybyliśmy do Kapsztadu (lot Turkishem), pobraliśmy bez większych historii pojazd od Green Motion i pomknęliśmy do naszego Airbnb w Glencairn koło Simons Town. Bardzo polecam te okolice na pobyt, tworzą dobrą bazę wypadową na Przylądek Dobrej Nadziei i pingwiny w Boulders beach. Jest spokojnie, bezpiecznie, ładne widoki (nasz apt miał widok na zatokę i wschody słońca bez wychodzenia z łoża) – czego chcieć więcej? W tym dniu nie mamy ambitnych planów, po dotarciu i kawusi powędrowaliśmy do pobliskiego mini centrum handlowego (po drodze z jednej strony ocean, z drugiej cmentarz), gdzie zaopatrzyliśmy się w żywność i lokalne winko. Potem niespiesznie powróciliśmy stroną oceaniczną, pospacerowaliśmy po plaży w Glencairn i udaliśmy się na zasłużone odczeźnięcie po podróży.

Dzień 2. Z samego rana, po śniadaniu, kiedunek Boulders Beach i pingwiny. Byliśmy tam przed 9 rano, ludzi jeszcze niewiele, za to pingwiny liczne a pośród nich też puchate stworzenia, które okazały się góralkami. Obserwacje pingwinie są wspaniałe i koniecznie trzeba je odwiedzić. Spędziliśmy z nimi ze 2 godziny, ale można by spędzić i 5  Od pingwinów ruszyliśmy ku Przylądkowi Dobrej Nadziei, po drodze pierwsze napotykając pierwsze baboony (wiem, że to pawiany, ale baboon brzmi jakoś tak dostojniej). W Parku zatrzymaliśmy się w kilku punktach widokowych i przy mini muzeum antropologicznym, a potem dotarliśmy do parkingu przy latarni morskiej, skąd najpierw odbyliśmy wędrówkę ku Przylądkowi (przyjemna, lekka trasa z super widoczkami, ok. 1.5-2 h w obie strony), napotkaliśmy też jakąś wielką antylopę. Potem „na bogato” wyjechaliśmy do latarni morskiej funikularem, chociaż widoki nie były już jakieś znacząco lepsze, a latarnia jak latarnia więc wg mnie można sobie odpuścić. Powrót do koczowiska zrobiliśmy trochę naokoło (przez Chapman Peak Drive, który jest w porządku, ale nam jakoś nic nie urwał (może to zmęczenie, albo wysycenie widokami przylądkowymi, które jak dla mnie urywały).

Dzień 3. Dzień Góry Stołowej. Nie mieliśmy konkretnego planu iść czy wjeżdżać, uznaliśmy, że bez ciśnienia i się zobaczy co los przyniesie. Przybyliśmy na miejsce ok. 10. Zaparkowaliśmy na dolnym parkingu, z którego odjeżdża darmowy shuttle bus do stacji kolejki. Kolejka do kolejki nie była ogromna (czekaliśmy 15-20 min) więc zdecydowaliśmy się wjechać na górę a potem złazić. Sam wjazd jest błyskawiczny, gondolki się kręcą i raz dwa widzimy Kapsztad z góry. Na górze jak na Jaworzynie, knajpki, piwerko, co kto lubi. Pospacerowaliśmy po płaskim szczycie, zaobserwowaliśmy trochę góralków i rozpoczęliśmy misję schodzenia. No i tu muszę zaznaczyć, że nie była to najlżejsza wędrówka. Szlak jest stromy i w większości wiedzie serpentynkowanymi schodo-kamulcami. Schodziliśmy jakie 2 h (pewnie da się szybciej, ale to już zależy jakie kto ma kolana). Po szczęśliwym dotarciu do punktu kolejki shuttle zabrał nas do samochodu. Pojechaliśmy na Waterfront, zobaczyliśmy co i jak i pośród piątkowych korków wróciliśmy do miejsca koczowania.

Dzień 4. Po śniadaniu wyruszyliśmy do Stellenbosch (właściwie pod Stellenbosch, bo zarezerwowaliśmy spanie kawałek od miasta). Nie planowaliśmy konkretnych winnic do zwiedzania ani żadych wycieczek. Po dotarciu na miejsce zlokalizowaliśmy na mapie ze dwie opcje gdzie można dotrzeć i zwiedzić 2-3 winnice przemieszczając się pomiędzy nimi nogami. Padło na winnice Thelema i Tokara. Uberem dotarliśmy do tej pierwszej, która ogólnie bardziej nam się podobała, bo była bardziej kameralna i nietłoczna. Po degustacji podążyliśmy do Tokary, po drodze oglądając winne krajobrazy. W Tokarze również degustacja i Uberem do miasteczka na jakiś żer, a potem kolejny Uber do koczowiska.

Dzień 5. Trasa Stellenbosch – Gaansbai. Po drodze jest sporo punktów widokowych, czasem są na nich przyczepy z kawą albo baboony, ale pierwsze (i ostatnie) wieloryby widzieliśmy z Hermanus. Uprzednio jeszcze odwiedziliśmy kolonię pingwinów w Stony Point (jest mniej oblegana, a do tego w tym dniu wstęp był bezpłatny). Tam też zatrzymaliśmy się na żer i zakupy, a potem podążyliśmy do De Kelders, gdzie mieliśmy nocleg.

Dzień 6. Trasa Gaansbai – Przylądek Igielny – Swellendam. Dzień w sumie dość nużący, bo sporo jazdy. Przylądek Igielny ok, granica oceanów była, poza tym napotkaliśmy mini żółwika w zaroślach. Strasznie wiało, toteż nie pozostawaliśmy zbyt długo i pomknęliśy do Swellendam, gdzie zaplanowaliśmy spanie. Swellendam to taka trochę dziura, ale nienajbrzydsza, jest też kilka restauracji i lokalny minibrowar. Mieliśmy nocleg z fajnym widokiem na góry, poobserwowaliśmy też lokalne ptactwo.

Dzień 7. Trasa Swellendam – Mossel Bay – Wilderness
W Mossel Bay zatrzymaliśmy się na spacer I kawę, a potem pomknęliśmy do Wilderness na Great Kingfisher Trail. Zimorodka nie uświadczyliśmy, ale było sporo innych ptaków a sama trasa całkiem przyjemna. Tu znów mieliśmy widokowy nocleg, ale niestety przyszły deszcze i wieczór pt „ wino, ocean” musiał zostać „winem pod kocem”.

Dzień 8. Wilderness – Plettenberg Bay. Tego dnia sobie jechaliśmy z postojem w Knysnie. Powędrowaliśmy po okolicach laguny, wjechaliśmy też na jakieś punkty widokowe. Po południu dotarliśmy do Plattenberg Bay, poleźliśmy na taras widokowy i ujrzeliśmy delfiny. Samo miasteczko ma całkiem przyjemny, trochę wakacyjny vibe.

Dzień 9. Z rana wyruszyliśmu do Robbergs Nature Reserve. Piękne miejsce, super widoki, dużo fok (i foczeg zapachu). Zdecydowaliśmy się na najdłuższą, ok. 10 km trasę. Warto wiedzieć, że jest ona nienajłatwiejsza (zwłaszcza pod koniec trochę wspinaczki po kamieniach itp), ale widoki wyborne i polecam wielce. Potem przemieściliśmy się do Storms River na nocowanko.

