Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 12 Sty 2016 19:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Maj 2014
Posty: 12
Loty: 63
Kilometry: 108 582
Krajów: 15 / 7.0%
Przeczytałam tu tyle pięknych relacji z Gruzji, że postanowiłam stworzyć swoją własną opowieść o dwutygodniowej włóczędze po tym magicznym kraju. Może nie będzie zbyt dokładnie, nie będzie podanych szczegółowo cen za poszczególne noclegi, bilety czy jedzenie. Nie będzie, bo podróż zaczęła się w drugiej połowie czerwca 2014 roku, więc tylu szczegółów, bez zapisywania ich, zwyczajnie w świecie się już nie pamięta. Będą za to moje prywatne odczucia, rozpisywanie się nad pięknem krajobrazów, gościnnością Gruzinów i smakowanie kuchni gruzińskiej.
Do Gruzji lecę z moją wierną towarzyszką wszelkich wypraw, tych dalekich i bliskich - Anią. Startujemy z Pyrzowic krótko przed północą, na miejscu jesteśmy przed 5.00 rano. Wymieniamy euro na lari i wychodzimy przed terminal. Tu mała konsternacja: wszyscy mówią po rosyjsku, hmm, już wiem, że trzeba będzie improwizować :) :) Nasz plan na najbliższe dni to góry, tak więc musimy się dostać do Mestii w Svanetii.
Jesteśmy bardzo ostrożne co do wydawania pieniędzy zwłaszcza na transport :) i po przeczytaniu kilku relacji, porad itp zdecydowałyśmy się pojechać marszrutką do centrum Kutaisi, a stamtąd miejskim transportem (czyt. kolejną marszrutką) prosto do Mestii Nie damy zarobić lotniskowym "korporacjom", które żerują na biednych turystach ;-) Jak się okazało, był to bardzo głupi pomysł, zaoszczędziłyśmy 5 lari (+/- 10 zł.) a straciłyśmy jakieś 4 godziny.
Co można robić przed 6 rano w Kutaisi? No niewiele. Czekamy cierpliwie na "dworcu marszrutkowym" aż coś zacznie się dziać. Głodne i zmęczone nie mamy ochoty nawet na zwiedzenie najbliższej okolicy, tym bardziej, że miasto nie zrobiło na mnie pozytywnego wrażenia... Ani za pierwszym razem, ani za drugim, ale o tym później.
W końcu, grubo po 9 jesteśmy w drodze do Mestii. Ci, którzy byli w Gruzji wiedzą, że aby marszrutka ruszyła musi być komplet pasażerów. Zaczyna się nagabywanie, wołanie i czekanie, czekanie, czekanie... :) W naszej, większość podróżnych to Polacy. Tak się złożyło, że podczas mojego dwutygodniowego pobytu 95% poznanych gdzieś po drodze ludzi, z którymi przyszło nam podróżować, to byli rodacy. Nic w tym dziwnego, jesteśmy mile widziani w Gruzji a to, jak wszyscy wiedzą, za sprawą naszego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Ale wróćmy do marszrutek... Podróż nimi to jedna wielka niewiadoma :) Trzeba wiele cierpliwości by przestać przejmować się tym, że każdy pojazd ma mniej lub bardziej rozbite przednie szyby, są lekko zdezelowane, kierowcy pędzą jak szaleni i... krowy, wszechobecne krowy, które potrafią zatamować cały ruch na drodze :) Myśmy zjeździły cały kraj marszrutkami, więc doszłyśmy do wprawy :) Wystarczy usiąść w najbardziej wygodnym miejscu (choć znaleźć takie miejsce to nie lada wyzwanie), najlepiej w takim w którym nie wieje z okna :) i pójść spać. Przyznaję, że w większości nie było takiej możliwości :) widoki za oknem skutecznie nie pozwalają zmrużyć oka, postoje - bo trzeba coś załadować lub wyładować a pasażerowie do pomocy mile widziani :) (kierowca jest nierzadko także kurierem :) ), inwentarz żywy w bagażniku lub w przejściu, a raczej zapach, nie skłania do drzemki, no i w końcu długie rozmowy z ciekawskimi współpasażerami - miejscowymi. To trzeba przeżyć :-)
Po jakiś 4 godzinach docieramy do Mestii. Szybko znalazłyśmy naszą miejscówkę na kolejne 2 noce - Marina Guest House, wcześniej zarezerwowane na booking.com. Czysto, pyszne jedzenie prosto z kuchni właścicielki, miła gospodyni, ogród z miejscem na ognisko i cudowne widoki! Taki mały raj.
Po południu umawiamy się na spacer po okolicy, z czwórką Polaków poznanych w marszrutce. Szwędamy się bez celu po górkach i łąkach. Wszechogarniająca cisza staje się wręcz nieznośna :) ale po pewnym czasie wprawia w błogi nastrój. Wokół żywej duszy. Tylko świerszcze cykające w trawie, palące słońce mimo tego że jest już późne popołudnie i mijane krowy co jakiś czas przy górskim strumyku. Swoją drogą, jak te krowy wlazły tak wysoko?? :) ciągle się dziwiłam.
Image, Image, Image, Image
Umawiamy się z naszymi nowymi znajomymi, że na następny dzień pojedziemy razem do Ushguli - najwyżej położonej wioski w Europie. Wiadomo, jedyna okazja, bo są chętni, a marszrutka jeździ tylko jedna, raz dziennie. Podróż też nie jest łatwa bo jeszcze nie wybudowano drogi asfaltowej w tamtą stronę.
Jednak życie zweryfikowało nasze plany :) Ushguli - to była jedyna rzecz której nie udało się nam zobaczyć. Niestety, poprzedni wieczór i pól nocy integrowałyśmy się z innymi gośćmi pani Mariny (był niejaki chłopak z Rumunii, starszy pan z Niemiec i dziewczyny z Belgii) Gruzińskie, swojskie wino spowodowało, że nie wstałyśmy na 8 rano, a wtedy właśnie odjeżdżała marszrutka do Ushguli. Trudno, odżałowałyśmy, jest powód by tam wrócić :) Zastąpiłyśmy najwyżej położoną wioskę z tradycjami, trekkingiem do lodowca Gergeti. To był strzał w dziesiątkę. Nie mogłam się napatrzeć na groźne szczyty całe ośnieżone. Im bliżej lodowca, tym wszystko robiło się większe i straszniejsze, ale przez to zachwycające. Ogrom Kaukazu poraża, jest piękny, dostojny i nawet najpiękniejsze zdjęcia nie są w stanie pokazać tego, co się widzi na własne oczy. Dzień zakończyłyśmy w knajpie z polskim akcentem, zajadając się bakłażanami z czosnkiem i chinkali. Od tego momentu - jak to mawiała Ania - dzień bez chinkali był dniem straconym :)
Image, Image, Image, Image, Image
Mestia - urokliwe, trochę senne miasteczko w Kaukazie otoczone przez pięcio i sześciotysięczniki, zrobiło na mnie strasznie pozytywne wrażenie. Nigdy wcześniej nie byłam w tak wysokich górach, co spotęgowało moje doznania.
Po dwóch dniach sielanki wracamy do Kutaisi. Świadomość, że mam tam spędzić noc napawa mnie lękiem, bo miasto nie zrobiło na mnie pierwszego dobrego wrażenia. Potem, pamiętam już tylko straszny upał (było chyba z 40 stopni) i my - przemierzające na oślep miasto z plecakami na plecach w poszukiwaniu noclegu... Ciężko było, ale w końcu jakaś życzliwa pani zlitowała się nad nami i wynajęła nam mieszkanie na 1 noc. Dobrze, że zaznaczyła, że zamek w drzwiach trochę się zacina i musimy uważać... Po nie całej godzinie Ania była zatrzaśnięta w pokoju, a ja w korytarzu próbowałam ją uwolnić :) Nie obyło się bez wzywania syna gospodyni, który szybko i sprawnie otworzył zamek - jak widać - patent gruziński.
Punktem koniecznym do obejrzenia był monastyr Gelati, który w XII-XIII w. był jednym z największych centrów religijnych, naukowych i filozoficznych Gruzji Image
oraz katedra Bagrati (oficjalna nazwa to Katedra Zaśnięcia Bogurodzicy). Katedra robi wrażenie swoim rozmiarem to fakt, załapałyśmy się nawet na gruziński ślub, który odbywał się w środku. W związku z tym, że katedra stoi na wzgórzu Ukimerioni, z którego rozpościera się ładny widok na całe miasto, można sobie usiąść w cieniu pod drzewem i odpocząć po trudach wspinaczki w palącym słońcu :)
Image
Miałyśmy jeszcze zobaczyć Jaskinię Prometeusza, ale jak się okazało, był poniedziałek, a jaskinia akurat w poniedziałki jet zamknięta, no cóż... Przynajmniej szybciej wyjechałyśmy z Kutaisi :)
Image, Image
Jedziemy do Borjomi. Droga nie jest łatwa, odległość to zaledwie jakieś 130 km ale jedzie się jakieś 4 godziny... Bywają odcinki, że asfalt się kończy i przez dłuższy czas trzeba jechać drogą szutrową. Wtedy nie ma mowy o żadnym komforcie jazdy. Zwłaszcza kiedy matka z pięciorgiem dzieciaczków jadą obok i pól drogi wymiotują :) nie wiem czy to z powodu jakiegoś zatrucia, czy choroba lokomocyjna :)
Pamiętam, że droga z Kutaisi do Borjomi była najbardziej uciążliwa, ale do zniesienia oczywiście :) w takich okolicznościach przyrody, kiedy za oknem non stop zmienia się krajobraz, a Ty ciągle patrzysz z zachwytem, wszystko jest do zniesienia :)
Dodatkową odskocznią są postoje, na których można się zaopatrzyć w chaczapuri, nie takie jak serwują w restauracjach, tylko swojskie, gorące, duuuuże, w papierku, świeżutkie prosto z pieca, które zrobiła staruszka i przyniosła z domu, cena - 0,50 GEL.
Bordżomi - uzdrowiskowe miasto w Małym Kaukazie leżące na rzeką Kurą. W ubiegłym stuleciu odkryte tam zostały chlorkowo-wodorowo-węglanowo-sodowo-wapniowe wody mineralne. W czasach sowieckich miasto było słynnym kurortem - uzdrowiskiem. Pozostałością po latach świetności jest park Likani, w którym znajdują się dawne pałace rodziny carskiej. Teraz znajdują się tam ogólnodostępne gorące i zimne źródła, a zimą jest rajem dla narciarzy. Taka ciekawostka - Bordżomi kandydowało do organizacji Olimpiady Zimowej w 2014 roku, jednak nie zostało wybrane, a Igrzyska odbyły się, jak wiadomo, w Soczi.
Image, Image, Image, Image
Dla nas jest to miejsce "wypadowe", chcemy zwiedzić okolice, głównie słynne skalne miasto - Wardzia. Musimy poszukać kogoś kto nas tam zabierze :) Nie szukałyśmy długo, znalazłyśmy nocleg u Leona (to był zwykły przypadek, aczkolwiek Ania wcześniej wyczytała, że Leo`s Homestay jest polecaną miejscówką) i jak się okazało Leo sam organizuje wycieczki po okolicy swoim własnym autem. Ale zwiedzanie zostawiłyśmy sobie na następny dzień. Póki co, chciałyśmy poszukać słynnych gorących źródeł i się wykąpać :) Podczas spaceru przez park, zapewne musiałyśmy źle skręcić, bo po godzinie naszym oczom okazało się to... :) Image
wyglądało jak wodopój dla krów, co prawda z gorącą wodą, no ale my nie tego się spodziewałyśmy :) Jak widać miejscowi lubią tu spędzać czas. Opanowałyśmy śmiech, posiedziałyśmy przez chwilę przy tym gruzińskim przybytku gorących źródeł i tą samą ścieżką przez las wróciłyśmy do miasta.
Na następny dzień jechałyśmy z Leo do Wardzi. Szkoda, że nie było więcej chętnych na taką wycieczkę, bo cena byłaby sporo niższa. Choć dałyśmy radę trochę utargować, to pewnie gdyby nic nie dało się zrobić i tak byśmy pojechały. To była jedyna okazja, więcej nie zamierzałyśmy wracać w te rejony. Po wszystkim doszłyśmy do wniosku, że to była dobra decyzja, nieważne, czy przepłaciłyśmy czy nie, tego dnia zobaczyłyśmy wszystkie ważne miejsca po drodze do Vardzi, poza tym byłyśmy jedynymi pasażerkami Leona, zatrzymywał się w każdym pięknym miejscu w jakim chciałyśmy, żeby pstryknąć fotkę :) Zawiózł nas do Zielonego Klasztoru
Image
Achalciche, a w nim zamek - twierdza Rabati. Choć niedawno zrekonstruowana i odnowiona to prezentuje się ładnie. Jest to złożony system fortyfikacji obronnych, domy o tradycyjnej regionalnej architekturze, stare łaźnie, kościół, regionalne Muzeum Historyczne, meczet z 1752 roku oraz ruiny medresy.
Image, Image, Image, Image
Potem była Wardzia - miasto skalne, które jest największą atrakcją turystyczną regionu Mescheti. Do dziś zachowało się ponad 250 komnat na 13 poziomach oraz fragmenty sieci tuneli, korytarzy, schodów i systemu wodno-kanalizacyjnego. Miasto przeszło burzliwą historię, w 1283 r. trzęsienie ziemi zniszczyło 2/3 miasta, ale za to odsłoniło struktury wewnątrz, które do tej pory były skryte. Potem w 1551 r. Persowie najechali Gruzję i wojska zrabowały lub zniszczyły wszystkie ważniejsze ikony i dorobek materialny mieszkańców miasta. Po odzyskaniu niepodległości, w Vardzii pojawiło się kilkunastu mnichów i mieszkają tam do dziś. Zajmują oni niewielką część ocalałego kompleksu. Można zwiedzać, wspinać się na różne poziomy i korytarze. Bilet, o ile dobrze pamiętam kosztował 10 GEL. Ale warto, a samo miasto już z drogi robi spore wrażenie.
Image, Image, Image, Image
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o twierdzę Chertwisi, jedna z najstarszych fortyfikacji w południowej Gruzji. Kościół na jej terenie powstał w 985, a obecny kształt uzyskał po przebudowach w 1354 r.W X i XI w. był to jeden z najważniejszy ośrodków Samcche-Dżawachetii. Chertwisi w XIII w. zniszczyli Mongołowie, swoje znaczenie odzyskało dopiero w XV w. W XVI w. południową Gruzję najechali Turcy, Chertwisi przez trzy stulecia zostało pod ich władaniem. Pod koniec XIX w. twierdza stała się częścią Imperium Rosyjskiego, została tutaj ulokowana baza wojskowa dla gruzińskich i rosyjskich wojsk.
Image, Image, Image
Czas szybko zleciał i po południu byliśmy z powrotem w Bordżomi. Okazało się że ostatnia marszrutka która miała nas zawieźć na dworzec by dotrzeć do Tbilisi, odjechała. Dzięki wspaniałomyślności Leo i jego "kontaktach" :) zdążyłyśmy, Leo podrzucił nas na trasę a tam złapałyśmy inną marszrutkę prosto do stolicy.
c.d.n.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 1 post ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group