Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 28 Paź 2019 14:34 

Rejestracja: 26 Paź 2019
Posty: 2
Loty: 9
Kilometry: 7 932
Krajów: 6 / 2.8%
Cześć – jest to mój pierwszy wpis tutaj, proszę więc o wskazówki na przyszłość i wyrozumiałość :)
Jest to moja pierwsza relacja, ale nie był to nasz pierwszy wyjazd tego typu. Zdecydowanie był jednak najdłuższy, najciekawszy i najbardziej męczący (w pozytywny sposób!). Podróżowaliśmy we dwójkę, ja i mój chłopak, Patryk. Relacja będzie trochę długa, bo wyjazd trwał 14 dni – ale tym, którzy nie lubią dużo czytać, polecam chociaż przejrzenie zdjęć :) Te ładniejsze robione były z telefonu Patryka, te bardziej rozmyte są mojego autorstwa. Relację podzielę na dwie części, bo nie jestem w stanie tylu rzeczy upchnąć w jednej :D

Swoją wycieczkę zaczęliśmy oczywiście od planowania – mieliśmy ochotę pojechać „gdzieś”, ale podjęcie decyzji gdzie było zbyt trudne. Padło w końcu na ten kierunek, gdy Patryk trafił na tani lot z Budapesztu do Tirany. Nie mamy samochodu, do Budapesztu trzeba było więc również znaleźć jakiś transport... Całe szczęście mieszkamy blisko Berlina, a stamtąd do stolicy Węgier dostać się Wizzem bardzo łatwo.

Wylecieliśmy z Berlina (Schonefeld) 29.09 jakoś po 13. Zaczęło się od niezłego farta, bo pomimo wybrania losowych miejsc, trafiliśmy nie tylko na siedzenia obok siebie, ale również z miejscem przy oknie :) W Budapeszcie wylądowaliśmy niecałe półtorej godziny później i na sam początek tego wspaniałego urlopu los postanowił zrobić nam psikusa.

Image

Chwilę po wylądowaniu napisałam do hosta z AirBnB że niedługo będziemy – w odpowiedzi dostałam zwięzłą informację, że pokoju jednak nie wynajmują i żebym skontaktowała się z AirBnB w kwestii odzyskania pieniędzy. Sprawa kiepska, bo ogarnięcie na ostatnią chwilę noclegu na weekend w Budapeszcie bywa problematyczne – ponad godzinę zajęło mi skontaktowanie się z AirBnB i wyjaśnienie, na czym polega problem. Całe szczęście od razu dostałam nie tylko zwrot całej wpłaconej kwoty, ale i kupon na dodatkowe środki, bez którego by się nie obyło – wszystkie dostępne noclegi przekraczały nasz budżet na tamten moment. Czekając na potwierdzenie nowej rezerwacji skoczyliśmy do naszej ulubionej knajpki, Oktogon Bisztró. Gorąco polecam wszystkim, którzy lubią dużo zjeść - bistro działa w formule "jesz ile chcesz", a cena jest naprawdę przyzwoita (ok. 20 zł). Oferują zarówno dania kuchni węgierskiej, jak i pizzę czy spaghetti.

Image

W Budapeszcie byliśmy już wcześniej, podczas naszej majówkowej wyprawy, nie skupialiśmy się więc zbytnio na turystycznych atrakcjach. Tym razem Budapeszt był jedynie przystankiem na trasie.
Kiedy już rozwiązaliśmy kwestię AirBnB i pozbyliśmy się bagażu, ruszyliśmy pokręcić się po mieście.
Tego wieczora wybraliśmy się zobaczyć Wielką Synagogę i Bazylikę św. Stefana.

Image

Image

Skoczyliśmy też do jednego z budapeszteńskich "ruin pubów" - lokali zaaranżowanych z opuszczonych i zrujnowanych kamienic i podwórek. Na zdjęciu najpopularniejszy z nich, Szimpla, do której wejście niestety graniczyło z cudem ;) Ktoś z was był w środku?

