Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 06 Gru 2015 13:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2015
Posty: 2
Ze względu na limit znaków relacje zostanie podzielona na części. Poniżej linki do kolejnych części:
http://przemek-czichon.fly4free.pl/blog ... 2-wietnam/

Po kilku miesiącach planowania i przygotowań 18.10.2015 r. nadszedł dzień wyjazdu. Z Warszawy lecimy do Kutaisi w Gruzji. Następnie w naszej podróży odwiedzimy ZEA, Nepal, Wietnam, Kambodżę, Tajlandię, Laos, Malezję, Filipiny, Indonezje, Australię, USA i Oslo (poniżej mapa z przybliżoną trasą podróży). Rozpoczynamy półroczną podróż dookoła świata!

Postanowiłem umieszczać tutaj wpisy o odwiedzanym miejscach i zdjęcia głównie jako miejsce kontaktu z bliskimi oraz znajomymi. Będę jednak starać się także zamieszczać informacje praktyczne i ciekawostki o odwiedzanych miejscach, które mam nadzieję zainspirują kogoś do podróży bądź pomogą zaplanować podróż do któregoś z odwiedzanych przez nas regionów.
Wyruszamy więc na wschód i poza krótkimi odcinkami będziemy utrzymywać ten kierunek podróży, aż do powrotu do Warszawy za pół roku!

[mapa WAW,KUT,DXB,KTM,HAN,SGN,DMK,VTE,DMK,KUL,MNL,LGP,MNL,JOG,DPS,DRW,SYD,HNL,OAK,NYC,OSL,WAW]

Gruzja (19.10 - 28.10)

Nocne loty to jednak jest słabe rozwiązanie w szczególności dla takiej osoby jak ja, która nie potrafi spać w samolocie… Do Kutaisi przylecieliśmy Wizzairem o 5 rano lokalnego czasu. Z lotniska bezpośrednio łapiemy minibusa Georgian Bus do Tbilisi (4 godziny jazdy, można zarezerwować i zapłacić za bilety online, a rozkład jazdy jest dopasowany pod przyloty samolotów więc wygodna sprawa).

Po przyjeździe do Tbilisi od razu mieliśmy okazję przekonać się o słynnej gruzińskiej gościnności. Po wyładowaniu plecaków z busa zacząłem rozglądać się za bankomatem oraz taksówką żeby podrzuciła nas kilka kilometrów do zarezerwowanego pokoju. Szybko pojawił się obok nas dobrze mówiący po angielsku Gruzin z pytaniem czy nie potrzebujemy pomocy. Po chwili wyjaśniał już zatrzymanemu taksówkarzowi gdzie ma nas zawieźć (ze znajomością angielskiego u taksówkarzy jest słabo), wynegocjował stawkę za przejazd, po czym jak dowiedział się, że potrzebujemy zatrzymać się przy bankomacie bo nie wypłaciliśmy jeszcze gotówki to powiedział, żebyśmy się już nie kłopotali i za nas zapłaci. Mimo mojego oporu wręczył taksówkarzowi 5 Lari (1 Lari to w przybliżeniu 1,5 zł) i pożegnał się słowami „Enjoy your stay in Georgia”! Miły początek podróży :)

Jeśli chodzi o gruzińską kuchnię to w pierwszej kolejności zamówiliśmy khachapuri (placek z serem, tym razem wersję adjaruli czyli jeszcze z jajkiem na wierzchu). Jeżeli jest wybór to sugeruję zamawiać, najmniejszy rozmiar, ja się wyłamałem i wziąłem średni (był jeszcze duży i gigantyczny!) i nie dałem rady. Pozostałe typowe dania gruzińskie to Khinkali z różnym nadzieniem (takie nasze pierogi tylko inny kształt), które zamawia się na sztuki, bakłażan w różnych wersjach (polecam z orzechami) oraz różnego rodzaju szaszłyki mięsne. W mieście co kilka przecznic znajdują się małe piekarnie, w których w tradycyjnym piecu wypieka się i sprzedaje jeszcze ciepły tradycyjny gruziński chleb. Chleb kosztuje 0,80 lari więc razem z serem, warzywami i owocami z targu stanowi najlepsze i najtańsze śniadanie.

Wracając do zwiedzania to zaczęliśmy od Tbilisi. Wszystkie główne atrakcje miasta są położone stosunkowo blisko siebie więc miasto można spokojnie zwiedzać na piechotę. Miasto poza kilkoma miejscami nie jest wybitnie piękne ale ma swój klimat. Najlepsze wrażenie robi panorama miasta o zmroku ze wzgórza Narikala, na którym znajdują się ruiny fortecy. Poza tym warto odwiedzić Sobór Sameba położony na wzgórzu na wschodnim brzegu rzeki.

