Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 06 Mar 2018 14:59 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
Nie trzeba być wcale niebieskooką blondynką o bladej cerze, by w Zambii zostać gwiazdą. – Hello, Marita – wołają za mną Zambijczycy, którzy z jakiegoś powodu nie wymawiają mojego imienia - Marta. Dziewczyny i kobiety pytają, czy mogą sobie zrobić ze mną zdjęcie. Młodzi chłopcy zagadują, czy mam męża. Czy czuję się z tym dziwnie? Eee, raczej jak gwiazda rocka, Marita!
Oczywiście nie był to powód dla którego wybieram się do Zambii. Decyduje tani bilet. I fakt, że nigdy wcześniej nie byłam w czarnej Afryce. Zambia wydaje się dobra na debiut. Spokojna, bezpieczna, ze stosunkowo stabilną, jak na Afrykę, sytuacją ekonomiczną.
Zatem lądujemy w Livingstone. To najbardziej turystyczne miejsce kraju. Co oznacza, że można tu spotkać kilkoro białych i znaleźć ze trzy niedrogie hostele. Stąd turyści startują nad przepiękne Wodospady Wiktorii oddalone od Livingstone o ok. 8 km.

Image, Image,
Image,
Artystów w Zambii nie brakuje

Image, Image, Image, Image,

Image

Image

Ten cud natury z pewnością nie jest przereklamowany. Victoria Falls są ponad dwukrotnie wyższe (107m-51m) i o ponad pół kilometra szersze (1737m-1203m) od osławionej Niagary. Monumentalnością dorównują wodospadowi Iquazu na pograniczu argentyńsko-brazylijskim. Oglądamy je w styczniu, kiedy nie są najbardziej zjawiskowe (dopiero rozpoczęła się pora deszczowa) a i tak potrafią przemoczyć do cna z odległości dobrych stu metrów. Woda jest wszędzie, towarzyszy jej nienaturalnie intensywna zieleń, huk, no i te tęcze, do bólu kiczowate, wszędzie, piękne.
Atmosferę warzy mi tylko aparat, który nagle odmawia współpracy. Pozostaje komórka… Przy takich widokach to moja prywatna katastrofa.

Image, Image

Image

Image

Image, Image, Image

- Pawiany wchodzą na ściany – ta rymowanka tłucze mi się wciąż po głowie. Bo te nad wodospadami Wiktorii łażą wszędzie, rozkładają się na ścieżkach, obsiadają ławki. Co ostrożniejsi turyści skwapliwie schodzą im z drogi. Boją się ich nawet koczkodany, o genitaliach w kolorze niezapominajek. My utrzymujemy rozsądny dystans. I zafascynowani obserwujemy iskanie, drapanie, tarmoszenie, bujanie na gałęziach, kuszące wystawianie czerwonych pośladków – cały ten pawiani świat.

Image, Image,

Image,

Image,

Image, Image

Trasa z zambiańskiej na zimbabwiańską stronę wodospadów nie jest długa, jednak uświadamia nam bardzo ważną rzecz: pas przygraniczny obydwóch państw zamieszkany jest niemal wyłącznie przez artystów. I patriotów. Co drugi mijamy obywatel ukrywa w torbie lub za pazuchą drewniane słonie, miski i hipopotamy. I sprzedaje je dla dobra swojej wioski. – Only łan dolar maj frend – przekonują turystów. - Łan dolar for maj wylydż!
Artystów jest jednak zbyt wielu, a hipopotamy i słonie zbyt podobne do siebie, byśmy mogli uratować jakąkolwiek wioskę. Może uratujemy coś innym razem.
Na powtarzające się wśród turystów pytanie, która strona wodospadów, zambijska czy zimbabwiańska, jest piękniejsza, bardziej warta odwiedzenia, ciekawsza – odpowiem w irytujący sposób, jak wiele osób przede mną: należy zobaczyć obydwie. Są po prostu inne. Zambia daje możliwość podejścia do wody, wykąpania się pod wodospadami, przejścia przez super malowniczy Knife Bridge. Zimbabwe jest posągowe, odkrywa potęgę tego cudu. Tu już nie chodzi tylko o piękno, ale i o moc. Zatem sytuacja bez wyjścia, klasyczny pat, wszystko albo nic.

