Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 3 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
 Temat postu: Hamakiem po Laosie
#1 PostWysłany: 02 Gru 2016 22:22 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
- Po co Wy tam jedziecie do tego Laosu - zapytał podchwytliwie znajomy. - Przecież tam nic nie ma...
Ano właśnie, nic poza przepastnym jak morze Mekongiem, tysiącami wodospadów, malowniczymi górami, jaskiniami, plantacjami kawy, temperaturą w okolicach 30 C i leniwym wiszeniem w hamaku.
Spotkanie z tym NIC zaczynam na międzynarodowym lotnisku w Luang Prabang, które przypomina szopę ustawioną gdzieś w szczerym polu. Z samolotu przechodzi się do niej na piechotę, na przejazd hulajnogą wystarczyłoby jedno odepchnięcie się nóżką. Za to pole jest nie tylko szczere, ale i urokliwe i do tego przyjemnie ciepłe. A w końcu po to tu przyleciałam.

Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image

Samego miasta trochę się obawiałam. Bo nie lubię miejsc nadmiernie turystycznych, szeroko opisywanych w przewodnikach. Luang Prabang jednak, mimo że oblegane przez turystów, zachowuje atmosferę uzdrowiska. Można tu się zagubić w cichej uliczce, wśród starych drzew i drewnianych domów, posiedzieć nad leniwym Mekongiem, wypić spokojnie kawę, znaleźć miejsca, gdzie trudno dojrzeć białą twarz, rozkoszować się ciepłym (tak, tak, ciepłym, a nie gorącym i lepkim) powietrzem. Gubię się więc chętnie, kluczę uliczkami, zwiedzam poranne targowisko, z niedowierzaniem patrzę na niektóre stoiska…

Image,

Image,

Image,

Image,

Image

Jak poranny market cieszy oko i zapewne, strach pomyśleć, żołądek miejscowych, tak Nocny Market jest rajem dla turystów. Bo oferuje niemal wszystko, co biały człowiek mógłby chcieć zjeść: warzywne i mięsne gulasze, sajgonki, pieczone lub smażone ryby, pierożki na słono i słodko, różne mięsno-warzywne wariacje na patykach, koktajle warzywne, owocowe, alkoholowe, cuda wianki zawijane w liście, świeże owoce, zapiekane owoce, naleśniczki, placuszki… Brać, wybierać, jeść. Zwłaszcza, jeżeli czeka Was podróż na południe – bo to kulinarne szaleństwo zaczyna się i kończy w Luang Prabang.

Image

- Muszę tam jechać – to była moja pierwsza reakcja na zobaczone w Internecie zdjęcie Kuang Si, bajkowego wodospadu pod LP. Drugiego dnia po przylocie zapakowałyśmy się więc razem z grupą świeżo poznanych Polaków do tuk-tuka, co zapewniło nam przyzwoity rabat i bardzo przyjemną podróż, i udaliśmy się wspólnie nad wodospad. W dużym skrócie: te wszystkie foldery, przewodniki, zdjęcia w Internecie nie kłamią. To miejsce jest naprawdę bajecznie piękne, kolor wody faktycznie intensywnie zielono-niebieski, a jednocześnie jakby przepuszczony przez miękki filtr, las pełen ptaków i motyli a wycieczka warta zachodu.

Image, Image,

Image,

Image

Na początku wydawało się nam, że cztery godziny nad wodospadem to niepotrzebna rozrzutność. Zdawała się to potwierdzać mina kierowcy tuk-tuka, który miała na nas czekać przed wejściem do parku. Ostatecznie zachłysnęliśmy się pięknem tego miejsca i po tym, jak wspięliśmy się na szczyt wodospadu, wypluskaliśmy w zaaranżowanym tam kąpielisku, przepłynęliśmy wpław lub, niektórzy, tratwą, do źródła rzeki, nacieszyliśmy oczy dziesiątkami kaskad, musieliśmy niemal biec, by zdążyć na czas.
W sumie, może i dobrze. Bo od wejścia sunęły już w naszą stronę tłumy miejscowych, dźwigających kosze pełne jedzenia, kocyki, napoje… Cóż, zaczyna się weekend.
Od początku wiem, że nasza podróż po Laosie będzie pogwałceniem panujących tu praw. Laos bowiem jest leniwy i rozmarzony z natury, a my mamy zamiar się spieszyć i gnać jak oszalałe, żeby tylko nacieszyć oczy, zobaczyć jak najwięcej się da. To trochę głupie, ale nie mamy wyjścia. Bo kiedy znowu tu przyjedziemy?
Dlatego zaraz trzeciego dnia pakujemy się w tuk-tuka, jedziemy na dworzec i wyruszamy na północ.

