Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
 Temat postu: Indie południowe
#1 PostWysłany: 15 Sty 2017 20:46 

Rejestracja: 15 Sty 2017
Posty: 17
Loty: 12
Kilometry: 45 871
Krajów: 10 / 4.7%
Przyszedł czas żebym opisał wyprawę do Indii. Trzeba przy tym wyraźnie zaznaczyć, że były to Indie Południowe. Ludzie kojarzą Indie z Taj Mahal, Waranasi, Gangesem czy rezydencjami maharadżów w Radżastanie. Ale to wszystko jest na Północy. My wybraliśmy mniej turystyczne południe. Może "wybraliśmy" to nie zbyt dobre słowo, bo jak zwykle zadecydowały ceny biletów lotniczych. Na różnych blogach czy stronach o tematyce podróżniczej możecie przeczytać jak ludzie, w pełen zachwytu sposób opisują jaka to niezwykła mieszkanka kultur, krajobrazów i kolorów itd. Ok, zgodzę się, ale dla mnie Indie to przede wszystkim syf, nieład, lepkie, brudne powietrze i... ten zapach. Powiedzieć, że tam śmierdzi to tak jakby powiedzieć o Stephenie Hawkingu, że jest trochę nieżwawy w tańcu. Delikatne kurwa niedopowiedzenie. Tam po prostu wszędzie JEBIE gównem. Ale za to jest zajebiście :D
Image
Od początku. Jak zwykle zadecydowały bilety. I jak zwykle, najpierw na spontanie zakup biletu a później zastanawianie się co dalej. Jakoś nigdy sobie nie planowałem wyprawy do Indii, a tu tak znienacka, pod wpływem impulsu, wyszło. No bo jak tu nie kupić biletów kiedy kosztują 990 zł? Zastanawiałem się na pewno nie dłużej niż 10 min. Na wyjazd udało mi się namówić Olę i Mirka. Oni również kupili bilety, ale były przesunięte względem moich o dwa dni. Dwa pierwsze dni musiałem podróżować samotnie. Umówiliśmy się, że pierwszy dzień spędzę w Bangalore, mieście nazywanym indyjską doliną krzemową, gdzie mój samolot lądował już nad ranem, następnego dnia pojadę do Mysore no i po nocy spędzonej tam odbiorę ich z dworca autobusowego w tym miejście.
Wylot miałem z Brukseli. Aby się do niej dostać, znalazłem sobie tanie połączenie lotnicze z Berlina. Nie chcąc jednak ryzykować i lecieć na styk wybrałem samolot lecący wieczorem dnia poprzedzającego mój lot do Indii. Noc postanowiłem noc spędzić na lotnisku. Miałem już przyjemność spać kiedyś na brukselskim lotnisku i wiedziałem, że siedzenia tam nie mają podłokietników, dzięki czemu można rozłożyć się na kilku na raz i wygodnie spędzić noc. Jednak okazało się, że nie wychodząc z tej strefy dla osób odprawionych można się przespać na kanapie! No prawie jak w hotelu :) Tak więc wyspany, po porannej toalecie wsiadłem do Dreamlinera linii lotniczych Qatar Airways lecącego do Doha w Katarze. Samolot wypas. Niestety przesiadka w Doha trwała zdecydowanie za krótko żeby móc tam coś pozwiedzać, ale duże wrażenie zrobiło na mnie lotnisko. Najładniejsze lotnisko na jakim byłem. Bardzo nowoczesne, ze skórzanymi siedzeniami dla pasażerów, z prawdziwymi palmami wewnątrz, pełne dzieł sztuki użytkowej, a między terminalami jeździ górą bezdźwięczna kolejka.
Image
Image
Image
Już na ta tym lotnisku miałem pierwszy kontakt z Hindusem podczas tej wycieczki. Zagaił do mnie gdy siedzieliśmy koło siebie czekając na ten sam samolot. Standardowa gadka: skąd jestem, gdzie lecę itd. Ale piszę o tym, bo on jako pierwszy zadał mi to pytanie: "are you IT specialist?" Potem słyszałem te pytanie jeszcze parokrotnie rozmawiając z Hindusami. Nie "Czym się zajmujesz?" tylko kurwa "Czy jesteś informatykiem?" :D Do tej pory nie wiem o co w tym chodzi.
Potem był już samolot do Bangalore. Niestety już nie Dreamliner, ale też spoko. Tu już większość pasażerów to Hindusi. Co ciekawe, mimo że w ofercie filmów, które można sobie obejrzeć na pokładzie były naprawdę bardzo fajne filmy, same nowości z Hollywood to nikt tych filmów nie oglądał. Gdy popatrzyło się na zagłówki przed hinduskimi pasażerami to na każdym z nich leciało Bollywood. Oni to na prawdę kochają, a ja nie wiem jak przed takim czymś można wytrzymać chociażby 10 minut.
Lądowanie. Schludne lotnisko, widać że nowe, indyjska muzyczka z głośników. Potem sprawy wizowe, ogarnięte wszystko w miarę szybko, kantor w którym wymieniłem trochę dolarów (kurs jest tam dobry, ale nie dajcie się zmylić bo doliczają prowizję, lepiej wymieniać gdzie indziej). Wychodzę na zewnątrz, od razu uderzenie ciepłego powietrza mimo, że była 4 nad ranem. Teraz mogę sobie zobaczyć budynek z zewnątrz, bardzo ładny i nowoczesny. Na zewnątrz już trochę śmierdzi, ale nie tak znowu bardzo. Autobus do centrum miasta też ok, nie był to na pewno rzęch. Kierownik autobusu (później objaśnię tę funkcję) miły, pytany przeze mnie grzecznie i wyczerpująco odpowiadał. Myślę sobie: te Indie to normalny kraj i to nawet w miarę zadbany. Szybko miałem się przekonać jak bardzo się mylę. Całe szczęście, bo gdyby był normalny to nie byłoby tam tak ciekawie :)
Autobus jechał do centrum niecałą godzinę. Niewiele mogłem zobaczyć przez okna, bo było jeszcze ciemno, ale widziałem że jak tylko wyjechaliśmy z lotniska to już zaczął się syf. Ze względu na wczesną godzinę ruch na ulicach nie był, aż tak duży jakby się mogło spodziewać po ponad ośmiomilionowym mieście.
Dojechaliśmy do dworca, wszędzie słychać wciskane z uporem maniaka klaksony, wszechobecny zgiełk. Wysiadam z wielkim zaciekawieniem z autobusu, stawiam pierwszy krok na ziemi i nagle JEB, normalnie jakbym dostał obuchem w twarz. W pierwszym odruchu organizm próbuje wymiotować. Powstrzymałem konwulsje, uspokoiłem się i próbowałem sobie to logicznie wytłumaczyć: coś tu musiało się zesrać i zaraz po sraniu zdechło, wpadło w to gówno i od kilku dni się rozkłada. Rozejrzałem się pod nogami, wokół siebie (sądząc po intensywności zapachu to coś musiało być nie dalej niż w promieniu 5 metrów), ale nic nie znalazłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten fetor towarzyszyć mi będzie do końca podróży ;) Jest jeszcze ciemno więc noc przykryła część brudów, mimo to widać walające się wszędzie śmieci, gdzieniegdzie zebrane w wielkie kupy, w których grzebały parszywe, wychudzone Psy. Gdyby przyjrzeć się w panującym mroku tym kupą śmieci można zauważyć, że są one całe w ruchu, nie tylko psy, ale również hordy szczurów szukały tam jedzenia. Zdarzała się też święta krowa. Warto powiedzieć jeszcze, że powietrze mimo swoich walorów zapachowych posiadało jeszcze jedną cechę: oblepiało ciało. Jest tak lepkie, duszne i ciężkie od spalin, że zdawało się, że można byłoby je pokroić nożem. No i teraz po tym moim opisie przytoczę Wam co można wyczytać na temat Bangalore w przewodnikach: "W 2010 roku zostało wybrane jako drugie najczystsze miasto w Indiach". Co kurwa?! To jak wyglądają te spoza pierwszej dziesiątki? Nie mówiąc już o tych z dołu rankingu.
Stawiając niepewnie pierwsze kroki postanowiłem, że pospaceruje sobie trochę po okolicy, zrobię rozpoznanie terenu. Nie przeszedłem 30 metrów a już zostałem zaatakowany przez bandę naganiaczy. Hotel, taksówkę, rykszę, mieli dla mnie wszystko. Oczywiście byłem na to przygotowany i gdy tylko do mnie podchodzili mówiłem stanowcze "nie" szedłem dalej przed siebie. Byłem zmęczony po podróży, nie przespanej nocy oraz zdezorientowany po pierwszych wrażeniach na ziemi indyjskiej i na pewno nie miałem ochoty z nimi wdawać się w jakąkolwiek dyskusję. A więc szedłem przez siebie trzymając się w pobliżu dworca i wdeptując co chwila moimi japonkami w coś miękkiego i rozsmarowującego się. Co to było nie chciałem patrzeć ani nawet myśleć. Tym bardziej, że widziałem jak mężczyźni załatwiają swoje potrzeby na ulicy, w ogóle się nie chowając. Odwracali się tylko w stronę jakiegoś murku czy ściany. Mam tutaj na myśli siusiu, ale jeśli z jedynką przychodzi im to tak łatwo to może w nagłych przypadkach dwójeczkę też załatwiają na chodniku. Tak, wolałem nie wiedzieć w co wdeptuję.
Image
Image
Image
Image
Po mniej więcej godzinie spacerowania w tym hałasie, zgiełku i syfie, kiedy powoli zaczęło się już robić jasno powiedziałem sobie: "Spierdalam stąd". Musiałem gdzieś odpocząć w spokoju, już miałem dość tego miasta, byłem za bardzo zmęczony. Oczywiście zmarnowanie dnia na spanie w hotelu nie wchodziło w grę. Musiałem pojechać gdzieś gdzie jest spokojniej. Na szczęście na tę wyprawę byłem przygotowany jak nigdy dotąd, bo ściągnąłem sobie na telefon przewodnik. I to nie byle jaki przewodnik, bo Lonely Planet. Szybko poszukałem gdzie można byłoby pojechać, najlepiej gdzieś w stronę Mysore, bo tam przecież mam spotkać się pojutrze z resztą. Wybór padł na Shravanabelagola. Małe miasteczko, wzgórze z siedemnastometrowym, tysiącletnim posągiem jednego z dżinijskich świętych. Do pomnika prowadzi 620 stopni wykutych w skale. Spoko. Podoba mi się. Jadę. Miałem trochę problemy z odnalezieniem autobusu, bo okazało się, że jedzie on z innego dworca, który był jednak zaraz obok. Wspomną tutaj o ludziach pracujących w komunikacji publicznej. Są oni bardzo pomocni, chętnie odpowiadają na pytania i znają angielski co najmniej w stopniu komunikatywnym a często dobrym. Ale pośród wszystkich są Ci najważniejsi. Jaki kierowca? Kierowca to pionek, ma tylko jechać i cicho siedzieć. Najważniejszy jest on, kierownik autobusu. Przed nim każdy czuje respekt, sprzedaje bilety, ma kieszeń całą wypchaną pieniędzmi, on mówi kierowcy kiedy ma jechać, na przystankach wykrzykuje stację docelowe, to on decyduje o twoim być albo nie być w autobusie. Bardzo ważna osoba. Na szczęście dla nas dobrze obchodzi się z białymi pasażerami, z lokalnymi już nie bardzo. Jednego razu jak wsiedliśmy do autobusu, było niewiele wolnych miejsc i rozglądaliśmy gdzie by tu spocząć. Kierownik gdy to spostrzegł krzyknął tylko coś rozkazującym tonem w kierunku dwóch Hindusów a Ci od razu wstali aby ustąpić nam miejsca :D Kierownika trzeba słuchać.
Reszta później :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Offline
#2 PostWysłany: 15 Sty 2017 21:02 

Rejestracja: 15 Sty 2017
Posty: 17
Loty: 12
Kilometry: 45 871
Krajów: 10 / 4.7%
Wsiadłem więc do autobusu do Shravanabelagola. To co na mapie Indii wydaję się tuż obok w rzeczywistości oddalone jest o kilka godzin jazdy. Jest to jednak ogromny kraj i jeden centymetr na mapie może oznaczać setki kilometrów. Mając jednak nawet świadomość ile tych kilometrów w rzeczywistości jest, trzeba przewidywaną długość jazdy pomnożyć przez jakość tamtejszych dróg. Wtedy zawsze wychodzi długo. Warto też wspomnieć o warunkach jazdy, każdy kierowca jedzie tak jakby gdzieś się bardzo śpieszył, jakby to były jakieś wyścigi. Wypadki to coś bardzo powszechnego, raz nawet uczestniczyliśmy w małej stłuczce.
Więc dopóki się człowiek nie przyzwyczai to jeździ z duszą na ramieniu. Podróż odbywa się zawsze w akompaniamencie klaksonów do których też trzeba się przyzwyczaić. Podejrzewam, że kierowcy używają tych klaksonów do porozumiewania się ze sobą. Jest to swoisty język, i lubią oni się nim posługiwać. Przepisów nie ma żadnych, na drodze większy ma pierwszeństwo (dlatego na początku sceptycznie byłem nastawiony do jazdy tuk-tukami, autobus był ok). Jest też zasada "w kupie siła". Gdy jest jakieś skrzyżowanie, pojazdy próbujące przez nie przejechać czekają, aż zbierze się ich odpowiednio duża grupa i w pewnym momencie, na raz wylewają się na skrzyżowanie zmuszając tych jadących drogą nadrzędną (oczywiście takie pojęcie tam nie istnieje, chodzi o tą bardziej ruchliwą) do zatrzymania się. I jeszcze jedna rzecz o której warto wiedzieć wybierając autobus: bardzo trzęsie, zawsze. Nie pamiętam ile wtedy jechaliśmy, ale byłem tak zmęczony, że mimo panujących warunków, zdążyłem się trochę przespać. W Shravanabelagola było to czego potrzebowałem, spokój (oczywiście jak na standardy indyjskie). Wszedłem po 620 schodach, posiedziałem trochę na górze, zrobiłem parę zdjęć, odpocząłem, zjadłem kilka bananów z kiści kupionej wcześniej na postoju, zaplanowałem co dalej. Zszedłem na dół i udałem się na tamtejszy, niewielki dworzec. Pracownik stacji zapytany przeze mnie o autobus do Mysore wyprostował się i zaczął z pamięci wymieniać godziny odjazdów. Przyjął przy tym taką pozycję jaką przyjmują dzieci odpowiadające w szkole pod tablicą. Nie musiałem długo czekać.
Image
Image
Image
Image
Jadąc do Mysore zrobiłem sobie z reklamówki śmietniczek. nazbierały mi się już w nim różne śmieci: zgnieciona butelka, skórki po bananach, jakieś papiery itd. Nie zauważyłem kiedy, ale śmietniczek wypadł mi na autobusowy korytarz i jego zawartość się wysypała. Kierownik autobusu grzecznie zwrócił mi uwagę na to, ja oczywiście zacząłem wszystko szybko zbierać. Kierownik udzielił mi wtedy rady: wyrzuć to przez okno :D Tam robią tak wszyscy. Każdy jeśli ma jakiś papierek, plastikową reklamówkę czy jakikolwiek inny śmieć wyrzuca go od razu przez okno. Jeśli nie jedzie autobusem tylko jest na zewnątrz to rzuca ten papierek pod nogi. Pomysł, żeby nosić śmieci ze sobą i wyrzucić je potem do śmietnika to kompletna abstrakcja.
Na którymś z przystanków wsiadł do autobusu młody chłopak, który siadł koło mnie. Student z Bangalore. Po pewnym czasie wywiązała się miedzy nami standardowa gadka. I znowu to pytanie: "are you IT specialist?" :)
W Mysore po przyjeździe połaziłem trochę po mieście w poszukiwaniu kafejki internetowej (ostatecznie jej nie znalazłem) i hotelu. Jest to drugie co do wielkości miasto w stanie Karnataka, o wiele mniejsze niż Bangaluru i o wiele spokojniejsze. Mieszka tu niespełna milion ludzi. Gdy w końcu zdecydowałem się na jakiś hotel był już wczesny wieczór i zdecydowałem, że idę spać. Co do hoteli to zawsze wybieraliśmy te z segmentu tańszych. Pokój dla naszej trójki kosztował zazwyczaj od 600 do 800 rupii czyli jakieś 35-50 zł. Nie można było naturalnie oczekiwać po takim pokoju luksusów, ale było w nim wszystko czego potrzebowaliśmy. Najważniejsze, że nie było robaków, a przynajmniej w dzień nie rzucały się one w oczy. Co dzieje się w nocy? Lepiej było się nie zastanawiać :) Jak już na robakach jesteśmy to warto powiedzieć o komarach. Z ulgą stwierdziłem, że nie ma ich tam tak dużo jak oczekiwałem. Może wynikało to z pory roku, nie wiem. Nie było ich dużo a te które były, były jakieś leniwe. Dla wygody psychicznej dobrze było popryskać się trochę na noc. Jedynie w Kareli było ich trochę więcej i tam wieczorami rzeczywiście przydał się spray Mugga kupiony przez nas wcześniej w internecie. I muszę go pochwalić, bo na prawdę skuteczny. Komary gdy tylko zobaczą, że wyciągasz go z plecaka to od razu spierdalają w popłochu :)
Wyspany i wypoczęty ruszyłem na zwiedzanie miasta. Najpierw jednak śniadanko i kawka od pani z ulicznej budki. Często jadłem tam takie trójkąciki z ciasta z nadzieniem z jakiejś kapusty czy czegoś podobnego smażone na głębokim oleju. Oczywiście ostra jak wszystko inne w Indiach. Nie pamiętam jednak jak to się nazywa. Jeśli czyta ten tekst ktoś kto wie, niech napisze proszę w komentarzu nazwę tej przekąski :) Kosztowało to 10 rupii za sztukę. Kawę w Indiach pija się zawsze z mlekiem i zawsze słodką jak syrop. Kiedy pierwszy raz zamawiałem kawę na ulicy, jeszcze w Bangalore i powiedziałem, że chcę czarną i bez cukru, sprzedawca kompletnie wie wiedział o co mi chodzi. Machnąłem wtedy ręką i powiedziałem, że chcę po prostu kawę. Dostałem mleczny syrop ;) Oni nawet nie mieliby jak zrobić czarnej kawy, bo w garnku mają tylko mleko już wymieszane z cukrem i tym zalewają kawę. Podają ją zazwyczaj w małych, papierowych kubeczkach, które to Hindusi opróżniając rzucają pod nogi. Cena takiej kawki to od 5 do 10 rupii czyli 30-60 groszy.
Hotel mój był w pobliżu największej atrakcji turystycznej w Mysore i tam postanowiłem się na początku udać. Piękna rzecz ten pałac, zadbany, czysty, bogato zdobiony. I to są właśnie Indie, w ogólnym syfie, brudzie, smrodzie, bałaganie co jakiś trafia się taka perełka całkowicie do tego syfu nie pasująca. Taki diament w kupie kompostu. Po przyjrzeniu się pałacowi z zewnątrz ruszyłem w stronę centrum. W mieście było bardzo niewielu białych ludzi. Zdecydowanie się wyróżniałem. Naturalnie znaleźli się naganiacze. Dzisiaj byłem lepszego humoru niż dnia poprzedniego więc pomyślałem, że pogadam sobie z jednym z nich, dam się zaprowadzić do sklepu, nic nie kupię a przynajmniej się go wypytam o to i owo. No i zaprowadził mnie do sklepu z olejkami. Trochę było to dziwne, bo najpierw, w pierwszym pomieszczeniu siedziała na ziemi starsza kobieta, miała przed sobą patyczki i kulę takiej jakby plasteliny. No i sprzedawca tłumaczył, że ta kobieta produkuje 6000 kadzidełek dziennie. I był pokaz jak to ona te kadzidełka robi. Szybka była. Dopiero potem przechodziło się do następnego pomieszczenie gdzie był kolejny sprzedawca który opisywał wszystkie cudowne cechy olejków które można u niego kupić. Razem ze mną siedział tam jeden Szwed. Olejki nie tylko pachną, ale również leczą ciało i umysł. Tłumaczył długo, który jest na co, dawał do wąchania, można było sobie kropelkę rozsmarować na ręce. Ja i Szwed dostaliśmy karteczki z listą tych olejków, opisami. Oczywiście ceny tych olejków jak na indyjskie realia były kosmiczne. Po skończonej, może 20 minutowej, prezentacji sprzedawca pyta: "no to które chcecie kupić? Odpowiedziałem, że ja dziękuję ale ja nie mam zamiaru tu niczego kupować. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał :) Ja wychodziłem Szwed kupował olejek na komary. Przed budynkiem czekał na mnie mój kolega. Zaprowadził mnie jeszcze do dwóch sklepów. Przy okazji opowiedział mi on trochę o Mysore. Co mnie zaciekawiło to to, że w tym mieście ze względów religijnych legalna jest marihuana i podobno opium. Widząc moje zaciekawienie zadzwonił po kumpla, który przyjechał po chwili swoim tuk-tukiem. Przywiózł on woreczki w których miał marihuanę i kostkę tego ich opium. Najbardziej zaciekawiło mnie to drugie, Słyszałem o opium, że się je pali, ale oni robili to inaczej. Odrywali kawałeczki z tej kostki i kładli sobie na język. No i że trzeba na tym języku trzymać. No dobra, ale tego na pewno nie mam kupię, że ja nie stosuję żadnych używek, powiedzcie mi lepiej czy tu gdzieś na indyjskie dziwki można pójść. Zapytałem oczywiście tylko z ciekawości :) Odpowiedzieli mi, że można, ale indyjskie kobiety są bardzo drogie. Ile? 2000 rupii. Szybko sobie obliczyłem, że to około 120 zł. Pewnie cenę można byłoby stargować o połowę, a i tak byłaby to cena dla białego turysty czyli ze 3 razy więcej niż normalnie. Rzeczywiście bardzo drogie :D
Z rzeczy które jeszcze odwiedziłem tego dnia mogę wymienić park miejski z ciekawym pomnikiem przedstawiającym Mahatmę Gandhiego, Katedrę katolicką, przed wejściem do której ludzie ściągają buty, tak jak dzieję się to w świątyniach hinduskich. Przyglądałem się też obrzędom w jednej z świątyń. Jednak wieczorem trafiłem do najciekawszego dla mnie miejsca w Mysore czyli targu.
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Targ to kwintesencja Indii. Tętni życiem, zachwyca mnogość kolorów, zapachów (naturalnie smrodu gówna nie mogło tam zabraknąć). Wszędzie syf i brud. Pełno jest kwiatów, które są wykorzystywane do obrzędów religijnych. Warzywa, owoce, barwniki, kadzidła, wszystko ładnie i ze starannością poukładane. Indyjski Targ to jest zdecydowanie miejsce, które trzeba zobaczyć.
Image
Image
Image
Image


Reszta później :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#3 PostWysłany: 19 Sty 2017 19:35 

Rejestracja: 15 Sty 2017
Posty: 17
Loty: 12
Kilometry: 45 871
Krajów: 10 / 4.7%
Trzeciego dnia z samego rana przyjechali Ola i Mirek. Tego dnia weszliśmy do środka pałacu, wcześniej oglądałem go tylko z zewnątrz. Za wstęp trzeba zapłacić. Tam też musieliśmy wręczyć łapówkę aby nie musieć zostawiać naszych aparatów w przechowalni. Zdjęć w środku robić nie można.
Image
Image
Image
Image
Kolejnego dnia pojechaliśmy dalej na południe do miejscowości Ooty. Po drodzę na jednym z przystanków wsiadło dwóch białych chłopaków z długimi włosami i plecakami. Jedyni biali w autobusie oprócz nas. Słyszałem, że mówią po niemiecku. Na postoju, gdy wychodziłem z kibelka jeden z nich powiedział do mnie poprawną polszczyzną i z delikatnym akcentem "Jesteście z Polski, prawda?". Zaskoczył mnie. Okazało się, że są to dwaj bracia z Niemiec, którzy robią jakiś wolontariat w Chennai. Zbierali tam dzieciaki z ulicy i uczyli ich matematyki. To, że jeden z nich mówił po Polsku wynikało z tego, że przez rok mieszkał w Polsce, studiował tam i uczył się polskiego. Ponadto mieli polskie korzenie. Dojechaliśmy do Ooty.
Ooty to stacja górska zbudowana w XIX wieku. Położenia w górach sprawia, że nocą w marcu jest tutaj zimno. Jadąc tutaj z Mysore podziwialiśmy piękne widoki, góry porośnięte bujną roślinnością, w tym głównie krzewami herbacianymi. Przejeżdżaliśmy też przez Park Narodowy Bandipur (tam wsiedli Niemcy), gdzie mogliśmy podziwiać z okien autobusu dziką florę i faunę. Udało się nam nawet zobaczyć dzikie słonie w lesie. Żałuję, że się tam nie zatrzymaliśmy. W Ooty jest kolejka napędzana małym parowozem i jechaliśmy tam aby przejechać się malowniczą, trwającą 5 godzin trasą do Mettupalayam. Gdy dojechaliśmy poszliśmy z naszymi Niemcami, na obiad i razem pojechaliśmy tuk-tukiem (razem z kierowcą było na nim 6 osób :D) do hotelu poleconego przez kierowcę. Pokój hotelowy dostaliśmy z bardzo ciekawym balkonem, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej :)
Image
Image
Image Image
Image Image
Image
Image
Image
W Ooty poza kolejką górską znajduję się też ogród botaniczny no i targ. Nie taki kolorowy jak w Mysore, ale też spoko. Jest to też dobra baza wypadowa na piesze wędrówki po tamtejszych górach. Właśnie na taką wędrówkę zdecydowali się Niemcy następnego dnia po przyjeździe o 6 rano. Umówiliśmy się z nimi na stacji kolejowej. My na stację kolejową przyszliśmy wcześniej, żeby się rozeznać i okazało się, że nasza kolejka nie jeździ. Nie tracąc czasu wsiedliśmy w autobus do Coimbatore. Niestety nie wzięliśmy żadnego kontaktu od Niemców, szkoda, ponieważ byli to ciekawi ludzie. Nasz autobus jechał bardzo zbliżoną trasą jak kolejka, bo co chwile ulica krzyżowała się z torami więc piękne widoki nas nie ominęły. W Coimbatore przesiedliśmy się do innego autobusu, który zawiózł nas do Maduraiu. Tam wypytaliśmy o wszystko solidnie kierowcę tuk-tuka, który dostał następnie polecenie, ażeby wieźć nas do taniego hotelu. Po ulokowaniu się w tym hotelu udaliśmy się na kolację. Zamiast poszukać jak zwykle jakiejś ulicznej knajpki, poszliśmy pierwszy i jedyny raz do jakiejś lepszej restauracji. I to był nasz błąd. Jedzenie nie było najlepsze, było drogo, a na dodatek ja i Ola trochę się pochorowaliśmy po nim i następnego dnia byliśmy lekko zmarnowani. Tylko Mirkowi nic nie było, chyba ze względu na to, że po kolacji walną kielicha indyjskiej whiskey :)
Warto w tym miejscu napisać o indyjskim jedzeniu. Jest ono tanie. W ulicznych knajpkach obiad wegetariański można kupić za około 50 rupii a taki z mięsem za 90-100, czyli równowartość odpowiednio 3 zł i 5-6 zł. I jest to duża porcja. Jeśli ktoś nie lubi ostrego jedzenia to ma problem, bo ostre jest wszystko. Ola nawet gdy wyraźnie mówiła sprzedawcy, że chce nie ostre to i tak zawsze ostre to było. I wszystko smakuje tak samo. Do wszystkiego dodawana jest Masala czyli pikantna mieszanka ziół. Przez dwa pierwsze dni takie jedzenie może smakować, można się nawet zachwycać na jego egzotyką, ale potem już nie. Obiad zazwyczaj wygląda tak, że na talerzu, ewentualnie liściu bananowca, dostaje się ryż albo jakiegoś placka a do na około tego są różne sosy. Je się rękami. Przed obiadem zawsze trzeba iść je umyć.
W Madurai zwiedzaliśmy Świątynie Manakszi. Jest to kompleks świątynny z bardzo pięknie i drobiazgowo zdobionymi budynkami. Spędziliśmy tam dużo czasu, bo wewnątrz panuje przyjemny chłód i można się schronić przed południowym upałem. Trochę się tam nawet zdrzemnęliśmy. Popołudniu poszliśmy na stacje kolejową aby kupić bilety na pociąg do Varkali. Wybraliśmy nocny pociąg z kuszetkami, dzięki czemu zaoszczędziliśmy na hotelu jak również na czasie. Podróżowanie w Indiach w nocy to bardzo dobry pomysł. Okazało się, że pociąg jest już pełny, ale jest możliwość kupienia emergency ticket, niestety jest on droższy. Za dziesięciogodzinną podróż na wygodnej kuszetce zapłaciliśmy równowartość 14 zł od osoby :D Postanowiliśmy poczekać te kilka godzin, które zostały do pociągu na dworcu. Siedliśmy sobie przed budynkiem i obserwowaliśmy ludzi. Gdy zaczęło robić się ciemno zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz. Przyszło dwóch policjantów i zaczęli przeganiać ludzi sprzed dworca. Mieli bambusowe pałki i zamachiwali się nimi na Hindusów siedzących przed dworcem, a Ci w popłochu uciekali :D Podeszli i do nas i grzecznie poprosili abyśmy przeszli do wnętrza budynku, bo przed dworcem siedzieć nie wolno. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że w Indiach biały człowiek jest traktowany dużo lepiej niż indyjscy obywatele :)
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Prawie całą podróż do Varkali przespałem więc minęła mi bardzo szybko. Komunikacją publiczną jeździ się bardzo ciekawie. Jeko że w miejscach przez które jechaliśmy niewielu jest białych turystów, a już jak na lekarstwo tych co jeżdżą publicznym transportem, to zawsze wzbudzaliśmy dużą ciekawość współpasażerów. Zwłaszcza Ola, która jest blond kobietą o jasnej cerze :). Często bywało tak, że jadąc autobusem, niektóre osoby, odwrócone do tyłu na swoich siedzeniach, gapiły się na nas przez całą niemalże drogę. I nie przeszkadzało im kiedy się na nich popatrzyliśmy dając do zrozumienia, że widzimy jak się gapią. Oni gapili się dalej i obserwowali każdy nasz ruch. Byliśmy ciekawostką do tego stopnia, że kilkakrotnie Hindusi pytali nas czy mogą zrobić sobie zdjęcie z nami :D Czułem się wtedy trochę jak gwiazda :D Nie przeszkadzało mi to i zawsze mnie rozbawiało :)
Image
Image
Hindusów charakteryzuje jedna, nieco niesmaczna rzecz. Lubią charkać i spluwać i robią to tak jakby prześcigali się kto głośniej. Jak jechałem autobusem jeszcze z Bangalore to siedziałem zaraz za kierowcą, który całą drogę ściągał gluty z nosa, charkał i pluł przez okno. Nie było to fajne. Plucie jest na tyle powszechne, że czasem można spotkać tabliczki "zakaz plucia".

http://borowiknasurowo.blogspot.com

Ciąg dalszy w części 4 :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#4 PostWysłany: 24 Sty 2017 00:26 

Rejestracja: 15 Sty 2017
Posty: 17
Loty: 12
Kilometry: 45 871
Krajów: 10 / 4.7%
Po całonocnej podróży pociągiem dotarliśmy do Varkali. Ze stacji kolejowej wzięliśmy taksówkę (wyszła niewiele drożej niż tuk-tuk) i pojechaliśmy do poleconego przez taksówkarza hotelu. Za cenę taką samą jak zawsze dostaliśmy najlepszy pokój w jakim do tej pory nocowaliśmy. I pierwszy raz było Wi-Fi :) Varkala to małe miasteczko w którym, u podnóża wysokiego klifu, znajduję się bardzo piękna i urokliwa plaża. Niestety jest tutaj już bardziej zachodnio, sporo białych turystów w porównaniu do wcześniej odwiedzanych przez nas miejsc. Miałem wrażenie, że część tych turystów przebiera się za Hindusów, próbują być bardziej hinduscy od nich samych :) Nie wiem, ale wydaje mi się, że w oczach tubylców musiało to być co najmniej komiczne. Myśleli sobie pewnie: "Białasom się popierdoliło we łbach..." :D Przynajmniej ja tak myślałem.
W jednej części plaży Hindusi odprawiają jakieś swoje rytuały, zanurzają się w wodzie z liściem na głowie. Fajnie jest na to popatrzeć. Pomijając te rytuały, hindusi do wody raczej nie wchodzą. Gdy widzieliśmy jak kilkoro z nich zdecydowało się jednak na to, to nie wiadomo skąd pojawił się policjant z bambusową pałką i dmuchając w gwizdek rozkazał im wyjść z wody. Białym można pływać a Hindusom nie :D W miasteczku oprócz plażowania można również trochę pozwiedzać. Warta odwiedzenia jest świątynia Janardanaswamy, która liczy sobie już 2000 lat. Znajduje się w niem drzewo, do którego hindusi przyczepiają lalki, aby podziękować za swoje dzieci. Polecam też dłuższe spacery wzdłuż wybrzeża aby trafić na rybaków i ich łodzie. Wieczorem spotkaliśmy starszego Polaka Wieśka, z którym spędziliśmy dłuższy czas w knajpie. Był on częstym gościem w Indiach i jego pobyty tam trwały zawsze długo (mówił, że prowadzi tam jakieś interesy) więc poopowiadał nam wiele ciekawych rzeczy. Nieźle się przy tym napierdolił, bo co chwila zamawiał szklankę ginu i tonik :D Jeszcze gdy mówienie przychodziło mu w miarę prosto, polecił nam miejsce do noclegu w Backwaters, a konkretnie w Alappuzha, gdzie wybieraliśmy się następnego dnia. To tam poznaliśmy Kierownika :) Celowo piszę przez duże "K", bo choć kierowników jest w Indiach wielu, ten ten jeden zasługuje na szczególne wyróżnienie :) Ale o Kierowniku trochę później.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Odpoczynek w Varkali dobrze nam zrobił, ale ile można siedzieć na plaży. Jeden dzień wystarczył. Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu do Alappuzha. To tam znajdowały się największa atrakcja stanu Kerala: backwaters czyli rozlewiska. Po spokojnych wodach rozlewisk, wąskimi kanałami i szerokimi jeziorami, przemieszczać można się za pomocą łodzi. Popularne wśród turystów są wielkie łodzie, na których można wynająć pokój i nocować. My zdecydowaliśmy się na nocleg w poleconych przez Wieśka bungalowach.
Gdy wysiedliśmy na stacji kolejowej zaobserwowaliśmy dziwną rzecz. Tutaj bilety na tuk-tuka kupowało się w budce i z bilecikiem szło się do kierowcy. W budce powiedzieliśmy, że chcemy jechać do Boat & Paddle, bo tak miało się nazywać polecone przez Wieśka miejsce. Chyba coś mu się jednak pomyliło, bo człowiek w budce chwilę zastanawiali się co to za miejsce. Potem zapytał: "Macie tam rezerwacje?" Kiedy powiedzieliśmy, że nie to wypisał nam bilecik i kazał iść do kierowcy. Kierowca zapytał o to samo: "Macie tam rezerwacje?" A my znowu odpowiedzieliśmy, że nie. Wydaje mi się, że pytali, bo wiedzieli co możemy tam zastać :)
Gdy zajechaliśmy na miejsce weszliśmy na teren ośrodka gdzie były 4 bungalowy, w tym jeden większy, piętrowy, najwyraźniej przeznaczony dla właściciela. Zaczęliśmy się rozglądać, ale nikogo tam nie było. Kierowca tuk-tuk znalazł gdzieś Kierownika i przyprowadził do nas. Kierownik był kompletnie pijany :D Patrzył na nas ze zdziwieniem, jego przekrwione oczy wydawały się mówić "ale dzisiaj nie było żadnej rezerwacji". Jednak gdy zapytaliśmy czy możemy tu wynająć pokój odpowiedział nam "Why not?". Szybko się dogadaliśmy. Kierownik okazał się bardzo fajnym facetem. Zdecydowanie wyróżniał się od reszty Hindusów. Był taki bardziej "światowy". Spędziliśmy z nim dwa długie wieczory, podczas których zabawiał nas rozmową i opowiedział historię swojego życia. Pierwszego wieczora w dalszym ciągu walił w gaz. Następnego dnia dochodził do siebie po, jak nam wyznał, kilkudniowym piciu i tylko palił jointy z marihuaną. Można byłoby o nim długo opowiadać, ale tutaj miejsca na to nie starczy. Był on wyjątkowym Hindusem i chyba właściwie jedynym, którego naprawdę polubiłem.
Cały ośrodek był dla nas, nie było tam nikogo. Bungalow, który wynajęliśmy miał werandę z pięknym widokiem na mokradła, po których brodziły dzikie ptaki. Przed nim, pomiędzy dwoma palmami, rozwieszony był hamak. Bardzo urokliwe miejsce. Gdy się tam ulokowaliśmy było już dobrze po południu. Resztę dnia przeznaczyliśmy spacery wzdłuż okolicznych kanałów. Obserwowaliśmy mieszkających tam ludzi. Zaciekawiła mnie ich wieczorna toaleta, która odbywała się w kanale. Brali mydło, zanurzali się w wodzie i się myli. Ja bym w tej wodzie nawet psa nie umył :D Tak samo gdy przyrządzali jakieś jedzenie to myli je w kanale.
Gdy wróciliśmy to Kierownik, który już trochę wytrzeźwiał, oznajmił nam: "Jadę po piwo, kto jedzie ze mną?" Zgłosił się Mirek. W stanie Kerala ciężko jest kupić alkohol. W Alappuzha był tylko jeden hotel gdzie można było to zrobić i był oddalony o kawał drogi od nas. Myśleliśmy, że Kierownik chce zamówić tuk-tuka aby się tam dostać, ale nie. On chciał tam jechać na swoim białym skuterze :D Nie wiem co kierowało Mirkiem, ale ten zgodził się na taką przejażdżkę z pijanym Kierownikiem. Po powrocie mówił nam, że naprawdę bał się o swoje życie i niewiele brakowało aby je stracił :D Wieczór spędziliśmy w towarzystwie Kierownika siedząc przed naszym domkiem przy świecach. W tle rozbrzmiewały odgłosy dzikiego ptactwa zgromadzonego nad mokradłami.
Obok ciężkiej dostępności alkoholu Keralę wyróżnia również rząd. W tym stanie od 60 lat rządzą komuniści. Bardzo często można napotkać czerwone flagi z sierpem i młotem. Dzięki reformom komunistów Kerala może się pochwalić najniższym poziomem analfabetyzmu czy najniższym ubóstwem w kraju. Ale i tak precz z komuną :D
Następnego dnia wstaliśmy z samego rana aby odbyć wycieczkę łódką po kanałach. Będąc pod opieką Kierownika nie musieliśmy się martwić sprawami organizacyjnymi, on wszystko załatwiał. Załatwił nam więc małą łódkę z takim ichniejszym flisakiem, który jednak nie mówił po angielsku. W ogóle niewiele mówił. Właściwie to nic :) No ale swoją robotę wykonywał sumiennie, bardzo dobrze prowadził łódkę :) Wycieczka zajęła nam właściwie cały dzień, wróciliśmy dopiero popołudniu. Zaraz po przyjeździe ja z Mirkiem pojechaliśmy do miasta pakując się na tuk-tuka razem z 3 Niemkami, które poznaliśmy po drodze. Ola zaś poszła na bajere do Kierownika ;) Sama Alappuzha nie jest ciekawym miasteczkiem i właściwie nie ma tam co zwiedzać, zrobiliśmy tylko zakupy i wróciliśmy na nasze bungalowy. Wieczór znowu spędziliśmy z Kierownikiem. Zamówił on dla nas na kolacje jedzenie z jakiejś knajpy które przywiózł nam jego kuzyn na skuterze. Wszystko zapakowane w worki foliowe i gazety. Kerala słynie z ryb w swojej kuchni i właśnie ryby zamówiliśmy. To co przyszło to były rybki niewiele większe od tych, które można zobaczyć w domowych akwariach spalone prawie na węgiel i suche jak wiór, do tego góra ryżu i sosy o smaku masali. Rzeczywiście jest się czym zachwycać ;)

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Na 6 rano mieliśmy zamówionego tuk-tuka, który zawiózł nas na dworzec autobusowy. Kierownik jechał za naszym tuk-tukiem całą drogę na swoim białym skuterze. Na dworcu pożegnał się z nami i zapakował nas do autobusu. Myślę, że nie tylko my się trochę przywiązaliśmy do niego przez te dwa dni, ale również on do nas. Było nam przykro, że już musimy się żegnać.

Ciąg dalszy w części 5 :)
http://borowiknasurowo.blogspot.com
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#5 PostWysłany: 05 Lut 2017 11:23 

Rejestracja: 15 Sty 2017
Posty: 17
Loty: 12
Kilometry: 45 871
Krajów: 10 / 4.7%
Kolejnym naszym celem była miejscowość Kumily w pobliżu Periyar National Park. Nocleg tam ogarnął nam Kierownik i gdy tylko wysiedliśmy z autobusu powitał nas wysoki, szczupły Hindus z brodą o spokojnym głosie władający bardzo dobrze angielskim. Od razu między sobą zaczęliśmy go nazywać Maharadża :) Był on kierownikiem małego hotelu, kolegą naszego Kierownika. Potem miał on zadzwonić do swojego kolegi, kolejnego kierownika aby zorganizować Oli i Mirkowi noclegi w Koczin. To wszystko przypominało mi scenę z filmu Grand Budapest Hotel, w której kierownicy hotelów (tam nazwani konsjerżami) dzwonili kolejno do siebie :) Maharadża zapakował nas do tuk-tuku, który zawiózł nas do jego hotelu. Hotel był położony przy samej dżungli. Taras musiał być dookoła osłonięty drucianą siatką aby ochronić go przed małpami. Po raz drugi podczas naszej podróży mieliśmy Wi-Fi :)
Kumily to niewielka miejscowość, w której rzucają się w oczy setki Jeepów, są dosłownie wszędzie. Znajduje się u wrót parku narodowego Periyar. Park ten często nazywany jest "Wildlife Sanctuary Periyar" lub "Thekkady". Żyje tutaj ponad 1000 dzikich słoni i aż 50 tygrysów, a także czarne langury nilgirskie, bizony, dziki, czarne wiewiórki, sambary (ssak z rodziny jeleniowatych) i wiele innych gatunków. Zwierzęta można podziwiać z samochodu, do którego wsiada się razem z przewodnikiem, spacerując pieszo po dżungli lub z pokładu promu. My zdecydowaliśmy się na opcję wodną, ale wybraliśmy się tam drugiego dnia. Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na słonie :) Maharadża powiedział nam gdzie możemy zrobić sobie przejażdżkę na słoniu i nas tam umówił. Pojechaliśmy tam tuk-tukiem. Gdy byliśmy na miejscu kazano nam wejść betonową platformę pod którą przyprowadzono jedno z olbrzymich zwierząt. Wpakowaliśmy się we trójkę na jednego słonia i powolnym słoniowym krokiem odbyliśmy długi spacer po dżungli. Gdy wróciliśmy na miejsce, zsiedliśmy ze słonia i zaprowadzono nas razem ze słoniem w miejsce gdzie znajdował się brodzik. Słoń się w nim położył, my dostaliśmy szczotki ryżowe i kazano nam słonia umyć. A potem słoń umył nas :D Po kolei wchodziliśmy na jego grzbiet, ten nabierał wodę trąbą i wylewał wszystko na nas. Potem dano nam jeszcze nakarmić słonia arbuzem. Kontakt z tym wielkim zwierzęciem to naprawdę niezwykłe przeżyciem i zawsze będę polecał je każdemu. Tego dnia poszliśmy jeszcze zakosztować indyjskiej sztuki :) Najpierw oglądaliśmy pokazy walk z mieczami, a potem sztukę teatralną, w której aktorzy z pomalowanymi twarzami grali bez słów, ale za to trzęsły im się twarze :) Było to delikatnie mówiąc dziwne.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Następnego dnia mieliśmy zamówionego tuk-tuka już z samego rana. O 7:30 płynęliśmy promem po skąpanym we mgle jeziorze aby podglądać dzikie zwierzęta. Tyle że ten prom robił tyle hałasu swoim silnikiem, że nawet ja miałem ochotę uciec i się schować, a co dopiero zwierzaki. Niemniej jednak udało nam się wypatrzeć bawoły, dziki, wiele ptaków a nawet jak to nazwał je kierownik łódki: dzikie psy. Te ostatnio zajadały się jakimś truchłem i nagle część z nich zdecydowała się przepłynąć na drugą stronę jeziora. Fajnie było to zobaczyć. Niestety po słoniach i tygrysach ani śladu. Płynęło się przyjemnie.
