Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 4 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 09 Gru 2015 22:36 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
Miasto położone wyżej niż najwyższy w Polsce szczyt - na 2640 m n.p.m., stolica, metropolia, którą zamieszkuje ponad siedem milionów ludzi, a sprawia wrażenie prowincjonalnego miasteczka (zwłaszcza, gdy się ją porówna z imponującym Medellin), za dnia kolorowa, wręcz papuzia, nocą mroczno-niepokojąca, wyludniona w niedziele, zadymiona i tłoczna w ciągu tygodnia - tak z grubsza zapamiętam Bogotę. Z grubsza, podkreślam, bo dwa dni w mieście... Wiadomo.
Co można powiedzieć o Kolumbijczykach godzinę po opuszczeniu samolotu? Z pewnością uwielbiają kolory. Już nasz "Dream hostel" przypominał marzenie szalonego pacykarza.
Image, Image,

Image

Doskonale się tym samym wpisał w klimat najstarszej dzielnicy - La Candelaria. Ta część miasta ma jeszcze jedną charakterystyczną cechę. I nie jestem pewna, czy wynika ona z położenia Bogoty (przypominam, cały czas chodzimy po Rysach i wyżej), czy też z zawrotów głowy spowodowanych niezwykłymi kolorami - dość, że niezwykle łatwo jest się tu zgubić. Mi udało się to dwa razy - wieczorem i następnie rano. I zapewniam, że nie byłam wyjątkiem.
Efekt porannego zagubienia poniżej. No, po prostu było warto. Kto nigdy się nie zgubił, niech żałuje. Zapewne nie udałoby mi się nawet liznąć Bogoty, gdyby nie to wspaniałe "skądś to miejsce znam, tylko skąd, motyla noga?!"
Image,

Image,

Image,

Image,

Image,

Image

Bogotę opuściliśmy, gdy tylko przezwyciężony został efekt zagubienia, czyli gdzieś w południe. I pełni nadziei na solidną dawkę słońca i gorąca (tak, tak, na wysokości 2600m. bywa rzeźko), ruszyliśmy na pustynię - czyli Desierto de la Tatacoa.
Trochę oszukana ta pustynia, bo uważa się, że to suchy las tropikalny, który... no, wysechł. Jakkolwiek było, efekt jest nieziemski. Ochra, szarości, kamienie, pył i potężne kaktusy oraz przestrzeń nie do ogarnięcia (bo jak inaczej określić ponad 300 km. kw. czerwono-szarego krajobrazu?)

Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image,

Image,

Image,

Image,

Image, Image,

Image,

Image, Image,

Image,

Image

I tylko Johna Wayne'a brak.

Nie ma tu zbyt wiele życia, ale to, które jest, trzyma się go rękami i nogami.

Image,

Image,

Image

Trudno zaprzeczyć, że inne, czasem zaskakujące, formy życia też się tu pojawiają.

Image, Image, Image,

Image,

Image,

Image,

Co wydaje się oczywiste dla każdego, kto raz na jakiś czas wylatuje za ocean, nawet na pustyni nietrudno spotkać Polaka. Idzie człowiek ścieżką polną i nagle zza zakrętu wychodzi koń, na nim dziewczyna. Parę zdań o tym i owym i pada pytanie: Where are you from? I jakże by inaczej - dziewczyna z Polski, z Gdańska, z angielskim przyjacielem. Takie rodaków rozmowy w pustynnym kanionie.
Na pustyni łatwo też o hotel - w Tatacoa kryje się ich wśród kaktusów co najmniej kilka. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest ich tu tyle samo, co mieszkańców. Takie czasy. Choć i tak najprzyjemniejszą formą nocowania jest spanie w hamaku - tak podejrzewam, bo pod dachem było mi zdecydowanie za gorąco. W naszym hotelu, u Dony Lilii, miałam jeszcze jedno miłe spotkanie. Z samego rana, przy kawie, odwiedził mnie taki gość:

Image

Jeżeli będziecie kiedyś w Tatacoa i chcielibyście skorzystać z wycieczki do miejscowego obserwatorium - nieśmiało odradzam. - Najgorzej wydane dziesięć tysięcy świstaków w życiu - było jedną z łagodniejszych opinii, które usłyszałam od entuzjastów obserwowania gwiazd.
Polecam natomiast włóczęgę wśród pustynnych kamieni, zwłaszcza, że nawet na tym odludziu nietrudno o podwózkę (tak przynajmniej było w naszym wypadku).

Image

Na zgrzanych wędrowców czekają baseniki (dwa) - w zasadzie dziury wykopane w ziemi i napełnione wodą - może nie są to termy, ale coż za przyjemne orzeźwienie! Zwłaszcza przy partyjce Pokerka (marka miejscowego piwa).

Image,

Image,

CDN.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Relaks na Kanarach 😎🏖️ Wypoczynek na Fuerteventurze za 1669 PLN Relaks na Kanarach 😎🏖️ Wypoczynek na Fuerteventurze za 1669 PLN
Wietnam z Etihad Airways 🪷🌏 Hanoi z Warszawy za 2391 PLN 😍✈️🧳 Wietnam z Etihad Airways 🪷🌏 Hanoi z Warszawy za 2391 PLN 😍✈️🧳
Offline
#2 PostWysłany: 10 Gru 2015 17:30 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
Są w Kolumbii miejsca wiecznej mgły. To miejsca, nie bójmy się tego słowa, magiczne. Bywa bowiem, że z takiej mgły wynurzy się jednorożec...

Do tego spotkania dojdzie jednak później. Na razie kończymy podziwianie rozgrzanej do czerwoności pustyni dniem nudy w Villavieja.

Image, Image

I udajemy się w dalszą drogę.

Image

Trafiamy do serca kolumbijskiej Krainy Kawy i jednocześnie najlepszego miejsca wypadowego do Valle de Cocora, czyli Doliny Palm Woskowych.
Salento - małe miasteczko, a cieszy. Mieszkają tu zaledwie cztery tysiące salentańczyków. Drugie tyle (no, może jednak trochę mniej) pewnie stanowią turyści. Spokojnie, kolonialnie (Salento to dobrze utrzymany staruszek - ma ok. 130 lat) i oczywiście kolorowo. Można tu zjeść trochę bardziej po europejsku, a ze dwie osoby nawet mówiły po angielsku. To, jak na hiszpańskojęzyczną Kolumbię, doskonały wynik.

Image, Image, Image, Image, Image, Image, Image,
Image

Nawet tutejsze pekaesy zachowały klasę.

Image, Image

Dla mnie jednak najwspanialsza w Salento była muzyka sącząca się z kilku miejscowych mordowni. Wieczór, przyjemne gorąco, zimne piwo, stoliczek przy ryneczku, pod palmami, z widokiem na stary kościółek i wszechobecna salsa. Bosko!

Każdy wieczór nieuchronnie się jednak kończy. Rankiem wyruszamy w dolinę. Muszę przyznać, że wszystkie ochy i achy dotyczące tego miejsca, w które wczytywałam się przed wyjazdem, były całkowicie uzasadnione. Miejsce jest po prostu przepiękne i nie ma co tu mnożyć przymiotników, trzeba samemu pojechać. Wyobraźcie sobie nienaturalnie zieloną dolinę, otoczoną górami i porośniętą najwyższymi palmami na świecie (dochodzą do 60 metrów wysokości). A teraz wyobraźcie sobie, że w rzeczywistości wygląda to jeszcze dwa razy piękniej, niż to sobie wyobraziliście. I, czy ja wiem, to chyba wciąż jeszcze nie będzie TO.