Image

Na początku tę część trasy miałyśmy pokonać łodzią. Podobno na tym odcinku dopływ Mekongu, rzeka Nam Ou, kradnie serca. Nie dowiemy się już tego, bo kilka lat temu Laotańczycy wybudowali między Luang Prabang a Nong Khiaw, do którego zamierzałyśmy się dostać, zaporę. Nie wiem, z jakim skutkiem dla środowiska, na pewno jednak z katastrofalnym dla moich planów. Pozostała nam kilkugodzinna podróż busem po drodze, która drogą była tylko z nazwy, bo w rzeczywistości przypominała kiepsko ubity trakt, pełen dziur i wyrw, ze spacerującymi nim krowami, świniami, przebiegającymi kurami i niepilnowanymi dziećmi. Tak, tutejsi kierowcy nie mają łatwego życia. Nie wydają się jednak tym zasmuceni, zwłaszcza że częściej niż na drogę patrzą na swoich pasażerów, umilając im długą i wyboistą jazdę pogawędką.
Poruszanie się laotańskimi środkami komunikacji posiada jeszcze jedną ciekawą cechę. Wydaje się, że tubylcy masowo cierpią na chorobę lokomocyjną. W drodze do Nong Khiaw miałyśmy jednego delikwenta, który regularnie pozbywał się zawartości swojego żołądka. Kilka dni później poznałyśmy jednak Polaka, który jechał autobusem z kilkunastoma cierpiącymi Laotańczykami. Odgłosy zwracania różnych treści towarzyszyły mu przez całą drogę. Podczas całego pobytu w Laosie wysłuchałam wiele podobnych relacji.
W Nong Khiaw wreszcie mamy okazję przesiąść się na łódź. Co prawda czeka nas ledwie godzinna przejażdżka do Muang Ngoi, ale zawsze coś.

Image,

Image, Image,

Image,

Image, Image, Image,

Image

Jest faktycznie malowniczo. Podobnie, jak w wiosce, do której dopływamy. Do takich samych wniosków musiał dojść zapewne pewien Szwed, Gabriel, kiedy przypłynął tutaj sześć lat temu. Nigdy nie odpłynął, został, teraz prowadzi hotel i wygląda na zadowolonego z życia.

Image, Image,

Image,

Image, Image, Image

My zostajemy krótko, ledwie na szklankę soku, bo musimy się jeszcze przed wieczorem dostać do kolejnej wioski, Ban Na. Znów ten przeciwny laotańskiej naturze pośpiech…
Droga do wioski zachwyca. Pola ryżowe, góry, czerwień drogi, zapachy, cykady, wkrótce zachód słońca. I ta cisza, spokój. Żadnych turystów, stoisk, tuk-tuków. Czysty Laos.

Image, Image,

Image,

Image

Do Ban Na wchodzimy razem ze zmrokiem. Dostajemy królewskie posłania i przepyszny ryż z warzywami na kolację.

Image

Kąpiel w skromnej łazience z dziurą w ziemi, kamienną wanną z wodą i czerpakiem do polewania. Chodzimy z latarkami, bo w okolicy nie ma prądu. Kwaczą natomiast kaczki, kwiczą świnki i cykają cykady. Jest cudownie! Bujam się w hamaku i jestem prawie pewna, że nie zasnę.
Poranek jest jeszcze wspanialszy od nocy. Wszystko przez mgłę. Otula całą okolicę. Początkowo sprawia wrażenie ściany, później pozwala podejrzeć przynajmniej kontury krajobrazu, który za sobą ukrywa.

Image,

Image,

Image, Image, Image,

Image,

Image, Image

Chciałabym tu zostać. Chodzić, bujać się, chłonąć. Rozpaczliwie przeliczam w głowie dni. Nic z tego, z czasem nie wygram. Jeszcze tylko kawa, naleśnik z bananem i miodem i czas zbierać się z powrotem. Łódź nie będzie czekać. Czeka nas natomiast droga na gorące południe.