Dzień 10. Od rana przyatakowaliśmy Tsitsikamma NP, wiszące mosty i te sprawy. Jeden dzień to trochę za mało na tą okolicę, ze dwa byłyby optymalne, ale cóż robić. Po południu wyruszyliśmy do Port Elisabeth, tam spanko koło lotniska, a wcześniej jeszcze wpadliśmy w okolice wybrzeża i molo, ale nie było to specjalnie ciekawe doświadczenie.

Dzień 11. Rano lot do Johannesburga i małe zamieszanie przy oddawaniu pojazdu, o którym wspomniałam w odpowiednim wątku. Lot South Africanem o czasie i bez historii, w czasie lotu mini jedzonko (kanapka, owocki) i napoje (kawa/herbata/soki). Z ciekawostek, w eco na krajówce można było wybrać specjalne danie, wybrałam wegańskie a mąż wegetariańskie. Mąż dostał wegańskie a ja mięso.... Po zgłoszeniu zamieniono, ale to tylko dowodzi, że zawsze warto dokonać obserwacji żywności przed spożyciem;) W Johannesburgu odbiór auta szybki i bezproblemowych. Z lotniska jechaliśmy w stronę Graskop, z przystankiem w mallu na zakupy pod kątem Krugera. Do Graskop dojechaliśmy późnym popołudniem, jedzonko, piwko w lokalnym pubie nazwanym na cześć psa rezydenta i do spania.

Dzień 12. Graskop – Phalaborwa. Jechaliśmy sobie Panorama Route. Ponieważ większość punktów widokowych jest płatna, wybraliśmy jeden wodospad (Berlin), Three Rondavels i jeszcze jeden bezpłatny punkt widokowy. Do Phalaborwy można jechać dwoma drogami, z czego jedna (krótsza) jest momentami tragiczna, dziurawa i nie polecam. Obawiałam się, że tam sczeźniemy i zjedzą nas dzikie zwierzęta. Niemniej, skoro to piszę, to znaczy, że szczęśliwie dotarliśmy do Phalaborwy. W samym miasteczku właściwie nic nie ma, więc zabunkrowaliśmy się w naszej spalni. Było ciepło, więc odpoczęliśmy trochę nad basenem.

Dzień 13-16. Park Krugera. W Krugerze spędziliśmy 3 noce w następującej kolejności: Olifants, Skukuza, Lower Sabie. Jeżdżenie i obserwacja zwierzyny – niesamowite. Wyjeżdżalismy codziennie o świcie, potem około 10-11 przerwa na kawusię, jeżdżenie, ok. 14-15 logowanie w obozowisku i wyjazd na dalszą jazdę. Ani przez chwilę nam się nie nudziło a zwierzyny był wiele. Nie wykupywaliśmy dodatkowych wycieczek (na nocne byliśmy zawsze już za bardzo umordowani, poranne robiliśmy sami; raz myśleliśmy wziąć sunset drive, ale nie było już miejsc). Sam Park – drogi, infrastruktura, itp. Są bardzo dobrze zorganizowane. W każdym campie jest restauracja i każda ma jakieś wege opcje. Jeśli chce się korzystać ze wspólnych kuchni, trzeba mieć osprzęt (chociaż w Lower Sabie były też mikrofalówki). Warto przy wjeździe kupić książeczkę-mapkę, żeby sobie na bieżąco planować trasy + są ryciny ptactwa i zwierzyny, więc można sprawdzić z kim/czym ma się do czynienia. Z perspektywy stwierdzam, że Skukuza jest trochę za duża i nie ma takiego efekty jak w mniejszych obozach. Lower Sabie chyba było najprzyjemniejsze, Satara też wyglądała przyjaźnie, ale nie udało nam się tam znaleźć wolnego miejsca. 16go dnia opuściliśmy Krugera i pojechaliśmy na nocleg w okolicach Mbombeli, zwiedzając po drodze tamtejszy Ogród Botaniczny. Przez resztę dnia raczyliśmy się odpoczynkiem nad basenem, bo jednak 3.5 dnia wielogodzinnej jazdy i wstawania o świcie trochę nas zmordowały.

Dzień 17 – ku lotnisku. Ok. 10 wyjechaliśmy z Mbombeli, tudzież Nelspruit i podążyliśmy ku lotnisku, z jednym przystankiem w mniej więcej połowie drogi. Trafiliśmy na „MOP”, gdzie poza sklepikiem, stacją, knajpkami był też punkt obserwacji zwierzyny (nosorożce, bawoły, strusie, żyrafy) – nie planowaliśmy tego, ale dzięki stacji zyskaliśmy 4-ty okaz do naszej Big5;) Na lotnisko dotarliśmy ok. 15, wylot o 17:55 i właściwie nie narzekaliśmy na nadmiar czasu na lotnisku (zwłaszcza kolejka do paszportów była powolna, czynne tylko 2 budki, warto mieć to na uwadze). Lot Turkishem znów bez historii, ale tym razem przynajmniej nie o głodzie. W Istambule mieliśmy przesiadkę od 4:30 do 18:30, pojechaliśmy metrem na miasto a po powrocie na lotnisko zgarnęliśmy jeszcze voucher na żer od Turkisha. To by chyba było na tyle

Podsumowując, RPA zrobiło na nas super wrażenie. Jeśli istotna jest dla Was natura, zwierzyna, ptactwo - będziecie zadowoleni. Jesli chodzi o bezpieczeństwo to trzymaliśmy się podstawowych zasad (wszytsko w bagażniku, nie szwędanie się po zmroku - tu wyjątek zrobiliśmy nocnym spacerem po Graskop;)). generalnie nie przytrafiło się nam nic nieprzyjemnego ani podejarznego, aczkolwiek trzymaliśmy sie z daleka od miast i przebywalismy głównie pośród natury.
Chętnie odpowiem na wszelkie pytania!
_________________
http://www.liswplecaku.pl
Góra
 Profil Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#48 PostWysłany: 13 Paź 2025 11:19 

Rejestracja: 16 Kwi 2015
Posty: 161
Loty: 136
Kilometry: 310 011
Krajów: 22 / 10.3%
niebieski
Bardzo intensywny plan wycieczki mieliście. Jeśli lubicie trekking to następnym razem obowiązkowo Drakensberg :)
_________________
https://banners-my.flightradar24.com/jprawicki.png
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#49 PostWysłany: 14 Paź 2025 10:18 

Rejestracja: 11 Sie 2022
Posty: 86
Kasica88 napisał(a):
Dzień 9. Z rana wyruszyliśmu do Robbergs Nature Reserve. Piękne miejsce, super widoki, dużo fok (i foczeg zapachu). Zdecydowaliśmy się na najdłuższą, ok. 10 km trasę. Warto wiedzieć, że jest ona nienajłatwiejsza (zwłaszcza pod koniec trochę wspinaczki po kamieniach itp), ale widoki wyborne i polecam wielce. Potem przemieściliśmy się do Storms River na nocowanko.

Dzień 13-16. Park Krugera.