Wodospady po stronie Zimbabwe:
Image, Image, Image,

Image,

Praktycznie:
Bilet do parku Zambia/Zimbabwe – 20/30USD
Obydwa parki można zobaczyć jednego dnia, od granicy czeka nas ok. 20 minut spaceru. Nie potrzebujemy do tego wizy sąsiedniego kraju. Trzeba pobrać kwitek na granicy i wrócić przed zamknięciem przejścia o godz. 22.
Przepełniony, rozlatujący się busik z centrum Livingstone do bramy parku (lub w drugą stronę): 5 ZMK (pół dolara).
*******************************************************************************************************

Dostać się do Parku Narodowego w Hwange (Zimbabwe) oddalonego od nas o nieco ponad sto kilometrów, jest w sumie bardzo prosto. Na początek trzeba udać się do pani z informacji turystycznej (a może jednak z biura turystycznego? Nie jestem pewna czy w Afryce pomiędzy jednym a drugim jest jakakolwiek różnica), pogadać godzinkę o pierdołach, wyjść na zakupy, wrócić, trochę pojęczeć, że drogo a życie turysty to udręka i dalej już z górki. Płacimy po 10 USD i pani zabiera nas na taxi, a taxi zabiera nas na główną drogę. Na tej drodze pani łapie autobus zmierzający we właściwym kierunku. Następnie płaci kierowcy za nasze bilety oraz przekazuje mu kluczowy numer telefonu do człowieka o imieniu Knowledge (Wiedza!) Kierowca dzwoni pod wskazany numer i nawiązuje kontakt. My wsiadamy do autobusu, żegnamy się z panią z informacji/biura i wyruszamy w drogę. Droga trochę trwa, bo wzdłuż niej rośnie wiele drzew a każde drzewo to potencjalny przystanek. W końcu jednak docieramy do miejsca, które wygląda nam na punkt przesiadkowy. Przesiąść się jednak nie możemy.
- Nie mogę się dodzwonić do Knowledge, nie odbiera – mówi zafrasowany kierowca.
- To może poszukamy innej podwózki? – podpowiadamy.
- Niestety, to niemożliwe. Obiecałem, że przekażę was w ręce Knowledge’a – rozkłada ręce kierowca.
Ostatecznie autobus rusza dalej a my razem z nim. I tak dojeżdżamy do skrzyżowania, które tym razem z całą pewnością musi być naszym skrzyżowaniem. Radość podwójna, bo oprócz skrzyżowania jest też nasz Knowledge. Dziękujemy wylewnie kierowcy, witamy się wylewnie z nowym przewodnikiem, płacimy po 5 USD i ruszamy dalej. Po drodze omawiamy warianty safari na następny dzień i po godzinie witamy bramę parku. I już! Prościzna!

Image

Image
Nasze domki w Parku Hwange. Mogliśmy wybierać - całkowity brak sąsiadów

Image,

Tutejsze przystanki mają wiele zalet, charakteryzuje je duży ruch powietrza oraz brak tłoku

Image,

Na miejscu instalujemy się w parkowej hawierze, po ok. 30USD od głowy. Oczywiście próbujemy targować – argumenty mamy bowiem żelazne, na terenie nie ma żadnych turystów poza nami. Żelazo nie wytrzymuje jednak zderzenia z twardą rzeczywistością: miejscówka jest państwowa, żar leje się z nieba a pani w recepcji ma na wszystko wylane, bo chce już do domu. Kapitulujemy. I wypatrujemy świtu oraz czekającego nas safari. Po prawdzie nie ma tu nic innego do roboty – parkowy sklepik z mydłem i powidłem zamykają o godz. 18, w restauracji poza na wpół rozebraną choinką i porzuconymi obok bombkami nie ma wiele do oglądania o jedzeniu nie wspominając („zupy grzybowej kucharz nie poleca” – ostrzega kelnerka). Dodatkowo opowieści i ostrzeżenia przed chodzącymi między chatkami drapieżnikami okazują się mocno przesadzone. Zastane fakty nie pozostawiają nam wyboru – idziemy spać.
O godz. 6 pod nasz domek zajeżdża Simba. Imię jak imię, nic dziwnego w Afryce. Skoro przywiózł nas tu Knowledge, dlaczego Simba nie miałby nas zawieźć na safari? Pod jego czujnym okiem będziemy wypatrywać poukrywanych po krzakach zwierzaków.
Początek jest trudny, ale kiedy już na dobre udaje się nam rozkleić powieki, zaczynamy widzieć. Na początek ptaki i snujące się tu i ówdzie impale. Wreszcie – majestatyczne żyrafy. To niesamowite, jakie wrażenie robi to zwierzę widziane z bliska, niemal na wyciągnięcie ręki. Obserwują nas, ale tylko kątem oka, chyba z mniejszym zachwytem niż my je. One są u siebie, my jesteśmy w bajce.
O godz. 9, kiedy zaczyna się upał, nie ma już sensu rozjeżdżać po krzakach, bo życie na sawannie zamiera a zwierzęta idą spać. Poddajemy się tym regułom.
Po skąpym lunchu i symbolicznym odpoczynku, przed drugą, ruszamy dalej. Marzą nam się lwy. Podobno dzień wcześniej para Polaków (sic!) wypatrzyła tu sześć czy osiem sztuk. – Jeżeli coś upolowały, powinniśmy je znaleźć. Jak nie pojadły, to poszły dalej – podgrzewa nastroje Simba. Stanęło na tym, że polowanie wzięło w łeb. I lwów, i nasze.
Za to udaje się nam dostrzec słonie (choć stwierdzenie „dostrzec słonie”, bądźmy szczerzy, nie brzmi zbyt poważnie), impale, kudu, strojnego sekretarza, zebry, hipopotama w półzanurzeniu i moc pomniejszych zwierząt. Co do słoni jeszcze – trudno wręcz uwierzyć, jak te potężne zwierzęta potrafią błyskawicznie rozpłynąć się w buszu. W jednej sekundzie widzimy krzak i imponujący słoni zadek, w następnej tylko krzak. Czary. A generalnie - nie spotkaliśmy króla, ale zwiedziliśmy królestwo. I są państwo zadowolone.

