| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Indie południowe indie-poludniowe,215,187515 | Strona 1 z 1 |
| Autor: | BorowikNaSurowo [ 15 Sty 2017 20:46 ] |
| Temat postu: | Indie południowe |
Przyszedł czas żebym opisał wyprawę do Indii. Trzeba przy tym wyraźnie zaznaczyć, że były to Indie Południowe. Ludzie kojarzą Indie z Taj Mahal, Waranasi, Gangesem czy rezydencjami maharadżów w Radżastanie. Ale to wszystko jest na Północy. My wybraliśmy mniej turystyczne południe. Może "wybraliśmy" to nie zbyt dobre słowo, bo jak zwykle zadecydowały ceny biletów lotniczych. Na różnych blogach czy stronach o tematyce podróżniczej możecie przeczytać jak ludzie, w pełen zachwytu sposób opisują jaka to niezwykła mieszkanka kultur, krajobrazów i kolorów itd. Ok, zgodzę się, ale dla mnie Indie to przede wszystkim syf, nieład, lepkie, brudne powietrze i... ten zapach. Powiedzieć, że tam śmierdzi to tak jakby powiedzieć o Stephenie Hawkingu, że jest trochę nieżwawy w tańcu. Delikatne kurwa niedopowiedzenie. Tam po prostu wszędzie JEBIE gównem. Ale za to jest zajebiście ![]() Od początku. Jak zwykle zadecydowały bilety. I jak zwykle, najpierw na spontanie zakup biletu a później zastanawianie się co dalej. Jakoś nigdy sobie nie planowałem wyprawy do Indii, a tu tak znienacka, pod wpływem impulsu, wyszło. No bo jak tu nie kupić biletów kiedy kosztują 990 zł? Zastanawiałem się na pewno nie dłużej niż 10 min. Na wyjazd udało mi się namówić Olę i Mirka. Oni również kupili bilety, ale były przesunięte względem moich o dwa dni. Dwa pierwsze dni musiałem podróżować samotnie. Umówiliśmy się, że pierwszy dzień spędzę w Bangalore, mieście nazywanym indyjską doliną krzemową, gdzie mój samolot lądował już nad ranem, następnego dnia pojadę do Mysore no i po nocy spędzonej tam odbiorę ich z dworca autobusowego w tym miejście. Wylot miałem z Brukseli. Aby się do niej dostać, znalazłem sobie tanie połączenie lotnicze z Berlina. Nie chcąc jednak ryzykować i lecieć na styk wybrałem samolot lecący wieczorem dnia poprzedzającego mój lot do Indii. Noc postanowiłem noc spędzić na lotnisku. Miałem już przyjemność spać kiedyś na brukselskim lotnisku i wiedziałem, że siedzenia tam nie mają podłokietników, dzięki czemu można rozłożyć się na kilku na raz i wygodnie spędzić noc. Jednak okazało się, że nie wychodząc z tej strefy dla osób odprawionych można się przespać na kanapie! No prawie jak w hotelu ![]() ![]() ![]() Już na ta tym lotnisku miałem pierwszy kontakt z Hindusem podczas tej wycieczki. Zagaił do mnie gdy siedzieliśmy koło siebie czekając na ten sam samolot. Standardowa gadka: skąd jestem, gdzie lecę itd. Ale piszę o tym, bo on jako pierwszy zadał mi to pytanie: "are you IT specialist?" Potem słyszałem te pytanie jeszcze parokrotnie rozmawiając z Hindusami. Nie "Czym się zajmujesz?" tylko kurwa "Czy jesteś informatykiem?" Potem był już samolot do Bangalore. Niestety już nie Dreamliner, ale też spoko. Tu już większość pasażerów to Hindusi. Co ciekawe, mimo że w ofercie filmów, które można sobie obejrzeć na pokładzie były naprawdę bardzo fajne filmy, same nowości z Hollywood to nikt tych filmów nie oglądał. Gdy popatrzyło się na zagłówki przed hinduskimi pasażerami to na każdym z nich leciało Bollywood. Oni to na prawdę kochają, a ja nie wiem jak przed takim czymś można wytrzymać chociażby 10 minut. Lądowanie. Schludne lotnisko, widać że nowe, indyjska muzyczka z głośników. Potem sprawy wizowe, ogarnięte wszystko w miarę szybko, kantor w którym wymieniłem trochę dolarów (kurs jest tam dobry, ale nie dajcie się zmylić bo doliczają prowizję, lepiej wymieniać gdzie indziej). Wychodzę na zewnątrz, od razu uderzenie ciepłego powietrza mimo, że była 4 nad ranem. Teraz mogę sobie zobaczyć budynek z zewnątrz, bardzo ładny i nowoczesny. Na zewnątrz