Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ] 
Autor Wiadomość
Offline
 Temat postu: Laos - Poza czasem
#1 PostWysłany: 07 Mar 2015 04:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2015
Posty: 145
Loty: 69
Kilometry: 121 425
Krajów: 22 / 10.3%
Pomysł na wyjazd do Laosu zrodził się nagle i niespodziewanie, jak chyba każda z naszych wcześniejszych podróży. Wzmianka w książce, jakieś zdjęcie gdzieś w internecie, wpis na blogu... Wiedzieliśmy, że na nasze jedyne dłuższe w tym roku wakacje wybierzemy się jak zawsze do Azji. Załatwianie urlopu, kupienie biletów linii Emirates (z dłuższym, dającym szansę zwiedzić troszkę Dubaj layoverem) do Bangkoku - no i zostało tylko zaplanować podróż. Laos nie pozwalał o sobie zapomnieć. Wkradał się do głowy w najmniej oczekiwanych momentach. Czekał...
Z danych nam 25 dni, 7 postanowiliśmy spędzić w Laosie. Teraz już wiem, że to za krótko. Wiem też, że do Laosu musimy wrócić, szybko, jak najszybciej. Po serce, które tam zostało...
Ale od początku: 18 godzin w autobusie z Chiang Rai w Tajlandii do Luang Prabang. Bezpośrednie połączenie, które w teorii nie istnieje, którego nie ma w przewodnikach, któremu zaprzeczają internetowe fora - a jest, codziennie, z położonego na uboczu nowego dworca w Chiang Rai. Wystarczy tam iść i zapytać! Dwugodzinny postój na przejściu granicznym w Huay Xai, gdzie nikt się nie spieszy.... Zaczynamy rozumieć, czemu Lao PDR (Lao People's Democratic Republic) jest powszechnie tłumaczone jako Lao - Please Don't Rush. Wjazd do Laosu z kolorowej, krzykliwej, nowoczesnej Tajlandii jest jak zgaszenie światła, wejście przez szafę do Narnii, nagły przeskok w czasie. Cisza. Natura. Chatki z liści palmowych i stadko kur. Przedwieczorne gotowanie posiłku na ognisku przy drodze. Cisza. Cisza. I jedno z najpiękniejszych pasm górskich, jakie w życiu widziałam.
Do Luang Prabang dotarliśmy przed 5 rano. Ciemno i zadziwiająco chłodno, głodni i wymęczeni bierzemy tuktuka do "centrum". Przezornie zabukowaliśmy wcześniej pokój w malutkim hotelu, a właściwie pensjonacie; docieramy tam i choć wiemy, że nasz pokój będzie czekał dopiero od 11, dzwonimy do drzwi. Mimo barbarzyńskiej pory i faktu, że właśnie obudziliśmy chłopaka z recepcji, jesteśmy przyjęci bardzo ciepło. Możemy zostawić plecaki, skorzystać z łazienki, odpocząć. Jeszcze chwilę temu marzyłam o drzemce, choćby i na krześle, ale nie, świadomość że już tu jestem, TU!, że Luang Prabang jest na wyciągnięcie ręki spędza mi z powiek jakąkolwiek chęć snu. Nie ma na co czekać, idziemy!
Miasto zaczyna budzić się na naszych oczach. A my otwieramy te oczy coraz szerzej, nie wierząc w to, co widzimy. Piękno, które wręcz dusi. Znowu ta wszechogarniająca cisza, ten spokój, i ta atmosfera, nieporównywalna do niczego, co znamy. To Luang Prabang.
Image

Image

Image

Spędzamy dobre dwie godziny spacerując między świątyniami, zaglądając w zakamarki, zakochując się coraz bardziej. I kiedy już myślę, że nie da się już tego miejsca bardziej pokochać, że straciłam głowę bez reszty, że dziękuję-bardzo-tu-jest-moje-miejsce-na-ziemi, nagle docieramy nad Mekong. Nadal jeszcze otulony gęstą poranną mgłą, nadal bardziej go nie widać niż widać, ale i tak - nie możemy wykrztusić z siebie słowa. Nie ma takich słów, żeby opisać piękno, potęgę, magię tej rzeki. Będziemy do niej wracać, o różnych porach dnia, nienasyceni jej widokiem...
Tymczasem ciało bierze górę nad duchem, a burczące brzuchy przypominają, ze ostatni posiłek jedliśmy blisko dobę wcześniej. Znajdujemy małą knajpkę i rozgrzewamy żołądki gorącym, treściwym posiłkiem!