Image, Image, Image, Image, Image, Image,

Image

A na deser, wróciwszy już z parku, zmierzając do Zambii, podjadając pizzę w Victoria Falls, spotykamy parę Polaków. Tych, którzy widzieli w Hwange lwy. Nasze lwy!

Praktycznie:
Rest Camp&Lodge – dormitorium – 20USD (my stargowaliśmy na 15USD). Bardzo malownicza miejscówka, dużo zieleni, cisza, niemal luksusowy basen.
Taksówka od dworca autobusowego w VF do centrum – ok. 2-3 USD Autobus Victoria Falls-Cross Mabale (skrzyżowanie do PN Hwange, Main Camp) – ok. 8 USD
Transport ze skrzyżowania do bramy parku warto umówić wcześniej, bo droga jest mało używana – ok. 15 USD za trzy osoby
Wstęp do parku 20USD za dzień. 10USD/dzień, gdy nocujemy na terenie parku
Całodniowe safari (godz. 6-9 i 13.30-17) – 100 USD od osoby
*****************************************************************************************

Z podróżowaniem po tej, stosunkowo mało popularnej, części Afryki wiąże się jeden poważny problem: kompletny brak wiarygodnych informacji na jakikolwiek temat. Dobrych przewodników z praktycznymi wskazówkami nie ma (ten z planetą w tytule bezużyteczny), informacji w sieci jak na lekarstwo, a te które są, bywają sprzeczne. Miejscowe informacje turystyczne działają jak komercyjne biura, inni turyści najczęściej tak samo wygłupieni jak i my. A my chcemy do Parku Narodowego Chobe w Botswanie. W sumie nic prostszego – wystarczy wysupłać stokilkadziesiąt dolarów od głowy i wykupić odpowiednią wycieczkę w wybranym biurze. Sęk w tym, że my chcemy sami i chcemy taniej. Pozostaje nam więc zebrać ułamki informacji z internetu i od napotkanych ludzi, zrobić kanapki na drogę i wyruszyć w nieznane, czyli z Livingstone nad granicę z Botswaną. Początek zapowiada się obiecująco: bez większych problemów docieramy do postoju tzw. dzielonych taksówek, które po zebraniu kompletu pasażerów i 40 ZMW (4 USD) od głowy jadą do przygranicznego Kazungula (ok. 70 km od Livingstone). Przejście najkrótszej granicy świata (750 m) między Zambią a Botswaną zajmuje nam dwie chwile. Pewnie dlatego, że deklarujemy powrót tego samego dnia, przed godz. 18. We wskazanym okienku kupujemy bilet na prom i już jesteśmy w Botswanie. Tutaj uczymy się ważnej rzeczy: nie odzywać się bez potrzeby do pograniczników. Odezwałam się ja – było mi głupio tak po prostu przechodzić obok mundurowych siedzących przed kolejnymi budkami i nic. Zapytałam więc urzędującą Botswankę, czy mamy pokazać paszporty. A ona, zdezorientowana i w nagłym poczuciu obowiązku, czy wieziemy jakieś jedzenie. Na to ja, że tylko kanapki. A na to ona, że jak kanapki, to mamy je wrzucić do kontenera po prawej. Ooo, co to, to nie! Ścisnęłam zazdrośnie moją bułkę z tuńczykiem i przemknęłam, tym razem bez słowa, obok wspomnianego kontenera. Na szczęście nikt się już nami nie zainteresował. Kanapkę, na wszelki wypadek, zjadłam zaraz po przejściu granicy.
Trzeba przyznać, że tak całkiem w ciemno do Chobe nie jechaliśmy. Jeszcze w Zimbabwe, przez naszą ulubioną pośredniczkę, umówiliśmy safari z miejscowym przewodnikiem. Ten ostatni miał nas odebrać po zejściu z promu. Kłopot w tym, że poza sprzedawcami różnego badziewia, nikt na granicy na nas nie czekał. Czekaliśmy więc my. Aż się nam znudziło i z napotkanym taksówkarzem postanowiliśmy sami pojechać do firmy figurującej na wypisanym nam w Zimbabwe papierze. Po tym, jak dojechaliśmy do starej, dawno nieużywanej bramy w środku niczego i dowiedzieliśmy się, że firma nie istnieje, nasze nadzieje na udane safari i odzyskanie wpłaconej zaliczki zaczęły si rozpływać w gorącym afrykańskim powietrzu. Jedynym, który się nie poddawał był nasz taksówkarz. Wydzwaniał, wypytywał, zatrzymywał samochody na drodze, przy czym jeden nawet goniliśmy, jak bohaterowie szpiegowskiego filmu. W efekcie, do dziś nie wiem jak, ale znaleźliśmy naszego przewodnika, z którym, do czego doszliśmy później, w przedziwny sposób minęliśmy się na granicy.
Safari w Chobe nas nie ominęło. I dobrze, bo ten park zdecydowanie jest wart odwiedzenia. Żyje tu prawdopodobnie największa w całej Afryce populacja słoni – coś koło 120 tys. zwierząt! Widzi się tu ich całe stada. Fascynujące! Do tego tłum żyraf, hipopotamów, impali, bawołów i – wreszcie – lwy! Po prostu uparliśmy się, że chcemy zobaczyć na własne oczy te drapieżniki. I udało się! Wszystko dzięki żyrafom, które zamiast skubać beztrosko listki ulubionej akacji, wpatrywały się w jeden punkt. Wpatrzyliśmy się więc i my. I ujrzeliśmy trzy.
Dorodne lwice siedziały w wysokiej trawie i przyglądały się stojącym jakieś sto metrów dalej żyrafom. – Mają bardzo delikatne łapy, dlatego, żeby się nie poparzyć, czekają, aż ziemia ostygnie – wyjaśnia nam przewodnik. – Jak tylko zrobi się chłodniej, zaatakują. I na pewno jedna z tych pięknych żyraf tego nie przeżyje.
Park w Chobe zachwyca. Zwierząt jest mnóstwo, w dodatku można do nich całkiem blisko podejść, niemal się nie boją. – Kilka lat temu nasz rząd zakazał tu jakichkolwiek polowań, nawet komercyjnych. Zwierzęta przestały się bać ludzi – wyjaśnia przewodnik. Co tu gadać, jest prawie jak w raju.