już trochę śmierdzi, ale nie tak znowu bardzo. Autobus do centrum miasta też ok, nie był to na pewno rzęch. Kierownik autobusu (później objaśnię tę funkcję) miły, pytany przeze mnie grzecznie i wyczerpująco odpowiadał. Myślę sobie: te Indie to normalny kraj i to nawet w miarę zadbany. Szybko miałem się przekonać jak bardzo się mylę. Całe szczęście, bo gdyby był normalny to nie byłoby tam tak ciekawie Autobus jechał do centrum niecałą godzinę. Niewiele mogłem zobaczyć przez okna, bo było jeszcze ciemno, ale widziałem że jak tylko wyjechaliśmy z lotniska to już zaczął się syf. Ze względu na wczesną godzinę ruch na ulicach nie był, aż tak duży jakby się mogło spodziewać po ponad ośmiomilionowym mieście. Dojechaliśmy do dworca, wszędzie słychać wciskane z uporem maniaka klaksony, wszechobecny zgiełk. Wysiadam z wielkim zaciekawieniem z autobusu, stawiam pierwszy krok na ziemi i nagle JEB, normalnie jakbym dostał obuchem w twarz. W pierwszym odruchu organizm próbuje wymiotować. Powstrzymałem konwulsje, uspokoiłem się i próbowałem sobie to logicznie wytłumaczyć: coś tu musiało się zesrać i zaraz po sraniu zdechło, wpadło w to gówno i od kilku dni się rozkłada. Rozejrzałem się pod nogami, wokół siebie (sądząc po intensywności zapachu to coś musiało być nie dalej niż w promieniu 5 metrów), ale nic nie znalazłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten fetor towarzyszyć mi będzie do końca podróży Stawiając niepewnie pierwsze kroki postanowiłem, że pospaceruje sobie trochę po okolicy, zrobię rozpoznanie terenu. Nie przeszedłem 30 metrów a już zostałem zaatakowany przez bandę naganiaczy. Hotel, taksówkę, rykszę, mieli dla mnie wszystko. Oczywiście byłem na to przygotowany i gdy tylko do mnie podchodzili mówiłem stanowcze "nie" szedłem dalej przed siebie. Byłem zmęczony po podróży, nie przespanej nocy oraz zdezorientowany po pierwszych wrażeniach na ziemi indyjskiej i na pewno nie miałem ochoty z nimi wdawać się w jakąkolwiek dyskusję. A więc szedłem przez siebie trzymając się w pobliżu dworca i wdeptując co chwila moimi japonkami w coś miękkiego i rozsmarowującego się. Co to było nie chciałem patrzeć ani nawet myśleć. Tym bardziej, że widziałem jak mężczyźni załatwiają swoje potrzeby na ulicy, w ogóle się nie chowając. Odwracali się tylko w stronę jakiegoś murku czy ściany. Mam tutaj na myśli siusiu, ale jeśli z jedynką przychodzi im to tak łatwo to może w nagłych przypadkach dwójeczkę też załatwiają na chodniku. Tak, wolałem nie wiedzieć w co wdeptuję. ![]() ![]() ![]() ![]() Po mniej więcej godzinie spacerowania w tym hałasie, zgiełku i syfie, kiedy powoli zaczęło się już robić jasno powiedziałem sobie: "Spierdalam stąd". Musiałem gdzieś odpocząć w spokoju, już miałem dość tego miasta, byłem za bardzo zmęczony. Oczywiście zmarnowanie dnia na spanie w hotelu nie wchodziło w grę. Musiałem pojechać gdzieś gdzie jest spokojniej. Na szczęście na tę wyprawę byłem przygotowany jak nigdy dotąd, bo ściągnąłem sobie na telefon przewodnik. I to nie byle jaki przewodnik, bo Lonely Planet. Szybko poszukałem gdzie można byłoby pojechać, najlepiej gdzieś w stronę Mysore, bo tam przecież mam spotkać się pojutrze z resztą. Wybór padł na Shravanabelagola. Małe miasteczko, wzgórze z siedemnastometrowym, tysiącletnim posągiem jednego z dżinijskich świętych. Do pomnika prowadzi 620 stopni wykutych w skale. Spoko. Podoba mi się. Jadę. Miałem trochę problemy z odnalezieniem autobusu, bo okazało się, że jedzie on z innego dworca, który był jednak zaraz obok. Wspomną tutaj o ludziach pracujących w komunikacji publicznej. Są oni bardzo pomocni, chętnie odpowiadają na pytania i znają angielski co najmniej w stopniu komunikatywnym a często dobrym. Ale pośród wszystkich są Ci najważniejsi. Jaki kierowca? Kierowca to pionek, ma tylko jechać