Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
 Temat postu: AZORY
#1 PostWysłany: 01 Mar 2014 04:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Kiedy płynąłem statkiem przez północny Atlantyk, poza nielicznymi przypadkami gdy trasa wiodła gdzieś do Kanady, wybierałm trasę kombinowaną. Z Europy najpierw w kierunku Azorów, a dopiero tam robiliśmy zwrot na kurs wiodący do właściwego portu. Dawało to wysokie prawdopodobieństwo uniknięcia sztormów. Oczywiście pod warunkiem, że miało się odrobinę szczęścia, by uniknąć ich na trzydniowej trasie między Kanałem La Manche, a wspomnianym archipelagiem. Pamiętam pewne Boże Narodzenie, kiedy to wigilijną kolację jedliśmy niemal na stojąco, przytrzymując w rękach co się dało, a wyspę Graciosę zamiast po trzech dniach, ujrzeliśmy po prawie pięciu.

Tyle razy przepływałem w tamtej okolicy, lecz nigdy moja noga nie stanęła na żadnej z tych wysp. Aż tu nagle, kiedy zastanawiałem się dokąd wybrać się w nadchodzący urlop (wypadający pod koniec czerwca – pisze te relację z miesięcznym opóźnieniem) i coraz bardziej skłaniałem się ku wypadowi do Maroka, mój Anioł rzucił pytanie

- Czy nie chciałbyś zobaczyc Azorów?

Azorów? Jasne! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Pewnie dlatego, ze to mało uczęszczany kierunek. Niewiele biur ma go w swojej ofercie, a powszechnie znane linie lotnicze, tez raczej omijają ten rejon.

Tymczasem last minute kusił ofertą siedmiu noclegów w czterogwiazdkowym hotelu z przelotem w obie strony za 360 euro od osoby. Była gdzies trzecia nad ranem, gdy podjęliśmy decyzję o wyjeździe. Zmęczeni i senni postanowilismy zabukowac ją juz po śniadaniu.

Tyle razy uczono mnie, by nie odkładac niczego na później, ale moja odporność na dobre rady jest czasem zadziwiająca. Kiedy rano otworzyłem komputer, ta oferta była już sprzedana. Była inna, o sto euro droższa, ale i tak znacznie taniej od standardowych cen rzędu 700-800 euro. Zdecydowalismy się na nią. Jeszcze tylko trzeba było przekonać szefa, że firma się nie zawali jeśli przesuniemy planowany urlop o trzy dni (bo to nowe last minute dotyczyło późniejszego wylotu), co niekoniecznie musiało być łatwe i przyjemne, ale po kilkuminutowych tłumaczeniach i przyjęciu pokornie do wiadomości zarzutów, że rozwalam zaplanowany misternie schedule, zgodę otrzymaliśmy i można było rozpocząć przygotowania.

Przyjemność takiego podróżowania wynikała także z tego, że nie jechaliśmy na żaden zorganizowany turnus wczasowy. Uniknęlismy więc tłumów na lotnisku i oczekiwania w kolejce przy okienku biura podróży. Kupowaliśmy przez internet pakiet noclegów z przelotami, więc zgłaszaliśmy się po prostu do odprawy na podróż do Ponta Delgada rejsowym samolotem linii Sata, a potem sami mielismy dojechac do hotelu Vale do Navio w Capelas na północnym brzegu wyspy Sao Miguel (tam gdzie znacznik, na poniższej mapce).

Zawczasu dokupiliśmy też do pakietu wypożyczenie samochodu (35 euro za dzień), dzięki czemu bylismy zupełnie niezależni i mogliśmy przemieszczać się po wyspie dowolnie.

Trzeba było jeszcze dotrzec jakoś do Frankfurtu. Dolecieliśmy tam Lufthansą z Warszawy. Żeby jednak dostać się do stolicy na czas, ruszyliśmy w naszą podróż prosto z biura (Anioł co prawda miał wtedy już urlop, a ja po prostu przyszedem do pracy już spakowany na wieczorny wyjazd).

Większych przygód na trasie nie mieliśmy, jeśli nie liczyc faktu, że we Frankfurcie nie zgłosiliśmy się po odbiór bagaży na terminalu 1. Przyzwyczajenie, że zazwyczaj bahgaż odprawia się do portu przeznaczenia, a już prawei nigdy nie odbiera się go we Frankfurcie, wzięło górę.

Wysiedliśmy z kolejki wiozącej na terminal 2, odnaleźlismy punkt odpraw linii Sata i dopiero wtedy zorientowalismy się, ze nie mamy czego postawić na taśmę. Szczęsliwie czasu mielismy na tyle dużo, że mogliśmy spokojnie wócić po walizki.

Wkrótce wystartowaliśmy i rozpoczął się czterogodzinny lot.

Azory byc może dlatego nie przeżywają oblężenia wczasowiczów, że posiadają charakterystyczny mikroklimat wyrózniający się znacznym zachmurzeniem i częstymi opadami deszczu. To nie jesst miejsce dla poszukujących wyłącznie słońca. Kiedy więc dolatywaliśmy, należało najpierw przebić się przez grubą warstwę chmur, a potem moglismy juz podziwiać z góry długą i wąską, pokrytą wulkanami wyspę

Ciepło i wilgoć. To pierwsze wrażenia po opuszczeniu samolotu, kiedy około wpół do szóstej po południu znaleźliśmy się na płycie lotniska.