Image,

Image,

Image,

Image,

Image,

Image,

Image,

Image, Image, Image, Image,

PRAKTYCZNIE:
Taxi do granicy (Kazungula) 4USD/osoba przy pełnym obłożeniu (taksówki stoją po prawej stronie od głównej ulicy, idąc od centrum, przecznicę lub dwie przed dworcem autobusowym)
Prom – 2 ZMK
Taxi do Kasane – ok. 1 USD/osoba
Safari (ok. 3 godz.) – można zorganizować w Kasane – 30-40 USD, wstęp do parku w cenie.

Przy okazji - dziękuję koledze Radosławowi za udostępnienie zdjęcia lwic. Z komórką, no cóż, nie miałam szans. Dzięki Radziu!

W następnym odcinku o pełnej przygód wyprawie nad jezioro Kariba oraz o smokach.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Lato na końcu Italii za 979 PLN 💚🤍❤️ Loty do Kalabrii + 4* hotel ze śniadaniami i prywatną plażą 🌊🏖️ Lato na końcu Italii za 979 PLN 💚🤍❤️ Loty do Kalabrii + 4* hotel ze śniadaniami i prywatną plażą 🌊🏖️
Cypr latem 🌊☀️ Tydzień w 4* Capital Coast Resort & Spa w Pafos za 2859 PLN Cypr latem 🌊☀️ Tydzień w 4* Capital Coast Resort & Spa w Pafos za 2859 PLN
Offline
#2 PostWysłany: 07 Mar 2018 14:49 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
Nad jezioro Kariba bardzo chciałam się dostać z kilku powodów. Po pierwsze trochę wody w środku Afryki to zawsze przyjemna odmiana. Biorąc pod uwagę, że Kariba Lake to największy sztuczny zbiornik wodny na świecie, tej wody mogło być nawet więcej niż trochę. Po drugie – nie jest to miejsce nadmiernie popularne wśród białych turystów a to zwykle zapowiada dobrą przygodę. Po trzecie – oddalone jest o żabi skok od naszego bazowego Livingstone, więc dostać się na miejsce to bułka z masłem... Chyba... No cóż, Afryka pokazała nam co myśli o tym trzecim założeniu…