CDN.

Praktycznie:
Tuk-tuk z lotniska do miasta oraz z miasta na dworce – 10 000 K (ok. 5 zł)
Hotel w LP (tu są chyba najdroższe hotele w Laosie) – Khonesavanh Guesthouse – 70 000 K za dwójkę (ok. 35 zł)
Tuk-tuk (sorngtaou) do wodospadu Kuang Si – za osiem osób – 30 000 K od osoby (zwykle od 40 000 K od osoby)
Informacja Turystyczna – podobnie jak w całym Laosie, całkowicie bezużyteczna
Bus do Nong Khiaw – z dworca północnego, godz. 9, 40 000 K, 4 godz.
W Nong Khiaw można wsiąść do dużego tuk-tuka (sorngtaou) wiozącego ludzi na przystań – 5 000 K
Łódź do Muang Ngoi – g. 14, 25 000 K, 1 godz.
Z Muang Ngoi do Ban Na najłatwiej jest dostać się pieszo, cały czas główną drogą, ok. 1 godz. Wracać można przez pola ryżowe – krócej, po płaskim, ale dość łatwo zgubić dróżkę
Królewski nocleg w Ban Na – 10 000 K (5 zł)
Powrotna łódź z Muang Ngoi do Nong Khiaw – g. 9.30

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Offline
#2 PostWysłany: 08 Gru 2016 13:51 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
Krew, pot i łzy - tak z grubsza wyglądała moja wspinaczka na klif Pha Ngeun, wspaniały punkt widokowy pod Van Vieng. Niby kondycję mam dobrą, więc skąd to zmęczenie, mokruteńka koszulka i płytki oddech? - To jest po prostu bardzo trudne podejście - tłumaczę sobie, a moje podejrzenia zdaje się potwierdzać całkowicie pusty szlak. Nikogo po drodze, pewnie na szczycie też będę sama.

Image, Image

O, Bożenko, życie potrafi zaskoczyć! Na szczycie spotykam... dwóch japońskich staruszków. Po chwili dołącza do nas kolejny wspinacz (z satysfakcją zauważam, że ma zupełnie mokrą koszulkę i z trudem łapie powietrze) - jak się okazuje, z Argentyny. Sytuacja bardzo zabawna, a to za sprawą chłopaków piszących bloga nasigoreng.pl (polecam!) Otóż kiedyś spotkali oni na swojej drodze podróżnika z Argentyny. Ten ostatni był prawdziwym twardzielem z plecakiem, nie wybierał łatwych rozwiązań, nie jeździł busikami dla turystów, nie korzystał z pomocy agencji, radził sobie sam. Dla chłopaków stał się archetypem prawdziwego podróżnika. Każdego dnia zastanawiali się, co mianowicie zrobiłby Argentyńczyk? Pojechałby taksówką? Nigdy w życiu! Poszedłby w dżunglę z wynajętym przewodnikiem? No way! Wyruszyłby tam, gdzie wszyscy turyści? Wręcz przeciwnie!

Image,

Image

Idea "być jak Argentyńczyk" przypadła mi do gustu, z miejsca stałam się jej wyznawczynią i w sumie nie powinno mnie zdziwić, że na szczycie morderczego klifu spotykam właśnie... Argentyńczyka.
Opowiedziałam mu zresztą tę historię, pośmialiśmy się, porobiliśmy sobie zdjęcia, wymieniliśmy doświadczeniami i... zapadł zmrok. Argentyńczyk został na szczycie (a jakże!), ja postanowiłam jednak wracać do hotelu. Było to o tyle skomplikowane, że samo schodzenie po ciemku kamienistą, pełną korzeni i śliską dróżką stanowiło konkretne zagrożenie dla spójności kończyn, a czekała mnie jeszcze kilkukilometrowa jazda rowerem po ciemnej drodze. Na szczęście na rowerowym parkingu spotykam inną, bardziej przewidującą turystkę z latarką, która (turystka i latarka w jednym) stanowi moją eskortę do samego Van Vieng.