Super podróż. W takim razie ja mam pytania o 2 zacytowane przeze mnie sprawy. Ile czasu zajęło wam przejście całej trasy w Robbergs Nature Reserve? Bo też mamy taki plan :D Druga rzecz dotyczy Parku Krugera. Jakie zwierzęta z wielkiej 5 widzieliście i gdzie jeździliście (mniej więcej numery dróg jesli pamietasz ;) )
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#50 PostWysłany: 14 Paź 2025 10:25 

Rejestracja: 16 Kwi 2015
Posty: 161
Loty: 136
Kilometry: 310 011
Krajów: 22 / 10.3%
niebieski
Odpowiem niepytany ;) Jak chcesz zobaczyć całą wielką 5 to warto jednak wziąć game drive z przewodnikiem. Komunikują się między sobą i jak wypatrzą coś ciekawego to dają sobie znać gdzie, co i jak. No i ruszamy o 5 rano a nie o 9 :)

Polecam :)
_________________
https://banners-my.flightradar24.com/jprawicki.png
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#51 PostWysłany: 14 Paź 2025 10:29 

Rejestracja: 11 Sie 2022
Posty: 86
Jakoś nie przepadam za zorganizowanymi wyjazdami, wolę samodzielnie. Aczkolwiek na game drive o zachodzie słońca chyba się skusimy
Góra
 Profil Relacje PM off
jprawicki lubi ten post.
 
      
Offline
#52 PostWysłany: 14 Paź 2025 11:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 543
Loty: 377
Kilometry: 699 713
Krajów: 54 / 25.2%
niebieski
Stusi napisał(a):
Kasica88 napisał(a):
Dzień 9. Z rana wyruszyliśmu do Robbergs Nature Reserve. Piękne miejsce, super widoki, dużo fok (i foczeg zapachu). Zdecydowaliśmy się na najdłuższą, ok. 10 km trasę. Warto wiedzieć, że jest ona nienajłatwiejsza (zwłaszcza pod koniec trochę wspinaczki po kamieniach itp), ale widoki wyborne i polecam wielce. Potem przemieściliśmy się do Storms River na nocowanko.

Dzień 13-16. Park Krugera.


Super podróż. W takim razie ja mam pytania o 2 zacytowane przeze mnie sprawy. Ile czasu zajęło wam przejście całej trasy w Robbergs Nature Reserve? Bo też mamy taki plan :D Druga rzecz dotyczy Parku Krugera. Jakie zwierzęta z wielkiej 5 widzieliście i gdzie jeździliście (mniej więcej numery dróg jesli pamietasz ;) )


Przejście tej trasy zajęło nam ok. 4-4.5 h, ale po drodze były postoje na obserwacje fok, jedzonko itp.

Co do Krugera, trasy wymyślaliśmy głównie na bieżąco, ale najwięcej zwierząt widzieliśmy z głównych „czerwonych tras”, najwięcej chyba w okolicach Satary i Lower Sabie (chociaż w okolicach Olifants były wielkie familie słoni). Trzeba być w odpowiednim miejscu i czasie, wiadomo. Dla mnie dużo radości sprawiało samo wypatrywanie i identyfikowanie, poza tym też nie przepadam za zorganizowanymi wycieczkami.
Z „5ki” widzieliśmy lwy (4 razy, 2 razy zaraz przy głównej drodze), bawoły (przy głównej), słonie (przy głównych i bocznych, mnóstwo słoni ogólnie). Lamparta nie wypatrzyliśmy. Nosorożec tylko oszukany, bo na tej stacji benzynowej;)
Dla mnie nie było jakimś wielkim celem „zdobycie tej 5-ki”. Moim marzeniem były likaony, ale niestety się nie udało. Widzieliśmy mnóstwo żyraf, zebr, antylop najróżniejszego kalibru, mangusty, szakala, hieny, guźce, hipopotamy, krokodyle, ptaki od sępów po różne mini-okazy, żółwie…Chętnie bym tam wróciła!
_________________
http://www.liswplecaku.pl


Ostatnio edytowany przez Kasica88, 14 Paź 2025 11:42, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
Stusi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#53 PostWysłany: 14 Paź 2025 11:40 

Rejestracja: 16 Kwi 2015
Posty: 161
Loty: 136
Kilometry: 310 011
Krajów: 22 / 10.3%
niebieski
Ja też wolę włóczyć się sam, ale jeśli zależy Ci na czymś konkretnym to czasem warto skorzystać z pomocy profesjonalistów :) Szczególnie lamparty mogą być trudne do wypatrzenia. Ale to też czasem kwestia szczęścia albo jego braku.

Jak chcecie podkręcić grę w szukanie piątki to polecam jeszcze brzydką piątkę i małą piątkę :) Jak zaliczycie małą piątkę to naprawdę szacun. Nam się nie udało :(
_________________
https://banners-my.flightradar24.com/jprawicki.png
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#54 PostWysłany: 14 Paź 2025 19:00 

Rejestracja: 22 Cze 2012
Posty: 778
Loty: 26
Kilometry: 67 603
Krajów: 7 / 3.3%
niebieski
To nam się udało w 3 dni zobaczyć całą piątkę. Nosorozcow dużo było na s118 pomiędzy skukuza road a Gardenia Hideaway. Tam też widzieliśmy stado lwów, ale z bardzo dalekiej odległości.

Z dużo bliższej wypatrzyliśmy lwa, który czaił się w trawie by zapolowac na gnu i widzieliśmy jak polowal. Na drodze Voortrekker.

Lamparta na Satara-Tshokwane road, siedzial na drzewie i drugi raz przy drodze Skukuza-Lower Sabie. Jednak ten lampart nie był az tak super widoczny.

Bawoly niedaleko Olifants, przy rzece.

Generalnie szansa "upolowania" piątki w tym parku jest spora i faktycznie więcej frajdy daje samo "polowanie" niż złowiona zwierzyna :). Natomiast gwarancji nie ma. Spotkaliśmy osoby, które jeżdżąc tydzień po parku nie trafiły na lwa czy lamparta.
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
Stusi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#55 PostWysłany: 15 Paź 2025 08:32 

Rejestracja: 11 Sie 2022
Posty: 86
Świetny post KKL. Opisałeś wszystko nad czym się zastanawiałem ;) Tylko teraz mam większą zagwozdkę, bo już chciałem odpuścić trasę H3, H2-2, S118 itp, bo chciałem wjechać bramą Phabeni, ale bardzo chciałbym zobaczyć nosorożce a to jak wiadomo nie jest łatwe. Jesteś kolejną osoba która mówi, że kręcą się w okolicach S118, 119, dlatego nie wiem czy nie nadrobię drogi i wjadę jednak przez Malelane.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#56 PostWysłany: 23 Lis 2025 19:48 

Rejestracja: 22 Lut 2014
Posty: 15
Loty: 233
Kilometry: 487 115
Krajów: 35 / 16.4%
@Kasica88

Hej, a w którym miesiącu byliście? Pogoda była ok zarówno na Kapsztad jak i Park Krugera?
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#57 PostWysłany: 26 Lis 2025 17:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 543
Loty: 377
Kilometry: 699 713
Krajów: 54 / 25.2%
niebieski
@letadełko Byliśmy pod koniec września. Pogoda ładna, chociaż na południu bywało chłodnawo i wietrznie, natomiast w Krugerze pogoda dobra (mieliśmy 20 kilka stopni, bez nadmiernego upału). Polecam :)
_________________
http://www.liswplecaku.pl
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#58 PostWysłany: 13 Lip 2026 23:16 

Rejestracja: 17 Sty 2020
Posty: 13
Krajów: 48 / 22.4%
Jako że z poleceń na forum skorzystałem wielce, to teraz daję coś od siebie.