Pierwszy etap podróży, czyli przejazd autobusem do miasteczka Choma, leżącego na trasie do stolicy – Lusaki, faktycznie jest dziecinnie prosty. Wystarczy kupić bilet w okienku na dworcu autobusowym w Livingstone (okienko można zobaczyć, jak się już człowiek przebije przez miejscowych naganiaczy), chwilę poczekać, wsiąść do dużego, całkiem wygodnego autobusu i wysiedzieć w nim jakieś cztery godziny.
Samo Choma to dziura. Ale można tu spotkać ciekawych ludzi. My spotykamy rodzeństwo Hindusów. Obydwoje w wieku okołoemerytalnym a ich życie sporo mówi o historii tego regionu. Ich dziadkowie wyemigrowali z Indii do Mozambiku, następnie rodzina przeniosła się do Zimbabwe, skąd rządy Mugabe, niosące gospodarczy i polityczny upadek, skutecznie ich przegoniły do Zambii, po czym wszyscy wyjechali za chlebem do USA, by w końcu wrócić do ukochanej Zambii. Rodzeństwo prowadzi miejscowy sklepik i zatrudnia okoliczną, trudną młodzież do zamiatania wody sprzed wejścia.
– Kanalizacja to nie jest to, co Zambia ma najlepszego - tłumaczą. Zambijscy Hindusi z Choma mają natomiast pyszne samosy, dużo życzliwości i dobrych rad. – W Livingstone uważajcie na słonie. Tylko w tym roku zadeptały już troje turystów i dwóch ochroniarzy – ostrzegają. – To dzikie zwierzęta a nie wszyscy o tym pamiętają.
Akurat ta przestroga mnie nie dotyczy. Wystarczyło, że wysłuchałam kiedyś programu o tym, jak okrutnie są tresowane słonie, mające turystom służyć za chodzące krzesełka. I podziękowałam za tę atrakcję, raz na zawsze.

Ciekawi ludzie nie zmieniają jednak faktu, że Choma to dziura. - Nie ma już transportu do Sinazongwe. Ostatni minibus odjechał – zapewniają nas naganiacze na targowisku, służącym też za punkt zborny dla busików dojeżdżających do okolicznych miejscowości. Co gorsza, te zapewnienia okazują się prawdą. - Wsiadajcie do busa do Sinazeze, tam przesiądziecie się do taksówki. I już! – doradzają nam miejscowi. Nieświadomi tego, co nas czeka, podążamy za tą radą.
Nie wiem, co sobie wyobrażaliśmy, bo chyba nie to, że pojedziemy w siedem osób w siedmioosobowym busie. W każdym razie rzeczywistość nas przerasta… Z każdym dosiadającym się do trzeszczącego w szwach pojazdu pasażerem jesteśmy pewni, że to już ostatni, że więcej się nie zmieści. Zwłaszcza, że obok samochodu wciąż leżą nasze plecaki i ze dwie wielkie walizy. Nie doceniamy wyobraźni przestrzennej naszego kierowcy i jego pomagiera. W końcu, gdy w busie dusi się już osiemnaście osób – niektóre na dwóch, inne tylko na jednym pośladku - przychodzi czas na zapakowanie bagaży. I tu zaczyna się wyższa matematyka. Walizki, tobołki, nasze plecaki, reklamówki – to wszystko kierowca z pomagierem próbują upchnąć na dziesiątki sposobów. Bezskutecznie. Do momentu, aż ktoś odkrywa, że jedna z potężnych waliz jest pusta. Zaraz ląduje w niej kilka tobołków. W sumie dziwimy się, że nikt nie wpadł na pomysł, by zmieścić tam jeszcze dodatkowego pasażera. Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy na dobre ruszyli. Do momentu, gdy po minucie jazdy, zatrzymujemy się na stacji benzynowej. W czasie gdy nasz kierowca tankuje pojazd, jeden z pasażerów wymyka się, by po chwili wrócić z ogromnym telewizorem w ramionach. No tak, jesteśmy w komplecie.
Zasadniczo możemy uznać ten przejazd za przeżycie tygodnia. Zwłaszcza, gdy zatrzymujemy się w jednej z mijanych wiosek i otacza nas oddział wykrzykujących coś kobiet, uzbrojonych w banany, kolby kukurydzy, pomidory i potężne kapuściane głowy. – Komu pomidory, komu kapustę?! Kupujcie, macie jeszcze trochę miejsca pod sufitem!
W sumie – czemu nie?

Image

Image
Jest dosyć luźno. Jeszcze nie ma telewizora.