i cicho siedzieć. Najważniejszy jest on, kierownik autobusu. Przed nim każdy czuje respekt, sprzedaje bilety, ma kieszeń całą wypchaną pieniędzmi, on mówi kierowcy kiedy ma jechać, na przystankach wykrzykuje stację docelowe, to on decyduje o twoim być albo nie być w autobusie. Bardzo ważna osoba. Na szczęście dla nas dobrze obchodzi się z białymi pasażerami, z lokalnymi już nie bardzo. Jednego razu jak wsiedliśmy do autobusu, było niewiele wolnych miejsc i rozglądaliśmy gdzie by tu spocząć. Kierownik gdy to spostrzegł krzyknął tylko coś rozkazującym tonem w kierunku dwóch Hindusów a Ci od razu wstali aby ustąpić nam miejsca Reszta później | |
| Autor: | BorowikNaSurowo [ 15 Sty 2017 21:02 ] |
| Temat postu: | Indie południowe cz. 2 |
Wsiadłem więc do autobusu do Shravanabelagola. To co na mapie Indii wydaję się tuż obok w rzeczywistości oddalone jest o kilka godzin jazdy. Jest to jednak ogromny kraj i jeden centymetr na mapie może oznaczać setki kilometrów. Mając jednak nawet świadomość ile tych kilometrów w rzeczywistości jest, trzeba przewidywaną długość jazdy pomnożyć przez jakość tamtejszych dróg. Wtedy zawsze wychodzi długo. Warto też wspomnieć o warunkach jazdy, każdy kierowca jedzie tak jakby gdzieś się bardzo śpieszył, jakby to były jakieś wyścigi. Wypadki to coś bardzo powszechnego, raz nawet uczestniczyliśmy w małej stłuczce. Więc dopóki się człowiek nie przyzwyczai to jeździ z duszą na ramieniu. Podróż odbywa się zawsze w akompaniamencie klaksonów do których też trzeba się przyzwyczaić. Podejrzewam, że kierowcy używają tych klaksonów do porozumiewania się ze sobą. Jest to swoisty język, i lubią oni się nim posługiwać. Przepisów nie ma żadnych, na drodze większy ma pierwszeństwo (dlatego na początku sceptycznie byłem nastawiony do jazdy tuk-tukami, autobus był ok). Jest też zasada "w kupie siła". Gdy jest jakieś skrzyżowanie, pojazdy próbujące przez nie przejechać czekają, aż zbierze się ich odpowiednio duża grupa i w pewnym momencie, na raz wylewają się na skrzyżowanie zmuszając tych jadących drogą nadrzędną (oczywiście takie pojęcie tam nie istnieje, chodzi o tą bardziej ruchliwą) do zatrzymania się. I jeszcze jedna rzecz o której warto wiedzieć wybierając autobus: bardzo trzęsie, zawsze. Nie pamiętam ile wtedy jechaliśmy, ale byłem tak zmęczony, że mimo panujących warunków, zdążyłem się trochę przespać. W Shravanabelagola było to czego potrzebowałem, spokój (oczywiście jak na standardy indyjskie). Wszedłem po 620 schodach, posiedziałem trochę na górze, zrobiłem parę zdjęć, odpocząłem, zjadłem kilka bananów z kiści kupionej wcześniej na postoju, zaplanowałem co dalej. Zszedłem na dół i udałem się na tamtejszy, niewielki dworzec. Pracownik stacji zapytany przeze mnie o autobus do Mysore wyprostował się i zaczął z pamięci wymieniać godziny odjazdów. Przyjął przy tym taką pozycję jaką przyjmują dzieci odpowiadające w szkole pod tablicą. Nie musiałem długo czekać. ![]() ![]() ![]() ![]() Jadąc do Mysore zrobiłem sobie z reklamówki śmietniczek. nazbierały mi się już w nim różne śmieci: zgnieciona butelka, skórki po bananach, jakieś papiery itd. Nie zauważyłem kiedy, ale śmietniczek wypadł mi na autobusowy korytarz i jego zawartość się wysypała. Kierownik autobusu grzecznie zwrócił mi uwagę na to, ja oczywiście zacząłem wszystko szybko zbierać. Kierownik udzielił mi wtedy rady: wyrzuć to przez okno Na którymś z przystanków wsiadł do autobusu młody chłopak, który siadł koło mnie. Student z Bangalore. Po pewnym czasie wywiązała się miedzy nami standardowa gadka. I znowu to pytanie: "are you IT specialist?" W Mysore po przyjeździe połaziłem trochę po mieście w poszukiwaniu kafejki internetowej (ostatecznie jej nie znalazłem) i hotelu. Jest to drugie co do wielkości miasto w stanie Karnataka, o wiele mniejsze niż