Image

30.09 po szybkim śniadaniu i krótkich zakupach w Sparze postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy w której mieliśmy nocleg (Terézváros), bo podczas ostatniego wyjazdu nie byliśmy w tej części miasta. Trafiliśmy na fantastyczny dworzec Budapest Nyugati, który zrobił na mnie duże wrażenie. Piękny, bez - w mojej opinii - zbędnego kiczu. Dworzec zaprojektowany był przez firmę Gustava Eiffla (tak, tego od wieży).

Image

Image

Następnie wsiedliśmy w komunikację miejską i udaliśmy się w stronę Cytadeli, gdzie zdziwiła nas bardzo duża ilość biegających w parku jaszczurek :D. Cytadela mieści się na Wzgórzu Gellerta, budowana była w XIX wieku przez austriaków i kilkukrotnie opierała się buntom przeciwko Habsburgom.

Image

Na terenie Cytadeli stoją dwa ogromne pomniki - początkowo upamiętniające żołnierzy radzieckich, a po usunięciu komunistycznych symboli wszystkich, którzy poświęcili się dla Węgier. Z okolicy pomników roztacza się piękny widok na Dunaj i obie strony miasta.

Image

Image

Image

Z powrotem do miasta udaliśmy się ścieżkami spacerowymi schodzącymi ze wzgórza Gellerta w pobliże mostu Elżbiety. Spacer był naprawdę przyjemny, zwłaszcza że pomimo kiepskiej prognozy dopisywała nam pogoda. Po drodze można zobaczyć posąg przedstawiający św. Gellerta i fontannę/wodospad. Trzeba przyznać, że wygląda to spekatakularnie.

Image

Image

Image

Potem przez Most Zwycięstwa (który podoba mi się chyba najbardziej) udaliśmy się do Wielkiej Hali Targowej na małe zakupy (musiałam kupić pastę Pörkölt do dań węgierskich). Hala Targowa jest fantastyczna, na dolnym piętrze mieszczą się sklepy z żywnością (w tym wiele lokalnych straganów z miodami, papryką itd.), a na górze typowo pamiątkarskie.

Image

Image

Wieczorem pojechaliśmy autobusem na Wyspę Małgorzaty. Wyspa została sztucznie utworzona w 1950 roku poprzez połączenie trzech naturalnych wysepek. Teraz mieszczą się tam hotele, knajpki itd. Jest też fontanna multimedialna, na pokazie której zostaliśmy. Nie jest tak duża jak np. wrocławska, ale to fajna rzecz do zobaczenia wieczorem, zwłaszcza przy kubeczku grzanego wina z hostelowego pubu obok.

Image

Image

Image

Następnego dnia praktycznie od razu trzeba było zwinąć się na lotnisko. Czekał nas kolejny lot WizzAirem, tym razem do Tirany. Nigdy wcześniej nie byliśmy w Albanii – początkowo byliśmy sceptycznie nastawieni (bo bariera językowa, bo inna kultura...), ale szybko okazało się, że niepotrzebnie.
Po drodze Patrykowi udało się zobaczyć z okna Balaton (gdzieś z tyłu ;)) i albańskie góry. Ja niestety siedziałam na środku, w innym rzędzie.

Image

Image

Image

Po wylądowaniu doznaliśmy niemalże szoku termicznego. Na miejscu było 30 stopni, podczas gdy jeszcze dwa dni wcześniej w Berlinie chodziliśmy w kurtkach.
Patryk postanowił dowiedzieć się, co na albańskim lotnisku robią chińskie flagi. Otóż lotnisko należy w 100% do chińskiej firmy, co było niezłym zaskoczeniem.

Nocleg w Tiranie rezerwowaliśmy przez Booking.com i był to świetny wybór – nocowaliśmy w domu albańskiej rodziny, u kobiety która nie rozumiała co prawda angielskiego, ale można było się z nią komunikować łamanym niemieckim :)
Pierwsza rzecz, która zwróciła naszą uwagę w Tiranie to niesamowity zgiełk i sytuacja na drogach. Przechodzenie przez ulicę przy braku pasów, autobusy przemieszczające się z prędkością kilku metrów na minutę... Nigdy więcej nie będziemy chyba narzekać na korki w naszym mieście :D
Kolejna rzecz to oczywiście masa betonu i wizualna bomba. Patryk jako miłośnik socrealistycznej estetyki i architektonicznego brutalizmu był wniebowzięty. Z drugiej strony wszystkie te zniszczone bloki były na swój sposób smutnym widokiem...