Wypożyczyliśmy auto, toyotę yago (ten mały samochodzik był idealnym rozwiązaniem na wąziutkie uliczki tamtejszych miasteczek) i prosto z lotniska zrobiliśmy krótki rajd po Ponta Delgada. Potem zaś ruszyliśmy do Capelas.

Hotel odnaleźlismy szybko, ponieważ znajdował się na wzgórzu nieopodal głównej drogi. Widać go było z daleka.

Planowaliśmy wybrać sie wieczorem gdzieś na kolację, ale najpierw spontanicznie wypróbowalismy wygodę naszego łóżka. Kiedy się ocknęliśmy, za oknem panował już mrok, a zegar wskazywał wpół do jedenastej. Nie chciało mi się już nigdzie wychodzić. Przytuliłem się mocniej do mojej dziewczyny o włosach koloru lipcowej pszenicy i znówodleciałem do krainy Morfeusza.

Ranek wbrew wszelkim statystycznym prognozom obudzil nas przepięknym słońcem na bezchmurnym niebie. Anioł wymsknął się z pościeli by wybiec na balkon nacieszyć się pogodą i widokami. Wywołało to entuzjazm w znajdującej się naprzeciwko szkole, bo choć hotel zbudowany pył tak, iż każdy z balkonów zapewniał mieszkańcom prywatność i chronił przed ewentualnymi wścibskimi spojrzeniami sąsiadów, to jednak wystawione one były niczym galeria na widok uczniów hasających po boisku w owej szkole po drugiej stronie ulicy. Od tej pory pamiętaliśmy, żeby wychdząc na balkon, przysłonić to i owo chociaż przysłowiowym listkiem. Niech się dziatwa skupia nad podręcznikami.

Po śniadaniu pojechaliśmy w dół, w kierunku morza.

Każdy z niewielkich domków posiadał wizerunek jakiegoś świętego. Malowane były one na ceramicznych kafelkach i umieszczane zazwyczaj gdzies nad drzwiami. Na podobnych płytkach umiesczano nazwy ulic.

Zachwyty detalami architektury szybko jednak ustąpiły miejsca uniesieniu wywołanym krajobrazami. Urwiste brzegi, skały sterczące z granatowego oceanu, który wokół nich przybierał białą barwę pienistej kipieli.

Aż chciało się od razu zostać na dole i odpuścić sobie dalsze zwiedzanie, ciesząc się kapielą w oceanie.

Zachowalismy jednak zimną krew, podejrzewając iż w innych miejscach będzie co najmniej tak fajnie, jesli nie piękniej, a póki co, pojechaliśmy zobaczyć plantację ananasów. Nigdy nie widziałem jak wygladają te rośliny, a w Europie szczególnie trudno było liczyć na ich obejrzenie.

Pojechaliśmy do Faja de Baixo, gdzie mieściła się jedna z plantacji. Jak się okazuje, wszystkie uprawiane są w szklarniach, które przypominają sauny, a raczej łaźnie tureckie, zważywszys na panującą wewnatrz wilgoć. Azorskie ananasy są troszeczkę mniejsze od chociażby tych sprowadzanych z tropikalnych obszarów Ameryki, ale w smaku (o czym przekonaliśmy się później) wyśmienite. Ten niesamowity zapach… A może wszystkie są takie, tylko teraz mieliśmy okazję zajadać owoce świeżo zerwane, a nie po tygodniach spędzonych w chłodni?

Zwiedzanie jest bezpłatne. Również bezpłatnie można skosztowac kieliszek ananasowego likieru. Właściciele odbijają to sobie sprzedając likier w butelkach, a oprócz niego mnóstwo innych pamiątek.

Przylecieliśmy na wyspę Sao Miguel 23 czerwca, więc trafiliśmy akurat na dzień Świętego Jana, przypadający nazajutrz. Dlatego planowaliśmy zobaczyć uroczystości organizowane z tej okazji w Vila Franca do Campo. Po zrobieniu zakupów w Ponta Delgada ruszylismy w tamtym kierunku

c.d.n.