Bangaluru i o wiele spokojniejsze. Mieszka tu niespełna milion ludzi. Gdy w końcu zdecydowałem się na jakiś hotel był już wczesny wieczór i zdecydowałem, że idę spać. Co do hoteli to zawsze wybieraliśmy te z segmentu tańszych. Pokój dla naszej trójki kosztował zazwyczaj od 600 do 800 rupii czyli jakieś 35-50 zł. Nie można było naturalnie oczekiwać po takim pokoju luksusów, ale było w nim wszystko czego potrzebowaliśmy. Najważniejsze, że nie było robaków, a przynajmniej w dzień nie rzucały się one w oczy. Co dzieje się w nocy? Lepiej było się nie zastanawiać Wyspany i wypoczęty ruszyłem na zwiedzanie miasta. Najpierw jednak śniadanko i kawka od pani z ulicznej budki. Często jadłem tam takie trójkąciki z ciasta z nadzieniem z jakiejś kapusty czy czegoś podobnego smażone na głębokim oleju. Oczywiście ostra jak wszystko inne w Indiach. Nie pamiętam jednak jak to się nazywa. Jeśli czyta ten tekst ktoś kto wie, niech napisze proszę w komentarzu nazwę tej przekąski Hotel mój był w pobliżu największej atrakcji turystycznej w Mysore i tam postanowiłem się na początku udać. Piękna rzecz ten pałac, zadbany, czysty, bogato zdobiony. I to są właśnie Indie, w ogólnym syfie, brudzie, smrodzie, bałaganie co jakiś trafia się taka perełka całkowicie do tego syfu nie pasująca. Taki diament w kupie kompostu. Po przyjrzeniu się pałacowi z zewnątrz ruszyłem w stronę centrum. W mieście było bardzo niewielu białych ludzi. Zdecydowanie się wyróżniałem. Naturalnie znaleźli się naganiacze. Dzisiaj byłem lepszego humoru niż dnia poprzedniego więc pomyślałem, że pogadam sobie z jednym z nich, dam się zaprowadzić do sklepu, nic nie kupię a przynajmniej się go wypytam o to i owo. No i zaprowadził mnie do sklepu z olejkami. Trochę było to dziwne, bo najpierw, w pierwszym pomieszczeniu siedziała na ziemi starsza kobieta, miała przed sobą patyczki i kulę takiej jakby plasteliny. No i sprzedawca tłumaczył, że ta kobieta produkuje 6000 kadzidełek dziennie. I był pokaz jak to ona te kadzidełka robi. Szybka była. Dopiero potem przechodziło się do następnego pomieszczenie gdzie był kolejny sprzedawca który opisywał wszystkie cudowne cechy olejków które można u niego kupić. Razem ze mną siedział tam jeden Szwed. Olejki nie tylko pachną, ale również leczą ciało i umysł. Tłumaczył długo, który jest na co, dawał do wąchania, można było sobie kropelkę rozsmarować na ręce. Ja i Szwed dostaliśmy karteczki z listą tych olejków, opisami. Oczywiście ceny tych olejków jak na indyjskie realia były kosmiczne. Po skończonej, może 20 minutowej, prezentacji sprzedawca pyta: "no to które chcecie kupić? Odpowiedziałem, że ja dziękuję ale ja nie mam zamiaru tu niczego kupować. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał Z rzeczy które jeszcze odwiedziłem tego dnia mogę wymienić park miejski z ciekawym pomnikiem przedstawiającym Mahatmę Gandhiego, Katedrę katolicką, przed wejściem do której ludzie ściągają buty, tak jak dzieję się to w świątyniach hinduskich. Przyglądałem się też obrzędom w jednej z świątyń. Jednak wieczorem trafiłem do najciekawszego dla mnie miejsca w Mysore czyli targu. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Targ to kwintesencja Indii. Tętni życiem, zachwyca mnogość kolorów, zapachów (naturalnie smrodu gówna nie mogło tam zabraknąć). Wszędzie syf i brud. Pełno jest kwiatów, które są wykorzystywane do obrzędów religijnych. Warzywa, owoce, barwniki, kadzidła, wszystko ładnie i ze starannością poukładane. Indyjski Targ to jest zdecydowanie miejsce, które trzeba zobaczyć. ![]() ![]() ![]() ![]() Reszta później | |
| Autor: | BorowikNaSurowo [ 19 Sty 2017 19:35 ] |
| Temat postu: | Indie południowe cz. 3 |