Po spędzeniu dwóch dni w Tbilisi (przy czym pół dnia odsypialiśmy podróż) wyruszyliśmy w góry do miejscowości Stepantsminda, położonej na wysokości 1.750 m. u podnóża góry Kazbeg (5.047 m.), od której wzięła się powszechnie używana nazwa miejscowości Kazbegi. Minibusy do Kazbegi odjeżdżają z największego dworca autobusowego w Tbilisi (Didube). Przybycie na dworzec od razu przypomina nam, że jesteśmy już w Azji. Jakiś czas zajęło mi zlokalizowanie gdzie mamy szukać transportu do Kazbegi, następnie grzecznie podziękowałem taksówkarzowi który proponował nam transport za 80 Lari jedocześnie oczywiście twierdząc, że busa nie znajdziemy a nawet jeżeli znajdziemy to w tej samej cenie, po czym ostatecznie dogadałem się z innym kierowcą, który wracał do domu na 40 Lari z postojami w ciekawych miejscach po drodze. Busem można pojechać za 10 Lari od osoby (tak wracaliśmy) czyli jeszcze o połowę mniej ale jednak mniejszy komfort i omija się ciekawe postoje po drodze. Nasz kierowca dysponował kilkuletnią Toyotą, która była całkiem komfortowa, jedynym mankamentem był fakt, że miał kierownicę po prawej stronie (ruch w Gruzji jest prawostronny ale mimo to samochody z kierownicą po prawej stronie są bardzo często spotykane), co przy jeździe górską drogą i ciągłym wyprzedzaniu powodowało u nas delikatny niepokój… Ostatecznie bezpiecznie dotarliśmy na miejsce, a widoki po drodze były fantastyczne. W Kazbegi spędziliśmy 3 dni na wycieczkach pieszych i rowerowych po okolicy. Zdecydowanie warto!

Po 3 dniach wróciliśmy z gór do Tbilisi. Mieliśmy jeszcze całe dwa dni do dyspozycji przed wylotem do Szarjah. Najpierw straciliśmy trochę czasu bo po raz pierwszy przeliczyłem się zbytnio ufając ocenie miejsca noclegowego na booking.com. Znalazłem bardzo tanią i dobrze zlokalizowaną miejscówkę. Na zdjęciach wyglądała dość słabo ale miała ocenę 8,4 na booking.com na podstawie ponad 50 opinii więc stwierdziłem, że nie może być tragedii. Będąc na miejscu zastanawiałem się jak ktoś mógł dać temu miejscu ocenę maksymalną czyli 10 bo takie się pojawiały! Ze wszystkich miejsc, w których do tej pory spałem może tylko pokój w Delhi był gorszy. Na szczęście przynajmniej potwierdziły się dobre opinie odnośnie gospodarza bo pozwolił nam zapłacić tylko za jedną noc i następnego dnia rano przenosiliśmy się do innego miejsca.

Nasze ostatnie miejsce pobytu w Gruzji było za to kolejnym potwierdzeniem gruzińskiej gościnności. Nasz gospodarz oprócz tego, że był bardzo miły to co nas zobaczył to twierdził, że koniecznie powinniśmy napić się wina bądź koniaku i przynosił pełne kieliszki – nieważne czy to była 9 wieczorem czy 9 rano :) Jak już przyniósł to nie wypadało nie wypić więc dobrze, że byliśmy tam tylko dwie noce :)
Plany na ostanie dni pobytu w Gruzji popsuła nam trochę pogoda bo zrobiło się chłodniej (ok. 15 stopni) i deszczowo. W efekcie trochę ograniczyliśmy plany. Z odwiedzonych miejsc polecam Mtschkete – małe ale urocze miasteczko jakieś pół godziny jazdy z Tbilisi. Po pożegnaniu się z naszym gospodarzem kolejnym kieliszkiem wina wyruszyliśmy na lotnisko.

Poniżej kilka zdjęć z Gruzji, a dalej wpis i zdjęcia z Dubaju :)

Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image

ZEA (28.10 - 30.10)

ZEA były dla nas głównie punktem tranzytowym, ale skoro lecieliśmy już przez Dubaj to postanowiłem zorganizować dwudniową przerwę na zwiedzanie miasta.

Większość osób Zjednoczone Emiraty Arabskiej kojarzą się wyłącznie z jednym miejscem – Dubajem. W rzeczywistości, mimo że najbardziej znany, jest to tylko jeden z siedmiu emiratów składających się na ZEA. My przylecieliśmy do sąsiedniego Sharjah, który jest głównym lotniskiem tanich linii lotniczych Air Arabia z dość bogatą siatką tanich połączeń na bliskim wschodzie i okolicy.

W ZEA po stosunkowo taniej Gruzji musiałem przestawić się na zupełnie inny poziom cenowy. Nocleg w Sharjah jest i tak tańszą alternatywą w stosunku do Dubaju, a kosztował nas ponad dwa razy więcej niż najdroższy nocleg w Gruzji. Z Sharjah do Dubaju jest ok. 20 km i można dostać się busem w ok. 30-40 min. Cały kolejny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Dubaju, który przywitał nas 34 stopniowym upałem. W Dubaju wszystko jest NAJ – najwyższy na świecie budynek (Burj Kalifa), największe pod względem powierzchni centrum handlowe na świecie (Dubai Mall), największe na świecie lotnisko pod względem liczby pasażerów w ruchu międzynarodowym i pewnie jeszcze wiele innych. Całość zrobiła na mnie imponujące wrażenie. Najbardziej niesamowite jest to, że po krótkiej zadyszce związanej z kryzysem finansowym, ponownie co kilka kroków trwa budowa nowych wieżowców.

Z informacji praktycznych odradzam zwiedzanie Dubaju w czwartek. Piątek jest u nich dniem wolnym więc czwartkowe popołudnie jeśli chodzi o komunikacje można porównać do tego co się dzieje w piątek po południu w Warszawie. Są dwie linie metra, ale nie wszędzie da się nimi dojechać więc sporo czasu straciliśmy stojąc w korkach. Pierwszy raz spotkałem się z kolejką na ponad półgodziny przy wyjściu z centrum handlowego w celu wzięcia taksówki! Miasto jest bardzo nieprzyjazne jeśli chodzi o zwiedzanie pieszo ze względu na duże odległości oraz nieprzystosowaną infrastrukturę. Pozostaje więc głównie wspomniane metro oraz taksówki. Są jeszcze klimatyzowane z autobusy, na które można czekać w zamkniętych i klimatyzowanych (!) przystankach, ale siatka połączeń jest stosunkowo uboga i przynajmniej w czwartkowych godzinach szczytu czasy przejazdów znacznie odbiegają od deklarowanych według rozkładu.