Udaliśmy się na na plac Skanderbega, będący głównym (i najbardziej chyba zatłoczonym) miejscem Tirany. Płytki, będące podłożem placu, pochodzą z wielu innych miast kraju. Na skraju placu stoi posąg Skanderbega, albańskiego bohatera narodowego za dziecka porwanego przez Imperium Osmańskie, a później buntownika przeciwko osmańskiej kontroli.

Image

Image

Image

Bardzo spodobała nam się mozaika zdobiąca muzeum przy placu Skanderbega. Przedstawia ona personifikację Albanii otoczoną ważnymi dla historii kraju postaciami i innymi personifikacjami. Udaliśmy się też pod wieżę zegarową, która jeszcze w XX wieku była przez długi czas najwyższym budynkiem w mieście.

Image

Skierowaliśmy się potem w stronę dzielnicy Blloku – niegdyś bardzo prestiżowej części miasta zarezerwowanej jedynie dla działaczy partyjnych. Do tej pory stoi tam luksusowa jak na tamte czasy willa albańskiego dyktatora Envera Hodży (tego, który w panice przed atakiem na Albanię nakazał wybudować tysiące bunkrów przeciwatomowych) – aktualnie dom stoi pusty, a wdowa po dyktatorze mieszka ponoć w bloku naprzeciwko. Na wielu budynkach widać wciąż komunistyczną symbolikę.
Zahaczyliśmy też o Piramidę, jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Tiranie. Zaprojektowana częściowo przez córkę Hodży miała pełnić funkcję muzeum tegoż, ale po zmianie ustroju pozostała niemal pusta – aktualnie jest częściowo opuszczona, na tyłach mieści się jedynie siedziba lokalnej stacji TV. Do budynku aktualnie zbliżyć się nie można – chociaż ochroniarz często znika.

Image

Image

Image

Image

Image

Kawałek dalej widać jeden z bunkrów Hodży i fragment muru berlińskiego, mający symbolizować upadek komunizmu.

Image

Image

Wracając przypadkiem dotarliśmy również do nowoczesnej (choć nieco kiczowatej...) świątyni Autokefalicznego Prawosławnego Kościoła Albańskiego. Zwróćcie uwagę na wieżę stylizowaną na świece – lampy w nich świecą na różne kolory o różnych porach.

Image

Obiadokolację zjedliśmy tam w restauracji Era – bardzo taniej jak na knajpkę z obsługą kelnerską. Patryk, który kuchnią za bardzo się nie interesuje, zjadł pizzę, natomiast ja skusiłam się na kiełbaski po kosowsku. Pycha!

Image

Czwarty dzień naszej wycieczki zaczęliśmy od rozejrzenia się trochę po okolicy w której nocowaliśmy. Okolica na pierwszy rzut oka wydawać się mogła nieco nieprzyjazna – wąskie uliczki, obdarte bloki, starsi ludzie patrzący spode łba... Nic bardziej mylnego, bowiem podczas pobytu tam spotykaliśmy się tylko z przyjaźnie nastawionymi osobami. Mimo naszych obaw nie napotkaliśmy żadnej nieprzyjemnej sytuacji, nawet późnym wieczorem czuliśmy się tam stosunkowo bezpiecznie. Podobno jednak w pewne dzielnice Tirany nie warto się zapuszczać...

Image

Z centrum handlowego położonego tuż przy popularnym deptaku Toptani udało mi się zrobić zdjęcie okolicy, z widocznym po prawej wielkim meczetem, który budowany aktualnie jest we współpracy z Turcją i ma być największą świątynią tego typu na Bałkanach. Tirana ma również ponoć piękny meczet Ethema Beja, do którego niestety nie udało nam się wejść z racji trwających w nim renowacji. Kawałek dalej mieści się grobowiec Kapllana Pashy, jedna z niewielu pozostałych w mieście osmańskich budowli z dziewiętnastego wieku.