b

Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
City break w Atenach 🏛️✈️ Loty z Warszawy i noclegi blisko Akropolu za 969 PLN City break w Atenach 🏛️✈️ Loty z Warszawy i noclegi blisko Akropolu za 969 PLN
Tajskie wyspy 2w1 🌴 Phuket i Ko Lipe w jednej podróży od 3096 PLN 😍 Tajskie wyspy 2w1 🌴 Phuket i Ko Lipe w jednej podróży od 3096 PLN 😍
Offline
#2 PostWysłany: 02 Mar 2014 17:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Wschodnia część wyspy jest bardziej górzysta. Klify są wyższe, a stoki gór bardziej strome. Zabudowa miasteczek często więc przyjmuje układ tarasowy.
W Vila Franca dowiedzieliśmy się, że główne uroczystości związane z dniem Świętego Jana, rozpoczną się dopiero około wpół do dziesiątej wieczorem. Mieliśmy więć jeszcze sporo czasu, który postanowiliśmy wykorzystać na dalszą podróż na wschód, do Furnas. Jak niemal każda droga na wyspie Sao Miguel (i pozostałych zapewne też), tak i ta cieszyła oczy hortensjami na jej skrajach. Lokalna ludność jest zakochana w tych wielkich kwiatach, a one tę miłość odwzajemniają wdzięcząc się różnorodnością barw. Mi najbardziej podobały się niebieskie. Są ich tysiące. Wszędzie, nie tylko przy drogach. Tak jakby Azory były ich ojczyzną. Zastanawiałem się nawet czy ich polska nazwa, hortensja, nie ma czegoś wspólnego z Hortą – miastem na wyspe Faial. Nie znalazłem jednak żadnej informacji na ten temat.
O ciekawej budowie geologicznej archipelagu Azorów będzie okazja wspomnieć podczas relacji z ostatniego dnia pobytu, kiedy to zrobilismy sobie wycieczkę podziemnym tunelem, którym kiedyś lawa płynęła z głębi Ziemi do krateru i na powierzchnię. Teraz tylko napiszę, że jeśli chodzi o Wyspę Sao Miguel, skorupa ziemi jest najcieńsza i najmniej stabilna właśnie w rejonie Furnas. Licznymi szczelinami gorące gazy wydostają się na powierzchnię, przy okazji ogrzewając wodę tam gdzie ona zalega. Stąd słynne gorące źródła w tamtejszej okolicy.
I rzeczywiście, nie zdążylismy jeszcze minąć na dobre wielkiego jeziora Lagoa das Furnas, kiedy oczom naszym ukazały się wydobywające się z ziemi dymy. W ich pobliżu roznosił się obrzydliwy smród siarkowodoru. Gorąca woda bulgotała złowrogo.
Tablice ostrzegały przed naturalnym wrzątkiem.
Chciałem napisać, że być może tak wygląda piekło, ale uświadomiłem sobie, że z pewnością w piekle nie może byc tak pięknie.
Najpiękniejsze zaś w tej wycieczce było to, że nad brzegiem jeziora, gdzie się zatrzymaliśmy, i gdzie znajdowały się te bulgocące sadzawki, prawie nie było ludzi. Owszem, na początku spacerowało kilka osób, lecz potem odjechali i zostalismy sami. Oczywiście jeżeli nie liczyć zdziczałych kotów, które wydedukowały, że urządzimy tam piknik i twardo dotrzymywały nam towarzystwa.
Rzeczywiście, takie mieliśmy plany. Na rozłożonych na trawie serwetach wylądowały sery, bockwursty, pieczywo, banany i wino. Dla celów eksperymentalnych zakupiliśmy w Ponta Delgada sześciopak jajek, które teraz należało zanurzyć w gorącej wodzie. Postanowiliśmy nie ryzykować w większych i nie wiadomo jak bardzo głębokich bajorkach, w których przy odrobinie pecha mogliśmy ugotować się sami. Jajka umieściliśmy w bulgocącym zakolu niewielkiego strumyka przepływajacego obok miejsca naszego pikniku. [duza zliczba zdjec wklejonych bezposrednio do tekstu zanjduje sie na moim blogu "Moja Szuflada" na platformie Blog.pl]
Koty były również bardzo zainteresowane eksperymentem, a raczej naszą chwilową nieobecnością przy wiktuałach. Obserwując nas, na bezczelnego podchodziły coraz bliżej naszej kolacji.
W końcu przyszedł czas na wyjęcie jajek. Niestety, przyszło nam obejść się smakiem. Nawet białko się nie ścięło. Bulgotanie wody w strumyku było więc zwiazane z wydobywającymi się gazami, a nie z wrzeniem. Co innego te większe bajorka. Ponoć temperatura wydobywających się szczelinami gazów osiąga nawet osiemset stopni Celsjusza, więc gdzieś tam wrzątek byc musi.
Surowe jajka przypadły więc w udziale kotom. Dostały jeszcze na deser po kawałku parówki.
Słońce skryło się za pobliskimi górami, więc zebraliśmy nasze rzeczy, i zakończyliśmy wylegiwanie się na zielonej trawce. Pojechaliśmy jeszcze do samego miasteczka Furnas, leżącego nieopodal. Ono już z daleka witało nas oparami z caldehras, jak nazywane są gorące źródła.
I znów mogliśmy podziwiać malowidła na płytkach ceramicznych. Na ścianach domów koniecznie święci, a gdzieś na skwerku na przykład mapa oklicy.
Dymy i złowrogie bulgotanie wydobywały się czasem z głębokich niczym nory otworów. W jednym miejscu woda kotłowała się wyjątkowo dynamicznie. Musiało tamtędy uchodzić szczególnie dużo gazu. Czuło się to zresztą, bo kiedy próbowaliśmy podejść bliżej, bijące stamtąd gorąco zmuszało do dużej ostrożności.
Zapadał zmierzch i trzeba było wracać jeżeli chcieliśmy zdążyć na uroczystości.. Z gór roztaczał się piękny widok na położoną w dole Vila Franca, wyspę bedącą de facto stożkiem wulkanu (do krateru da się wpłynąć łodzią wprost z morza), z charakterystyczną iglicą tuż obok.
W Vila Franca wszyscy już czekali na rozpoczęcie parady. Każdy przyszedł ze swoim krzesełkiem. I znów turystów było niewielu. Większość to ludność miejscowa.
Okna, balkony były udekorowane podobnie jak to czyni się u nas na Boże Ciało.
O ile zdołalismy się zorientować, na paradę każda z okolicznych miejscowości przygotowywała swoją grupę taneczno-wokalną. Ich przemarsz przypominał trochę słynny karnawał w Rio de Janeiro, gdzie rozmaite szkoły samby prezentują się jedna po drugiej na sambodromie. Jedni ustawiali się do wymarszu, inni oczekiwali na swoją kolej razem z publicznością obserwując konkurencję.
I w końcu ruszyli. Najpierw Vila Franca z otwierającymi pochód dziećmi pozdrawiającymi zebranych. Po nich zaś nastepni. Kolorowo, dynamicznie, głośno. Nie wiem o czym śpiewali, ale w każdej z piosenek pojawiały się słowa Sao Joao czyli Święty Jan. Nie wiem też, czy ów przemarsz był w jakiś sposób oceniany i nagradzany przez powołanych do tego sędziów, czy też chodziło jedynie o wspólną zabawę i honorową rywalizację by wypaść lepiej od innych..
Do Capelas czekała nas blisko godzina drogi, a hen na początku ulicy ustawiały się kolejne grupy. Pół godziny przed północą opuściliśmy więc to świętujące miasteczko, by rano być w formie na kolejne wycieczki.