Image, Image, Image, Image,
Image,

Image

Najpopularniejszą trasą, którą pokonuje tu przeciętny turysta, jest ścieżka do rezerwatu kolibrów Acaime. Nie mierzyliśmy wyżej, no i bardzo chcieliśmy pooglądać kolibry. Zwłaszcza, że kiedyś zdarzyło mi się z zachwytem wpatrywać w fruczaka, w przekonaniu, że patrzę na tego najmniejszego ptaszka. Czasy tych błędów oraz wypaczeń (fruczak jest ćmą) mam już szczęśliwie za sobą.

Droga do kolibrów prowadzi przez dżunglę i jest, jakże by inaczej, wspaniała: strumyczek, wodospady, wiszące mostki, zwieszające się z gałęzi liany, wszechobecna zielona gęstwina i wydobywające się zza niej bliżej niezidentyfikowane dźwięki.

Image,
Image,

Image,

Image, Image,
Image

A kolibry? To idealny przykład potwierdzający znane powiedzenie, że małe jest piękne!

Image, Image, Image, Image, Image,
Image

Włochate ostronosy może ciężko nazwać pięknymi, ale wzrok i ręce z jedzeniem trudno od nich oderwać.

Image, Image,

Wychodząc z rezerwatu, można wybrać dwie drogi: tą, którą się przyszło, prowadzącą w dół, oraz wspinającą się stromo w górę drogę w nieznane. Ponieważ uważaliśmy się za twardzieli, wybraliśmy drogę w górę. I przynajmniej część z nas tego nie żałowała. Co prawda wspina się człowiek znów wyżej niż Rysy (2800 i coś metrów n.p.m.), ale w nagrodę może podziwiać ukrywający się za chmurami szczyt Morro Gacho.

Image,

Image,

Image

A następnie udać się w drogę przez las i mgłę.

Image,

Image,

Image,

Image, Image,

Image

Image,

Image

To tu właśnie spotkałam jednorożca. Brodząc w tej mokrej wacie, usłyszałam coś jakby rżenie. Idę dalej, wpatrując się intensywnie w gęstą szarość. Jest środek lasu, wokół ani żywej duszy, nawet ptaków nie słychać, tylko ten głos. I nagle z daleka widzę coś białego, co wynurza się z mgły - jest jakby świecące, piękne, smukłe, wygląda trochę jak koń. Poczułam dreszcz...
Co prawda, jak się w końcu okazało, to faktycznie był koń. Ale wrażenie - bezcenne. Zdjęcia, przyznaję, nie oddają.

Image,

Wycieczka, generalnie, jedna z ładniejszych ever.

Image,

Image,

Image, Image,

Image,

Image, Image, Image

Do Salento wracamy tutejszym pekaesem, zwieszając się z każdej strony jak winogrona. Widać nawet czterotysięczne miasteczka mają swoje godziny szczytu komunikacyjnego.
Rano tarasik, cisza i kawka z melonem na zagryzkę.
Za kilka godzin będę siedzieć pod wodospadem z bandą brzuchatych Meksykanów. Ale to dopiero za kilka godzin...

CDN.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#3 PostWysłany: 13 Gru 2015 21:58 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
Strażnik, który na bramce przegrzebuje ludziom torby w poszukiwaniu jedzenia oraz napojów, na widok naszych wypchanych plecaków załamuje ręce.
- Nic nie wnosicie? - bardziej prosi niż pyta.
- Ja mam mango - wyskakuję jak filip z konopi.
- Eeee, idźcie już, idźcie.
I tym sposobem, przez nikogo nie niepokojeni, wkraczamy w świat nieograniczonego relaksu. Nie jesteśmy jeszcze pewni, co to konkretne będzie za świat, bo weszliśmy do ośrodka, który po prostu znajdował się najbliżej przystanku naszego autobusu. Już po chwili okazuje się jednak, że wybraliśmy dobrze. Witajcie w Termales Santa Rosa De Cabal!
Z ciężkimi bagażami na plecach suniemy wzdłuż strumyczka, przez mosteczek, pod latarenką i naszym oczom ukazuje się potężny wodospad. Nie wiem jak wysoki, nie mierzyłem. Z pewnością jednak imponujący. Nawet dwóch barczystych turystów z Polski nie było w stanie całkowicie go przesłonić.