Dubaj jest chyba najbardziej różnorodnym kulturowo miastem na świecie. Arabowie stanowią obecnie już mniejszość na ulicach czy w centrach handlowych. Przeważa ludność pochodząca z innych krajów azjatyckich wykonująca głównie niskopłatne zawody, pracownicy z Europy zatrudnieni na stanowiskach kierowniczych oraz oczywiście liczni turyści z całego świata. Można było zapomnieć, że jest się w teoretycznie dość konserwatywnym kraju arabskim bo mimo plakatów z prośbą o zachowanie odpowiedniego ubioru, w centrach handlowych więcej widywało się kobiet w szortach i koszulkach na ramiączka niż w burkach.

Z jednego z najbogatszych miast świata polecieliśmy do jednego z biedniejszych i dodatkowo ostatnio dotkniętego przez tragiczne trzęsienie ziemi – Kathmandu.

Image, Image, Image, Image, Image, Image

Nepal (31.10 - 16.11)

Przelot z Dubaju do Kathmandu przenosi nas do zupełnie innego świata. Nepal ma ciągłe problemy z zaopatrzeniem w paliwo i gaz, a ostatnio ze względu na konflikt z Indiami sytuacja na tyle się pogorszyła, że zaczęła dotykać nie tylko lokalną ludność ale także turystów. Ceny transportu prywatnego wzrosły w stosunku do danych z naszego przewodnika z 2012 r. około trzykrotnie, ponieważ kierowcy muszą kupować paliwo na czarnym rynku albo stać w wielogodzinnych kolejkach do wybranych stacji benzynowych, na których pojawia się od czasu do czasu paliwo i które pilnowane są przez wojsko żeby uniknąć rozruchów. Drogie paliwo przekłada się na ceny wszystkich innych produktów, a problemy z gazem powodują wzrost kosztów wyżywienia oraz problemy z dostępnością ciepłej wody. Sumarycznie koszty podróżowania po Nepalu znacząco wzrosły w ostatnim czasie i nie jest już tak tanio jak kiedyś. Próbowałem zagadać miejscowych o przyczyny tego kryzysu i kiedy sytuacja się poprawi, ale udało mi się tylko dowiedzieć, że konflikt ma podłoże polityczne, a jak w grę wchodzi polityka to nie wiadomo kiedy i czy się dogadają…

Ze względu na ostatnie trzęsienie ziemi zmieniliśmy plany odnośnie trasy trekkingu. Planowaliśmy trekking w dolinie Langtang, niestety obszar ten został najbardziej zniszczony i trekking w tym rejonie przynajmniej na jakiś czas stał się niemożliwy. Finalnie wybraliśmy więc trasę do Annapurna Base Camp (ABC), rozpoczynającą się godzinę drogi busem od Pokhary (miasta ok. 200km na zachód od Kathmandu).

Najpierw spędziliśmy jednak dwa dni w Kathmandu. W Kathmandu skutki trzęsienia ziemi widać głównie na centralnym placu Durbar, gdzie kilka kilkuset letnich budynków uległo zawaleniu bądź znacznym uszkodzeniom, poza tym w mieście nie widać większych zniszczeń i życie toczy się normalnie. Mieszkaliśmy na obrzeżach Thamelu czyli turystycznej dzielnicy w centrum Kathmandu pełnej agencji turystycznych, kantorów, sklepów z podróbkami sprzętu turystycznego itp. Samo miasto jest brudne i zatłoczone ale da się znaleźć kilka klimatycznych miejsc. Najprzyjemniej było na dachu naszego hotelu, który jak większość dachów w mieście jest wykorzystywany jako taras i z którego rozpościerał się ładny widok na miasto oraz okoliczne góry z dala od zgiełku ulicy :)

Podróż z Kathmandu do Pokhary zaczęła się od spędzenia dwóch godzin w autobusie, który stał w kolejce do stacji benzynowej w Kathmandu. Sama podróż dzięki kryzysowi paliwowemu, a co za tym idzie mniejszemu ruchowi, trwała za to podobno szybciej niż zwykle i już po kolejnych 6 godzinach (czyli łącznie 8 godzinach) dojechaliśmy do oddalonej o ok. 200 km. Pokhary.

Z Pokhary przy dobrej pogodzie roztacza się panorama pasma górskiego z Annapurną na czele. Większość osób traktuje Pokharę wyłącznie jako bazę do rozpoczęcia trekkingu, natomiast dla nas sama miejscowość, położona nad ładnym jeziorem i z większą ilością zieleni była miłą odskocznią od zatłoczonego Kathmandu. W Pokharze znajduje się mnóstwo agencji oferujących zorganizowane trekkingi z przewodnikiem oraz tragarzami. Jak dla mnie każda osoba w średniej formie fizycznej jest w stanie iść ze swoimi rzeczami na kilka dni, w szczególności że śpi się w schroniskach więc nie trzeba brać namiotu, a na szlaku naprawdę trudno się zgubić bo jest dość dobrze oznaczony i co chwile spotyka się innych turystów bądź miejscowych, których jakby co można zapytać o drogę.