c.d.n.

Image Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#3 PostWysłany: 04 Mar 2014 01:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Wielkie kratery azorskich wulkanów górujacyh przed tysiącami lat wypełniły się wodą tworżąc wielkie jeziora. Jesnym z nich jest położone w centralnej części wyspy Lagoa do Fogo. Ono też było głównym celem naszej wycieczki następnego dnia. Nie było już tak słonecznie wczoraj. Szczyt głównego wulkanu schowany był w burych chmurach.
Wzdłuż wybrzeża dojechaliśmy do miasteczka Ribeira Grande, gdzie skręciliśmy w bok i odtąd droga wznosiła się po stoku interesującego nas masywu. Gdzieś w jednej trzeciej wysokośći naszą uwagę zwrócił niewielki parking położony przy tej krętej drodze. Zatrzymaliśmy się. Od szosy prowadziła leśna scieżka w kierunku rezerwatu Caldehra Velha. Ruszylismy nią i po chwili poczuliśmy się niczym w parku jurajskim. Ogromne paprocie (?) porastały gęsto całą okolicę. Wśród nich znajdowało się kolejne gorące bajorko. Nie ono jednak miało grać główną rolę na tym postoju. Ani nie ogromne głazy porosniętego dżunglą osuwiska.
Kawałeczek dalej znajdował się wodospad, poniżej którego zbudowano tamę tworząc w wąskiej dolinie naturalny basen. Nie byłoby w nim nic szczególnego gdyby nie fakt, że ów wodospad niósł… ciepłą wodę! Najwyraźniej wypływała z goracego źródła położonego gdzieś wyżej.
Dla pełnego komfortu trzy metry dalej mniejszą strużką spadała do tego samego basenu woda chłodna.
Ot, wygoda jak łazience i to bez żadnych rur ani pokręteł. Nie mogliśmy nie skorzystać z okazji. W plecaku miałem nasze stroje kąpielowe i ręczniki tak „just in case”, bo jeśli podrózuje się po wyspie, nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się po drodze jakaś fajna plaża. Po chwili korzystalismy więc już z naturalnych pryszniców.
Tama spiętrzyła wodę na tyle wysoko, że w jej pobliżu na upartego dało się popływać. Trzeba było jedynie uważać na podwodne głazy, niewidoczne w zamulonej, żelazistej wodzie. Ów, żelazisty posmak pamiętany z beskidzkich pijalni wód czułem w ustach stojąc pod strugami ciepłej wody.
W międzyczasie na kąpiel zdecydowała się grupka ludzi, która doszła niedługo po nas, więc użyczyliśmy im miejsca w basenie, a sami ruszyliśmy w drogę powrotną.
Zanim dotarliśmy na parking rozpadało się na dobre. Wkrótce wjechaliśmy w chmury i wilgotne opary skryły przed nami widoki. Serpentyną wyjechaliśmy na skraj krateru. Ktoś podobnie jak my zaparkował nieopodal i podziwiał kawałek szosy oraz szare tumany spowijające wszystko wokół.
W bagażniku naszego autka czekały na zmianę górskie buty. Stąd mieliśmy schodzić w dół, gdzie na jednym z półwyspów wcinających się wgłąb jeziora znajdowała się (tak przynajmniej wyglądało to na zdjęciach które oglądaliśmy przed wyjazdem) piaszczysta, bezludna plaża. Tam planowalismy urządzić sobie piknik z kapielą, opalaniem i błogim lenistwem. Póki co, nie widzieliśmy jednak nic. Deszcz się wzmagał, więc nie było sensu moknąć tylko dla samej zasady, że trzeba iść. Postanowilismy wrócić niżej, w kierunku wybrzeża, gdzie powinno być sucho. Zrobiliśmy krok w strone auta, kiedy nagle przez chwilę zawiało trochę mocniej. Na moment mgły się rozstąpiły i z mlecznej nicości wyłoniło się pokrywające dno krateru jezioro.
Naszej plaży nie dostrzegliśmy. Stalismy jednak zapatrzeni na ten wyjątkowy spektakl, niebieskiego reżysera, który odsłaniał przed nami coraz to inne partie, by po kilku minutach ponownie zakryć wszystko szaroburą kurtyną. Przedstawienie zakończone. Pora wracać.
Im niżej tym lepiej. U podnóza góry przestało padać. Wzdłuż północnego wybrzeża kierowalismy się na wschód.
Uliczki azorskich miasteczek wszędzie wyglądają podobnie. Jeśli chodnik ma pół metra szerokości, to już jest luksus. Często trzeba zadowolić się dwudziestocentymetrowym skrawkiem trotuaru, a nierzadko drzwi domów prowadzą wprost na ulicę. Przeraźliwie wąską jak i biegnące wzdłuż niej chodniki. Na tych ulicach mieszkańcy parkują przed domami swoje samochody. Nie widać znaków zakazu, bo innych miejsc do parkowania w pobliżu nie ma. Jest za to cierpliwość i życzliwość. Nikt się nie spieszy, nie trąbi wściekle i nie wymusza. Jeździ się slalomem wśród zaprkowanych aut, a gdy nadjedzie coś z przeciwka należy przycupnąć w najbliższym wolnym miejscu z boku, przepuścić i potem jechac dalej do następnego spotknia. Kto kogo przepuszcza najpierw? Nie ma reguł. Bardziej uprzejmy, albo ten któremu mniej się spieszy zjeżdża na bok. Ech gdyby tak u nas na zatłoczonych drogach….
Nigdzie jednak tak jak na Azorach nie odczułem zalet posiadania niewielkiego pojazdu, takiej samochodowej pchełki, która wszędzie może się wcisnąć.
Mijaliśmy kolejne miasteczka, kolejne skrzyzowania, aż na jednym z nich odbiliśmy w bok wąską jak diabli i przeraźliwie stromą drogą na jakieś wzgórze z którego roztaczał się widok na zatokę i pola uprawne na łagodnych zboczach. Tam daleko, w pobliżu Porto Formoso, do którego później dojechaliśmy, znajdują się jedyne w Europie plantacje herbaty.
Łagodnie opadające stoki? Stalismy na jednym z nich. Ich łagodność kończy się niepodziewanie pionowymi urwiskami, hen w dół ku sterczącym z oceanu zębom skał.
Wystarczy jeden nierozważny krok, śliska trawa po deszczu, by zakosztować przez chwilę lotu Ikara. Jakże niezwykłe muszą tu być widoki podczas jesiennych sztormów!
Niedaleko stamtąd gwałtownie odbijająca w bok i w dół szosa prowadziła, jak oznajmiał drogowskaz, do Porto de Santa Iria. Drogę jednak zagrodziły nam barierki i tabliczki zakazujące wstępu: „Danger. Do not enter”. Za nimi nieczynna, asfaltowa szosa głębokim wąwozem wiodła na łeb, na szyję w dół. Poszliśmy zerknąć choć na chwilę.
Na dole okazało się, że port, a właściwie slip dla łodzi rybackich jest częściowo zawalony, a szosa przykryta zwałami piachu całkiem świeżego osuwiska. Spojrzałem w górę na kilkudziesięciometrowe pionowe, piaszczyste urwiska i zrozumiałem powagę ostrzeżeń u wlotu do tego wąwozu. Nie chciałem znaleźć się pod następną kupą piachu więc zarządziłem szybki odwrót.
Nie zdecydowalismy się na kolację w Porto Formoso. Zbyt dobrą rybną restaurację odkrylismy bowiem poprzedniego dnia w Rabo de Peixe by nie wrócić tam znów. Zatrzymaliśmy się jeszcze w drodze powrotnej w Ribeira Seca, by spojrzec na pamiątkę z największej od czasu zasiedlenia wysp erupcji wulkanu. W 1563 roku wcale nie żaden z gigantów lecz stosunkowo niewielki wulkan wypluł z siebie potoki lawy, które pochłonęły miasto o jego podnóża. Dziś w specjalnej studni poniżej obecnego poziomu zabudowy można dostrzec fragmenty fontanny wśród otaczającej ją zastygłej lawy.
A kilkanaście minut później siedzieliśmu już „U Rybaka”, tym razem delektując się specjalnością szefa kuchni – przygotowanym na dwie osoby garnkiem mieszaniny ryb i woców morza.

c.d.n.

Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#4 PostWysłany: 20 Mar 2014 02:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Dużo się działo i jakoś zupełnie zapomnieliśmy o planowanym jeszcze przed wyjazdem zabukowaniu miejsca na wypad łodzią w poszukiwaniu delfinów i kaszalotów. Później nagle się okazało, że weekend, że miejsca zajęte, że biura nieczynne i nagle zrobiło się bardzo mało czasu. Po intensywnej wymienie e-maili w niedzielny wieczor, w końcu o 01:10 w nocy dostałem potwierdzenie – są dwa miejsca na łodzi wypływającej w morze o ósmej rano. Trzymają je dla nas. Dobrze, ze jest internet.

Wyłączyłem komputer, nastawiłem budzik na wcześnie rano i wsunąłem się pod kołderkę, koło śpiącego juz Anioła.

- Jedziemy jutro oglądać delfiny – szepnąłem.

- Ale fajnie! – odpowiedziała zaspana. Kiedy zasypiała niewiele wskazywało na to, że się uda.

- Ale musimy wstac wczęśnie rano.

- Wstaniemy.

Budzik zadzwonił niemalże chwilę potem. Przynajmniej tak mi się zdawało. Za oknem zrobiło się już jasno. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy samochodem do Punta Delgada.

Sam dojazd do tego miasta, to żaden problem, lecz znalezienie w kilka minut biura firmy, która organizowala naszą wycieczkę, to juz było wyzwanie. W kilka minut, bowiem my jak zwykle grafik mielismy napięty. Ja kreciłem się w wąskich uliczkach coraz bardziej zdenerwowany, Anioł dzwonił do biura z informacją, że spóźnimy się kilka minut i próbował uzyskać jakieś wskazówki co do położenia biura. Okazały się one bezcenne, ponieważ mapka ściągnieta z internetu była niedokładna.

Kiedy pojawilismy się pod właściwym adresem nasza grupa właśnie wychodziła na pobliską przystań. Wzięliśmy w locie nasz przydziałowy ekwipunek (kapoki i sztormiaki), wpisaliśmy się na listę i po chwili doganialiśmy ludzi wchodzących juz na łódź. Uff! Znów się udało.

Pogoda nie była najlepsza tego dnia. Chmury szczelnie zakrywały niebo, ale nie wiało i nie upłynęliśmy daleko, gdy pojawiłay się pierwsze delfiny. Charakterystycznie ubarwione, z żółtawymi podbrzuszami, niezbyt duże (chociaż większe od człowieka) zbliżyły się do łodzi jakby chciały się zaprezentować. Mielismy je na wyciągnięcie ręki. Przypomniałem sobie te liczne delfinie harce przed dziobem staku oglądane podczas rejsów. One to uwielbiają i z daleka ciągną w kierunku statku by dać się wyskakiwać na tworzonej przez dziób fali. Nasza łódź wielkiej fali nie wytwarzała, ale delfiny jak widać to towarzyskie zwierzęta, i towarzyszyły nam przez jakiś czas.

Przed wycieczką zastanawiałem się, czy nie będzie to ściema i czy nie będziemy krążyć po oceanie, by powrócić z niczym, gdy delfinów nie uda się spotkać. Pocdobnie jak to było zimą w Tromsø, gdzie wycieczka pod pretekstem oglądania zorzy polarnej była fajna, tylko, że akurat zorzy nie było. Okazuje się jednak, że firma jest solidna. Mają swoich informatorów obserwujących ocean wokół wyspy i otrzymują na bieżaco informacje, gdzie można zaobserwować kolejne stada. Dlatego, gdy już się naoglądaliśmy, szyper przesunął manetkę silnika na całą naprzód i zostawiając za rufą potężną fontannę wody, ruszylismy z kopyta w inne miejsce.

Delfiny, które tam spotkaliśmy, były już ubarwione inaczej, i przede wszystkim były większe. Nie były już tak towarzyskie jak poprzednie, trzymały nas na dystans, ale mogliśmy oglądać jak skaczą.

Na chwile pojawiło się słońce, więc oglądanie i fotgrafowanie zrobiło się jeszcze przyjemniejsze.

Zauważyliśmy jednak ciekawe zjawisko. Grupa biorąca udział w wycieczce liczyła kilkanaście osób (głównie Holendrów i Niemców) i podczas gdy my zafascynowani obserwowaliśmy powierzchnię wody to z jednej, to zdrugiej burty, fotografowaliśmy wyskakujące z wody ssaki, i najzwyczajniej cieszyliśmy się z oglądanych widoków [zdjęcia w oryginalnym tekście na moim blogu "Moja Szuflada"], większość towarzystwa, przyglądąła się niemrawo, z obojętnymi minami. Biedni, mieli wykupiona wycieczkę całaodniową, z przerwą na obiad. Z pewnością zanudzili się na śmierć. My mieliśmy wersję krótszą, półdniową.