Między 17 czerwca a 8 lipca byliśmy w RPA i zrobiliśmy wynajętym autem trasę Kapsztad - Johannesburg, zaliczając Lesotho z Sani Pass (z wycieczką i kierowcą) oraz Eswatini (przejeżdżając samemu autem) i oczywiście większość najważniejszych punktów na takiej trasie. 21 dni, jedna doba bez auta, trochę ponad 5000 kilometrów.

Starałem się wszystko maksymalnie streścić ale czasami nie da się krócej. Znajdziecie kilka poleceń jedzeniowych, zwiedzaniowych, noclegowych i ogólne wrażenia. W dużym skrócie, choć jestem świadom zagrożeń kraju i trudnej jego historii, to przez te 3 tygodnie zdążyłem się w nim zakochać. Zapraszam i mam nadzieję że ktoś skorzysta.

Dzien 1.

Przylot do Kapsztadu ok 10 rano (Qatar - WWA-DOH-CPT) więc jak zawsze w miarę komfortowo, bezproblemowa odprawa. W trakcie lotu miałem przyjemność zobaczyć Kilimandżaro przez okno samolotu, warto przed lotem sprawdzać trasę samolotu i zapisywać potencjalny czas ciekawych miejsc, taki tip. Tutaj również mały ukłon w stronę Qatara który ok. miesiąc przed wylotem… anulował nam lot. Jak się mówi, nie ma tego złego - za poleceniem jednego z użytkowników forum zadzwoniłem na infolinię i przebukowałem lot na dzień wcześniej dzięki czemu wyjazd nam się wydłużył - czemu nie (zapraszam do wątku o Qatar, tam informacja na jaki numer można dzwonić w razie problemów). Z CPT Uber na nocleg - na lotnisku przyjeżdżają na ‚Parkade P1’ można tak wpisać w appkę (nocleg w Hilton Canopy - jak ktoś szuka miejsca to ogólnie dzielnica Gardens wygląda ok), zostawienie bagażu i zwiedzanie Kapsztadu, najpierw pieszo - Bo Kaap, park Company’s Garden (białe wiewiórki! tego się nie spodziewałem), powrót do hotelu, zameldowanie. Jedzenie w Zuney Wagyu Burger (polecajka z forum, serdeczne dzięki i też bardzo polecam! Cheeseburger wagyu z frytkami za 40 pln, znakomita jakosć - wogóle jedzenie w RPA zasługuje na osobny rozdział), Uber na Lion’s Head Parking i trekking na szczyt na zachód słońca. Trafiła nam się ogólnie obłędna pogoda, przez 21 dni spadło na nas dosłownie kilka kropli deszczu więc kumulacja szczęścia - jedyne zastrzeżenie dla osób zapominających że to zima - tak, wieczory, noce i wczesne poranki potrafią być chłodne. Ja i tak 95% wyjazdu przeszedłem w krótkich spodenkach. Trekking LH oczywiście polecam, kilka drabinek, wszystko bardzo szybko. Uwaga, kilka Uberów odrzuciło nam przejazd powrotny więc jak się wybieracie na zachód to może lepiej wcześniej zorganizujcie sobie transport żeby nie było stresu. Ludzi na szlaku mało - co było dziwne biorąc pod uwagę warunki 10/10, ale czerwiec, środek tygodnia - pewnie dlatego.

Dzien 2.

Wcześnie rano odbiór auta z Hertz De Waterkant i od razu ‚dzida’ na przylądek Dobrej Nadzieji. Po drodze oczywiście mnóstwo przystanków, przejazd Chapmans Peak Drive, już bliżej przylądka polecam się zapuszczać w różne szutrowe uliczki, można spotkać rozmaite ciekawe zwierzęta, w tym dzikie strusie. Struś jaki jest każdy wie, ale na dziko, w tamtych okolicznościach przyrody wygląda jeszcze lepiej ;) powrót przez Boulders Beach i pingwinki, bardzo polecam wejść też od strony plaży i przecisnąć się przez głazy - dużo mniej ludzi niż przez główne wejście i deptak. W drodze powrotnej jeszcze kilka przystanków widokowych i dzień zwieńczony w Mojo Market na meczu MŚ RPA-Czechy coby poczuć atmosferę lokalsów - fajne miejsce, nie należy do najtańszych porównując warunki RPA ale akceptowalne, jedzenie i piwo bdb.

Aha! Ważna polecajka dla planujących dłuższy wyjazd - wiedząc że mamy dużo wejść do miejsc będących w składzie SanParks zdecydowaliśmy się na roczną imienną WildCard dla pary - kosztowała nas ok 7300 randów a jak podliczyliśmy wszystkie wejścia pojedynczo wyszłoby nas ok 9000 randów więc raz że oszczędność kasy, dwa czasu. Także przy dłuższym pobycie polecam odpalić stronę z cennikami i kalkulować :) (w skład wchodzą wszystkie parki narodowe ale też Boulders Beach, Przylądki, nawet coś w Eswatini itd itp więc sprawdźcie co macie na trasie całego kraju)

Dzień 3.

Skoro pogoda dalej jest nie jak w zimę to z rana jazda na parking pod Platteklip Gorge i trekking na Table Mountain. Przy bezchmurnej pogodzie widoki takie że oczy bolą (kolejny dzień), zarówno z trasy jak i ze szczytu. Z góry żeby zaoszczędzić czasu zjazd kolejką (weszliśmy bez czekania) i jazda do Kirstenbosch Gardens, piękne miejsce, nawet zimą. Następnie VA waterfront, całe spacerem - warto zajrzeć. African trading port wspominany na miejsce z pamiątkami, również polecam. Na VA kolejny foodcourt Time Out Market, bez większej historii ale bardzo dobry, też jest tutaj Zuney, minimalnie droższy niż w Gardens. Ciekawostka: sprzedawcą jest tu… śpiewak operowy Mteto który sobie dorabia, jak będziecie to go pozdrówcie, pozytywny człowiek. Co do tego tematu - mogę powiedzieć że przejechaliśmy cały kraj i ludzie wszędzie są bardzo pozytywni, otwarci i mają fajną energię. Czy można dostać w mordę i być lżejszym o telefon? Pewnie tak, natomiast z moich obserwacji wynika że dzieje się to raczej w określonych miejscach i określonych okolicznościach. Jeśli chodzi o obsługę - słuchaliśmy podcastu polki która była w RPA w 2013 i na obsługę narzekała - musieli zatem zanotować znaczący wzrost poziomu i zaangażowania bo na całej trasie mieliśmy dosłownie 1, może 2 przypadki słabszej obsługi, która nawet jak czegoś nie dowiozła, to i tak była uprzejma.

Dzień 4.