Trzeciego dnia z samego rana przyjechali Ola i Mirek. Tego dnia weszliśmy do środka pałacu, wcześniej oglądałem go tylko z zewnątrz. Za wstęp trzeba zapłacić. Tam też musieliśmy wręczyć łapówkę aby nie musieć zostawiać naszych aparatów w przechowalni. Zdjęć w środku robić nie można. ![]() ![]() ![]() Kolejnego dnia pojechaliśmy dalej na południe do miejscowości Ooty. Po drodzę na jednym z przystanków wsiadło dwóch białych chłopaków z długimi włosami i plecakami. Jedyni biali w autobusie oprócz nas. Słyszałem, że mówią po niemiecku. Na postoju, gdy wychodziłem z kibelka jeden z nich powiedział do mnie poprawną polszczyzną i z delikatnym akcentem "Jesteście z Polski, prawda?". Zaskoczył mnie. Okazało się, że są to dwaj bracia z Niemiec, którzy robią jakiś wolontariat w Chennai. Zbierali tam dzieciaki z ulicy i uczyli ich matematyki. To, że jeden z nich mówił po Polsku wynikało z tego, że przez rok mieszkał w Polsce, studiował tam i uczył się polskiego. Ponadto mieli polskie korzenie. Dojechaliśmy do Ooty. Ooty to stacja górska zbudowana w XIX wieku. Położenia w górach sprawia, że nocą w marcu jest tutaj zimno. Jadąc tutaj z Mysore podziwialiśmy piękne widoki, góry porośnięte bujną roślinnością, w tym głównie krzewami herbacianymi. Przejeżdżaliśmy też przez Park Narodowy Bandipur (tam wsiedli Niemcy), gdzie mogliśmy podziwiać z okien autobusu dziką florę i faunę. Udało się nam nawet zobaczyć dzikie słonie w lesie. Żałuję, że się tam nie zatrzymaliśmy. W Ooty jest kolejka napędzana małym parowozem i jechaliśmy tam aby przejechać się malowniczą, trwającą 5 godzin trasą do Mettupalayam. Gdy dojechaliśmy poszliśmy z naszymi Niemcami, na obiad i razem pojechaliśmy tuk-tukiem (razem z kierowcą było na nim 6 osób ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() W Ooty poza kolejką górską znajduję się też ogród botaniczny no i targ. Nie taki kolorowy jak w Mysore, ale też spoko. Jest to też dobra baza wypadowa na piesze wędrówki po tamtejszych górach. Właśnie na taką wędrówkę zdecydowali się Niemcy następnego dnia po przyjeździe o 6 rano. Umówiliśmy się z nimi na stacji kolejowej. My na stację kolejową przyszliśmy wcześniej, żeby się rozeznać i okazało się, że nasza kolejka nie jeździ. Nie tracąc czasu wsiedliśmy w autobus do Coimbatore. Niestety nie wzięliśmy żadnego kontaktu od Niemców, szkoda, ponieważ byli to ciekawi ludzie. Nasz autobus jechał bardzo zbliżoną trasą jak kolejka, bo co chwile ulica krzyżowała się z torami więc piękne widoki nas nie ominęły. W Coimbatore przesiedliśmy się do innego autobusu, który zawiózł nas do Maduraiu. Tam wypytaliśmy o wszystko solidnie kierowcę tuk-tuka, który dostał następnie polecenie, ażeby wieźć nas do taniego hotelu. Po ulokowaniu się w tym hotelu udaliśmy się na kolację. Zamiast poszukać jak zwykle jakiejś ulicznej knajpki, poszliśmy pierwszy i jedyny raz do jakiejś lepszej restauracji. I to był nasz błąd. Jedzenie nie było najlepsze, było drogo, a na dodatek ja i Ola trochę się pochorowaliśmy po nim i następnego dnia byliśmy lekko zmarnowani. Tylko Mirkowi nic nie było, chyba ze względu na to, że po kolacji walną kielicha indyjskiej whiskey Warto w tym miejscu napisać o indyjskim jedzeniu. Jest ono tanie. W ulicznych knajpkach obiad wegetariański można kupić za około 50 rupii a taki z mięsem za 90-100, czyli równowartość odpowiednio 3 zł i 5-6 zł. I jest to duża porcja. Jeśli ktoś nie lubi ostrego jedzenia to ma problem, bo ostre jest wszystko. Ola nawet gdy wyraźnie mówiła sprzedawcy, że chce nie ostre to i tak zawsze ostre to było. I wszystko smakuje tak samo. Do wszystkiego dodawana jest Masala czyli pikantna mieszanka ziół. Przez dwa pierwsze dni takie jedzenie może smakować, można się nawet zachwycać na jego egzotyką, ale potem już nie. Obiad zazwyczaj wygląda tak, że na talerzu, ewentualnie liściu bananowca, dostaje się ryż albo jakiegoś placka a do na około tego są różne sosy. Je się rękami. Przed