Trekking rozpoczęliśmy z miejscowości Nayapol położonej około godziny jazdy samochodem od Pokhary. Zdecydowaliśmy się na trochę dłuższą wersje trasy (najkrótszą trasą można wejść do ABC i zejść w 7 dni). W górach ku mojemu zaskoczeniu oprócz turystów zagranicznych oraz ludności lokalnej zamieszkującej w górskich wioskach spotykaliśmy sporo turystów krajowych z Kathmandu oraz innych części Nepalu. Większość z takich spotkań kończyło się standardowym zestawem pytań czyli skąd i dokąd idziemy oraz skąd jesteśmy. W ten sposób dowiedzieliśmy się z kim obecnie kojarzy się Polska na świecie, a przynajmniej w Nepalu. Kiedyś kojarzoną Polskę na świecie z Wałęsą czy z naszym papieżem, a obecnie na odpowiedź „Poland” słyszeliśmy „Lewandowski!” :)

Infrastruktura w górach przekroczyła moje oczekiwania. Średnio co jakieś dwie godziny marszu znajdowały się schroniska, w których można było przenocować w prywatnych pokojach, zjeść a za dodatkową opłatą wziąć nawet gorący prysznic. Standard pokoi oczywiście był dość spartański ale i tak było to więcej niż się spodziewałem. Do niżej położonych schronisk zaopatrzenie jest dowożone samochodami terenowymi a następnie na grzbietach koni, natomiast wyżej pozostają już jedynie plecy tragarzy. Tym bardziej niesamowite jest, że nawet w schronisku w ABC na wysokości 4.200 m. n.p.m. można było kupić piwo, które ktoś musiał nieść na plecach minimum 3 dni z dołu! Inna sprawa że kosztowało ok. 35 zł ale niektórzy mimo to nie odmawiali sobie tej przyjemności.

Widoki zarówno po drodze do ABC jak i z samego ABC są niesamowite. Zdjęcia nie oddają niestety potęgi i piękna otaczających szczytów. Powyżej 3.000 m. n.p.m. noce zrobiły się naprawdę zimne więc trochę wymarzliśmy ale było warto! Schodząc nie można ominąć miejscowości Jhindu Danda, obok której znajdują się gorące źródła. Nie dość, że jest to idealna kuracja na zmęczone trekkingiem mięśnie to jeszcze położenie źródeł na brzegu rwącego górskiego potoku jest fantastyczne. Ostatnie dwa dni schodziliśmy mniej turystyczną trasą, biegnącą przez miejscowości, w których ludność nadal utrzymuje się głównie z rolnictwa, a nie z turystów. Dzięki temu mogliśmy podejrzeć jak wygląda codzienne życie mieszkańców tego regionu.

Koniec naszego trekkingu zbiegł się w czasie z początkiem 4 dniowego festiwalu (drugiego najważniejszego w Nepalu). Wieczorem wszyscy rozświetlali swoje domy świeczkami bądź lampkami, a w ciągu dnia odbywało się wiele atrakcji (tańce, śpiewy czy nawet lokalny turniej siatkówki). Co kilkaset metrów z okazji festiwalu dzieci z okolicznych domów robiły blokadę. Tańczyły, śpiewały i nie chciałby przepuścić jeżeli nie dało im się drobnych pieniędzy lub słodyczy. Występy były urocze tylko z czasem zaczęły nam się kończyć słodycze i drobne pieniądze. Nepalczycy byli przygotowani i mieli przy sobie zapas banknotów po 5 rupii (ok. 20 groszy), które wystarczały na przepuszczenie przez blokadę. W taki o to sposób pozbawieni wszystkich drobnych pieniędzy oraz batoników, które zostały nam z trekkingu zeszliśmy do głównej drogi, z której złapaliśmy transport z powrotem do Pokhary.

Po powrocie do Pokhary spędziliśmy dwa dni głównie na odpoczynku i odrabianiu zaległości związanych z brakiem dostępu do internetu przez 10 dni. Z Pokhary ponownie pokonaliśmy 8 godzinną trasę autobusem do Kathmandu, w którym spędziliśmy ostatnie dwie noce przed wylotem do Wietnamu. Zdążyliśmy w tym czasie wybrać się do Bhaktapur będącego kiedyś stolicą Nepalu, w którym znajduje się wiele dobrze zachowanych historycznych budynków oraz świątyń. W Bhaktapur jest też znacznie mniejszy ruch niż w Kathmandu więc dużo przyjemniej można zwiedzać miasto pieszo (można się nawet obyć bez maseczki na twarz, która w Kathmandu jest zdecydowanie wskazana). Miasto ucierpiało niestety dość mocno w wyniku ostatniego trzęsienia ziemi. Obecnie trwają prace koordynowane przez UNESCO, które mają na celu odtworzenie zniszczonych budowli.

Na koniec naszego pobytu w Nepalu postanowiliśmy odesłać paczkę do Polski z rzeczami, które braliśmy głównie z myślą o trekkingu w górach i które nie będą nam potrzebne przez najbliższe miesiące w Azji Południowo – Wschodniej. Wbrew pozorom jest to skomplikowana operacja. Można skorzystać z jednej z wielu agencji w Thamelu ale po przeczytaniu licznych relacji osób, których paczki albo w ogóle nie dotarły albo dotarły ale niekompletne, postanowiliśmy że najpewniej będzie pójść samemu na pocztę i wszystkiego dopilnować. Paczki międzynarodowe przyjmuje tylko specjalny oddział poczty umiejscowiony obok poczty głównej. Zaraz po tym jak dotarliśmy na miejsce zaczepił nas miejscowy i zaczął nas prowadzić przez kolejne kroki związane z nadaniem paczki. Wiadomo było od początku, że nie robi tego bezinteresownie i na koniec będzie chciał napiwek, ale jego pomoc była warta tych 4 zł, które mu zostawiliśmy. Dzięki niemu załatwiliśmy sprawę mniej więcej w 2 godziny, a mogło to trwać znacznie dłużej. Dla zainteresowanych wysyłką paczki do Polski z Nepalu poniżej zamieszczam krótki opis procesu (pomiędzy każdym punktem trzeba swoje odczekać) :)