Image

No właśnie, Van Vieng... To miejsce, z którym mam problem. Przed laty było znane jako jaskinia pijaństwa, rozpusty i narkotykowego zamroczenia. Kiedy jednak wraz z wodami Mekongu zaczęły na południe spływać ciała kolejnych nieostrożnych turystów, laotański rząd postanowił zrobić tu porządek. Poniekąd się udało. Nie zmienia to jednak faktu, że miasteczko jest całkowicie plastikowe, zeuropeizowane, łatwiej tu zjeść befsztyk lub naleśniki, niż ryż z dobrym curry. Liczne rozpoczęte budowy hoteli pozwalają przypuszczać, że ten proces będzie tylko postępował.
Z drugiej strony trudno odmówić Van Vieng naturalnej urody. Nie odmawiam więc, pożyczam rower i z wiatrem we włosach wyruszam tej urodzie naprzeciw.

Image, Image, Image, Image

Rower skrzypi, bo tak naprawdę jest tylko starą damką, żar leje się z nieba prosto na mój kark, co jakiś czas mijają mnie hordy azjatyckich turystów na hałaśliwych gokartach, ale i tak mi się podoba. Nie jestem pewna, dokąd zmierzam. Chcę zobaczyć "jakąś" jaskinię, wykąpać się w "jakimś" oczku i oczywiście obejrzeć okolicę ze szczytu wspomnianego już klifu. W końcu skręcam do jaskini, która nie została oznaczona w żadnym znanym mi przewodniku. Dzięki temu jest naprawdę miło i pusto.

Image,

Image

Do słynnej Blue Lagoon nie docieram. I dobrze. - To jakiś pier...ony basen miejski - podsumowuje później Argentyńczyk. Ha, w tym jednym przypadku okazuję się bardziej argentyńska od Argentyńczyka! Nie skusiłam się na turystyczną atrakcję!
Zrobiłam natomiast co innego. Tak, kupiłam duże Lao Beer, rozłożyłam się w miękkich poduchach i obejrzałam odcinek, no, może dwa "Przyjaciół". Ten serial zapętlił się tu wiele lat temu i trwa nieustannie w tutejszych knajpach, stając się jednym z symboli Van Vieng. Symbol zaliczony.

Image, Image, Image, Image

Image

Trudno jednak ukryć, że tutejszym plusom nie udało się przykryć minusów, a nam wytrzymać w turystycznym grajdołku kolejnego dnia. Zbieramy się więc i ruszamy w kierunku naszego kolejnego celu: jaskini Kong Lo.
To był kolejny punkt na mojej liście Muszę Tam Być. Nie, żebym była jakimś zapalonym grotołazem, ale potężna jaskinia, długa na siedem kilometrów, ponoć najdłuższa na świecie, którą podziwia się z łodzi, płynąc podziemną rzeką, podziałała na moją wyobraźnię. I muszę przyznać, że się nie zawiodłam...
Ale, ale, wolno z plackiem, najpierw trzeba tam dojechać. A dotarcie w Laosie z punktu A do punktu B w rozsądnym (z europejskiego punktu widzenia) czasie jest prawdziwym wyzwaniem rzuconym siłom bliżej nieznanym, ale potężnym. Nieświadomy niczego biały turysta, pojawiając się na dworcu tutejszego PKS-u, rozpoczyna grę, której zasad nie rozumie a celu nie zna. Nie podejrzewa np. że fakt wpisania jakiegoś autobusu na tablicę z rozkładem jazdy nie musi oznaczać, że ten autobus kiedykolwiek istniał a tym bardziej odjeżdżał z rzeczonego dworca w pożądanym kierunku. Nasz przeciwnik w tej grze zmienia jej zasady w dowolnym momencie, co i rusz cofa nasz pionek o kilka pól, wręcza nam karty: tracisz kolejkę... Tym bardziej cieszy, jeżeli w końcu uda się nam wygrać partię. Choćby kosztem nocy spędzonej na dworcu i niezliczonych przesiadek po drodze (jak w naszym przypadku), czy całodniowego objeżdżania tuk-tukiem okolicznych przystanków (zasłyszana historia). Przy okazji można dostrzec, że sama droga nierzadko ważniejsza jest od jej celu. Tak czy owak więc - wygrywamy!