obiadem zawsze trzeba iść je umyć. W Madurai zwiedzaliśmy Świątynie Manakszi. Jest to kompleks świątynny z bardzo pięknie i drobiazgowo zdobionymi budynkami. Spędziliśmy tam dużo czasu, bo wewnątrz panuje przyjemny chłód i można się schronić przed południowym upałem. Trochę się tam nawet zdrzemnęliśmy. Popołudniu poszliśmy na stacje kolejową aby kupić bilety na pociąg do Varkali. Wybraliśmy nocny pociąg z kuszetkami, dzięki czemu zaoszczędziliśmy na hotelu jak również na czasie. Podróżowanie w Indiach w nocy to bardzo dobry pomysł. Okazało się, że pociąg jest już pełny, ale jest możliwość kupienia emergency ticket, niestety jest on droższy. Za dziesięciogodzinną podróż na wygodnej kuszetce zapłaciliśmy równowartość 14 zł od osoby ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Prawie całą podróż do Varkali przespałem więc minęła mi bardzo szybko. Komunikacją publiczną jeździ się bardzo ciekawie. Jeko że w miejscach przez które jechaliśmy niewielu jest białych turystów, a już jak na lekarstwo tych co jeżdżą publicznym transportem, to zawsze wzbudzaliśmy dużą ciekawość współpasażerów. Zwłaszcza Ola, która jest blond kobietą o jasnej cerze ![]() ![]() Hindusów charakteryzuje jedna, nieco niesmaczna rzecz. Lubią charkać i spluwać i robią to tak jakby prześcigali się kto głośniej. Jak jechałem autobusem jeszcze z Bangalore to siedziałem zaraz za kierowcą, który całą drogę ściągał gluty z nosa, charkał i pluł przez okno. Nie było to fajne. Plucie jest na tyle powszechne, że czasem można spotkać tabliczki "zakaz plucia". http://borowiknasurowo.blogspot.com Ciąg dalszy w części 4 | |
| Autor: | BorowikNaSurowo [ 24 Sty 2017 00:26 ] |
| Temat postu: | Indie południowe cz. 4 |
Po całonocnej podróży pociągiem dotarliśmy do Varkali. Ze stacji kolejowej wzięliśmy taksówkę (wyszła niewiele drożej niż tuk-tuk) i pojechaliśmy do poleconego przez taksówkarza hotelu. Za cenę taką samą jak zawsze dostaliśmy najlepszy pokój w jakim do tej pory nocowaliśmy. I pierwszy raz było Wi-Fi W jednej części plaży Hindusi odprawiają jakieś swoje rytuały, zanurzają się w wodzie z liściem na głowie. Fajnie jest na to popatrzeć. Pomijając te rytuały, hindusi do wody raczej nie wchodzą. Gdy widzieliśmy jak kilkoro z nich zdecydowało się jednak na to, to nie wiadomo skąd pojawił się policjant z bambusową pałką i dmuchając w gwizdek rozkazał im wyjść z wody. Białym można pływać a Hindusom nie ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Odpoczynek w Varkali dobrze nam zrobił, ale ile można siedzieć na plaży. Jeden dzień wystarczył. Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu do Alappuzha. To tam znajdowały się największa atrakcja stanu Kerala: backwaters czyli rozlewiska. Po spokojnych wodach rozlewisk, wąskimi kanałami i szerokimi jeziorami, przemieszczać można się za pomocą łodzi. Popularne wśród turystów są wielkie łodzie, na których można wynająć pokój i nocować. My zdecydowaliśmy się na nocleg w poleconych przez Wieśka bungalowach. Gdy wysiedliśmy na stacji kolejowej zaobserwowaliśmy dziwną rzecz. Tutaj bilety na tuk-tuka kupowało się w budce i z bilecikiem szło się do kierowcy. W budce powiedzieliśmy, że chcemy jechać do Boat & Paddle, bo tak miało się nazywać polecone przez Wieśka miejsce. Chyba coś mu się jednak pomyliło, bo człowiek w budce chwilę zastanawiali się co to za miejsce. Potem zapytał: "Macie tam rezerwacje?" Kiedy powiedzieliśmy, że nie to wypisał nam bilecik i kazał iść do kierowcy. Kierowca zapytał o to samo: "Macie tam rezerwacje?" A my znowu odpowiedzieliśmy, że nie. Wydaje mi się, że pytali, bo wiedzieli co możemy tam zastać Gdy zajechaliśmy na miejsce weszliśmy na teren ośrodka gdzie były 4 bungalowy, w tym jeden większy, piętrowy, najwyraźniej przeznaczony dla właściciela. Zaczęliśmy się