Image

Kiedy wysypujemy się w końcu z busa, jesteśmy na tyle znieczuleni, że bez większych dyskusji pozwalamy się zapakować do rozlatującej się toyoty, mającej nas zawieźć nad upragnione jezioro. Resztkami sił próbuję tylko zaprotestować przeciwko ułożeniu naszych plecaków na stercie węgla w bagażniku. – Tutaj można wrzucić jakiś plecak – mówię, poklepując wytartą tapicerkę. Kiedy po tym geście krztuszę się od kurzu, wznoszącego się pod podbitkę, jak atomowy grzyb, rezygnuję z udzielania dalszych rad. A kierowca rusza w drogę. Choć w zasadzie drogą tego traktu nie można nazwać. Ot, wyrąbana w sawannie przecinka, z lekka uklepana, za to pełna dziur. Gdy wyprzedza nas chłopiec na rowerze wiem, że dojazd do celu zajmie nam jeszcze trochę czasu.

Image

Na szczęście nasz współpasażer, miły mieszkaniec wioski przed Sinazongwe, aktualnie kompletnie pijany, z absolutną pewnością twierdzi: - Jezioro jest piękne a w Sinazongwe znajdziecie wspaniałe lodge, niedrogie, z cudownym lejk wiu.
Adresu żadnego nie podaje, bo przechodzi w stan uśpienia.
Koniec drogi, czy też przecinki wyrąbanej przez sawannę, oznacza wreszcie dotarcie do celu. Jest już ciemno, pusto, nie mamy żadnej rezerwacji ani nawet adresu jakiegoś hoteliku, ale jesteśmy dobrej myśli. W dodatku udaje się nam złapać jakiegoś spóźnionego przechodnia, który macha ręką w mrok, sugerując, że jadąc w tamtym kierunku, znajdziemy nocleg. I faktycznie, z nocy wyłania się przytulna miejscówka – coś tam ... Lodge. Wchodzimy do miłego, choć pustego, baru, witamy się z miłą panią i prosimy o miły nocleg, nie przekraczający 20 USD za głowę. Albo nawet przekraczający, ale raczej niewiele. Pani miło się uśmiecha i podaje nam cennik. I kiedy już udaje się nam dojść do siebie po pierwszym szoku, przestaje być miło – najtańszy nocleg w domku wieloosobowym kosztuje tu 660 USD od osoby! Nie dyskutując z tym absurdem, zawijamy się z powrotem w noc a taksówkarz wiezie nas do centrum miejscowości, czyli pod wielkie drzewo, przy którym stoją ze dwa sklepy, aktualnie zamknięte, oraz jakaś buda błyskająca światłami i hucząca muzyką. – To jedyny guesthouse w mieście – taksówkarz pokazuje na budę. – A ja muszę wracać, bo kończy mi się benzyna. Jak chcecie, mogę was zabrać.
Co to, to nie! Naobiecywali nam hoteli i że lejk wiu będzie, więc niech nam teraz nikt nie mówi, że z tego nici. Zabieramy nasze plecaki i idziemy do Zapchlonej Tancbudy, czy tam guesthouse. Noclegi są, i owszem. W dodatku tanie – po 6 USD od osoby. – Ale u dermatologa musielibyśmy sobie po czymś takim wykupić abonament – stwierdzamy, patrząc na, przysięgłabym, ruszające się koce i pokryte grzybem ściany oraz mającą zastąpić łazienkę miskę, ustawioną na środku podwórka. Nie ma mowy, to już lepiej ułożyć się pod drzewem.
Czy wspominałam już o niezwykłej życzliwości Zambijczyków? Objawia się ona także i w tym trudnym dla nas momencie. – Szukacie noclegu? Czegoś lepszego niż tutaj? Poczekajcie, zaraz coś znajdziemy – deklaruje nagle jeden z mieszkańców Hotelu Pluskwa i chwyta za telefon. Po chwili oznajmia z szerokim uśmiechem: - Jest! Macie gdzie spać!
- Super! Dokąd mamy iść?
- Poczekajcie tutaj. Samuel zaraz po was przyjedzie.
Po chwili znów pakujemy się do kolejnej toyoty i ruszamy w noc. Jak się okazuje, do miejscówki usytuowanej po sąsiedzku z mega drogim Hotelem Absurdu. Przechodzimy przez elegancką jadalnię do pięknego ogrodu. Samuel pokazuje nam pokoje: ciężkie, drewniane meble, wielkie łóżka z moskitierami, lustra, telewizory, wyłożone kamieniem łazienki. Jest nawet obiecany lejk wiu. Boimy się spytać o cenę. – Dwadzieścia dolarów od osoby, ze śniadaniem – informuje nas Samuel. – A jeżeli zostaniemy dwie noce lub dłużej, to może być taniej? – przekraczam granicę bezczelności. – No dobrze, niech będzie po 17 dolarów – uśmiecha się szeroko Samuel.

