Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 05 Wrz 2026 07:54 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 1009
Loty: 110
Kilometry: 239 094
Krajów: 26 / 12.2%
srebrny
Pomysł na wyjazd zrodził się jakiś rok temu. Byliśmy na długi sierpniowy weekend we Włoszech i o ile unikaliśmy wyjazdów w wakacje to uznaliśmy, że jednak trzeba zacząć się przyzwyczajać. Córka na razie jest w nauczaniu wczesnoszkolnym ale czym dalej w las tym lepiej trzeba będzie zarządzać czasem wyjazdów. Rok temu zaczęliśmy się zastanawiać gdzie jechać na krótki wypad w okolicy sierpnia 2026. Nie wiem skąd mi się w głowie pojawiły Stany Zjednoczone, ale tak sobie przeglądałem krótkie rejsy z wschodniego wybrzeża. Jakoś nic nas nie przekonało, więc przerzuciłem się na zachód. Tam pojawiły się krótkie rejsy do Meksyku. Plan zakładał mniej więcej 3 dni w LA i 4/5 dni rejsu. Plan się zmienił, bo znaleźliśmy rejs Carnival Panorama na 8 dni z 4 portami w Meksyku. Od razu zapłaciliśmy za cały rejs z góry - kurs $$$ był poniżej 3,6 zł i udało się zaoszczędzić ok 500 zł w porównaniu gdybyśmy rozbili to na zaliczka + dopłata przed rejsem.

Loty LH/OS z Berlina udało się kupić w dość standardowej cenie. We wszystkich 4 portach wycieczki zarezerwowaliśmy przez internet. Dwie bezpośrednio na meksykańskich stronach, a dwie przez GYG. W międzyczasie Carnival zmienił trasę i odwrócił kolejność portów ale wszystkie wycieczki były elastyczne, więc nie było problemu z zmianą terminów. Ostatnie miesiące przed wyjazdem cała podróż była pod dużym znakiem zapytania. Ostatecznie skorzystalibyśmy z ubezpieczenia od rezygnacji lub alternatywnie próbowali przełożyć na listopad, ale na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem i udało się pojechać.

Dzień 0
Wylot z Berlina o 9 rano. Gdyby to był wyjazd na ferie to pewnie nocowalibyśmy przy lotnisku, bo nie lubię ryzykować, że akurat będzie gołoledź albo śnieg. Latem zwyczajnie wyjechaliśmy w okolicach 3 w nocy. Żeby było śmieszniej temperatura na zachodzie Polski w nocy 12 sierpnia to było 5 st C i to było mniej niż jak jechaliśmy na ferie na to samo lotnisko. Na parking lotniskowy przy A10 Center dotarliśmy koło 6 i od razu bus zawiózł nas na lotnisko. Same loty sprawnie. O dziwo w economy LH jedzenie nawet jadalne :)

Z Monachium wylatujemy ok 12, a do Los Angeles docieramy ok 15 miejscowego czasu. Mieliśmy miejsca w środkowych rzędach i nie było zbyt wygodnie. Wymiętoleni po locie dotarliśmy do sporej kolejki na paszportach. Akurat przyleciało kilka lotów z Azji i LOT z Warszawy. Całość trwało godzinę albo nieco dłużej. Gdy już dotarliśmy do okienka to szybkie pytanie o cel wizyty jak powiedzieliśmy ze LA i rejs to pan poprosił o bilety na rejs. Pokazaliśmy karty pokładowe Carnivala i zostaliśmy wpuszczeni. Po tak długiej kolejce bagaże już stały obok kołowrotka. Odebraliśmy swoje i wyszliśmy na zewnątrz. Mieliśmy zarezerwowane auto w Budget. Znaleźliśmy odpowiedni autobus wahadłowy do wypożyczalni i pojechaliśmy po auto. W wypożyczalni kolejna kolejka i pół godziny stania. Kolejny raz po Nowym Orleanie trafiamy na sytuację, że nie ma aut i trzeba czekać aż ktoś zwróci. Po wypełnieniu formalności i nacięciu jak się później okazało na 63$ dodatkowych usług, o których pan przy ladzie słowem nie wspomniał po kolejnych 20 minutach dostajemy Forda Escape i jedziemy do hotelu Beverly Laurel w West Hollywood. Lokalizację pomogło wybrać AI i rzeczywiście pod nasze plany było wszędzie blisko. Po zameldowaniu nie mamy już na nic siły i idziemy tylko do restauracji Swingers tuż obok, w środku wygląda jak typowy diners, a do jedzenia serwują miks kuchni amerykańskiej i meksykańskiej. Wracamy do hotelu i szykujemy się do kolejnego dnia.

Dzień 1
Zaczynamy od Santa Monica. Już na starcie największy problem stanowią miejsca parkingowe. Wszystkie miejsca na ulicach są zajęte. Szukamy parkingów na google maps ale ceny są po zbóju typu 10$ za godzinę lub 3$ za 15 minut. Szybkie pytanie do AI i dostajemy namiar na parking miejski 2$ za godzinę. Z parkingu mamy wszędzie blisko i zaczynamy od 3rd Street Promenade
Image

Image

Image

Córce od razu spodobały się dinozaury
Image

Image

A nam Wojownicze Żółwie Ninja
Image

Obeszliśmy 3rd Street Promenade i rozejrzeliśmy się za czymś do jedzenia. Trafiliśmy do jakiejś lokalnej sieciówki od gofrów. Ja zamówiłem śniadaniowe burrito, żona kurczaka z ziemniakami w kształcie kratki, a córka waffels na słodko. Po sytym śniadaniu ruszamy dalej.
Image

Image

Z 3rd Street Promenade udajemy się w stronę Santa Monica Pier. Najpierw mamy widok z góry, bo po drodze na nabrzeże przebiega szeroka ulica z dużym ruchem.
Image

A w tle widać wielki parking przy plaży
Image

Image

Po drodze przechodzimy przez fragment Palisades Park, a tam zbiera się już trochę porannych biegaczy, sporo wiewiórek i trochę bezdomnych.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tak ogólnie to nasze rude wiewiórki są dużo ładniejsze od tych amerykańskich. Te ich są zdecydowanie większe ale brak im tego uroku :)

To jest tylko punkt informacyjny ale widzieliśmy sporo osób robiących sobie zdjęcie przy znaku. Właściwy znak znajduje się na molo.
Image

Ciekawe drzewko
Image

Image

Jeszcze więcej wiewiórek po drodze na molo.
Image

Na Santa Monica Pier od razu wita nas Bubba Gump Shrimp Co.
Image

Image

Image

Image

Gdzieś na molo mijamy sporą polską wycieczkę z Rainbow. Ale mamy napięty kalendarz, więc idziemy dalej. Głębiej zaczyna się część wesołomiasteczkowa
Image

Image

Image

Generalnie prawi na całe molo można wjechać autem. Nie wiem czy każdy może, ale kurierzy na pewno mogą. Rano jest dość pochmurno i widok nie jest oszałamiający ale za to jeszcze nie jest gorąco.
Image

Image

Image

Image

Image

Na końcu molo można przeczytać kilka ciekawostek historycznych. Ciekawe zwłaszcza było to o statkach hazardowo-imprezowych pływających wzdłuż wybrzeża.

Image

Image

Image

Na końcu molo jest punkt dla wędkarzy. W kilku miejscach atakują nas reklamy kanapek Lobster Roll i powoli zaczyna to nas prześladować.

Z Santa Monica kierujemy się na Venice Beach ale po drodze zahaczamy o kilka punktów w mieście
Image

Image

Nauczeni doświadczeniem od razu pytamy czata GPT gdzie parkować i znajduje nam kolejny tani parking tuż przy kanałach.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ktoś chyba nie posprzątał po Halloween.
Image

Beerboat?
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Idąc od kanałów w stronę plaży można poczuć się jak na Key West
Image

Image

LAPD gdzieś leci. Moja pierwsza myśl - będą ścigać Forda Bronco na autostradzie :)

Image

Image

Mural przedstawiający Abbota Kinney’a. Określa się go jako founder of Venice. Kanały były jego pomysłem.
Image

Po drodze zaskakuje nas pojazd bez kierowcy. Widziałem wcześniej auta z radarami na ulicy ale nie miałem okazji się przyjrzeć, że nikogo nie ma w środku. Myślałem, że to jest jeszcze w fazie wstępnych testów i jeździ tam człowiek czuwający nad autem, a tymczasem to działa jak Uber, tylko bez migranta za kierownicą.

Image

Image

Docieramy do Venice Beach. Sama okolica nieco przaśnonadmorska ale prawdziwym szokiem okazuje się zewnętrzna siłownia pełna bardzo mocno napakowanych osób. Nie wiem, czy to byli kulturyści, czy zwykli koksiarze. Ba, nawet nie wiem czy jest jakaś różnica, bo to nie mój świat. W tym miejscu ćwiczył Arnold Schwarzenegger ale nadal nikt by mnie namówił na ćwiczenia w tym upale.

Image

Image

Image

Córka znajduje jakieś super słynne lody. Całość okazuje się kostkami lodu zalanymi słodkim syropem. Ja po pierwszej próbie omijam kolejne propozycje degustacji ale córka zadowolona.
Image

Image

Image

Image

Tuż przy plaży znajduje się dość spory skatepark
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Plaża stosunkowo pusta. Fala za wysoka do kąpieli ale chyba za niska dla surferów.
Image

Image

Image

Image

Image

Z Venice jedziemy w stronę Sunset Boulvard po drodze robiąc kółko po dzielnicy rezydencjonalnej mi. Roxbury Drive, Alpine Drive, Bedford Drive. Ogólnie okolica wygląda ok godziny 13 jak tuż po apokalipsie zombie. Na szczęście dało się zobaczyć jakieś życie w postaci meksykańskich ogrodników i wyprowadzaczy psów.
Chcemy stanąć i pochodzić po Sunset, więc znów AI znajduje tani parking koło Sunset Plaza. Ruszamy w długi marsz.
Image

Image

Image

Image

Słynny The Comedy Store
Image

Image

Image

O gustach się nie dyskutuje, ale dla mnie Fiat Multipla jest może nie powiem, że ładniejszy ale mniej brzydki :)
Image

Image

Image

Image

Po drodze córkę dopada głód więc wchodzimy do wagonu z hot-dogami i burgerami. My z żoną testujemy nieznane nam wcześniej amerykańskie napoje typu root beer, a córka pozytywnie ocenia burgera.
Image

Image

Dalej jest część ulicy bardziej dla dorosłych
Image

Image

Image

Image

Docieramy do Chateau Marmont i uznajemy, że czas zawracać, bo jest gorąco i czym dalej odejdziemy od auta tym trudniejszy powrót.
Image

Image

Przechodzimy na drugą stronę i zwiedzamy z nico innej perspektywy

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy do samochodu. Co na pewno da się zauważyć, to brak pieszych, dużo znanych lokali już nie istnieje i billboardy. Te ostatnie dotyczą tylko dwóch spraw - nowych seriali/nowych sezonów seriali i prawników od wypadków. Jedziemy na Rodeo Drive i tam zastajemy dość ciekawy widok - kolejka ludzi ustawiona do luksusowego sklepu. Do tego dziki tłum instagramerek robiących sobie zdjęcia w witrynach sklepów powoduje, że szybko się ewakuujemy z tej okolicy i przenosimy do Farmers Market, który jest całkiem blisko naszego hotelu.

Image

Image

Image

Image

Tutaj trafiliśmy na polski akcent w postaci naszej kuchni. Panie między sobą mówiły po polsku ale nas bardziej niż pierogi interesowała kawa i lody.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na Farmers Market kupujemy świeżo mielone/wyciskane/mieszane masło orzechowe z różnych rodzajów orzechów. Zachowujemy paragon, bo widzieliśmy, że z valid ticket parking jest za darmo, ale za nic w świecie nie wiem co mam zrobić z tym paragonem i jak zrobić żeby ticket był valid, więc po prostu jedziemy pod szlaban i pokazujemy pani w budce paragon. Coś tam marudzi ale w końcu po mojej minie załapuje, że my w Europie nie musimy validować ticketów spisuje moje imię i numer telefonu i mówi, że warunkowo nas puszcza.

Wracamy do hotelu, oddajemy auto panu valetowemu i idziemy się ogarnąć przed kolacją. Swoją drogą nie rozumiem tego fenomenu parkingowego. Wszędzie valet parking. Ja to rozumiem pod luksusowym hotelem w ścisłym centrum ale w LA to było prawie wszędzie. To wynika z potrzeby poczucia luksusu czy chęci wysiadania pod samymi drzwiami i alergią na chodzenie?

Na kolację idziemy do Benito's Taco Shop. Jest tanio, meksykańsko i smacznie.
Góra
 Profil Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
oskiboski uważa post za pomocny.
 
      
USA: Nowy Jork + Miami w jednej podróży od 2918 PLN! 🦅🌊 Od drapaczy chmur po rajskie plaże 🏙️☀️ USA: Nowy Jork + Miami w jednej podróży od 2918 PLN! 🦅🌊 Od drapaczy chmur po rajskie plaże 🏙️☀️
Weekend w Wenecji za 719 PLN🏛️Loty + 3* hotel w historycznej dzielnicy 🇮🇹🏨 Weekend w Wenecji za 719 PLN🏛️Loty + 3* hotel w historycznej dzielnicy 🇮🇹🏨
Offline
#2 PostWysłany: 07 Wrz 2026 11:13 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 1009
Loty: 110
Kilometry: 239 094
Krajów: 26 / 12.2%
srebrny
Dzień 2

Na śniadanie podjeżdżamy na bajgle do The Bagel Broker. Ceny znośne, wybór ogromny i ruch też spory.
Po śniadaniu jedziemy prosto do Warner Bros. Wycieczkę mamy na 9:30 ale jesteśmy jakieś pół godziny przed czasem i kręcimy się po strefie wejściowej.
Image

Image

Image

Image

Tuż przed czasem wejścia wchodzimy do strefy poczekalni, gdzie wyświetlają się różne fragmenty filmów realizowanych w studiu.
Image

Po uformowaniu nas w kilkunastoosobowe grupy ruszamy na właściwą wycieczkę
Image

Image

Image

Docieramy do Nowego Jorku
Image

Image

Image

Nowy Jork czasami staje się Filadelfią, a czasami Paryżem lub Berlinem.
Image

Image

Zdjęcie jest dość kiepskie, ale w pomieszczeniach ze względu na dużą ilość osób które na raz w nim przebywają musi być solidna wentylacja oraz duża ilość stelaży do oświetlenia, bo każdy reżyser ma swoje upodobania co do światła.
Image

Image

Image

Image

Tutaj aktorzy przygotowują się do kręcenia
Image

Image

Biura scenarzystów, ale czasami jak trzeba to budynek robi za motel.
Image

Warner Bros się chwali że jako jedyne studio ma własną dżunglę i np. Jurassic Park był kręcony u nich. Ogólnie pani przewodniczka ciekawie opowiadała o współpracy różnych studiów w kwestii wypożyczania sobie różnych scen. Jedynie Disney prowadzi zamkniętą politykę.
Image

Image

Image

Image

Sztuczne jezioro w dżungli. Ponoć woda jest podgrzewana, bo czasami aktorzy muszą tam spędzić sporo czasu.
Image

Image

Tutaj wiewiórka obrabia bambusa.
Image

Bambus ponoć miał być tylko do jednego filmu ale później nie udało się już go wyplenić :)
Image

Image

Wjeżdżamy na przedmieścia dowolnego miasta
Image

Image

Image

Image

Ten budynek robi za szpital, hotel, biurowiec.
Image

Image

Image

Image

Image

Dojeżdżamy do słynnych hangarów tzw. Stage z przypisanym nr. W mniej więcej połowie coś się działo.
Image

Image

Image

Tutaj reżyser zażyczył sobie poprawki w parku.
Image

Image

Image

Wejście do metra.
Image

Budynek kina
Image

Image

Image

Image

Image

Ekipa od zieleni
Image

Zorganizowaną wycieczkę kończy się w kawiarni z Przyjaciół. Mieliśmy bardzo międzynarodową grupę, bo tylko jedna pani z Iowa, a całą reszta z różnych końców świata od Europy, przez Japonię, po Australię. Przewodniczka wyjaśniła nam, że sytuacja w studiu zmienia się dość dynamicznie, bo oni codziennie dostają wytyczne gdzie mogą wjeżdżać a gdzie jest strefa wyłączona. Swoją drogą pomyliła się i wjechała naszym meleksem w strefę wyłączoną gdzie trwały dostawy towaru. Ponoć sierpień jest niezłym czasem na wizytę w studio, bo większość produkcji ma urlopy i jest luz. Głównie kręcone są gościnne produkcje.
Image

Image

Wystawa pt. "gabinet scenarzysty"
Image

A tak pracuje ekipa od castingów.
Image

Image

Przejeżdżamy shuttle meleksem do części poświęconej DC i Harremu Potterowi.
Image

Image

Image

Ewolucja kostiumów Batmana
Image

Mapa Huncwotów
Image

Image

Image

Image

Mikrokawalerka Harrego Pottera.
Image

Image

Kilka statuetek na wyjściu
Image

Image

Sklep z pamiątkami.
Image

Ze studia kierujemy się na Mulholland Dr i Universal City Overlook. Widok na studia i panoramę miasta.
Image

Image

Image

Image

Image

Jerome C. Daniel Overlook i widok na Hollywood Bowl
Image

Image

I na napis Hollywood.
Image

Jedziemy w stronę Hollywood Walk of Fame co chyba jest największym rozczarowaniem całego wyjazdu.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kościół/siedziba Scientologów.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ogólnie w okolicy był dziki tłum, a sama aleja gwiazd wygląda skromniej niż w Międzyzdrojach. Poza tym że tych gwiazd jest tam dużo, to są malutkie i odarte z jakiejkolwiek aury. Jest tylko symbol gwiazdy oraz imię i nazwisko. Żadnego podpisu, żadnego odcisku dłoni/stopy/pośladka/czegokolwiek. Drugie płyty w TCL Chinese Theatre wyglądają jeszcze gorzej, bo to zbiór podpisów w bardzo szarym betonie. Nie ma do nich dostępu i poza najbliższymi nie da się ich odczytać.

Parkujemy w Ovation Hollywood i tam też idziemy na późny lunch. Znajdujemy knajpę z burgerami w rozsądnej cenie. Do tego z tarasów Oviation można zobaczyć jeszcze raz znak Hollywood.
Image

Image

Wracamy do hotelu nieco odpocząć. Po południu chcemy się wybrać do Griffith Observatory... co okazało się kompletnym niewypałem. Okazało się, że w piątkowe popołudnie wybrało się tam całe LA. Spędziliśmy sporo czasu w korku, żeby objechać sobie Griffith Park dookoła i wrócić na dół, bo nie było ani jednego miejsca parkingowego. Znaczy się kilka było, ale na dole i nikt z nas nie miał ochoty iść kawał drogi na pieszo. Mieliśmy już za sobą długi lot, jet lag i dwa dość intensywne dni, więc wszyscy zgodnie uznaliśmy, że jedziemy na jedzenie i wracamy dopakować się na statek.

Jadąc do obserwatorium przejeżdżaliśmy obok kolejnego studia
Image

Wybraliśmy sieciówkę California Fish Grill bo mieli ... Lobster Roll. Wzięliśmy pełne danie z 2 kanapkami i frytkami z batatów oraz fish and chips dla córki. W USA spokojnie najadamy się dwoma daniami w trójkę. Kanapka była pyszna i mamy ochotę wybrać się na wschodnie wybrzeże spróbować ich wersji. Lobster Roll jak na zdjęciu to ok 26$
Image

Image

Nasz pobyt w LA praktycznie dobiega końca. Ogólnie miasto nas dość rozczarowało, przy całkiem niedużych oczekiwaniach. Może dlatego, że wielkie miasta nas za specjalnie nie kręcą. Zapach w mieście był dość dziwny. Nie chodzi nawet o jakiś smród, ale w wielu budynkach był specyficzny zapach, coś jak środek do dezynfekcji? Próbowaliśmy w pierwszy dzień zobaczyć jakieś luksusowe rezydencje i przejechaliśmy się drogami koło nich. Oczywiście nic nie było widać i to rozumiem ale nie potrafię zrozumieć po co komuś rezydencja z dużo milionów $ do której prowadzi droga w tak tragicznym stanie, że swoim Ferrari na pewno tam nie dojedzie. Może dlatego, że nie mam dużo milionów $ i nie mam takich problemów. Infrastruktura w Hollywood i Beverly Hills jest w bardzo kiepskim stanie. Nie wiem jak w innych dzielnicach ale nie zakładam jakiegoś szału.
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#3 PostWysłany: 09 Wrz 2026 12:02 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 1009
Loty: 110
Kilometry: 239 094
Krajów: 26 / 12.2%
srebrny
Dzień 3

Wstajemy dość wcześniej, a czasu mamy sporo, więc instalujemy apkę Waymo i zamawiamy autonomiczny pojazd. Głownie, żeby się przejechać ale że trzeba było jakiś cel wskazać to wybieramy park przy Rancho La Brea.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jaguar, który po nas podjechał przywitał się po polsku, wyjaśnił zasady bezpieczeństwa, powtórzył po angielsku i ruszył. Uczycie jest dość niesamowite i dla mnie jako osoby, która nie lubi prowadzić samochodu daje pewną nadzieję, że w przyszłości będzie można w "rozsądnej kwocie" mieć własnego szofera AI.
Samo muzeum Rancho La Brea było nie czynne (nie tylko dlatego, że była sobota rano) więc przeszliśmy tylko po parku. Na zewnątrz były figury mamutów i dziwny smród ropy. Dopiero w domu doczytałem, że to jest naturalne jezioro asfaltu wypływającego z ziemi. W dalekiej przeszłości grzęzły w nim zwierzęta dlatego znaleziono tam dużo szkieletów.

Image

Zamawiamy powrotnego Waymo i idziemy na śniadanie do Swingers, tego dinnersa obok hotelu. Ja mam upatrzone huevos rancheros, a dziewczyny biorą pancakes.

Image

Image

Wracamy do hotelu i przed 10 się wymeldowujemy i jedziemy do Long Beach. Tam mamy oddać auto niedaleko portu. Wczoraj zauważyliśmy odprysk na szybie, ale sprawdzamy w warunkach wypożyczenia, że jest ubezpieczenie z 0 wkładem własnym. Obsługa sprawdza tylko paliwo i zamawiamy ubera XL żeby ogarnąć naszą graciarnię do portu. Przyjeżdża dość gadatliwa Jessie (jakby ktoś potrzebował transport w okolicy Long Beach +1 562 313-5710). Jessie wygląda na obeznaną w miejscowych realiach. Chwali się, że zna miejscowe objazdy i tajny skrót do portu. Rzeczywiście jakimś wjazdem towarowym omija największy korek i nie wysadza nas pod samym terminalem, ale mamy jakieś 100-200 m do przejścia. Okazuje się, że obok idzie pan z wózkiem na bagaże i mówi, że jak mamy otagowane to możemy mu oddać. Chętnie z tego korzystamy. Pan chciałby napiwek ale mówię mu (zgodnie z prawdą) że nie mam nic drobnych. Śmiał się tylko, że w takim razie nie poszaleję w night clubie.
Jeszcze po drodze rozmawiamy z Jessie o Long Beach. My mówimy, że wygląda lepiej niż LA. Ona chwaliła, że to najlepsze miasto w aglomeracji i "smells good". No właśnie w LA smells not so good :)

Do terminalu Carnivala docieramy ok 11.30 a wejście mamy o 12 ale pani kontrolująca karty każe nam iść do osobnej kolejki i udaje nam się dostać wcześniej. Na security opadły nam szczęki. Nasze 2 butelki wody do śmieci, ale każdy Amerykanin i Amerykanka targał ze sobą karton (12 szt) swojego ulubionego napoju gazowanego w puszkach. Nie wiem po co, bo napojów na statku pod dostatkiem, ale może jak ktoś jest uzależniony od konkretnego np Dr. Peppers to innego nie będzie pił. Przy okazji straciliśmy też żelazko turystyczne, bo okazało się, że terminal nie ma depozytu ani nie oddadzą tego do depozytu na statek.

Sam terminal to jest jak to mawiają tubylcy white doom. Okazuje się, że tą kopułę zbudowano, żeby przechowywać Herkulesa H4 stworzonego przez Hughesa i rozsławionego w filmie Aviator. Sam samolot stoi już gdzie indziej ale kopuła pozostała i teraz jest terminalem dla Carnivala.
Image

Dość sprawnie wchodzimy na statek. Kajuty nie są jeszcze gotowe ale dogadujemy się ze stewardem, że możemy zostawić bagaże podręczne w naszej. Zaczynamy zwiedzać statek, ale po 12 robimy przerwę na lunch. Tłok jest duży, bo wszyscy rzucili się do bufetu w tym samym czasie. W bufecie spotykamy rodaka, ale z NJ. Mówił, że już naście lat w USA, więc oceniliśmy że całkiem ładnie mówi po polsku.

Po lunchu kontynuujemy zwiedzanie statku. Dla nas to dość ważny etap, bo każdy statek ma swoje zakamarki i ślepe korytarze. Warto to wiedzieć wcześniej, żeby później nie błądzić po pokładach.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W porcie stoi RMS Queen Mary i służy jako hotel i atrakcja turystyczna
Image

Popołudnie spędzamy nad basenem, ale córka odkrywa plac zabaw dla dzieci z największą atrakcją w postaci wielkiego wiadra wody wylewającego się na głowę więc do końca rejsu jesteśmy więźniami tej strefy :)

Wieczorem meldujemy się w restauracji na drugą turę kolacji. Nie mam zbyt wielu zdjęć z kolacji, bo to 9 rejs i już człowiek przywykł do tych kolacji. W teatrze, jeśli to pomieszczenie można tak nazwać, nic się nie dzieje. Po krótkim spacerze po statku idziemy spać, bo pierwsze dni w LA były dość intensywne i czujemy to w kościach.
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#4 PostWysłany: 10 Wrz 2026 12:24 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 1009
Loty: 110
Kilometry: 239 094
Krajów: 26 / 12.2%
srebrny
Dzień 4

Przed nami dzień na morzu. To jest już nasz drugi rejs na Carnivalu i na pierwszym nauczyliśmy się, że na śniadanie w taki dzień idzie się do restauracji na Sea Day Brunch. Tam śniadanie podane jest z menu. U córki rozwiązał się w końcu problem ze śniadaniami, bo zazwyczaj jajka sadzone jej nie odpowiadał sposób usmażenia, pancake/gofry i inne za słodkie i w domu lepsze. Na szczęście polubiła omlety, więc zamawiamy dla niej czysty omlet i boczek w plastrach. Ja testuję porcję mięsa z jajkiem sadzonym i sosem holenderskim.
Image

Po śniadaniu idziemy na basen. Na zewnętrznych pokładach szybko robi się patelnia. Młoda ciągnie nas na swój plac zabaw. Okazuje się że już ma tam koleżankę i się razem bawią.
Co ciekawe na obu głównych basenach jest specjalna winda do kąpieli dla niepełnosprawnych. Nie wiedziałem nikogo korzystającego, mimo że osób niepełnosprawnych było bardzo dużo (bo rozumiem że otyłość która nie pozwala chodzić, to jest niepełnosprawność?)
Image

Na lunch staramy się unikać bufetu, a na Carnivalu w przeciwieństwie do Costy nie ma lunchu w restauracji. Idziemy z córką do bufetu, a jak ona się najada to prowadzimy ją do kids clubu, bo mieli w harmonogramie magika. My korzystamy z zasady, że restauracje płatne robią bezpłatne menu lunchowe i idziemy do restauracji włoskiej (młoda widziała menu i świadomie podjęła decyzję, że nie chce). Problem z włoską restauracją w USA polega na tym, że to jest amerykańska wersja włoskości. Makaron nie koniecznie al dente, sosy śmietanowe i ciężkie, ze sporym dodatkiem mięsa. Ale miejscowi chyba tak lubią, bo niektórzy zamawiali 3 turę.

Po lunchu robimy drugie podejście na basen. Tym razem rozkładamy się na leżakach przy głównym basenie. Poszedłem po napoje, a jak wróciłem to żona dyskutuje z jakąś zacietrzewioną Amerykanką. Próbuję dowiedzieć się w czym problem ale Amerykanka rzuca tylko hasło obrażonym głosem "ależ nic się nie stało tylko, tylko więcej tak nie róbcie." Próbuje nadal wyjaśnić, ale jak mam nie robić, po czym zaczyna mówić to samo. Ja patrzę jak na wariatkę. Żona mi mówi, że facet/mąż/konkubent wariatki przyszedł i wyrwał córce ręcznik uznając, że to jego. (Bo wszyscy marzyli o tym, żeby ukraść i używać jego brudny ręcznik). Tłumacze grzecznie, że jak przyszliśmy, to leżaki były puste, ale niespecjalnie dociera, więc nadal patrzę jak na wariatkę. Siadam na leżaku i zaczynam czytać książkę olewając temat. Wariatka zaczepia kogoś z obsługi ale nic nie wskórała, gdzieś ją odesłał. Obrazili się i poszli. Przypomniała mi się jedna informacja z aplikacji i sprawdzam, że rzeczywiście jest wszędzie info że ręczniki bez opieki na leżaku są zabierane po 40 minutach. Ktoś tu wybrał się na lunch, zostawił miejsca zaklepane i się przeliczył :D

Córka zalicza popołudniową pizzę i w bufecie spotykamy rodaków. Pozdrowienia dla Grzegorza i Anny z Warszawy. Dowiedzieliśmy się od nich, że na statku są 3 rodziny z Polski (mieli info na chceck-in). My powiedzieliśmy, że spotkaliśmy tylko migrantów, więc powstała nieformalna misja znalezienia trzeciej rodziny. Chwilę pogadaliśmy, a później jeszcze sporo razy się spotkaliśmy w trakcie rejsu.

Córka dostała od przypadkowej osoby gumową kaczkę. Okazało się, że na statku jest kaczkoszał i są nawet specjalne skrzynki pocztowe do wymiany kaczek.
Image

Image

Image

Wieczorem kolacja, spacer po pokładach i do kajuty, bo jutro pierwszy port w Meksyku i od razu tenderowy. Na szczęście w aplikacji zarejestrowaliśmy się na pierwszą turę, bo mamy wycieczkę i lepiej się nie spóźnić.
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
hiszpan uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#5 PostWysłany: 11 Wrz 2026 11:27 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 1009
Loty: 110
Kilometry: 239 094
Krajów: 26 / 12.2%
srebrny
Dzień 5

Statek przypływa do Cabo San Lucas o 10 a my mamy rezerwację wycieczki na 12. Udało się zaklepać tendera na 10:45-11:00. W związku z tym, że nie trzeba się spieszyć ze śniadaniem zapisujemy się na śniadanie do restauracji. To nie to samo co Sea Day Brunch, ale i tak menu śniadaniowe w restauracji wygląda lepiej niż bufet.

Po śniadaniu pakujemy torbę z gratami i idziemy zająć kolejkę do wyjścia. Jak zawsze w takich sytuacjach robi się spory tłok. Jak zwykle na newralgiczny odcinek oddelegowany jest jeden człowiek, który nie umie zapanować nad zdziczałym tłumem. Ktoś z obsługi przeprowadza jakąś grupkę nazwaną VIP, za nimi biegnie stado ludzi, którzy krzyczą, że też są VIP. Ktoś inny krzyczy, że przecież wszyscy oni nie są VIP, więc ostatecznie puścił wszystkich. Na dole przy wyjściu już było więcej osób z obsługi i jakoś udało się ogarnąć ten bajzel. Aż człowiek poczuł nutkę sentymentu, bo przypomniała się podobna sytuacja na Coście :)

Sam dowóz łódkami na ląd obsługują Meksykanie, a nie szalupy ze statku. Łódki są dość duże więc idzie sprawnie i szybko.

Od razu uderza nas upał. Z terminala wychodzimy jak się później okazało złym wyjściem i zamiast od razu do mariny musimy iść dookoła.
Image

Image

Image

Image

Image

Nieopodal pomnika serferów jest stanowisko naszego organizatora. Zgłaszamy obecność, zostawiamy torbę z gratami i biegniemy do pobliskiej kawiarni wypić kawę w klimatyzacji. Okazuje się, że mają opcje pływania z delfinami ale czasowo nie jesteśmy w stanie tego zgrać.
Image

O 12 meldujemy się na zbiórce do łódki i wypływamy oglądać skały Cabo San Lucas. Kapitan naszej łajby mówi, że jest szansa popatrzeć na foczki na plaży ale nie wiadomo czy jakieś będą.
Image

Image

Image

Plaża miejska
Image

Nasz statek
Image

Poleciały kawałki bułki i od razu przypłynęły rybki.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nie pamiętam nazw wszystkich skał, ale to może być Pelican Rock
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Za to tutaj nie ma żadnych wątpliwości - ta skała to Scooby Doo Rock
Image

Image

Image

Image

Mamy do wyboru 3 plaże, do których dostęp jest tylko z łodzi. Ostatecznie większość ludzi za namową Koreańczyka z New Jersey decyduje się na najpłytszą z nich ze względu na dzieci. Łódka podpływa kilka metrów od brzegu i trzeba wyskoczyć do wody. Tutaj następuje szok termiczny. Woda ma chyba z 30 st C. i jest absolutnie przyjemna. Jest najgorętsza pora dnia, więc godzimy się zapłacić grube $$$ za parasol, bo bez odrobiny cienia będzie ciężko. Do tego "obsługa plaży" ma lodówki turystyczne z zimnym piwem, więc jest wszystko co potrzeba. Starszy bezzębny Meksykanin chodził i sprzedawał czekoladowe małże. Lubię próbować lokalne przysmaki ale surowe małże które nie wiem jak długo są noszone na pełnym słońcu to niekoniecznie dobry pomysł.
Image

Image

Image

Przed wyjazdem córka powiedziała, że ona nie będzie snorkelować, wiec nie musimy jej brać maski, ale i tak ja wzięliśmy. Na plaży poprosiła, żeby jej założyć maskę ... i przez 1,5 godziny nie wyszła z wody. Rybki były raczej małe, ale od czasu do czasu można było trafić coś większego.
Image

Image

Image

Image

Łódź, którą przypłynęliśmy nie czekała na nas tylko popłynęła po następną wycieczkę. Obsługa plaży powiedziała, że nasz operator ma 3 łódki i możemy odpłynąć dowolna z nich. Jedna rodzina odpłynęła już kolejną łódką. My i Koreańczycy zostajemy 1,5 godziny i trafiamy na tą samą łódkę. Wracamy do mariny i idziemy do tego samego lokalu, co przed wycieczką. Kupujemy napoje i ogarniamy się po plażowaniu. Ruszamy zobaczyć kawałek meksykańskiego miasta. Chyba jest sjesta, bo miasto dość wymarłe.
Image

Image

Image

Image

Image

Targam torbę z gratami plażowymi i robi się coraz cięższa. Dziewczyny wymęczone upałem i pytamy się rikszarza za ile do portu. Mówi, że 8$. Pakujemy się do wózka i zostawiamy mu 10$, bo w tym upale to nawet rekreacyjnie nie chciałoby mi się jeździć rowerem
Image

Wracamy łódką na statek. Kolejek większych nie było. Na statku jest już po lunchu ale na Carnivalu jakieś jedzenie jest zawsze dostępne. My z żoną bierzemy kanapki, a córka pizzę. W kolejce do kanapek zaczepia nas po polsku dziewczyna pytając czy coś pomóc. Okazuje się, ze jest Amerykanką, która 2 lata uczyła się polskiego i nawet trochę mieszkała w Polsce. Od 6 lat nie używała języka, więc normalne że nieco kaleczyła. Do dzisiaj zastanawiam się za jakie grzechy musiała uczyć się tak trudnego języka :D

Po późnym lunchu odpoczynek i szykowanie się do kolacji. Ja jeszcze wykorzystuję okazję że statek jest blisko lądu i wychodzę z laptopem ogarnąć kilka spraw w pracy i banku. Mam wi-fi statkowe ale mogę je używać jedynie na jednym urządzeniu, więc dni portowe umożliwiają autoryzację transakcji w aplikacji bankowej.

Dzisiaj jest ponoć jakiś show w tzw. teatrze ale jutro mamy wczesny port, więc idziemy wcześniej spać. Ogólnie na wakacjach mamy w zwyczaju chodzić spać czasami nawet przed 22 i wstawać wcześniej, żeby zaczynać zwiedzać zanim zrobi się gorąco.
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 5 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group