Image, Image

Sama jaskinia jest zjawiskiem z pogranicza świata realnego i magicznego. Jak w ogóle opisać podróż przez skaliste korytarze, zamieniające się kilkakrotnie w ogromne katedry? Jest ciemno, pomijając światło naszych latarek, cicho, wpływamy w chłód, do świata, którego istnienia musimy się raczej domyślać, bo dojrzeć udaje się tylko część, co jakiś czas przelatują obok nas nietoperze, mijamy skalne słupy, wiszące na słowo honoru stalaktyty i końca tej drogi nie widać... Jedni porównują tę podróż do wyprawy wgłąb Hadesu, inni przywołują Tolkiena. Coś w tym jest. Po prostu magia.

Image, Image, Image,

Image,

Image, Image, Image, Image

Image

Na noc zostajemy w wiosce Konglor - nie ma szans, żeby przed wieczorem coś nas stąd zabrało. I dobrze. Przyzwoity hotel z przyzwoitą łazienką, przyzwoita kolacja i zasłużony odpoczynek.

Rano udaje się nam dostać do jakiegoś autobusu, wiozącego białą wycieczkę do Vientian. Zabierze nas na skrzyżowanie z główną drogą północ-południe. Tym sposobem, zupełnie niechcący, ograłyśmy naszego przeciwnika w grze komunikacyjnej. Bo poranny autobus z Konglor w kierunku większej cywilizacji co prawda jest na rozkładzie, ale...
- Nie wiadomo, czy przyjedzie - słyszymy.
- Jak to?!
- Jak zbierze ludzi, to przyjedzie, jak nie, to...
- A kolejny?
- Jak zbierze ludzi...
No, tym razem to my jesteśmy na wozie! I ze zwycięstwem wypisanym na ustach zmierzamy w kierunku Czterech Tysięcy Wysp. Jak dobrze, że jeszcze nie wiemy, iż laotański PKS przymierza się, by nam ten uśmiech z twarzy zmazać.

Image

CDN.

Praktycznie:
Nocleg w Vang Vieng - 50 000 K za dwuosobowy domek z liści palmowych ze wspólną, ale czystą łazienką (Riverside Garden Bungalows).
Autobus z Vang Vieng do Vientiane - cztery godziny, od 40 000 K (ok. 20 zł). Z Vang Vieng można dojechać dokądkolwiek się chce w Laosie, tutejsze liczne agencje oferują wszystko, czego turysta potrzebuje. Zdecydowanie opłaca się kupić bilet w agencji - jest to nie tylko wygodniejsze, ale często też znacznie tańsze, niż zakupy na dworcach.
Z Vientiane do Konglor - najlepiej wsiąść w autobus jadący do Lak Sao i wysiąść w Ban Na Hin. Pierwszy autobus odjedzie, jeżeli będziecie mieć szczęście, o godz. 6, ostatni o 18.30.
Z Ban Na Hin odjeżdżają sorngtaaou do Konglor - godzina, 25 000 K, oficjalnie o g. 10, 12.30, 15

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#3 PostWysłany: 17 Gru 2016 18:59 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
Jesteście w Laosie? Strzeżcie się niebieskich autobusów! Unikajcie ich, obchodźcie szerokim łukiem. Bo niebieski, lokalny autobus nie tyle przewozi, co pochłania pasażerów, przeżuwa ich godzinami, by po wielu zmaganiach, lekko nadtrawionych, wypluć w docelowym miejscu. Lub nie. Niebieski autobus to zwyczajnie potwór. Groźny i bezwzględny.
Wsiadłyśmy do niego w Savannakhet, miłym, postkolonialnym miasteczku. Wypoczęte i najedzone (nocny market w Savannakhet, z dziesiątkami stoisk z absolutnie wszystkim oraz krewetkowe stragany nad Mekongiem, pokochają najbardziej nawet wybredni).