Wyjazd z Kapsztadu do Stellenbosch. Po drodze stop w The Oaks Biltong - Paardeneiland - zdecydowanie polecam! Kupiliśmy chyba z 2kg różnych biltongów pakowanych próżniowo na miejscu które z przyjemnością były likwidowane co jakiś czas w trasie - fenomenalna przekąska (te ze sklepów też są ok ale często mają jakieś niepotrzebne dodatki - warto poszukać po prostu prawdziwy sklep mięsny albo stricte biltongowy i tam się zaopatrzyć). Mięso w RPA to też temat na osobny rozdział, znają się na nim fenomenalnie. Następnie celowy przystanek na plaży w okolicy Bloubergstrand, jest tu znakomity widok na Górę Stołową i Lions Head, serdecznie polecam dodać kilka kilometrów, przy dobrej pogodzie - bajka. Stellenbosch, leniwy spacer, wino w Bertha - nie jestem znawcą win ale rozumiem że jak ktoś jest to może tutaj w okolicy spędzić długie dni. Następnie trasa do Cheetach Outreach i głaskanie geparda. Uczciwa cena, miejsce nie wydaje się być typowym ‚zwierzęcym lunaparkiem’ wykorzystującym zwierzęta więc ja polecam. W końcu gdzie i kiedy będziecie mieli okazję pogłaskać geparda? Następnie trasa na przylądek Igielny przez Hermanus, również Struuisbai - niestety płaszczka Parrie nie zaszczyciła nas swoją obecnością ale udało się zobaczyć inną następnego dnia. Trasa do Kleinbaai na nocleg. Serdecznie polecam kolację w Great White House Restaurant - Gansbaai. Już tu, w Kleinbaai pierwsza różnica w klimacie - od Kapsztadu z 3 metrowymi murami zwieńczonymi drutami kolczastymi i linkami pod napięciem do małej miejscowości w której po zmroku chodzisz pieszo i nie uświadczysz nigdzie zabezpieczeń wspomnianych przed chwilą. 150 kilometrów różnicy - dwa światy.

Dzień 5.

Z samego rana rejs na wieloryby z Marine Dynamics rezerwowany przez Get your guide. Bardzo polecam! Trochę droższe niż te z Hermanus na same wieloroby ale warto. Wszystko profesjonalnie zorganizowane, obsługa raczej pasjonaci, jak zawsze zapewniają że… nic nie zapewniają ale widzieliśmy rekiny, płaszczkę (ok, w pewnym sensie naciągane bo w okolicy statku z klatką i rzucaniem zanęt no ale - rekiny i płaszczki z kilku metrów na wolności, nie można wybrzydzać), wieloryby, foki, pingwiny i niezliczone ptactwo… Tak naprawdę zabrakło delfinów. Next time. Następnie Mossel Bay (budka z fastfoodem z Kudu must have! Colins Kudu Stall się nazywa), tyrolka niestety była zamknięta ale warto wpaść na widoki i powyższe jedzenie. Następnie trasa do Oudtshoorn.

Dzień 6.

Z rana Surykatki z Five Shy Meerkats - bardzo polecam! Jedyne co warto sprawdzić to pogodę (przy deszczowej/ pochmurnej surykatki mogą po prostu nie wychodzić), a organizator ma trochę dziwną i niejasną politykę zwrotów (bardziej nalegają na przesuwanie terminu niż zwrot) więc jak grafik napięty to trochę ryzykujecie, ale warto. Porównując do innych atrakcji nie jest to najtańszy wypad biorąc pod uwagę że siedzisz i obserwujesz surykatki ale przewodnik jest full pasjonatem (i współwłaścicielem biznesu jak dobrze zrozumiałem), obserwowanie surykatek w naturalnym środowisku, z bliska, na wolności - piękna sprawa. Przy dużym szczęściu inne zwierzaki jak jeżozwierze itd ale nic nie gwarantują. Następnie przejazd na Highgate Ostrich Show Farm - kolejne zdecydowanie duże polecenie. Bardzo fajne oprowadzanie po farmie strusi (neck massage w cenie, świetne doświadczenie :) ) a na deser możliwość zjedzenia naprawdę dobrego jedzenia ze strusia, w tym fenomenalnego steka - ptak który smakuje jak wołowina. Na upartego jajecznica przy większej grupie ale jedno jajo strusia = 24 jaja kurze więc, sami rozumiecie. Ceny rozsądne moim zdaniem, bardzo polecam. Przejazd do Wilderness na plażę, po drodze różne punkty widokowe drogą nr 12. Następnie Knysna i ponownie - po drodze wiele pięknych pkt. widokowych, fajny stop w Sedgefield na plaży. Nocleg w Knysna Glenview - tak! Kolacja w 34 Degrees South (nie jestem fanem owoców morza ale nawet dla mnie to co tu robią to uczta, i to w bardzo przyjemnych cenach). Tak jak i w innych miejscach - tutaj spróbowaliśmy deseru ‚Malva Pudding’ - bomba, polecam.

Dzień 7.

Śniadanie w East Head Cafe Knysna, polecam. Ze względu na punkt widokowy pewnie trochę drożej niż w innym miejscu ale nadal - miejsca w RPA które określisz mianem ‚droższych’ w Polsce byłyby po prostu normalne. I jednak u nas w kraju choć nie narzekam, poziom bywa bardzo różny i nierówny - w RPA trafialiśmy na jedzenie bardzo dobre albo fenomenalne (mając na uwadzę bardzo dobry jego poziom i świetne ceny). Knysna to miejsce po którym zdecydowanie polecam się ‚pokręcić’ co też czyniliśmy. Następnie trasa do Robberg Nature Reserve, również zdecyowanie must have. Jeśli nie najdłuższy to chociaż średni trekking - my zrobiliśmy właśnie ten i był 10/10, po drodze pełno fok i obłędne widoki. Mało ludzi. Następnie MonkeyLand i Birds Of Eden - również ZDECYDOWANIE polecam, najlepiej bilet łączony na jedno i drugie. Co ja będę pisał, sprawdźcie w internecie, nas miejsce bardzo pozytywnie zaskoczyło. Nocleg w Plettenberg.

Dzień 8.

Wyjazd z PB, stop w Nature’s Valley, piękne spokojne miejsce. Przejazd przez Bloukraans Bridge (obserwowaliśmy skaczących na bungee, nie jesteśmy napaleni na takie atrakcje ale jak ktoś jest - wydaje się być warte polecenia). Droga do Parku Tsitsikamma i trekking do Wodospadu a następnie do wiszących mostów (oba szlaki do zrobienia na raz jednego dnia w kilka godzin). Bardzo polecam.

EDIT: zapomniałem, 3 wiszące mosty na szlaku były dopiero co remontowane i jak byliśmy to otworzyli dopiero 2, trzeci był dopiero remontowany więc jak ktoś jedzie teraz - nie wiem czy most już jest, nawet jeśli nie warto się tam przejść. To jest też istotny temat, jadąc gdzieś warto sprawdzić informacje czy miejsce jest czynne, chociażby na google maps przez ostatnie opinie.