rozglądać, ale nikogo tam nie było. Kierowca tuk-tuk znalazł gdzieś Kierownika i przyprowadził do nas. Kierownik był kompletnie pijany Cały ośrodek był dla nas, nie było tam nikogo. Bungalow, który wynajęliśmy miał werandę z pięknym widokiem na mokradła, po których brodziły dzikie ptaki. Przed nim, pomiędzy dwoma palmami, rozwieszony był hamak. Bardzo urokliwe miejsce. Gdy się tam ulokowaliśmy było już dobrze po południu. Resztę dnia przeznaczyliśmy spacery wzdłuż okolicznych kanałów. Obserwowaliśmy mieszkających tam ludzi. Zaciekawiła mnie ich wieczorna toaleta, która odbywała się w kanale. Brali mydło, zanurzali się w wodzie i się myli. Ja bym w tej wodzie nawet psa nie umył Gdy wróciliśmy to Kierownik, który już trochę wytrzeźwiał, oznajmił nam: "Jadę po piwo, kto jedzie ze mną?" Zgłosił się Mirek. W stanie Kerala ciężko jest kupić alkohol. W Alappuzha był tylko jeden hotel gdzie można było to zrobić i był oddalony o kawał drogi od nas. Myśleliśmy, że Kierownik chce zamówić tuk-tuka aby się tam dostać, ale nie. On chciał tam jechać na swoim białym skuterze Obok ciężkiej dostępności alkoholu Keralę wyróżnia również rząd. W tym stanie od 60 lat rządzą komuniści. Bardzo często można napotkać czerwone flagi z sierpem i młotem. Dzięki reformom komunistów Kerala może się pochwalić najniższym poziomem analfabetyzmu czy najniższym ubóstwem w kraju. Ale i tak precz z komuną Następnego dnia wstaliśmy z samego rana aby odbyć wycieczkę łódką po kanałach. Będąc pod opieką Kierownika nie musieliśmy się martwić sprawami organizacyjnymi, on wszystko załatwiał. Załatwił nam więc małą łódkę z takim ichniejszym flisakiem, który jednak nie mówił po angielsku. W ogóle niewiele mówił. Właściwie to nic ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Na 6 rano mieliśmy zamówionego tuk-tuka, który zawiózł nas na dworzec autobusowy. Kierownik jechał za naszym tuk-tukiem całą drogę na swoim białym skuterze. Na dworcu pożegnał się z nami i zapakował nas do autobusu. Myślę, że nie tylko my się trochę przywiązaliśmy do niego przez te dwa dni, ale również on do nas. Było nam przykro, że już musimy się żegnać. Ciąg dalszy w części 5 http://borowiknasurowo.blogspot.com | |
| Autor: | BorowikNaSurowo [ 05 Lut 2017 11:23 ] |
| Temat postu: | Indie południowe cz. 5 |
Kolejnym naszym celem była miejscowość Kumily w pobliżu Periyar National Park. Nocleg tam ogarnął nam Kierownik i gdy tylko wysiedliśmy z autobusu powitał nas wysoki, szczupły Hindus z brodą o spokojnym głosie władający bardzo dobrze angielskim. Od razu między sobą zaczęliśmy go nazywać Maharadża Kumily to niewielka miejscowość, w której rzucają się w oczy setki Jeepów, są dosłownie wszędzie. Znajduje się u wrót parku narodowego Periyar. Park ten często nazywany jest "Wildlife Sanctuary Periyar" lub "Thekkady". Żyje tutaj ponad 1000 dzikich słoni i aż 50 tygrysów, a także czarne langury nilgirskie, bizony, dziki, czarne wiewiórki, sambary (ssak z rodziny jeleniowatych) i wiele innych gatunków. Zwierzęta można podziwiać z samochodu, do którego wsiada się razem z przewodnikiem, spacerując pieszo po dżungli lub z pokładu promu. My zdecydowaliśmy się na opcję wodną, ale wybraliśmy się tam drugiego dnia. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na słonie ![]() ![]() ![]() ![]() Następnego dnia mieliśmy zamówionego tuk-tuka już z samego rana. O 7:30 płynęliśmy promem po skąpanym we mgle jeziorze aby podglądać dzikie zwierzęta. Tyle że ten prom robił tyle hałasu swoim silnikiem, że nawet ja miałem ochotę uciec i się schować, a co dopiero zwierzaki. Niemniej jednak udało nam się wypatrzeć bawoły, dziki, wiele ptaków a nawet jak to nazwał je kierownik łódki: dzikie psy. Te ostatnio zajadały się jakimś truchłem i nagle część z nich zdecydowała się przepłynąć na drugą stronę jeziora. Fajnie