Do ostatniej grupy ssaków trzeba było na pełnej prędkości (a była to naprawdę szybka łódź) dobre kilkadziesiąt minut, niemal na wschodni kraniec wyspy. Tam napotkaliśmy największe tego dnia osobniki, zwane po angielsku pilot whales. I chociaż to mikrusy wśród wielorybów, to jednak ich wielkość (3.6 – 6.5 metra) w porównianiu z człowiekiem budzi respekt. Te już nie dały się podejść zbyt blisko. Kiedy tylko dystans skracał się według nich za bardzo, nurkowały, by po kilku minutach pojawić się znacznie dalej. Potem łodzie (bo w tym momencie towarzyszyły nam też dwa „zodiaki” konkurencyjnych firm ) znów brały kurs w ich kierunku i podchody zaczynały się od nowa, do następnego zanurkowania.

W końcu trzeba było wracać. Czekała nas kilkudziesięciominutowa jazda wzdłuż południowych wybrzeży wypsy. Pogoda się psuła, zaczynało padać, ale wciąż było co oglądać. W strugach ulewnego deszczu opuszczalismy naszą łódź w Ponta Delgada.Trzeba było gdzieś przeczekac najgorszą pogodę. Poszlismy na kawę, a potem trafilismy na miejscowy targ. Owoców było tam oczywiście mnóstwo, a najpiękniej prezentowały się ananasy – każdy zapakowany w oddzielne pudełeczko. Mozna było też kupic herbatę z tutejszych plantacji, jak chociaż by tę z Porto Formoso.

Późnym popołudniem wróciliśmy do Capelas, gdzie po krótkim spacerze po uliczkach tego miasteczka, w jednej z restauracji zjedliśmy na kolację górę krewetek. Kończył się kolejny dzień. Nieubłaganie zbliżał się koniec naszego pobytu na wyspie. Wciąż jednak cały następny dzień był jeszcze przed nami i to była jasna strona tej sytuacji.

c.d.n.

Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#5 PostWysłany: 22 Mar 2014 20:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 20
Na Swiętego Jana oglądaliśmy parady w Villa Franca, a na Świętych Piotra i Pawła zapraszała Ribeira Grande. Dojechalismy tam krótko po trzynastej gdy na ulicach trwał już nastrój wyczekiwania.
Tego dnia w owym miasteczku odbywają sie t.zw. cavalcades. Ogromna grupa jeźdźców na koniach pod dowództwem swego „króla” wkracza do miasta by oddać cześć świętemu Piotrowi w kościele pod jego wezwaniem. Skąd wziął się ów zwyczaj nawiązujący do rycerskich tradycji dziś nikt juz nie pamięta. Ot, tak czyniło się od dawna i tak pozostało do dziś.
Narastający tętent kopyt w askich uliczkach oznajmił zblizanie się jeźdźców. Po chwili się pojawili. Ubrani głównie na biało, na pięknie przystrojonych koniach, trzymajacy w dłoniach trąbki, lance, proporce i rozmaite inne rekwizyty, paradowali ulicami. Wśród mężczyzn, którzy dominowali w tej grupie, można było wypatrzyć też dziewczyny oraz dzieci.
Po okrążeniu rynku, przybysze zatrzymali się przed ratuszem, gdzie na balkonie zebrały się władze miasta. Wygłoszono mowy powitalne. Nad ratuszem powiewała flaga Autonomii Azorskiej Następnie kawalkada udała się do kościoła na mszę, po której miał rozpocząć się festyn. My zaś opusciliśmy miasto, by zrealizować zaplanowany na ten dzień program.
Przede wszystkim, korzystając z pieknej pogody, pojechaliśmy na ową odkrytą kilka dni temu plażę Santana, położoną nad głęboko wciśniętą między skalne urwiska niewielką zatoką. Trzeba było zakosztowac kąpieli w Atlantyku. I nic nie szkodziło, że akurat podczas tej kąpieli nadciągnęła deszczowa chmura. Woda była przyjemnie ciepła. Cieplejsza niż się spodziewałem.
A potem udaliśmy się w okolice Ponta Delgada by obejrzec ciekawostkę nazywaną Gruta Carvao. Do tej pory oglądaliśmy wulkany od zewnątrz. Przyszła pora by zajrzeć do środka.
Z wnętrza ziemi do kraterów lawa płynęła kanałami, z których niektóre po ustaniu erupcji i zastygnięciu płynnych skał, pozostały puste. Wyspy pełne są podziemnych labiryntów takich korytarzy, których przykładem jest właśnie Gruta Carvao. Ów tunel nie jest ogólnodostępny. Można tam wejść kilka razy dziennie, z przewodnikiem, a wycieczka taka kosztuje cztery euro. Zapłaciliśmy i…. byliśmy jedynymi uczestnikami podziemnego spaceru. Co za komfort!
Z budynku, w którym znajdowała się kasa oraz ekspozycja poświęcona geologii archipelagu zeszliśmy do podziemnych kondygnacji, z których betonowa rura powiodła nas do właściwego tunelu.
Od przewodnika dowiedzieliśmy się, że Azory leżą w specyficznym miejscu na styku trzech ogromnych płyt tektonicznych: Euroazjatyckiej, Afrykańskiej oraz Północnoamerykańskiej. Na krawędzi owych płyt ulokowała się trójkątna Mikropłyta Azorska (mapkę zamieściłem w jednym z poprzednich wpisów). Jest to więc dość mocno popękany fragment skorupy ziemskiej. Płyty nacierają na siebie, przesuwają o kilka centymetrów rocznie i być może dlatego, że pęknięć jest tak wiele, nie tworzą się znaczne napięcia uwalniane potem jednorazowo w postaci silnych trzęsień ziemi. Tutaj ziemia drży co kilka dni, lecz dzieki owej znacznej częstotliwości są to wstrząsy niewielkie. Szlak pęknięć ziemskiej skorupy znaczą wulkany, a my przemieszczając się po wypie, wędrowaliśmy z jednej płyty tektonicznej na drugą. Gruta Carvao jest fragmentem tunelu lawy wiodącego ku wulkanowi na pęknięciu pomiędzy Płytą Euroazjatycką, a Mikropłytą Azorską.