Image,

Image,

Image

U stóp wodospadu rozpościera się świat term: baseny mniejsze, większe, całkiem duże i raczej malutkie, leżaki, fontanny, restauracje... Nic dziwnego, że chcemy jak najszybciej znaleźć się w sercu tego luksusu. Ile sił w nogach biegniemy więc do przebieralni, oddajemy plecaki w depozyt, numerek w... (- O rany, niby gdzie go mam sobie włożyć?! - zachodzi w głowę Marcin) i... no, po prostu nie wiem, jak to opisać. Pierwsze wrażenie - boskie. Woda ciepła jak uśmiech Louisa Armstronga, ni mniej, ni więcej, tylko 40 stopni. Komu mało, może podpłynąć pod jedną z fontann. Byle ostrożnie, bo tam tryska niemal wrzątek, 70 stopni C. Podpływamy więc i odpływamy, siedzimy w całkowitym zanurzeniu, na brzeżku, na schodkach, wystawiamy ręce, nogi, pada deszcz, nas to nie rusza, nadchodzi burza - mamy to gdzieś, całkowity relaks.
Wygania nas dopiero głód. Ale niezbyt daleko, restauracja jest tuż przy basenie. Zupka, rybka, piwo i ponowne chlup.
Po obiedzie, kiedy poziom naszych endorfin sięga Everestu, poznajemy grupę wypoczywających tu, brzuchatych Meksykanów. Po krótkiej wymianie zdań, zwyczajowych: "skąd jesteście" i "jak się wam podoba Kolumbia" przyszedł czas na "chodźcie pod wodospad". I tu następuje krępująca cisza, bo chłopakom ani w głowie wyłażenie z ciepłej wody a i ja się do tego nie palę.
Ostatecznie, nie wiem jak to się stało... Ki bies, czy jaka mucha mnie użarła, dość że poszłam.

Image,

Image

Przyznaję, nie było łatwo. Lodowata woda, śliskie kamienie, brrr. Po pełnym zanurzeniu było już cudnie! Że też wcześniej tego nie odkryłam! Dziękuję Wam, drodzy Meksykanie!

Image,

Image

Wypoczęci, wygrzani, wygładzeni przez minerały i w doskonałych nastrojach udajemy się w końcu na autobus. Żal.
Do otoczonego górami Manizales, miasta dotkniętego w ciągu ostatnich niespełna 150 lat dwoma potężnymi trzęsieniami ziemi i jednym solidnym pożarem, i tym samym pozbawionego starego rynku z kamieniczkami, pojechaliśmy w zasadzie w jednym celu. Tym celem był rezerwat przyrody Rio Blanco. Pełni nadziei na spotkanie z niedźwiedziem okularowym, który podobno hasa po Rio Blanco jak koziołki po poznańskim rynku, i co najmniej kilkoma gatunkami ptaków, które w naturze można spotkać jedynie w Kolumbii, udajemy się bladym świtem do recepcji naszego hotelu.
- Tak, oczywiście, nie ma sprawy, zaraz poproszę o przysłanie pozwolenia na wejście do rezerwatu. Może uda się umówić przewodnika jeszcze na dziś - informuje nas przemiła recepcjonistka. Z radości wręczam jej mój złoty, błyszczący długopis z Kołobrzegu.
Przewodnika na dziś jednak nie ma. Powinien być rano. A rano... Nie ma ani recepcjonistki, ani przewodnika, ani pozwolenia. Co za rozczarowanie!