Image

Po zupie ciało zaczęło się wreszcie bezczelnie domagać snu - nie ma rady, wracamy do naszego pensjonatu na krótką drzemkę.
Budzimy się z niecierpliwością: wracać, wracać i chłonąć! Dzień już rozgorzał na dobre, tak jak słońce - a my widzimy Luang Prabang w pełnej krasie. I chociaż jest środek dnia, ulice pełne mieszkańców i turystów - to nadal jest tu ten spokój, to zupełnie niepodobne do azjatyckich miast spowolnienie życia, ten czas, który wydaje się płynąc bez początku i końca, oblepiać niczym miód i sprawiać, że nieważne, jaki jest dzień tygodnia i która godzina - liczy się tylko to co TU i TERAZ.

Image

Image

Image

Chodzimy tak zupełnie bez celu, zapomniany i w zasadzie niepotrzebny przewodnik pozostaje zakopany w torbie: tu wszystko jest warte zobaczenia, a jak co się nazywa staje się zupełnie nieistotne. Za każdym rogiem czają się nowe piękności: kolejna świątynia, lokalny bazar z kolorowymi bakłażanami wielkości dwóch palców i nadzienymi na patyk polnymi szczurami, przepiękne kolonialne domy, bambusowy most na Nam Khan... kolejna knajpka, gdzie kelner gorąco zaprasza nas do środka, a w potoku słów słyszę to magiczne "laap" - prawdziwie laotańskie danie-sałatka z mięsa lub ryby posiekanej z ziołami i przyprawami. Pewnie, że chcemy!

Czas, mimo że inaczej i niezauważalnie - jednak płynie. Za chwilę zajdzie słońce, musimy wdrapać się na Phou Si! To niewysokie, stumetrowe wzgórze w centrum miasta gromadzi tłumy chcące zobaczyć, jak słońce znika za Mekongiem. Wdrapujemy się niecierpliwie po kilkuset schodach w kierunku świątyni na szczycie i.. jest! Znowu niewyobrażalnie piękny, ozłocony, majestatyczny Mekong.

Image

Wieczorem odwiedzamy Targ Nocny. I znowu - czy to nadal Azja? Niby targ, niby pamiątki, które w sumie pewnie można kupić wszędzie, ale znowu ten spokój, ta cisza, nikt nie namawia, nie wabi klienta, nie przymusza... Oglądamy towary na kolejnych stoiskach. Chcesz kupić? Świetnie - możesz nawet się trochę potargować. Nie chcesz? Nie musisz! Fantastyczna odmiana i oddech. Pełno lokalnego rękodzieła, ale i backpackerskich spodni do jogi, a między tym - wspaniałe, świeże koktajle z takiej mieszanki owoców, jaka ci się tylko zamarzy. Delikatne światełka nad każdym stoiskiem, szmer rozmów, okoliczne restauracje zapraszające na kolację... Jak to, to już 22? Niezauważalnie zapada noc.

Image

Następnego dnia budzimy się podekscytowani niczym dzieci przed Gwiazdką - dziś jedziemy zobaczyć wodospać Kuang Si, oddalony od Luang Prabang o niecałe 30 km. Po szybkim śniadaniu złożonym z legendarnych laotańskich bagietek - pozostałości po czasach francuskiego kolonializmu, ale z azjatyckim pazurkiem - wsiadamy do busa i jedziemy. Znowu po drodze przepiękne góry, pola ryżowe, wioseczki... I nagle: cel naszej wyprawy - Kuang Si.