Podziwiać moglismy tam m.in. stalaktyty, które w odróznieniu od tych widywanych w tradycyjnych, głównie wapiennych jaskiniach, nigdy nie rosną. To po prostu „sople” tworzone w okresie, kiedy skała była jeszcze półpłynna i grawitacja ciągnęła ją w dół, lecz proces zastygania był silniejszy.
Brunatne przebarwienia to efekt dzialania bakterii. Właśnie dlatego odwiedziny w tunelu są limitowane i obowiązuje absolutny zakaz dotykania czegokolwiek. Chodzi o to, by nie naruszyć delikatnej równowagi środowiska. Jak bardzo jest delikatna, niech swiadczy chociażby fakt, że zainstalowanie sztucznego oświetlenia spowodowało punktowy rozwój orgazinzmów wykorzystujących fotosyntezę i skały pokryły się zielonym nalotem.
Stowarzyszenie zajmujące się ochroną jak i udostępnieniem do zwiedzania tunelu, ma zamiar zmienić wkrótce rodzaj oświetlenia, by uniemożliwić fotosyntezę i proces „zielenienia” odwrócić.
Ze sklepienia tunelu tu i ówdzie wystawały dziwne „nitki”. To korzenie roślin pokrywających powierzchnię ziemi nad tunelem. I znów natura natychmiast zagospodarowała niszę. Jedyny przedstawiciel fauny, który zamieszkuje ową podziemną krainę, żywi się właśnie takimi korzonkami.
To było niezwykłe uczucie – spacerować korytarzami wiodącymi w prost z piekła, którędy co jakiś czas magma i towarzyszące jej gazy „wypluwane” były na powierzchnię. Takimi korytarzami wędrowali bohaterowie powieści Juliusza Verne’a „Wyprawa do wnętrza Ziemi”.
Kiedy opuściliśmy podziemia, zbliżała się już pora meczu Hiszpania – Portugalia. W drodze na centralny plac Ponta Delgada zajrzelismy do marketu, gdzie m.in. trafilismy na album opowiadający o wizycie Jana Pawła II na archipelagu. Plac, o którym wspomniałem wyżej pokryto w całości plastikową matą, na której każdy mógł sobie bez obaw usiąść. Czysto i ciepło. My, z szalikami w barwach Portugalii dołączyliśmy do miejscowych.
Niestety, nie był to dobry dzień dla Portugalczyków. Przegrali z Hiszpanią 0:1 i odpadli z dalszych rozgrywek. Kiedy wieczorem szliśmy do naszego ulubionego „Pescadora” w Rabo de Peixe, pozdrowił nas jakiś młody mężczyzna, który widocznie widywał nas tam wcześniej. Smutek emanaował z jego twarzy na kilometr. Mówił, że dziś Portugalia przegrała i odpadła z mistrzostw. Właściwie to dopiero wtedy zrobiło się nam prawdziwie żal. Może pocieszeniem dla niego będzie fakt, że jego drużyna odpadła po porażce z przyszłymi mistrzami świata.
Zanim się ściemniło, w drodze z Ponta Delgada do Rabo de Peixe zobaczyliśmy przepiekną tęczę nad oceanem, po którym sunął „samotny biały żagiel”. Tęcza to nie jest zjawisko permanentne, a my nie mieliśmy gdzie zaparkować, żeby zrobić zdjęcie. Jeździlismy więc w kółko ronda i przy każdym kolejny okrązeniu Mój Anioł przymierzał się do zrobienia fotki w locie. Myślę, że się udała.
Kolację wzięlismy na wynos, do hotelu, między innymi dlatego, byśmy spokojnie mogli napic się wina, nie mysląc o jeździe. Kalmary były przepyszne. Ananansy także, wino również. I tylko na chwilę wylądowaliśmy w łóżku, gdy zaraz potem usłyszałem

- Wstajemy?

- Tak, trzeba sprzątnąć i nastawić budzik.

- Budzika już nie, trzeba się pakować

Spojrzałem na zegar. Było po drugiej. O szóstej trzydzieści odlatywał nasz samolot. Wstalismy, i zaczęliśmy pakowac nasze wspomnienia do walizek.

KONIEC

Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group