W trakcie trekkingu mnóstwo okazji na obserwowanie wielorybów, nie jestem w stanie stwierdzić ile naliczyliśmy. Przy okazji polecam również aplikację Alltrails, oraz maps.me. Trasa do Stormsrivier i tam nocleg - interesujące miejsce bo choć bardzo małe, wielkości polskiej wsi, to jego część jest, cóż, ewidentnie biała i bardziej ‚ekskluzywna’, a dosłownie obok jest coś na kształt małego townshipu w którym jest restauracyjka ‚Kasi Corner’ - koniecznie trzeba tu przyjechać na Braai. Zostawicie max 80-100 pln z napiwkiem na dwie osoby i wyjdziecie najedzeni ‚pod korek’ fenomenalnie przygotowanym grillem - przepraszam, BRAAI. Jest to też jeden z niewielu przykładów biznesów które należą do nie-białych, co nawet na trasie przez cały kraj, nie jest takie oczywiste. Bardzo, bardzo polecam. Niby klimat townshipowy ale spokojnie i bezpiecznie - to my, dwie blade twarze, byliśmy tu atrakcją, ale wszystko serdecznie i spokojnie.

Dzień 9.

Kilka drobnych spacerów po Tsitsikammie w tym ‚Big Tree’ (nie jakiś must have ale krótki spacer do ogromnego drzewa, czemu nie) i trasa do Addo. Jako że grafik lekko napięty zdecydowaliśmy się na tzw. Sunset Game Drive z przewodnikiem i nie żałujemy. Dodatkowo, ku zaskoczeniu, po godzinie jazdy kierowca się zatrzymuje i serwuje przy zachodzie słońca co tam chcesz - winko, biltonga, przekąski - miły akcent. Czułem się jak jakaś brytyjska arystokracja na safari dekady temu. Addo to głównie słonie i tak - jeśli wyjedziesz bez zobaczenia słonia w Addo to jakbyś był w Paryżu i nie widział Koloseum, czy jakoś tak to szło… widzieliśmy też inne zwierzęta, w tym jeżozwierza czy dzikana (nie wiedziałem że coś takiego istnieje) - tak czy inaczej, takie game drive nie jest dużym wydatkiem a kierowca/przewodnik jest znaczącym dodatkiem in plus, moim zdaniem warto w szczególności przy napiętym grafiku. Jeśli chcecie zjeść to w Campie Addo jest sieciówka Cattle Baron w której można zjeść zaskakująco dobrego steka i inne rodzaje mięs. Mam tu na myśli że jak idziesz do sieciówki to bardziej oczekujesz suchej podeszwy a nie mięsa, ale w RPA nawet sieciówka jest na poziomie dobrej stekowni w Polsce tylko że za 1/3(?) ceny. Mi pasowało i z czystym sumieniem polecam. Nocleg w Addo Dung Beetle Farm - rewelacyjny klimat, w szczególności domki drewniane z zewnętrznym kibelkiem i prysznicem.

Dzień 10.

Następny punkt programu to Underberg ale jako że oddalony o 800 km to trasę rozbiliśmy na dwa dni żeby nacieszyć się jeszcze trochę wybrzeżem oraz tym co nas spotka po drodze. A zatem Kenton on Sea, Kasouga, Port Alfred, Kidds Beach - warto się zatrzymywać i eksplorować. Przy okazji Kasougi warto wspomnieć że sporo miejsc w RPA jest strzeżonych i, co tu dużo mówić, jak obsługa widzi blade zagraniczne twarze (w sensie, pytają i sprawdzają) to warto wspomnieć że przyjechaliście zwiedzać/ na plażę, i po wpisaniu się na listę, spisaniu nr rejestracji, zostaniecie wpuszczeni - taki klimat. Natomiast warto eksplorować, tutaj np. udało nam się kilka metrów od auta spotkać Sekretarza - wyjątkowy i raczej unikalny ptak, jak wszystko inne unikalne na wolności - robi wrażenie. Plaża piękna, pusta i spokojna, kolejne świetne miejsce. Nocleg w Qunu - zupełnie przypadkiem okazało się że to miejsce młodości Mandeli.

Dzień 11.

Komu w drogę temu kopa, a zatem dalsze kilometry do Underberg, czyli bazy wypadowej na Sani Pass do Lesotho. Po drodze warto się zatrzymać w okolicy Mount Currie nature reserve. Aha, jeszcze nie wspomniałem. Lornetka na takim wyjeździe jest ważniejsza niż dodatkowa para majtek, zresztą momentami od widoków i tak majtki można pobrudzić więc nieważne ile zabierzecie - i tak będzie za mało. A zatem lornetka! A nawet lornetki. W dalszej drodze kolejne niezliczone punkty widokowe na Drakensberg (jedną z jego trzech części bo tak jest podzielony), zaraz przed noclegiem pitstop w fenomenalnym Country Clubie Underberg. Normalnie pomyślałbym że golfowy Country Club = wstęp dla wyższych sfer a nie strudzonych podróżników, ale nie w tym kraju. Bardzo dobre jedzenie za mniej niż 30 pln za osobę? Absurd. Aha, jeśli chcecie w RPA kupić alkohol pamiętajcie że tylko w osobnych sklepach, i to niezawsze czynnych długo, niezawsze takich które są łatwo dostępne. Natomiast nawet w barze czy restauracji piwo/ wino jest w cywilizowanych cenach (tzn. nie zdzierają z człowieka +100%). W wielu miejscach kupno kieliszka wina kosztuje proporcjonalnie tyle samo co kupno całej butelki - po co się więc rozdrabniać na kieliszki…?

Dzień 12.

Z rana wyjazd na Sani Pass i Lesotho z firmą Lesotho On Track - bardzo polecam, wszystko dobrze zorganizowane, jak zaznaczycie odpowiednio wcześniej to zahaczycie o Highest Pub in Africa - nie wiedziałem o tym ale od jakiegoś czasu limitują wejście do chyba 40 dziennie, a zatem jak chcecie to zaliczyć to upewnijcie się z organizatorem. Na miejscu można się napić piwa z Lesotho, Maluti, oraz zjeść coś lokalnego. Wizyta w wioskach lokalsów, wjazd na punkt na ponad 3200 m, ogólnie super. Następny punkt to Tugela Falls a zatem w drogę, i po drodze nocleg w Hebron Haven - bardzo fajne miejsce, dobre jedzenie, godne polecenia. Ponownie przypadkiem trafiliśmy na istotny punkt z życia Mandeli, mianowicie miejsce w którym został pojmany, z bardzo ciekawym pomnikiem (Mandela Capture Site).

Dzień 13.

Droga do Witsieshoek Mountain Lodge - w okolicy nie ma za bardzo alternatywy i jest to zdecydowanie najlepszy punkt wypadowy w jedne z najciekawszych trekkingów Drakensberga. Wybraliśmy najtańszą opcję i była dosyć droga jak na warunki, ale nadal bardzo dobra, z wliczonym śniadaniem. (Rezerwujcie bezpośrednio przez stronę Witsieshoek - Booking minimum 100pln wyższe ceny). Można zjeść niezłą kolację. Praktycznie od razu po przyjeździe wybraliśmy się na trekking do Top of Gudu Falls przez The Crack (pętla) - BARDZO polecam, ponownie przywołuję użyteczną aplikację Alltrails oraz maps.me

Dzień 14.