było to zobaczyć. Niestety po słoniach i tygrysach ani śladu. Płynęło się przyjemnie. Potem wróciliśmy do naszego hotelu i się spakowaliśmy. Nastała chwila kiedy musieliśmy się rozstać. Mirek z Olą jechali do Koczin, ja natomiast w nocy miałem autobus do Bangalore. Odprowadziłem ich na dworzec, pożegnaliśmy się i odjechali. Z racji, że było dopiero dosyć wczesne popołudnie, musiałem się sobą zająć do wieczora. Aby podglądać dzikie zwierzęta można wejść do parku pieszo. Niestety trzeba to zrobić z przewodnikiem, który nie jest w cale taki tani. Pomyślałem sobie, że może uda mi się wejść do dżungli bez przewodnika, jak ktoś zwróci mi uwagę powiem, że nie wiedziałem. A więc poszedłem na szlak. Wszędzie znaki, że wstęp bez przewodnika wzbroniony. Niestety nawet nie udało mi się wejść na dobre do lasu, a już napotkałem jednego z przewodników wracającego z trzema turystami. Oczywiście musiałem wracać z nimi. Ale nic. Podjąłem drugą próbę. Obmyśliłem plan, że jak kogoś wypatrzę to schowam się w krzakach. Już udało mi się wejść do dżungli, już było fajnie, egzotycznie, nawet trochę strasznie i nagle znowu mnie mają. Idą. Dżungla, a ruch kurwa jak na Marszałkowskiej. Zagapiłem się i zanim ich spostrzegłem, oni zobaczyli mnie. I znowu musiałem wracać. Trzeciej próby już nie podjąłem, ale wróciłem w okolice naszego hotelu gdzie też była dżungla, ale najwyraźniej nie był to teren parku, bo można było tam wejść bez problemu. W lesie obserwowałem małpy, głównie makaki, było też kilka langurów. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Autobus, który miał mnie w nocy zawieść do Bangalore zamówił mi Maharadża. Niestety nie było jakieś sensownego połączenia publicznego i musiałem wziąć prywaciarza. Zapłaciłem więcej ale była klima, autobus był nowy, ładny i miały być kuszetki do spania. Rzeczywiście były. Ogromne było jednak moje zdziwienie gdy okazało się, że kuszetki są podwójne i muszę leżeć obok Hindusa. Całą drogę leżeliśmy obok siebie oddzieleni jedynie zasłonką na wysokości twarzy Nad ranem byłem znowu na dworcu w Bangalore od którego zacząłem swoją podróż po Indiach. Dalej śmierdziało tak jak wtedy, dalej był ten sam syf, dalej Ci natrętni ludzie. Tym razem nie zrobiło to już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Szybko zorientowałem się co można w mieście pozwiedzać i przez cały dzień pieszo się włóczyłem. Okazało się, że miasto nie jest takie złe jak okolice dworca na to wskazywały. A gdy pójdzie się do Cubbon Park to można się poczuć prawie jak w cywilizowanym kraju. Park jest zadbany, jest tam czysto i można nawet spotkać ludzi uprawiających jogging. Atrakcji turystycznych jest niewiele, ale oprócz Parku można zobaczyć pałac, arsenał, ogród botaniczny (ja nie byłem ale podobno jest). Bardzo ładny jest też budynek parlamentu. Udałem się również na dwa targi: jeden owocowo-warzywny na Avenue Road i drugi z różnymi pierdołami, na który trafiłem w sumie przez przypadek. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Żeby nie przedłużać napiszę szybko, że w nocy znalazłem się już na lotnisku i tam przeczekałem ostatnie godziny. Oczywiście przysiadł się do mnie jakiś porządnie wyglądający Hindus. Dokąd lecę? skąd jestem? Standardowa gadka. "Are you IT specialist?" zapytał, co już było dla mnie normalne Indie do dziwny kraj. Męczący, trudny, często irytujący, z natrętnymi i działającymi na nerwy ludźmi. Kraj gdzieś daleko od naszej europejskiej kultury i tak bardzo od niej odmienny. Kraj brudny, parszywy, śmierdzący, biedny. Duszny, lepki i ciężki jak jego powietrze. Jednocześnie jest to kolebka niezwykłej kultury, kraina wspaniałych świątyń, cudów natury. Mieszanka, religii, obyczajów, kolorów i zapachów (głównie gówna | |
| Strona 1 z 1 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |