Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 25 Sty 2018 10:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Sty 2013
Posty: 411
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
Krajów: 106 / 51.2%
niebieski
O brudzie, nieprzychylnych spojrzeniach i udziale w ceremonii voodoo.

Dłużył mi się ten pobyt na Turks i Caicos, z ulgą więc pojechałam już na lotnisko i po dwóch godzinach tam spędzonych, leciałam ponownie liniami Inter Caribbean i starym embrajerem 120 w kierunku Haiti.
To biedne państwo leży na tej samej wyspie, co i Dominikana, na Espanioli. Już przy lądowaniu wiedziałam, że tu będzie ciekawiej fotograficznie, niż na Turks i Caicos. Slumsy przy lotnisku, pływające śmieci w oceanie, mnóstwo ludzi.

Image

Image

Image

Image

Image

a urodzona w Cap Haitien a pracująca w Providenciales. Przyjechali po nią dwaj bracia i do ich auta mnie zaprosiła. Dobrze, bo pod terminalem oblepili od razu przybywających namolni taksówkarze, pomagierzy i żebracy. Pilnowałam swojego plecaka i torebki, sama je pakując do auta a i tak jeden z tłumu chciał kasę.
Pierwsze wrażenie, kiedy odjechaliśmy od drzwi lotniska, było dla mnie szokiem. Widziałam wiele, ale ta ilość śmieci walających się dookoła, przerosła moje wyobrażenie o brudzie. W Indiach jest syf, ale tu jest syf kilka razy większy. I ta masa ludzi, slumsy, bieda, smród rynsztoka.

Image

Image

Image

Image

Image

Przez kilka minut nie byłam w stanie nawet robić zdjęć, bo było mi wstyd. Tego, że narzekałam na Turks i Caicos, że mam te kilkadziesiąt dolarów, że mam jeszcze dwie paczki kabanosów... Porównanie mojego życia i bytu tych ludzi. Narzekanie. To wszystko nic. Oni tu mają życie.
Zza stosów plastikowych butelek, rekkamówek i opakowań nie widać linii brzegu. Woda ma kolor brunatny a w porcie stały podziurawione rdzą wraki statków. Na ulicy tłok. Nie mają tu chyba zastosowania żadne przepisy bezpieczeństwa, ludzie podróżują na dachach, trzymając się uchwytów, zwisając. Słychać gwar, klaksony i krzyki. Ciężko się przedostać przez skrzyżowania, bo każdy chce przejechać pierwszy.
Podróż do mojego miejsca noclegowego zajęła blisko godzinę. Zobaczyłam przy tym kawałek miasta, główną ulice nad oceanem. Nadia z braćmi pokazali mi też hotele dla turystów, trochę czystszą dzielnicę. Znaleźli też bez problemu moją szkołę, bo następne dni spędzę z haitańskimi dziećmi.

Image

Image

Image

Image

W szkole za wysokim kolorowym murem dostałam pokoik przy jednej z klas lekcyjnych. Na dziedzińcu było dziś tylko rozłożone pranie, jest niedziela i maluchy mają wolne od nauki. Odświeżyłam się i na spacer. Muszę gdzieś znaleźć działający net i prąd, w szkole akurat nie ma prądu. Braki energii są tu częste, hotele dla turystów mają własne agregaty prądotwórcze, tak mi wytłumaczyła dziewczyna z Polski, która jest w szkole wolontariuszką. Spacerkiem wg mapy powędrowałam do hotelu Christoph.

Image

Image

Image

Kolorowe kolonialne domy z tarasami były bardzo zniszczone. Tak samo jak duża bazylika, którą mijałam. W miejscu, gdzie wymieniłam dolary na gourde, było też ujęcie wody pitnej. Miejscowi przychodzili tu z baniakami i wlewali sobie czystą wodę. Mimo tego, że jest tu syf, ludzie są schludnie ubrani, czyści.
W hotelu Christopher spędziłam sporo czasu, bo ostanie dni miałam net z doskoku. Bardzo fajny i klimatyczny hotel, z pięknym wystrojem. Kiedy zaczęło się robić ciemno trzeba było wracać, każdy mówił, żeby noc nie zastała mnie poza murami szkoły, bo jest niebezpieczne.
W szkole akurat był prąd. Potem w nocy wiele razy go wyłączano i w pokoju bez okna ciężko było wytrzymać bez wentylatora.

Image

Image

Image

Image

Image

O godzinie 7.30 zabrzmiał szkolny dzwonek i gwar zmienił się na rytmiczne dźwięki. Woźny wciągnął na masz flagę Haiti.
W szkole, w której jestem jest pięć klas. Najmłodsze, to przedszkolaki. Najstarsze, to gdzieś trzecia klasa. Każde z nich bardzo elegancko ubrane w mundurek. Dziewczynki maja włosy zaplecione i ozdobione kokardkami do koloru krawacika. Białe wyprasowane koszulki, skarpetki z logo szkoły. To prywatna szkoła, gdzie rodzice płacą miesięcznie za edukację ich dzieci 20 USD. Dzieci są bardzo posłuszne, nad wszystkim czuwa groźna dyrektorka w garniturze, woźny przy bramie i nauczycielki.

Image

Image

Image

Przez pierwsze dwie godziny nauki nie było prądu i uczniowie mieli lekcje w półmroku. W czasie przerw siadały przy stolikach na dziedzińcu i jadły przygotowane przez rodziców posiłki, które przyniosły w małych termicznych torbach. Przed każdym posiłkiem wspólnym maluchy się modliły. Najmłodsze uczyły się pisać i czytać z wielkich tablic, na których nauczycielka pisała im teksty. Ich chóralne czytanie było słychać w całej szkole. Starsze uczyły się angielskiego z polską wolontariuszką.
Kiedy na początku dnia mnie zobaczyły, były nieufne, pod koniec nie mogłam się odpędzić od niektórych przylepnych dziewczynek. Były bardzo radosne i pogodne.
Mimo, że nie rozumiem, co do mnie mówią, bo tu jest francuski, jakoś się komunikowałyśmy. Dzieci miały dwie dłuższe przerwy na posiłki, po południu zaczęli odbierać je rodzice. Jeden z najmłodszych chłopców wtulił się we mnie i po chwili zasnął. Taki słodziak.
Kiedy wszystkie dzieci poszły do domu zrobiła się cisza w szkole. Czas na jakiś posiłek, gospodarze zaprosili mnie na obiad. Ryż, warzywa, fasola i kawałki mięsa, pyszne.

Image

Image

Image

Image

Image

Mocno popołudniu wyszłam za mury szkoły. Na ulicy dziś dużo większy ruch, bo dzień roboczy. Trafiłam na wielki bazar pod dachem, Marche Cluny. Można tam kupić ryby świeże, suszone i wędzone. Zapach zdecydowanie odstraszał w widok tysięcy much ma rybach, także. Bez żadnych zasad higieny, sprzedawane z gazet, koszyków lub kawałków folii, wprost z ziemi.
Tak samo i mięso. Tusze wisiały na ścianach, mięso na prowizodycznych stołach. Osoby o wrażliwych nosach pewnie by tam nie dały rady przejść.

Image

Image

Image

Image

Image

Był ogromny tłok i prawdę mówiąc, ludzie nie byli w większość przyjaźnie nastawieni do mnie. Mimo tego, że nie wyjmowałam aparatu, komórki, krzyczeli na mnie wrogo.
Kiedy pstryknelam zdjęcie obrazka świętego wśród worków, wyskoczył chłopak coś pokazując. Nie wiem, o co mu chodziło, ale zaczął się poruszać w rytm muzyki, która była w tle. Zachęcał i mnie. No cóż, do tańca nigdy mi nie było daleko i ruszyłam w tan. Wywołało to aplauz i brawa wkoło. Na chwilę zrobiło się przyjaźniej.

Image

Image

Image

Image

Image

Nie znalazłam na całym targu kawy, mam problem z jej zakupem, bo nie ma tu sklepów z prawdziwego zdarzenia. Zrobiłam na Marche Cluny tylko kilka zdjęć a szkoda, bo fajny klimat starego bazaru.
Na chwilę wpadłam do hotelu Christopher na sok z limonki i chwilę z internetem. Kupiłam w tym samym ulicznym straganie trzy kawałki kurczaka i do szkoły.
Nie udało mi się wrócić przed ciemnościami i gospodarze przywitali z ulgą mój powrót. Kąpiel w zimnej wodzie, potem znów ciemności, bo wyłączyli prąd.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Rano prąd pojawił się na chwilę, aby znów zniknąć na kilka kwadransów. Dzieci witały się ze mną, jak ze starą znajomą. Już się uśmiechały bez nieufności do zdjęć. Do południa w szkole nie było właścicieli i dzieciaki trochę swawoliły. Pojechałam na pocztę, ale był problem ze zrozumieniem. Potem kupić bilety na jutrzejszy przejazd do Dominikany. Koszt bezpośredniego autobusu do Santiago, to 25 usd. Jak na ceny haitańskie, to dość drogo.
Kiedy dzieci kończyły na dziś naukę, wybrałam się na ceremonię voodoo. Najpierw taksówką do dworca popularnego tu środka transportu, jakim są tap tap, czyli furgonetki do przewozu ludzi i towarów. Na wąskiej ławce, po dziurach i wybojach jechałam tak z godzinę do małej wioski pod Cap Haitien.
Zastanawiałam się, czy pojazdy są w stanie wytrzymać takie obładowanie. W środku siedziało jedenaście osób, trzy stały. Cztery na dachu paki, tylko im nogi zwisały, dwoje na dachu z przodu. Byłam przerażona, bo jak w korkach miasta jechaliśmy wolno, tak potem auto się nieźle rozpędziło.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kiedy zjechaliśmy z asfaltówki, każdy pojazd wzbijał tumany kurzu. Mijane wioski były tak samo biedne jak i miasto, może trochę mniej smieci. Przy drodze pasły się stada kóz i świń. Na polach widziałam trzcinę cukrowa i uprawy bananów. Przyczepy pełne grubych patyków trzciny skręciły do pobliskiej destylarni.
Nie byłam w stanie zapamiętać nazwy tej wioski, do której jechałam, ale znana ona jest z wielu cudów i odprawianych dwa razy w tygodniu, obrzędów voodoo. W wiosce jest kościół, biało niebieski, otoczony prowizorycznymi straganami, na których można kupić wszystko potrzebne do obrzędów. Rum, wodę perfumowaną, kwiaty, świece, talk, wielkie misy i barwniki w płynie. Wtedy jeszcze nie znałam przeznaczenia każdego z towarów na straganach.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wkoło było mnóstwo ludzi, słychać uderzenia bębnów, widać kawałek dalej typową dla Afryki, rozłożystą akację i plażę. Na drzewie siedzą ludzie i obserwują zgromadzenie poniżej. Stamtąd dochodzą dźwięki bębnów.
Udaje mi się kilka razy podejść blisko, to dzięki mojemu lokalnemu współtowarzyszowi. Nie można robić zdjęć, bardzo się złoszczą, ale nie byłabym sobą, gdybym kilku nie pstryknęła.
W środku tańczy stara kobieta, ma dziwny, nieobecny wyraz twarzy. Co chwilę zaciąga się papierosem, tańcząc w jego dymie, pije rum wprost z butelki. Druga obok niej ma całą twarz w czymś czerwonym, obie są w transie.
Dalej z boku pod akacja, są przygotowywania do poświęcenia posiłku w specjalnej ceremonii. Do misy wkładają jedzenie, mieszają, posypują talkiem i wsadzają w dziwną mieszankę świeczki. Obok wielka metalowa miska z ryżem i fasolą, butelki rumu, perfum, talk. Mężczyzna, który to robi, pije rum. Wykonuje jakieś niesamowite ruchy.

Image

Image

Image

Image

Image

Dalszej części nie widziałam, gdyż poproszono, abyśmy odeszli. Chwilkę brudnej na plaży, ale bałagan i śmieci skutecznie zniechęcają. Zresztą obok mam ciekawsze widoki.
Obrzędy pod drzewem nabierają mocy, jest coraz głośniej, oprócz bębnów słyszę śpiewy i krzyki. Gdyby to była noc, pewnie bym miała niezłego stracha. Udało mi się dostać blisko tańczących, przykucnęłam przy samych bębniarzach.
To jest coś niesamowitego, nie widziałam nigdy czegoś podobnego.
Jakaś mistyka krąży w powietrzu, unosi się z dymem ze straganów, zapachem rumu i pachnideł. I te uderzenia bębnów, dudnią mi aż w piersi. Mistyka i magia, ale wkoło trwa piknik, oprócz rzeczy potrzebnych do ceremonii można tu zjeść smażone ryby, kupić buty i ubrania.







Image

Czas goni, słońce zachodzi, trzeba wracać powoli do miasta. Jeszcze tylko wizyta w kościele.
Na schodach pełno resztek poświęconego ryżu, fasoli, korzystają z tego bezpańskie wychudzone psy. Ktoś zjada z wielkich mis resztki, inny polewa rumem niebieskie mury kościoła. Zapach alkoholu miesza się z pachnidłami. W środku kościoła w ławkach kilka osób się modli. Niektórzy trzymają w ręku lub stawiają przed sobą butelki, co jakiś czas pijąc rum prosto z butelki. Z przodu tylko skromny ołtarz z krzyżem i figurą Matki Boskiej z boku.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Modlący zapalają długie świeczki i stawiają je przed ołtarzem. Kobiety przede mną głośno krzyczą, wymachując przy tym rękoma i polewając się alkoholem.
Inny świat, coś nieprawdopodobnego. Zapachy w środku, krzyki, zupełnie niezrozumiałe zachowania modlących.
Moi przewodnicy poganiają, trzeba szukać auta na powrót do miasta, aby zdążyć przed nocą. A tak tu ciekawie.

Image

Image

Image

Udało się nam złapać auto i w miarę wygodnie wrócić do Cap Haitien. Muszę sobie w głowie poukładać widziane obrazki, dźwięki i zapachy.
Czegoś niesamowitego, było mi dane dziś doświadczyć.
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Jedno lato, kilka miast 🌆😍 Loty do europejskich stolic w wakacyjnych terminach od 143 PLN 😱☀️
 Jedno lato, kilka miast 🌆😍 Loty do europejskich stolic w wakacyjnych terminach od 143 PLN 😱☀️

Złote Piaski tego lata 🌊🧖 All inclusive w 4* hotelu ze strefą spa za 1879 PLN Złote Piaski tego lata 🌊🧖 All inclusive w 4* hotelu ze strefą spa za 1879 PLN
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group