Z samego rana wykupiony pierwszy transport na Sentinel Car Park (droga jest 4x4 only, i to 4x4 only bez ściemniania, podobnie jak Sani Pass ;) ) i trekking na Sentinel/ Tugela Falls. W wysokim sezonie transport rezerwujcie online, może braknąć miejsc, my mieliśmy luz. Miałem przyjemność zrobić w życiu kilka widokowych trekkingów ale to… przy pięknej pogodzie z rana, absolutny top topów. Legendarne drabinki chyba na filmikach wyglądają straszniej, spokojnie do zrobienia. Z podkreśleniem że na spokojnie i bez pośpiechu. Również i tutaj trafiła nam się fenomenalna pogoda bo raz że zima, dwa - to jednak jest ponad 3000 m n.p.m. a zatem okolice 0 stopni to dobry wynik (kilka dni później miało być nawet -15 stopni…). Zdecydowanie polecam się zebrać o 6 rano na 1. transport, wschód słońca na tym trekkingu nad chmurami… a dajcie spokój :) Natchnieni pięknem w miarę sprawnie ale na spokojnie wróciliśmy do bazy wypadowej i naszym wyprawowym Suzuki Swiftem pognaliśmy do Durbanu, nocleg w Hilton Umhlanga. W okolicy spróbowaliśmy ichniejszego fastfooda pt. Nando’s, czyli takie bardziej ‚autentyczne’ i lokalne KFC - jak ktoś lubi kurczaka, bardzo polecam. Nie kojarzę innego fastfooda w którym można zjeść bardzo dobrą wątróbkę, byłem pozytywnie zdziwiony.

Dzień 15.

Z rana pierwszy punkt to Ballito - chyba pierwszy raz na trasie zobaczyliśmy naprawdę dużo turystów/ wczasowiczów(?). Ocean tutaj ma temperaturę ciepłego Bałtyku latem więc chyba stąd tłumy, + ośrodek surferski, ale dla preferujących spokój kawałek dalej można znaleźć ciszę. Na plus to że są siatki przeciwko wodnym drapieżnikom. Następny punkt programu to St. Lucia i rejs na krokodyle i hipopotamy. Cała przyjemność ok. 100 pln więc żal nie skorzystać, przeprowadzone bardzo fajnie, można z bliska, z wody zaobserwować hipopotamy w ich naturalnym środowisku (praktycznie 100% szans) oraz inną zwierzynę. Dodatkowo St. Lucia to o tyle ciekawe miasteczko, że wieczorem na ulicy można spotkać Hipopotama czy Guźca który będzie się przechadzał ulicami. Przyznam że wysiadając z auta, mając przed sobą guźca który się na mnie patrzy, byłem lekko zdziwiony (chociaż popularny pumba jest na znakach ostrzegawczych). Następnie nocleg w Hluhluhwe, kolacja w godnym polecenia Ngweni Railroad Brewery, można spróbować bardzo dobrego piwa, i ponownie, bardzo dobrego mięsa. W, a jakże, bardzo dobrej cenie.

Dzień 16.

Rano trasa do Eswatini, przejście w Lavumisa, całkowicie bezproblemowe i krótkie. Pamiętajcie o pozwoleniu od wypożyczalni - należy zgłosić minimalnie kilka dni przed wynajmem + nie każda wypożyczalnia zezwala (Hertz pozwala + ceny w zależności od rentala się różnią). Warto bo ruch w Eswatini jest chyba jeszcze spokojniejszy niż w RPA, paliwo trochę tańsze - w zasadzie wszystko jest tańsze. Najbardziej interesowały nas nosorożce, na które niestety nie zdążyliśmy, a zatem czas wykorzystaliśmy na Mlilwane Wildlife Sanctuary - bardzo polecam. Spokojny park głównie z różnego rodzaju antylopami, guźcami, zebrami, po którym można wynająć rower i zrobić sobie zwiedzanie rowerowe, super opcja. Chociaż w jednym miejscu na wysepce jak zobaczyłem 4-5 metrowe krokodyle bez żadnego ogrodzenia byłem lekko zdziwiony, ale taki już mają klimat :) tak czy inaczej, bardzo polecam, oprócz zwierząt pięknie położony w górskim otoczeniu z rzekami i jeziorkami. Wjazd też na WildCard od Sanparks jeśli ktoś ma. Tak samo jak w Lesotho, w Eswatini też zapłacicie południowoafrykańskimi Randami (raczej tylko banknotami, ale zawsze - kurs wszystkich walut jest na stałe 1:1). Nocleg Hilton Mbabane - hotel jest tak umiejscowiony że wygląda jakby był centralnym miejscem miasta w którym mieszka król, moim zdaniem intrygujące. Przetestowaliśmy kolejną sieciówkę - Spur. Słyszałem różne opinie natomiast my trafiliśmy bardzo dobrze, polecam w szczególności steka 500g oraz lokalne piwo Sibebe.

Dzień 17.

Krótkie zwiedzanie Mbabane spacerem, zahaczenie o Mbabane market, można tam kupić jakieś pamiątki, magnesy - wszystko wygląda jakby jednak nie było chińszczyzną, w naszej obecności pani ręcznie malowała magnesy, i można (a nawet trzeba) się targować. Po drodze kilka kolejnych punktów widokowych - w Eswatini hoduje się bardzo dużo trzciny cukrowej więc będzie to też jeden z głównych widoków - albo bezkresne pola, albo pobocza dróg zapchane resztkami roślin. Tak czy inaczej kraj ma swój klimat, również bardzo miłych ludzi, jest raczej spokojnie. Chociaż Mbabane nocą to jest chyba najbardziej puste miasto jakie widziałem - oceniam z okien/ balkonu hotelu, ale nadal byłem pod wrażeniem jak bardzo jest tam pusto o godzinie 23. Dosłownie nikogo. Następny punkt to park Krugera, i kolejne Sunset Game Drive. Po raz kolejny, bardzo polecam. Eksplorowanie parku samemu ma swój urok ale warto mieć porównanie jazdy z przewodnikiem. Bardzo mocno się ze sobą wzajemnie kontaktują i dają sobie ‚cynk’ jakie zwierze jest widziane gdzie. Już na samym początku, dosłownie 20 minut po rozpoczęciu nasz przewodnik załatwił nam stado lwic które siedziały może 3 metry od naszego auta, i szykowały się na swoją kolację. Niesamowite przeżycie, z bliska spojrzeć lwicy w oczy która wygląda jakby się zastanawiała czy może nie warto zmienić menu z impali na Ciebie… Jeśli nie macie game drive ani noclegu w parku - pamiętajcie aby rezerować miejsce bo ilość aut w parku jest ograniczona i mogą Was nie wpuścić. Jeśli macie nocleg albo game drive - macie spokój. Aha, o jednej rzeczy nie wspomniałem, byłem w Afryce dwa razy, dwa razy zimą i jest coś unikalnego w zimowych zachodach słońca. Nie wiem jak tam wyglądają letnie zachody, ale nigdzie indziej nie widziałem tak pięknych zachodów słońca jak właśnie w Afryce, właśnie zimą. Te kilka lekko chłodniejszych wieczorów jest tego zdecydowanie warte.

Dzień 18.