Image

I to był błąd, to musiało osłabić naszą czujność. Bo przecież o przygodach z lokalną komunikacją już wcześniej naczytałam się i nasłuchałam. Mimo to wsiadłyśmy.
Że coś jest nie tak, zaczęłyśmy podejrzewać po jakichś dwóch godzinach, kiedy nasz autobus nie oddalił się od miasta nawet o 50 km. Trudno zresztą, by się oddalił, skoro co kilka minut zatrzymywał się w zupełnie zagadkowych miejscach. Chwila jazdy i postój: bo trzeba kogoś zabrać, bo kierowca i bileterka muszą zjeść obiad, bo trzeba pasażerów wysadzić w lesie na siku, bo w jakiejś szopie trzeba zostawić kilkadziesiąt kartonów z lepiej nie wiedzieć czym, bo ktoś musi zjeść, ktoś wypić, bo znowu trzeba na siku, skoro tyle się wypiło... Dodatkowo na każdym przystanku Armagedon. Tu matka z dzieckiem na plecach próbuje wysiąść i stara się przepchnąć do wyjścia razem z chłopakiem dźwigającym gigantycznego misia. Z drugiej strony napływają hordy autobusowych sprzedawców z jajeczkami, szaszłyczkami, melonami, pesteczkami, kurczakami, rozpiętymi na patykach jak gigantyczne lizaki. Cała ta masa ludzi kotłuje się w przejściu, pod wirującymi wentylatorami - tylko patrzeć, aż komuś wkręci głowę...

Image, Image

I tak mijały godziny, i w końcu przyszedł czas na decyzję. Czy zamierzamy nerwowo zerkać w nawigację, załamywać ręce, bo niebieski potwór znów jedzie w przeciwnym od zamierzonego kierunku, czy też wolimy spróbować zapomnieć o celu i cieszyć się drogą, niewiadomą i całym tym rozgardiaszem? Zwłaszcza, że szokująca dla nas sytuacja, miejscowych ani nie dziwiła, ani nie irytowała. Wszyscy przepychali się, wypakowywali, sikali, jedli i pili w całkowitej zgodzie i z uśmiechem na ustach. W takich okolicznościach przyrody zachodni pośpiech po prostu nie ma sensu. Poddałyśmy się. I to było nasze zwycięstwo.
Ostatecznie, po siedmiu godzinach i pokonaniu prawie 200 km., pogodzone a nawet zadowolone, dotarłyśmy do Si Phan Don, do legendarnej krainy Czterech Tysięcy Wysp. No i stało się. Wpadłyśmy po uszy. Wystarczył rzut okiem na zatopione w zachodzącym słońcu wyspy, by wiedzieć, że jesteśmy stracone.

Image, Image

Czytałam wcześniej historie ludzi, którzy przyjechali tutaj na dwa-trzy dni i zostali na kilka tygodni. Inni przepadli bez wieści. Myślałam, że to podkolorowane opowieści. Nic z tego. To bujanie w hamaku, wpatrywanie się w leniwie przepływający Mekong zniewala, pochłania bez reszty, sprawia, że zaspane zegarki nie wiedzą jak i w którą stronę iść. Jeżeli faktycznie gdzieś istnieje czarna dziura czasu, to z pewnością znajduje się ona na Si Phan Don. Tutaj pośpiech, plany, jakieś "co będziemy robić jutro" przestaje mieć znaczenie.
Nie udało się nam policzyć, czy na rozlewisku Mekongu rozsiadły się faktycznie cztery tysiące wysp. Nie zobaczyłyśmy też delfina rzecznego Irrawaddy. Nie tylko dlatego, że ten spokrewniony z orką delfin jest gatunkiem krytycznie zagrożonym. My po prostu nie dałyśmy mu szansy, nie wybrałyśmy się na jedną z licznych wycieczek kajakowych połączonych z obserwowaniem tych wspaniałych ssaków. Ale też, bądźmy szczerzy, nawet tym, którzy wypłynęli, udało się dojrzeć co najwyżej kawałek grzbietu delfina, i to z daleka, i trudno powiedzieć, czy to w ogóle był delfin, a o zdjęciach nie było mowy.
W tej sytuacji wybrałyśmy rowery i udałyśmy się na całodzienną wycieczkę gdzie oczy poniosą. A poniosły, oj, poniosły! W pierwszej kolejności, z wyspy Don Det, na której się zatrzymałyśmy, przez French Bridge, który przerzucili między wyspami Francuzi, budując kilka kilometrów kolei wąskotorowej na wyspach, na Don Khon.
Tak na marginesie, z tą koleją w Laosie francuscy kolonizatorzy poszaleli. Bo czym, jeśli nie szaleństwem jest plan, żeby przesiedlić część "powolnych" Laotańczyków do Wietnamu, a przedsiębiorczych Wietnamczyków osiedlić w Laosie? W tym celu Francuzi zaczęli budowę kolei, która miała tę wędrówkę ludów umożliwić. Szczęśliwie przeszkodził im wielki kryzys w latach 20-tych ubiegłego wieku. Aż strach pomyśleć jakich wojen bylibyśmy dziś świadkami, gdyby to majstrowanie w demografii się udało. Tymczasem kolei w Laosie nie ma do dziś. Żadnej, jeżeli zignorujemy fragmencik łączący Tajlandię z Vientiane. Są plany, umowy z Chińczykami, ale to wszystko przyszłość.
Teraźniejszość natomiast pognała nas nad wodospad Somphamit. Miejscowi nazywają go "pułapką na dusze" (Li Phi). Nie bez powodu. Moja została złapana. Nie jest to co prawda zjawisko w rodzaju "naj", Somphamit nie jest ani najwyższy, ani największy, ani najbardziej spektakularny w tym rejonie, jednak ogrom przewalającej się przez skały wody zahipnotyzował mnie. Wgapiałam się we wzburzony, pieniący się Mekong, szeroki jak morze, i nie mogłam przestać podziwiać tej potęgi.