1. Upakowanie wszystkich rzeczy do kartonu, który można załatwić na miejscu.
2. Wypełnienie dwóch druków z podobnym zestawem danych (szczegółowa zawartość paczki, dane adresata i nadawcy itp.). Formularze są tylko po nepalsku ale krąży jeden egzemplarz przetłumaczony na angielski więc na jego podstawie da radę uzupełnić odpowiednie rubryki.
3. Kontrola celna całej zawartości paczki i wyliczenie przez nich jakiejś opłaty celnej. Nie do końca wiem na jakiej podstawie jest ona określana, ale w naszym przypadku wyszło ok. 20 zł.
4. Zaklejenie pudła przez celnika.
5. Włożenie pudła w worek i zaszycie go przez osoby w tym wyspecjalizowane.
6. Przybicie na szwach stempli z wosku przez kolejną osobę.
7. Wpisanie danych adresata i nadawcy markerem na worku.
8. Zważenie paczki przez pracowników poczty i wyliczenie kwoty do zapłaty, u nas wyszło ok. 220 zł za prawie 8 kg wysyłane pocztą lotniczą (można wysłać drogą lądowo-morską i jest wtedy taniej, ale paczka dochodzi po około 3 miesiącach jeżeli w ogóle dochodzi bo często gdzieś giną po drodze).
9. Po zapłaceniu i podbiciu odpowiednich kwitów dostaliśmy potwierdzenie nadania z numerem przesyłki, po którym teoretycznie można śledzić przesyłkę w systemie poczty.
10. Na koniec trzeba jeszcze zapłacić „przewodnikowi” przez meandry nepalskiej poczty oraz osobom zszywającym oraz stemplującym paczki – w obu przypadkach kosztowało nas to 100 Rs. (ok. 4 zł).

System śledzenia przesyłek oczywiście nie działał, ale ku mojemu pewnemu zdziwieniu po około dwóch tygodnia paczka w nienaruszonym stanie dotarła do Warszawy! :)

Po nadaniu paczki mogliśmy sami udać się na lotnisko i wyruszyć przez Kuala Lumpur do Hanoi. Jak się okazało to też nie było takie proste zadanie, ale o tym już przy okazji kolejnego wpisu.

Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image

Ze względu na limit znaków relacje zostanie podzielona na części. Poniżej linki do kolejnych części:
http://przemek-czichon.fly4free.pl/blog ... 2-wietnam/

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Offline
#2 PostWysłany: 03 Sty 2016 17:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2015
Posty: 2
Ze względu na limit znaków musiałem podzielić opis na części. Pierwsza część dostępna jest tutaj: http://przemek-czichon.fly4free.pl/blog ... baj-nepal/

Wietnam (17.11 – 14.12)
cz. 1 (Hanoi – Halong Bay – Ninh Binh)

Podróż do Wietnamu o mało co nie rozpoczęliśmy od spóźnienia się na samolot. Z Kathmandu do Hanoi lecieliśmy przez Kuala Lumpur. Oba loty były realizowane przez Air Asia, ale bilety kupowaliśmy oddzielnie więc w Kathmandu nie mogliśmy odprawić się od razu do Hanoi. Według rozkładu mieliśmy ponad 2 godziny na przesiadkę w KL więc wyglądało że spokojnie zdążymy. Ze względu na kryzys paliwowy w Nepalu nasz samolot do KL miał jednak jeszcze międzylądowanie w Kalkucie na tankowanie bo w Kathmandu nie mógł zatankować. Ostatecznie wysiadając z samolotu w KL mieliśmy 55 min. do odlotu naszego samolotu do Hanoi więc teoretycznie odprawa była już zamknięta (Air Asia na lotach międzynarodowych zamyka check-in 60 min. przed odlotem), a musieliśmy jeszcze przejść spory kawałek, kontrolę paszportową, odebrać nasz bagaż, przejść z przylotów na odloty i dotrzeć do stanowisk odprawy. Wszystko powyższe zrobiliśmy w biegu w 15 min. więc dodarliśmy do stanowisk odprawy ok. 40 min. przed odlotem, żeby usłyszeć od obsługi że odprawa jest już zamknięta i musimy sobie zmienić bilety na kolejny dzień co wiązałoby się ze sporymi dodatkowymi kosztami i popsuło nasze plany. 5 minut marudzenia i kilka telefonów później dostali jednak zgodę żeby nas odprawić na ten lot :) Nam udało się dotrzeć do samolotu na czas ale bagaże były wolniejsze więc cały samolot miał opóźnienie bo czekali na załadowanie naszych bagaży. Ostatecznie razem z naszymi bagażami odlecieliśmy do Hanoi ale na przyszłość mam nauczkę żeby jednak planować trochę dłuższe czasy na przesiadkę :)