Cały dzień (tzn. do 17:30) samodzielne jeżdżenie po parku i ‚polowanie’ na zwierzynę, nocleg w Skukuza. Trochę za późno się wzięliśmy za rezerwację i dosłownie został nam jeden namiot - ale jest to akceptowalny nocleg na jedną noc także spoko, ale polecam innym osobom w szczycie sezonu rezerwować wcześniej. I zrobicie to tylko przez oficjalną stronę, nie ma tego na bookingu i innych pośrednikach. Kolacja w Kruger Station - świetne jedzenie po raz kolejny tylko że kelnerka nie mogła zrozumieć czemu mogę nie chcieć letniej/ chłodnej pizzy. To w sumie jedno ze słabszych doświadczeń, ale jedzenie bdb. Pizza z Kudu, rewelacja (jak już ciepła….). Trwał akurat mecz rugby RPA - Anglia więc przy okazji mieliśmy szansę zobaczyć ile dla ludzi tutaj znaczy rugby. Zdecydowanie bardziej entuzjastyczne reakcje niż przy podobnej wielkości widowni na meczu piłkarzy. Nie udało nam się wbić na mecz na trybuny, ale po tym co widziałem przed telewizorem następnym razem na pewno będę na to polował.

Dzień 19.

Wyjazd z campu Skukuza skoro świt, chyba o 6 otwierają bramę i parę minut po byliśmy już za. Dosłownie minutę po wyjeździe trafiliśmy na hienę która przy drodze postanowiła się uwalić i karmić młode - być może ze względu na jeszcze bardzo mały ruch. Tak czy inaczej, unikalny i piękny widok. Jeśli chodzi o zwierzaki, z najważniejszych nie udało nam się ‚upolować’ tylko nosorożców - coraz mocniej pilnują aby ludzie nie dzielili się informacjami na temat ich lokalicacji więc trzeba mieć szczęście, którego nam zabrakło. Jest powód żeby wrócić :) Lamparta widziałem kawałek, jak kończył wciągać na drzewo nie wykazującej już oznak życia impali, poza tym wszystko - lwice, gepardy, chyba każda możliwa antylopa, likaony, żyrafy tarasujące drogę i ptaki - mnóstwo ptaków. Birdwatching jest tu chyba trochę niedoceniony bo ilość, mnogość i różnorodność - wow. Z lwami samcami była o tyle ciekawa sytuacja że już się pogodziliśmy że ich nie zobaczymy i wyjeżdżając przez bramę Orpen zobaczyliśmy trójkę ‚chłopaków’ wygrzewających na grzbiecie swoją męskość, dosłownie przy bramie, w odległości 10 metrów od drogi :) To tyle z Krugera, i kontynuowaliśmy drogę do Panorama Route od północy. Pierwszy punkt to Three Rondavels o zachodzie słońca - chyba najważniejszy punkt na PR. Jako że chcieliśmy blisko odpocząć znaleźliśmy bardzo ciekawy nocleg w Moremela - Joy River Backpackers. Chyba kolejny a’la township, ale wszystko bezproblemowo. Prysznic zbity z drewna i domki wyglądające jak wspomniane ‚rondavelsy’ - ciekawa odmiana w porównaniu do, chociażby takiego Hiltona. Polecam tego rodzaju urozmaicenia.

Dzień 20.

Z rana Bourke’s Luck Potholes - praktycznie obok noclegu, kolejna ciekawa opcja na Panorama Route, tak samo jak wszystkie inne osobno płatna. Polecam, warto. Następnie Graskop Gorge z ciekawą windą, tyrolkami i innymi atrakcjami - również uważam że warto. Z wodospadów stricte zdecydowaliśmy się na Mac Mac i był ok, nie mieliśmy w planie i tak wszystkich punktów Panorama Route bo trochę ich jest i coś trzeba wybrać - najlepiej przjerzeć wszystkie i zdecydować się na kilka. Cała trasa jest bardzo piękna i zdecydowanie warto, chociażby dla samego przejechania jej - jeśli już się jest w Krugerze i Johannesburgu, niewarto pomijać. Następnie kierunek Johannesburg/Sandton i oddanie auta. O wynajmie auta pisałem osobny post w wątku o wynajmie auta w Kapsztadzie.

Dzień 21.

Na ostatni dzień zostawiliśmy sobie… deser czyli zwiedzanie Johannesburga. Miasto jest ogromne więc powierzyliśmy to firmie Dlalanje, którą serdecznie polecam. Wybraliśmy opcję all day Johannesburg tour i było rewelacyjnie - w programie 3 muzea i dzień spędzony z lokalsami, przewodnikiem była pani która się wychowywała w okolicy Hillbrow które razem z sąsiednimi rejonami również zwiedziliśmy, byliśmy w Ponte Tower, Soweto itd. Bardzo, bardzo polecam. Nie był to najtańszy wypad ale gorąco polecam.

Dzień 22.

Lot powrotny JNB-DOH-WWA, jeszcze w trakcie ostatni widok na panorama route i Three Rondavels z lotu ptaka ;)

Z tematów których nie ująłem powyżej:

W kraju jest ewidentna kultura napiwków, i biorąc pod uwagę ogólne ceny wszystkiego raczej nie zrujnuje Was to finansowo. Tylko w Kapsztadzie spotkałem się z napiwkami przed, tak to wszędzie po prostu możesz dodać po (sam dopisujesz ile dajesz, zwykle z 10-15% są zadowoleni, za więcej całują po rękach).

W wielu miejscach kelnerzy bazują na prowizji od ilości sprzedanych rzeczy, więc nie zdziwcie się jak będą cisneli o więcej sprzedaży, ale nie są upierdliwi. Natomiast jak poprosisz o doradzenie, raczej doradzą opcje najdroższe. Tak czy inaczej, przez cały wyjazd nie spotkałem się z większymi przejawami chęci ‚orżnięcia’ mnie. Jestem świadomy tego ile ci ludzie zarabiają, i nie będę januszował z gościem który chce mi popilnować auta mówiąc mu że nie dam mu 2 pln. W szczególności że czasami, faktycznie, w alternatywie do popilnowania auta, możesz mieć niespodziankę w postaci wybitej szyby. Nadal - nie jest to szantaż, nawet te osoby pilnujące aut wszędzie były uprzejme więc moim zdaniem jak nie jesteś komuś w stanie dać złotówki czy dwóch, nie zwiedzaj świata. Skoro gdzieś jedziesz, daj coś od siebie. Szukając najtańszego noclegu na bookingu, niekoniecznie wszystko zostaje we właściwych rękach.

Co do kasy, fakt - większość kraju bezgotówkowa, i to czasami w miejscach w których pomyślałbym że jednak cash only, a tu odwrotnie. Także raczej można sobie poradzić tylko z kartą, ale chociażby dla tych niektórych napiwków, niektórych zakupów - warto mieć gotówkę. My na 3 tygodnie mieliśmy 3000 randów i starczyło idealnie. Nie spotkałem bezprowizyjnych bankomatów, najmniej pobiorą 50 randów (parenaście pln) bez względu na kwotę.

Edit: jeden istotny temat. Zimą jak wiemy dzień jest krótszy, a zatem chcąc wykorzystać max codziennie wstawaliśmy skoro świt. Mając na uwadze że nie warto tutaj poza miastami jeździć po zmroku, weźcie to pod uwagę przy planowaniu swojej trasy. Zdecydowanie ułatwiło nam to wyciśnięcie max z takiego grafiku

Jak ktoś ma pytania, zapraszam.
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 58 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group