Image

No tak, znowu przez dłuższą chwilę wydajemy z siebie tylko pomruki zachwytu, kilka zdjęć i oczywiście! trzeba wdrapać się na górę! Wybieramy ścieżkę po lewej stronie wodospadu, co okazuje się być dobrą decyzją, na górze spotykamy turystów umęczonych prawą stroną, podobno bardzo błotnistą, śliską i dość męczącą. Droga na górę wiedzie przez dżunglę, której panem jest jednak wodospad - co rusz natykamy się na większe i mniejsze strumyczki i jeziorka. Brodzimy niczym dzieci w krystalicznie czystej wodzie, śmiejąc się i piszcząc z radości. I nie jesteśmy jedyni! Każdy kto tu dociera zapomina o bożym świecie, liczy się tylko to co tu i teraz - to niezepsute piękno natury.

Image

Image

Image

Image

Schodzimy na dół wodospadu i nie możemy się powstrzymać przed wskoczeniem do tej wody koloru mleka. Spędzamy tu prawie godzinę i nie możemy się nacieszyć - te kolory, ta zimna, czysta woda...

Image

Image

Zanim wrócimy do Luang Prabang, czeka nas jeszcze jedna wizyta - u niedźwiedzi! U stóp wodospadu Kuang Si mieści się minirezerwat uratowanych z rąk kłusowników zwierząt. Główni bohaterowie całego zamieszania - wyjątkowo okazałe i urodziwe niedźwiedzie himalajskie wygrzewają się leniwie na słońcu albo kołyszą w swoich hamakach (!), podczas gdy my dowiadujemy się o tym, co im grozi i na jak okropny los skazują setki tych zwierząt kłusownicy. Warto tam iść i wesprzeć fundację, choćby kupując koszulkę czy inną pamiątkę.

Image

Image

Z powrotem w Luang Prabang, spędzamy późne popołudnie w legendarnej Utopii - barze z podestem wyścielonym materacami, zawieszonym nad rzeką Nam Khan. Wszędzie hamaki, poduchy, w tle reagge, w karcie świetne drinki... Czas mija niewytłumaczalnie. Jesteśmy tam chwilę i wieczność, czas na kolację, niemal siłą odrywamy się od zapraszających poduszek i idziemy w stronę Mekongu. Ciągle widzimy miejsca, gdzie natychmiast musimy iść, zobaczyć z bliska, przebiegamy przez chwiejny bambusowy most, wypijamy koktajl z mango i pitaji... W sumie nie wiemy, na co mamy ochotę, mijamy kilkanaście restauracji, knajpek i stoisk z jedzeniem, ale to ciągle nie to. Aż tu nagle... no tak, to musi być lokalne miejsce, nie ma tu żadnej karty po angielsku ani żadnych białych twarzy, jest za to szeroki ogródek rozciągnięty wprost nad Mekongiem, wielgachny stół zastawiony przeróżnymi warzywami, ziołami, mięsem, rybą... No i pachnie bardzo zachęcająco! Okazuje się, że knajpa serwuje tylko jedno danie - albo raczej możliwość dania. Za 60 000 kipów dostajemy konkretny aluminiowy "grill" z rynienką na rosół i garść rozżarzonych węgli na niewielkie, wtopione w stół palenisko. Zasada jest prosta: natłuść grill słoniną, rzuć na to wybrane mięso lub rybę, a do rynienki wlej rosół, w którym ugotujesz takie warzywa i makarony, jakie ci wyobraźnia podyktuje. A jak zjesz - powtórz czynności. I jeszcze raz. I jeszcze. To najprawdziwsze laotańskie "all you can eat", podlane obficie zimnym BeerLao!

Image

Najedzeni i szczęśliwi, zasypiamy. Jeszcze kawałek jutra będziemy w Luang Prabang. Jeszcze zdążymy zjeść bagietkę z awokado, pogłaskać przyjaznego psa z naszej ulicy, pozachwycać się porannym widokiem Mekongu.
Jeszcze chwilę - w południe ruszamy do Vang Vieng!

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group