Już pierwszego dnia w Hanoi dwa razy spotkałem się ze zjawiskiem opisywanym przez wiele osób odwiedzających Wietnam, a mianowicie z naciąganiem turystów na czym się da. Jak się później okazało istnieje prosta zależność, im bardziej turystyczne miejsce tym bardziej turysta postrzegany jest jako źródło dolarów, z którego należy wyciągnąć ile się da w dowolny sposób. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w miejscach gdzie rzadziej zaglądają turyści, ale o tym później. Sposoby na wyciągniecie dodatkowych dolarów są bardzo różne od bardzo prymitywnych polegających na tym że wydają za mało reszty, a jak im się zwróci uwagę to udają że się pomylili (dziwnie, że nigdy się nie mylą na swoją niekorzyść ;)), poprzez kantowanie na przeliczniku dolarów na wietnamskie dongi (wszystkie ceny hoteli są w USD i dopiero przy płaceniu przeliczają na dongi), czy doliczanie dodatkowych rzeczy do rachunku (np. policzenie wypożyczenia skutera za 1,5 dnia podczas gdy wypożyczyliśmy na 1 dzień), do rzucania wielokrotnie zawyżonych cen dla turystów za różnego rodzaju usługi bądź produkty. W ostatniej technice zwycięzcą został naprawiacz klapków w Hanoi. Podczas spaceru ulicą złapał mnie za nogę pokazując że rozkleja mi się klapek, co rzeczywiście było prawdą. Praktycznie zanim zdążyłem zareagować ściągnął mi go z nogi i zaczął sklejać. Planowałem sam kupić klej i to zrobić ale pomyślałem, że dam mu zarobić więc nie protestowałem. Jak chciał się zabrać za drugi klapek dopiero spytałem ile za to będzie chciał, a on z kamienną twarzą odpowiedział 350 tys. dongów czyli prawie 70 zł! Na początku myślałem, że może się przesłyszałem albo że żartuje ale okazało się, że on tak całkiem poważnie. W tym momencie trochę się we mnie zagotowało bo jak słyszę cenę dwukrotnie zawyżoną to mam jeszcze ochotę się targować albo przy niewielkich kwotach macham ręką i płacę, ale jak ktoś rzuca cenę totalnie z kosmosu to mnie denerwuje. Zabrałem mu drugiego klapka i powiedziałem, że mogę dać 10 tys., dość szybko zszedł ze swoją wyceną do 50 tys. ale w końcu wziął 10 tys. i mrucząc coś pod nosem odszedł ale niesmak pozostał.

Negocjacje z nimi są też trudne… Pani chce sprzedać nam jakieś placki na plaży i chce 20 tys. za jeden. Trochę drogo więc mówię że mogę wziąć dwa za 20 tys., na co pada odpowiedź, że dwa to kosztują 50 tys. Gdzie tu sens i logika to nie wiem ale jak już doszliśmy do porozumienia w sprawie ceny to jeszcze próbowała „przez przypadek” wydać za mało reszty więc widać, że miała w swoim repertuarze sporo zagrywek. :)

Z pozytywnych informacji dla turystów w Wietnamie możemy znaleźć bardzo dobry stosunek ceny do jakości hoteli (przynajmniej w niskim i średnim segmencie), za 15-20 USD można dostać ładny, czysty pokój dwuosobowy z łazienką, klimatyzacją i często jeszcze ze śniadaniem w cenie. Wynika to z dwóch kwestii, po pierwsze jest bardzo duża konkurencja, a po drugie hotele sporą część przychodów czerpią ze sprzedaży wycieczek, biletów itp. dla swoich gości. Podobno czasem jak orientują się, że nie zarobią nic dodatkowo na gościach to stają się nieprzyjemni, ale my tego nie doświadczyliśmy mimo że rzadko korzystaliśmy z dodatkowych usług.

W Hanoi spędziliśmy dwa dni zwiedzając podstawowe atrakcje turystyczne po czym chcieliśmy udać się do Halong Bay czyli najbardziej znanej atrakcji turystycznej Wietnamu. W hotelu oczywiście chcieli nam sprzedać cały pakiet czyli przejazd z Hanoi, rejs łódką i noclegi na łódce bądź na wyspie Cat Ba położonej na zatoce, ale my mieliśmy inny plan. Zarezerwowaliśmy sami cztery noclegi na Cat Ba, a z Hanoi wykupiliśmy tylko transfer do Cat Ba połączony z kilkugodzinnym rejsem po Halong Bay. Na samej wyspie Cat Ba jest kilka miejsc wartych zobaczenia, kilka małych ale ładnych plaż oraz można zorganizować sobie kolejny rejs po mniej turystycznej, a równie pięknej części zatoki (ruch na wyspie jest mały więc spokojnie można poruszać się wypożyczonym skuterem). Halong Bay zasłużenie znajduje się w większości zestawień miejsc, które należy zobaczyć przed śmiercią. Rejs pomiędzy setkami skał wystającymi prosto z morza jest magiczny w szczególności o zachodzie słońca. Transport powrotny na ląd można bez problemu zorganizować na miejscu (zarówno do Hanoi jak i bezpośrednio do Ninh Binh, które było naszym kolejnym przystankiem).

Okolice Ninh Binh to trochę takie Halong Bay tylko na lądzie. Mnóstwo skał pionowo wyrastających z pól ryżowych i rzeki wijące się pomiędzy nimi bądź przepływające przez wydrążone w skałach jaskinie. Miejsc, w których można wynająć łódkę wiosłową (razem z wioślarzem) i z tej perspektywy podziwiać krajobraz jest kilka. Byliśmy w dwóch, najpopularniejszym (Tam Coc) oraz trochę mniej rozreklamowanym (Trang An). Jeżeli ktoś będzie się wybierał w te okolice i miał czas tylko na jedno miejsce to zdecydowanie należy wybrać Trang An. Trasa łódki prowadzi przez dziewięć jaskiń z których najdłuższa ma ponad 300 m. i robią niesamowite wrażenie. Przy okazji wynajęcie łódki w Trang An jest trochę tańsze niż w Tam Coc :)

W pobliżu Trang An znajduje się jeszcze jedno miejsce, które łatwo można ominąć bo nie jest bardzo znane, a warto je odwiedzić. Jest to kompleks buddyjskich świątyń Bain Dinh. Cały kompleks został ukończony całkiem niedawno bo budowa została rozpoczęta w 2003 roku, a otwarcie miało miejsce w 2010 r. Nie są to więc obiekt zabytkowy, ale skala projektu (cały kompleks zajmuje obszar 700 ha)! oraz jakość wykonania powoduje, że warto odwiedzić to miejsce. Patrząc na infrastrukturę wokół oraz według przewodnika bywa tam tłoczno ze względu na tłumy Wietnamczyków odwiedzających to miejsce, ale jak przyjedzie się późnym popołudniem to przynajmniej podczas naszego pobytu było prawie pusto.