Image, Image, Image,

Image

Pod wodospadem, tam, gdzie nurt rzeki już się uspokaja, można skorzystać z przyjemnej plaży i wymoczyć się w brunatnej wodzie (wcześniej ignorując zakaz kąpieli). Oczywiście należy zachować rozsądek i pozostawać jak najbliżej brzegu.

Image

Image

Przyznaję, że moczenie się w Mekongu na zmianę z wiszeniem w hamaku zajęło nam znaczną część dnia. Zadziałała magia Si Phan Don. Na szczęście udało się nam wyswobodzić przynajmniej na tyle, by objechać Don Khon, z jego polami ryżowymi, wałęsającymi się po nich bawołami, pracującymi ludźmi i wreszcie miejscem zupełnie fantastycznym.

Image, Image, Image, Image, Image, Image,

Image,

Image, Image, Image,

Image

Na łowisko ryb obok Khon Pa Soi Falls trafiłam przypadkiem, kierując się na zaznaczony przez nawigację w telefonie punkt widokowy. Warto było. Wiszący most, wzburzona rzeka, uwijający się w wodzie rybacy, ogromne, nieco groteskowe, bambusowe pułapki (podobno w jednej można złowić pół tony ryb dziennie). Muszę przyznać, że kolejny raz uległam hipnozie. Ocucił mnie dopiero szybko zapadający zmrok.

Image,

Image, Image, Image, Image

Nie było nam łatwo odpływać z Si Phan Don. Tyle zostało jeszcze hamaków do zdobycia...
Jednak znajoma Chinka, z którą podróżowałyśmy już między Van Vieng a Vientiane stwierdziła z przekonaniem, że tutejsze wodospady mogą się schować przy tych na Płaskowyżu Bolaven. No cóż, musiałyśmy to sprawdzić.

Image

CDN.

Praktycznie:
W Savannakhet z dworca do centrum (ok. 2 km.) można wziąć tuk-tuka za 10 000 K (ok. 5 zł) od osoby
Nie wierzcie przewodnikom, że wszystkie autobusy jadące główną drogą północ-południe przejeżdżają przez Savannakhet. Nie przejeżdżają. Do miasta trzeba zjechać ok. 20 km. z głównej trasy.
Autobus z Savannakhet do Pakse - 40 000 Kip, ok. 5 godzin. Trzeba jeszcze do tego dodać czas na przejazd z dworca północnego na południowy (Pakse ma w sumie kilka dworców) - ok. 1 godz.
Z dworca południowego w Pakse do Ban Nakasang jechałyśmy taką ciężarówką z ławkami (ok. 2 godz.)
Z Ban Nakasang na wyspy regularnie kursują łodzie (płynie się kilkanaście minut). Za bilet na Don Det płaciłyśmy 15 000 K.
Za wejście na Don Khon płaci się na Moście Francuskim haracz w wysokości 35 000 K. Ta kwota rośnie z roku na rok. Bilet upoważnia także do wstępu na teren parku z wodospadem Somphamit.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 3 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group