Image,
Lyawa Lodge - pokój chłopaków. Łatwo poznać po podniesionej klapie

Image, Image, Image,

Image
Obiecany lake view

Trzeba przyznać, że Sinazongwe, to wyjątkowa dziura, jak na miejscowość, w domyśle, turystyczną. Czyżby dlatego tak się nam tu podoba? Spędzamy tu dwa pełne dni i trzy noce. Odwiedzamy tutejszą wioskę, szkołę i rozgłośnię radiową (sic!), pływamy czółnem oraz, ignorując znak Beware of crocodiles, bez czółna (za to blisko brzegu), bo woda czysta i ciepła jak w wannie, ściskamy każdego dnia dziesiątki wyciągniętych do nas przyjacielsko dłoni, odpowiadamy na setki pozdrowień, rozpływamy w życzliwej atmosferze i dopasowujemy do niezwykle leniwie płynącego tu czasu.

Image, Image, Image, Image, Image

Image,

Image,

Image,

Image

W końcu uznajemy, że już wystarczająco dużo razy minęliśmy Hotel Pluskwę i wystarczająco często siedzieliśmy pod wielkim drzewem w centrum Sinazongwe i o 6 rano ładujemy się do busika, który uwozi nas wyboistą przecinką w stronę cywilizacji. Żegnaj Samuelu, Sinthio oraz pozostali, których imion nie pamiętam! Życzymy wam, by wasze marzenia o popularności Sinazongwe kiedyś się spełniły, ale nie pozbawiły tego miejsca czaru.

Image,

Image,

Image,

Image
Uff, jak gorąco!

Image, Image,

Image,

Image,
Miejscowa toaleta

Image,

PRAKTYCZNIE
Aby dostać się do Sinazongwe należy dojechać do Choma, leżącego przy głównej drodze między Livingstone a Lusaką. Bilet z Livingstone – 70 ZMK
Minibus z Choma do Sinazongwe – 50 ZMK
Taxi z Sinazeze do Sinazongwe – 30 ZMK
Nocleg w luksusowym Lyawa Lodge – ok. 20 USD od osoby. Bóg jeden wie, czy to oficjalna cena. U sąsiada nocleg od 660 USD/osoba.
O Hotelu Pluskwa zapomnijcie!

Image,

Image,

Image

- Czym się zajmujesz – pytam naszego nowego znajomego na farmie Moorings Campsite. – Niczym, po prostu sobie żyję – odpowiada szczerze Honest. To jego prawdziwe imię i w Afryce nie brzmi wcale dziwnie. Spotykamy tu Smile,ów, Knowledge’ów, Glory, czy Blessing. Natomiast z pracą mają Zambijczycy problem. Faktycznie ok. 50 proc. społeczeństwa to bezrobotni. Tutaj, na wielkiej farmie położonej ok. 180 km. od Lusaki zatrudnienie znaleźli nieliczni. Reszta po prostu sobie żyje. Nie ma tu sklepu ani baru. Miejscowy kościół spotyka się w szkole (ufundowanej częściowo przez Czechów). Poza tym Jedyną atrakcją jest koło kobiet, które raz w tygodniu zbierają się w Trade Center (ufundowanym przez Norwegów) i szyją: torby, zabawki, podkładki po talerze. Cały ten kram wożą co jakiś czas do Lusaki i usiłują sprzedać. Przez moment nawet chcę coś kupić, ale rezygnuję – drogie i, mówiąc szczerze, niezbyt starannie wykonane. Ale w końcu nie w tym rzecz. – Chodzi o to, żeby w ogóle coś robić i robić to wspólnie – tłumaczy mi miejscowa przewodnicząca kobiecego kółka.
Nastawieni na aktywny wypoczynek nie mają czego szukać w Moorings Campsite. Bo „nie ma tu niczego”. Poza świętym spokojem i sielską atmosferą. – Jakieś zwierzęta? – pytam z nadzieją. – Tylko krowy. I świnie – odpowiada niepokojąco szczerze Honest. Spędzamy tu leniwe popołudnie, cichy wieczór i noc wypełnioną wrzaskiem małp. Dodatkowo w towarzystwie ptaków koni, małp oraz psa. Rano, zmęczeni nieco tym spokojem, wracamy do Livingstone.

Image
- Hello, skąd jesteście?
- Z Polski. A ty?
- Ja wracam ze spotkania, na którym sobie śpiewaliśmy.
- To może nam coś zaśpiewasz?
- Proszę bardzo!

Image, Image

Mr Mustard przypomina złotego smoka, leniwie rozłożonego nad bajorkiem. I chociaż nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś takiego o krokodylu, jest po prostu piękny. Podziwiam go z niebezpiecznie małej odległości. – Ostrożnie – ostrzega mój przewodnik, właściciel farmy krokodyli pod Livingstone. – To albinos. Jest bardzo rzadki, ale też wyjątkowo agresywny. Mieliśmy takie trzy, ale się nawzajem pozabijały. Generalnie nie lubią nikogo.
Mr Mustard tymczasem lśni sobie spokojnie w słońcu, jakby ta rozmowa nie była o nim.

Image, Image, Image,

Image

Właściciel farmy opowiada o tych najniebezpieczniejszych gadach świata fascynujące historie. Jak ta o Susi, beznosej krokodylicy, która w młodości zajmowała się rabowaniem turystycznych plecaków z pobliskiego kempingu. – Żartowaliśmy sobie, że jest uzależniona od Malarone – tłumaczy mój przewodnik (Malarone to popularny lek przeciwko malarii, obecny w bagażu niemal każdego turysty podróżującego po Afryce). Któregoś dnia jednak Susi, myśląc zapewne, że to plecak, chwyciła za głowę śpiącego, nieostrożnego turysty, tylko po szyję ukrytego w namiocie. Plecak nie dał się na dobre wyszarpać z namiotu a Susi, jako groźna dla ludzi, trafiła na farmę. Nos i urodę straciła właśnie tutaj. Krokodyle, w walce o obiad, nie patyczkują się bowiem z krewniakami.
Oglądając kolejne imponujące okazy, wysłuchuję następnych historii. O wywracanych rybackich czółnach, dzieciach wciąganych z brzegu do wody, kamizelkach ratunkowych i zegarkach wyciąganych z brzuchów gadów. Nie ma wątpliwości, że to wyjątkowo agresywne zwierzęta, stworzone jako maszyny do zabijania. Co roku w ich paszczach ginie ok. 200 osób. Buźka krokodyla mieści ponad 60 zębów, z czego każdy utracony odrasta. System opieki dentystycznej w takim układzie załamuje się w mgnieniu oka. W ogóle opieka zdrowotna krokodyla nie interesuje. – Spójrz na tę łapę – podpowiada mi przewodnik. – Jest ranna, widać krew a jednak nie gromadzą się przy niej muchy, nie ma śladu zakażenia. To dlatego, że krokodyle mają we krwi naturalny antybiotyk. Dzięki niemu w ogóle nie chorują.
Ludzie próbują zaczerpnąć tego krokodylego zdrowia i odzyskują tłuszcz zgromadzony przy gadzim sercu i wątrobie. – Sam to stosuję, mamy trochę na sprzedaż – zachęca przewodnik.
- Dziękuję, na razie wystarcza mi czosnek – zapewniam, wpatrując się w nadpływającego potwora. Dziwne, bo gdy ta tona mięsa płynie, powierzchnia wody nawet się nie marszczy. Widać tylko oczy i czubek nosa. To i ponad 60 zębów to zapewne ostatni widok, jaki przemknie przed oczami ofiary.
I tylko jedno krokodyl ma całkiem niewinne i malutkie – mózg.

Image, Image, Image, Image,

Image,

Image, Image,

Image
Trudno odmówić Suzi uroku.

Image
Jeszcze niewinny. Zapamiętaj mały smoku, jak delikatnie cię trzymałam. Na wypadek, gdybyśmy się jeszcze kiedyś spotkali - na co nie nalegam.
****************************************************************************************

Jedno udane spotkanie potrafi rozjaśnić cały dzień. W wyśmienitej Munali Café w Livingstone spotykam zawodowców w tej dziedzinie. – Znamy się ze Stanów – opowiada samotna Amerykanka pod 60-kę, która razem z parą swoich równolatków dosiada się do mojego stolika. – Nie widzieliśmy się od lat. I nagle wpadamy na siebie nad wodospadami! Taka niespodzianka!
Znajoma para, ona Hinduska, on tęgawy blondyn, potakuje głowami, najwyraźniej też zadowolona z tej niespodzianki. – A ty skąd pochodzisz? – zwracają się do mnie. – Z Polski – uśmiecham się lekko zażenowana, że nie mogę im odpłacić równie oryginalną historią. – No, popatrz tylko! – Hinduska radośnie zwraca się do męża. – Z Polski!
- Byliśmy w Polsce kilka miesięcy temu – wyjaśnia ucieszony mąż. – Pojechaliśmy na wesele kuzyna do Pleszewa! Było wspaniale!
I tak na miłych pogawędkach i oglądaniu zdjęć z Pleszewa spędzamy jeszcze z pół godziny. Dopijamy kawy i żegnamy się oczywistym w tej sytuacji: - Do zobaczenia!
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group