Nie opisuję raczej konkretnych miejsc noclegowych ale dla Nguyen Shack (http://www.nguyenshack.com/ninhbinh/), położonego kilka kilometrów od Ninh Binh w stronę Tam Coc zrobię wyjątek. Niesamowita lokalizacja, miła atmosfera, dbałość o szczegóły, pyszne i obfite śniadanie, darmowe wypożyczanie rowerów i można by jeszcze długo wymieniać :) Właściciele obiektu dodatkowo w ramach działalności charytatywnej organizują darmowe lekcje angielskiego dla lokalnych dzieciaków, w których można wziąć udział i poopowiadać po angielsku o swoim kraju.

Z ciekawostek przy okazji pobytu w Nguyen Shack dowiedzieliśmy się dlaczego w Wietnamie na każdym kroku coś nazywa się „Nguyen”. Okazało się, że jest to najpopularniejsze nazwisko w Wietnamie, które posiada ok. 40% (!) społeczeństwa, czyli prawie co drugi Wietnamczyk to Nguyen! :)
Opis dalszej części naszej podróży z północy na południe przez Wietnam w kolejnej części.

Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image

cz. 2 (Hue – Hoi An – Quy Nhon - Nha Trang – Mui Ne – HCMC)

Z Ninh Binh wyruszyliśmy dalej na południe nocnym pociągiem do Hue. Jeśli chodzi o transport w Wietnamie to sprawa jest dość prosta bo ze względu na kształt Wietnamu prawie wszyscy podróżują z północy na południe albo w drugą stronę zbliżoną trasą. Hanoi z Ho Chi Minh City łączy linia kolejowa którą można dotrzeć do większości atrakcyjnych miejsc położonych wzdłuż wschodniego wybrzeża, a dodatkowo pomiędzy turystycznymi miejscami kursuje mnóstwo komfortowych autobusów, włącznie z nocnymi sleeping busami, w których fotele umiejscowione są na dwóch poziomach i rozkładają się prawie na płasko, chociaż wygodnie spać na nich mogą wyłącznie osoby o wzroście zbliżonym do większości Wietnamczyków. :) Sytuacja zaczyna się trochę komplikować jak się zboczy z głównego szlaku turystycznego o czym przekonaliśmy się w Quy Nhon.

Hue było stolicą Wietnamu do 1945 r. i siedzibą, jakby mogło być inaczej, dynastii Nguyenów :) Niestety miasto bardzo ucierpiało podczas wojny wietnamskiej ponieważ znajdowało się w pobliżu linii demarkacyjnej. Obecnie cały czas trwają na miejscu prace rekonstruktorskie. Budynki, które ocalały oraz udało się już zrekonstruować na pewno są warte zobaczenia, chociaż jakoś bardzo mnie nie zachwyciły (możliwe jednak, że miała na to wpływ pogoda ponieważ przez dwa dni pobytu w Hue prawie cały czas lało…).

Hoi An położone kolejne kilka godzin drogi autobusem na południe jest uważane przez wielu za drugą po Halong Bay największą atrakcje Wietnamu ale jak dla mnie trochę na wyrost. Historyczne centrum Hoi An, które stanowi główną atrakcje turystyczną to raptem kilka uliczek, które rzeczywiście są ładne, ale niestety jednocześnie bardzo zatłoczone. Według mnie Hoi An staje się powoli ofiarą własnej popularności bo ciężko zachować charakter i urok małego portowego miasteczka, kiedy bo jego ulicach przewalają się tłumy turystów z całego świata. Sytuacje Hoi An ratuje jego położenie w pobliżu morza z ładnymi plażami, przy czym fragment plaży położony najbliżej miejscowości jest bardzo zatłoczony i przez to mało ciekawy. Proponuje wypożyczyć sobie skuter i wyruszyć wzdłuż wybrzeża na północ w stronę Danangu. Po obu stronach drogi ciągną się zagrodzone luksusowe resorty jednak kilka kilometrów przed centrum Danangu znaleźliśmy miejsce gdzie można było bez problemu podjechać pod samą plaże i zostawić skuter. Po przejściu się kawałek plażą okazało się, że większość resortów świeci pustkami, a dysponują piękną szeroką plażą więc nikt nie robił problemów jak się rozłożyliśmy na hamakach rozwieszonych pomiędzy palmami na plaży przed resortem. Leżeliśmy w cieniu palm, na plaży po horyzont oprócz jednej rodziny Chińczyków nie było nikogo i było pięknie :)