Image

Z braku lepszych pomysłów, zmęczeni wycieraniem manizaleskich uliczek prowadzących wyłącznie pod górę, wybieramy się do dwóch innych parków. Chodzimy po lesie, pracowicie żujemy liście, podsuwane nam przez przewodnika, podziwiamy naturalnie tu rosnące, wyjątkowej urody orchidee i wyhodowane przez człowieka bonsai, zaglądamy do norek pajączków i w sumie nieźle się bawimy. Choć czujemy, że to jednak nie niedźwiedź okularowy. Może następnym razem.

Image, Image, Image, Image, Image,

Image,

Image,

Image,

Image, Image,

Image,

Image, Image,

Image

- Jak długo waszym zdaniem żyje koliber? - pyta nas przewodnik, którego imienia już nie pamiętam. Nie pamiętam też, jak strzelaliśmy, dość że nikt nie trafił. Na tej wycieczce nauczyłam się jednak, że: koliber, najmniejszy ptaszek świata, żyje do ośmiu lat. Może się to wydać dziwne, bo żyje bardzo intensywnie: je w zasadzie bez przerwy a skrzydełkami rusza z prędkością nawet dwustu machnięć na sekundę. Ludzkie oko nie odbiera tego nawet jako ruch, widzimy raczej mgiełkę. W ogóle nasze oko nie bardzo odbiera kolibry: jest tu, potem tam, a na zdjęciach zostają puste patyczki. Pełno mam takich fotek, patyczki, listki, kwiatek, po ptaszku ani śladu. A przecież przed chwilą tu był!
Serce kolibra potrafi uderzać nawet tysiąc razy na minutę! A jednak nie zużywa się w ciągu miesiąca. Bóg tak to urządził, że ten ptaszek, wypoczywając, zapada w letarg, a jego serce zwalnia wówczas kilkudziesięciokrotnie. Przewodnik użył określenia śmierć i zmartwychwstanie. Czy to nie genialne?!

Image, Image, Image, Image, Image, Image

CDN.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#4 PostWysłany: 05 Sty 2016 22:38 

Rejestracja: 09 Gru 2015
Posty: 18
Loty: 27
Kilometry: 125 081
Krajów: 15 / 7.0%
- Tu chyba nietrudno zostać Marquezem - myślę sobie, stojąc w sieni starego. kolonialnego hotelu, zbudowanego przy głównym placu Santa Fe de Antioquia, i wpatrując się w strugi nocnego, ciepłego deszczu. To piękne XVI-wieczne miasteczko po prostu mnie urzekło, chciałabym postawić swój bujany fotel na dziedzińcu (koniecznie z fontanną!) jednego z tutejszych okazałych domów, wziąć do ręki filiżankę z aromatyczną kawą, zapatrzeć się w otaczające góry i tak zastygnąć. Eh, to miasto budzi marzenia.

Image, Image

Oczywiście z tym zastyganiem nie ma co przesadzać, bo okolica jest zbyt piękna, by nie dać się wciągnąć w tutejsze uliczki.

Image,

Image,

Image,

Image,

Image

Image

Image

Image

Image

Kiedy snujemy się wzdłuż wspaniałych domów dawnych najeźdźców trafiamy na kilka perełek. Jedną z nich jest restauracja, cała obwieszona obrazami Modiglianiego. Trudno oderwać wzrok. W końcu jednak musimy, choć nikt nas stąd nie wygania. Obiad w takich wnętrzach mógłby nas zrujnować.

Image,

Image

Do Don Roberto trafiam zupełnie przypadkiem. Widzę przez okno stare zdjęcia miasta, więc ładuję się do środka i wgapiam. Po chwili podchodzi do mnie Kolumbijczyk, zagaduje, oczywiście, po hiszpańsku. Już myślę, że chce mnie wyprosić, ale nie, zaprasza raczej do środka. A tam… prawdziwy skansen! Stare wnętrza ze starymi meblami, starymi tapetami, starymi naczyniami, starymi zdjęciami… Kolumbijczyk - nie mam pojęcia, czy jest to tytułowy Don Roberto - objaśnia mi szczegółowo historię tego miejsca i każdego przedmiotu po kolei, a ja uśmiecham się, mam nadzieję, czarująco. Jaka szkoda, że nic nie rozumiem!

Image,

Image,

Image

Mieszkańcy Santa Fe są najwyraźniej szczególnie wrażliwi na piękno. Nie wyłączając pięknych kobiet. Nie dziwi więc, że na ulicy można się przekonać, co w rzeczy samej znaczy określenie „piękna kobieta”.

Image

Tak, tak, Kolumbijczykom w ogóle, nie tylko tym z Santa Fe, nie podoba się typ suchej modelki. Dlatego w Kolumbii dieta wydaje się pojęciem raczej abstrakcyjnym, natomiast operacje powiększające różne partie ciała są niezwykle popularne. Tym paniom, których na chirurga plastycznego nie stać, pozostaje kupić specjalne majtki z wkładkami silikonowymi na pośladkach. W takiej bieliźnie nawet płaska pupa nabiera brazylijskiego sznytu.

Santa Fe przyciąga turystów z jeszcze jednego powodu. Jest nim Puente de Occidente, imponujący drewniany most wiszący nad Rio Cauca, jeden z najdłuższych (291 m) i najstarszych (ukończony w 1895 r.) spośród tych wiszących w obu Amerykach. Nie jest to przereklamowana atrakcja, naprawdę robi wrażenie. Kiedy wchodzimy na most, pilnujący wejścia chłopcy pytają skąd jesteśmy. - Z Polski - odpowiadamy. - Aaa, Robert Lewandowski - krzyczą i podnoszą kciuki. Śmiejemy się i kiwamy głowami - miło tak powdzięczyć się w czyimś blasku. Dalej nie wiem już co bardziej podziwiać: to cudo myśli inżynierskiej, widoki, czy niezawodną kolumbijską życzliwość.

Image,

Image,

Image

Tej kolumbijskiej życzliwości doświadczamy zresztą niemal bez przerwy. Ot, choćby wyjeżdżając z Santa Fe. Kupujemy bilet na autobus, a że do odjazdu mamy jeszcze prawie pół godziny, udajemy się na orzeźwiający owocowy koktajl. Kiedy wracamy, przy naszym busiku tłoczy się już spora grupa pasażerów. Ze środka kiwa na nas kierowca. - To jest miejsce dla tych państwa - wyjaśnia podróżnym drapieżnie spoglądającym na dwa ostatnie wolne miejsca.

Image

Image

Do rezerwatu Rio Claro w zasadzie mieliśmy nie jechać. Czytałam gdzieś, że w porze deszczowej traci na urodzie i woda nie jest już taka claro, że problem z dojechaniem, że nie wiadomo gdzie przenocować, bo na miejscu drogo, że w weekendy tłoczno…
Ostatecznie jednak jedziemy - mamy dzień zapasu i niechęć do długiej podróży autobusem do Bogoty. Na szczęście.

Image, Image, Image,

Image,

Image

Przewodniki mówią, że w Rio Claro można spotkać kolibry, papugi i jeszcze kilka gatunków dziko żyjących zwierząt. Bądźmy szczerzy, nie spotykamy żadnego, choć słyszymy dziesiątki dźwięków, pisków, ryków i Bóg wie, czego jeszcze.
Widzę co prawda wydrę, ale tylko przez ułamek sekundy pokazuje mi pysk i chwilę potem…, no, odwrotność pyska.
Natomiast cały dzień towarzyszy mi pies, mój pies stróż. Kąpię się - on czeka na brzegu, chodzę po kamieniach, drapie się za mną, czasem gdzieś odbiega, ale zawsze wraca. Po kilku godzinach odprowadza mnie do samego autobusu. Muszę przyznać, że trudno mi się z nim pożegnać. Mam nadzieję, że nadal pilnuje turystów w Rio Claro.
Czego mi jeszcze żal, to że nie zdążyliśmy zwiedzić jaskini pełnej nietoperzy. Może kiedyś..?

Image, Image,

Image,

Image,

Image

Do Doradal jedziemy, bo musimy, bo to najbliższe rezerwatu miasteczko, gdzie możemy znaleźć nocleg.
- Potworna, niewiarygodna, upalna dziura - myślę, wychodząc z autobusu. Chcę wiać. Tymczasem, już godzinę później, w rankingu niespodzianek tego wyjazdu, Doradal zdobywa pierwsze miejsce.
Panuje tu klimat dżungli tropikalnej. Wchodzę pod prysznic, wycieram się i po chwili znowu jestem mokra. Nic dziwnego, że życie zaczyna się tu po zmroku. Idziemy zatem tam, gdzie jest życie. Czyli całkiem niedaleko - na parterze naszego hotelu rządzi fantastyczna speluna: bar Manhattan. Siedzimy przy miejscowym piwie i chłoniemy atmosferę.
Na środek sali wychodzi para: on, po prostu on, ale ona… Rozmiar w okolicach 44, czyli kształty kolumbijskie, kiedy zaczyna tańczyć, trudno oderwać wzrok. Wydaje się, że jej biodra żyją własnym życiem, europejskie imprezowiczki mogłyby jej co najwyżej wiązać baletki. Radziu, mój towarzysz, ledwo łapie oddech.
W jakimś momencie podchodzi do nas dziewczyna, podaje kieliszki napełnione tequilą, wznosi toast i mówi, jacy jesteśmy fajni. Pijemy, uśmiechamy się, poklepujemy po ramionach. I jak tu nie lubić Kolumbijczyków?
Tej nocy kołyszą nas do snu kolumbijsko-kubańskie hity. Goście baru Manhattan zasypiają chyba dopiero nad ranem.

Image

Rano widać gołym okiem, że Doradal się przepoczwarza. Na miejscowym ryneczku i przy dworcu autobusowym pojawiają się rzeźby hipopotamów, żyraf, słoni i innych dzikich zwierząt.
Władze miasteczka postanowiły zarobić na Pablo Escobarze, baronie narkotykowym, który na obrzeżach Doradal miał ogromną posiadłość. To miejsce - Hacienda Napoles - jest legendą. Na powierzchni trzech hektarów Escobar kazał wybudować potężny dom z przyległościami, kilka basenów, sztuczne jeziora, arenę do walk byków, pas startowy dla samolotów, tor do wyścigów samochodów i wreszcie ogromny park, gdzie posadzono egzotyczne rośliny i zgromadzono 1500 gatunków zwierząt, w tym słonie, żyrafy, zebry, nosorożce, kangury, czy hipopotamy. Całość wyceniono na 63 miliony dolarów. W latach 80-tych, po zastrzeleniu Escobara, jego majątek przejęło państwo.
Dziś w Hacienda Napoles znajduje się Jurasic Park, można tu odbyć safari i obejrzeć dzikie zwierzęta, a także bawić się w wodnym parku rozrywki i przenocować w jednym z luksusowych, chyba, hoteli. Szkoda, że tych informacji próżno szukać w przewodnikach.

Image,

Image,

Image

Kiedy w końcu odjeżdżamy z Doradal, trafiamy na Latającego Holendra, czyli autobus kursujący poza rozkładem, poza czasem, poza wszelkimi regułami. Ale czemu się dziwić? Doradal to w końcu zwycięzca rankingu na największą niespodziankę tego wyjazdu.
I choć to graniczy z cudem, w końcu docieramy do Bogoty - gotowej na Boże Narodzenie, mimo że to sam początek grudnia.

Image, Image

Do zobaczenia, Kolumbio!

Image

Image Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 4 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group