Potem wróciliśmy do naszego hotelu i się spakowaliśmy. Nastała chwila kiedy musieliśmy się rozstać. Mirek z Olą jechali do Koczin, ja natomiast w nocy miałem autobus do Bangalore. Odprowadziłem ich na dworzec, pożegnaliśmy się i odjechali. Z racji, że było dopiero dosyć wczesne popołudnie, musiałem się sobą zająć do wieczora. Aby podglądać dzikie zwierzęta można wejść do parku pieszo. Niestety trzeba to zrobić z przewodnikiem, który nie jest w cale taki tani. Pomyślałem sobie, że może uda mi się wejść do dżungli bez przewodnika, jak ktoś zwróci mi uwagę powiem, że nie wiedziałem. A więc poszedłem na szlak. Wszędzie znaki, że wstęp bez przewodnika wzbroniony. Niestety nawet nie udało mi się wejść na dobre do lasu, a już napotkałem jednego z przewodników wracającego z trzema turystami. Oczywiście musiałem wracać z nimi. Ale nic. Podjąłem drugą próbę. Obmyśliłem plan, że jak kogoś wypatrzę to schowam się w krzakach. Już udało mi się wejść do dżungli, już było fajnie, egzotycznie, nawet trochę strasznie i nagle znowu mnie mają. Idą. Dżungla, a ruch kurwa jak na Marszałkowskiej. Zagapiłem się i zanim ich spostrzegłem, oni zobaczyli mnie. I znowu musiałem wracać. Trzeciej próby już nie podjąłem, ale wróciłem w okolice naszego hotelu gdzie też była dżungla, ale najwyraźniej nie był to teren parku, bo można było tam wejść bez problemu. W lesie obserwowałem małpy, głównie makaki, było też kilka langurów.

Image
Image
Image
Image
Image
Image

Autobus, który miał mnie w nocy zawieść do Bangalore zamówił mi Maharadża. Niestety nie było jakieś sensownego połączenia publicznego i musiałem wziąć prywaciarza. Zapłaciłem więcej ale była klima, autobus był nowy, ładny i miały być kuszetki do spania. Rzeczywiście były. Ogromne było jednak moje zdziwienie gdy okazało się, że kuszetki są podwójne i muszę leżeć obok Hindusa. Całą drogę leżeliśmy obok siebie oddzieleni jedynie zasłonką na wysokości twarzy :D Wtedy to nie było dla mnie śmieszne...
Nad ranem byłem znowu na dworcu w Bangalore od którego zacząłem swoją podróż po Indiach. Dalej śmierdziało tak jak wtedy, dalej był ten sam syf, dalej Ci natrętni ludzie. Tym razem nie zrobiło to już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Szybko zorientowałem się co można w mieście pozwiedzać i przez cały dzień pieszo się włóczyłem. Okazało się, że miasto nie jest takie złe jak okolice dworca na to wskazywały. A gdy pójdzie się do Cubbon Park to można się poczuć prawie jak w cywilizowanym kraju. Park jest zadbany, jest tam czysto i można nawet spotkać ludzi uprawiających jogging. Atrakcji turystycznych jest niewiele, ale oprócz Parku można zobaczyć pałac, arsenał, ogród botaniczny (ja nie byłem ale podobno jest). Bardzo ładny jest też budynek parlamentu. Udałem się również na dwa targi: jeden owocowo-warzywny na Avenue Road i drugi z różnymi pierdołami, na który trafiłem w sumie przez przypadek.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Żeby nie przedłużać napiszę szybko, że w nocy znalazłem się już na lotnisku i tam przeczekałem ostatnie godziny. Oczywiście przysiadł się do mnie jakiś porządnie wyglądający Hindus. Dokąd lecę? skąd jestem? Standardowa gadka. "Are you IT specialist?" zapytał, co już było dla mnie normalne :) Gdy już byliśmy prawie kolegami, zaczął próbować wyciągnąć ode mnie pieniądze bydlak. A że zgubił portfel i nie ma jak do Mysore dojechać. Jeszcze kurwa ostatnia szansa, żeby z białasa coś zedrzeć, bo zaraz wyjedzie :D

Indie do dziwny kraj. Męczący, trudny, często irytujący, z natrętnymi i działającymi na nerwy ludźmi. Kraj gdzieś daleko od naszej europejskiej kultury i tak bardzo od niej odmienny. Kraj brudny, parszywy, śmierdzący, biedny. Duszny, lepki i ciężki jak jego powietrze. Jednocześnie jest to kolebka niezwykłej kultury, kraina wspaniałych świątyń, cudów natury. Mieszanka, religii, obyczajów, kolorów i zapachów (głównie gówna :D). Kraina tajemnicza i pełna zagadek. Indiami można się zachwycać, można je też nienawidzić. Nie można być w stosunku do nich obojętnym. Ja mój pobyt wspominam bardzo dobrze, świetnie się bawiłem i na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę. Czy polecałbym Indie? Na pewno nie każdemu :) I tylko jedno mnie dziwi: jak to możliwe, że oni mają program kosmiczny??? :D

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group