Z Hoi An wyruszyliśmy do najmniej turystycznego z miejsc na naszej trasie podróży przez Wietnam, a mianowicie Quy Nhon. Transport z Hoi An do Quy Nhon można jeszcze łatwo zorganizować bo znajduje się na trasie do popularnego Nha Trang więc praktycznie w każdej agencji można było kupić bilet na autobus turystyczny, który wyrzucił nas po drodze. Sam fakt, że byliśmy jedynymi osobami z autobusu wysiadającymi w tym miejscu był już jakimś sygnałem. Następnie przez 3 dni w Quy Nhon spotkanych turystów mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki. Dzięki temu miasto zachowało swój autentyczny charakter a nie jest wytworem dla zagranicznych turystów. W mieście jest trochę hoteli ale nastawionych na krajowych turystów. Mieszkańcy wieczorami wychodzą na promenadę, grają w piłkę, bawią się oraz przesiadują na plastikowych krzesełkach z widokiem na morze popijając sok z trzciny cukrowej. Dzięki temu mimo problemów z komunikacją po angielsku wszyscy byli dla nas mili i nie zamierzali nam jednocześnie niczego sprzedać. :) Wszystko to miało swój niepowtarzalny urok. Dodatkowo plaża w Quy Nhon jest całkiem ładna więc plażowicze też znajdą tu coś dla siebie. Jednego dnia wypożyczyliśmy skuter i pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża na południe. Naszym celem była jedna z plaż opisywana w przewodniku, która okazał się mocno średnia ale po drodze trochę przez przypadek trafiliśmy do cudownej zatoczki (miejsce znajduje się to ok. 10 km na południe od Quy Nhon, należy się kierować na miejscowość rybacką Bai Xep, a najłatwiej wypatrywać drogowskazu do jednego z guesthousów znajdującego się przy plaży – Haven Vietnam). Widok na plażę, zatokę i otaczające ją skały jest pocztówkowy.

Z Quy Nhon chcieliśmy przejechać do Nha Trang i okazało się, że są pewne wady poruszania się poza głównym szlakiem turystycznym, bo nie było możliwości zorganizowania biletów na autobus turystyczny i pozostał lokalny minibus, który delikatnie mówiąc nie był za bardzo komfortowy, a 220 km pokonywał przez 6 godzin. Lekko zmęczeni podróżą, a ja dodatkowo z pierwszym poważnym zatruciem podczas wyjazdu dotarliśmy do Nha Trang. Wszyscy mówili nam, że nadmorskie miejscowości na południu Wietnamu, a w szczególności Nha Trang, wyjątkowo upodobali sobie Rosjanie ale nie spodziewaliśmy się czegoś takiego. Ilość turystów zza naszej wschodniej granicy przerosła nasze przypuszczenia. Obecnie Nha Trang bardziej wygląda na jakąś rosyjską enklawę w Wietnamie niż wietnamskie miasto. Rosjanie tam przyjeżdżający oczekują, że każdy powinien znać rosyjski i do wszystkich Wietnamczyków zwracają się po rosyjsku nie pytając się nawet wcześniej czy mówią w tym języku. Wszędzie znajdują się więc napisy po rosyjsku, miejscowi pracujący w lokalach dla turystów nauczyli się mówić po rosyjsku i nawet pootwierały się rosyjskie sieciowe sklepy spożywcze żeby Rosjanie czuli się jak u siebie w domu, nie mówiąc o licznych pracownikach z Rosji, którzy zajmują się obsługą całego tego cyrku… Całość sprawia wrażenie trochę śmieszne, a trochę tragiczne biorąc niestety pod uwagę jak wygląda i spędza czas na wakacjach typowy rosyjski turysta (nie lubię generalizować ale tam nie wyglądało to dobrze). Pomijając wszystko powyższe sama plaża oraz promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża z dużą ilością palm i innej zieleni jest mocno zurbanizowana ale ładna i zadbana. :)

Po odświeżeniu naszej znajomości rosyjskiego, wyruszyliśmy do ostatniej nadmorskiej miejscowości na naszej trasie w Wietnamie – Mui Ne. Jeszcze jakiś czas temu była tu pusta szeroka plaża zacieniona palmami i mała wioska rybacka. Obecnie niestety na plaży znajduje się jeden resort obok drugiego, które pogrodziły sobie część plaży oraz dostęp do niej od stron ulicy. W efekcie samo wejście na plaże wcale nie było prostym zadaniem. W końcu znaleźliśmy wąskie publicznie dostępne przejście pomiędzy dwoma resortami. Plaża od stronu resortów jest zajęta tylko częściowo więc jak się już na nią dostanie to na szczęście można sobie nią spacerować na całej długości. Dla osób chcących przyjechać na tydzień do resortu na wakacje może być to fajne miejsce, ale mi niezbyt przypadło do gustu.

Z Mui Ne przejechaliśmy do HCMC czyli Ho Chi Minh City, czyli dawnego Sajgonu. :) O dziwo, mimo że oficjalnie nazwa uległa zmianie już w 1976 r. nawet Wietnamczycy cały czas używają często nazwy Saigon i nadal sprzedawane jest piwo o nazwie Saigon. Swoją drogą w Wietnamie mają zwyczaj nazywania piw od nazw miast a więc jest piwo Hanoi, Saigon czy nawet Quy Nhon :) Wracając do HCMC to mieliśmy hotel na głównej uliczce imprezowo-turystycznej i mimo, że np. Khao San Road w Bangkoku zupełnie mnie nie przekonuje to jej odpowiednik w HCMC całkiem mi się podobał. Może dlatego, że oprócz klubów i miejsc nastawionych wyłącznie na turystów znajdowały się tu także małe knajpki, w których oprócz turystów przesiadywali Wietnamczycy i całość miała bardziej kameralny, lokalny charakter. Po zwiedzeniu HCMC wyruszyliśmy kolejnym autobusem w kierunku granicy z Kambodżą a następnie do Phnom Pehn.

Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group