Image

Image

Nadeszła pora aby zapuścić się nieco dalej. Ruszyliśmy na poszukiwania komunikacji miejskiej - lokalizacja przystanków w Tiranie określana jest raczej na zasadzie „kawałek za ulicą X, niedaleko Y”, precyzja w tej kwestii nie jest chyba mocną stroną albańczyków :) Autobusy nie posiadają ustalonych rozkładów – zaczynają kursowanie o danej godzinie i jeżdżą np. z częstotliwością 15 minut. Oczywiście z racji wszechobecnych korków opóźnienia są ogromne, na przystanek idzie się więc z nadzieją na to, że w końcu przyjedzie. A może i nie przyjedzie...

Co ciekawe, większość samochodów w Tiranie kursuje nowa. Patryk znalazł w internecie informację, że nie można tam kupować aut starszych niż 15 lat, co wiele tłumaczy. Mimo to tu i ówdzie dało się dostrzec starsze modele, choć były to głównie samochody na czarnogórskich tablicach.

Kiedy w końcu znaleźliśmy nasz autobus zdziwiło nas, że bilety sprzedawane są w autobusie przez specjalnie zatrudnioną do tego osobę, nie z automatu ani przez kierowcę. Bilet jednorazowy kosztuje 40 leke, niezależnie ile przystanków jedziesz i w jaką stronę. Pojechaliśmy w stronę przystanku Teleferiku, aby koleją gondolową wjechać na mieszczącą się tuż przy Tiranie górę Dajti.

Z autobusu mogliśmy przyjrzeć się trochę miastu, które po raz kolejny zaskoczyło nas wszechobecnymi korkami, ogromną ilością betonowych budynków i – niestety – stertami śmieci. Często też widać było bezpańskie psy szukające jedzenia...

Image

Po dotarciu na przystanek nie bardzo wiedzieliśmy jak dostać się do stacji kolejki, ale sympatyczna pani poprowadziła nas w odpowiednie miejsce, gestykulując intensywnie. Niestety nie zrozumieliśmy ani słowa z tego co do nas mówiła, ale miło, że chciała nam pomóc. Nie była to zresztą jedyna taka sytuacja – kilkukrotnie spotkaliśmy się z ludźmi chętnie pomagającymi turystom. Wbrew temu co wyczytałam w internecie, nie oczekiwali nawet pieniędzy ;)

Image

Wjechanie kolejką na górę Dajti zajmuje około 20 minut i zdecydowanie jest warte podjechania tam. Z wagoniku można przyjrzeć się miastu, jak i popatrzeć na malownicze góry w oddali. Na szczycie Dajti mieści się hotel z restauracją i kawiarnia, w której za stosunkowo niską cenę można zjeść i się napić :) Skusiliśmy się na zimne napoje i chwilę na hamaku (hamaki i leżaki dostępne są tam bezpłatnie). Jest też pole do mini-golfa i lunety dla chętnych. Bardziej odważni mogą skusić się na wyprawę po pobliskich lasach i pospacerować po górze, niestety większość „tras turystycznych” jest w fatalnym stanie – bardzo zarośnięta, praktycznie niewidoczna i zaśmiecona.

Image

Image

Image

Image

Ciekawostką był mieszczący się kawałek za nowoczesnym hotelem budynek – wydawał się być opuszczony, po przyjrzeniu się zauważyliśmy jednak że chyba ktoś tam mieszka. W jednym z okien widać było wannę (!), jakieś ubrania, kawałek dalej stał zaparkowany samochód a obok niego duży i hałaśliwy pies. Nie mamy pojęcia czy mieszkają tam jacyś squattersi, czy jest to jakaś mroczniejsza historia – nie zapuściliśmy się bliżej ;) Ponoć miał to być kiedyś hotel wakacyjny dla pionierów ruchu komunistycznego w Albanii, ale budowę przerwał upadek systemu.
Po drodze w dół Patryk zauważył w gąszczu jeden z opuszczonych bunkrów.

Image

Image

Po zjechaniu z góry Dajti postanowiliśmy wybrać się do polecanego w internecie nowoczesnego muzeum Bunk'Art, urządzonego w jednym z wybudowanych z nakazu Hodży systemie tuneli. Po fakcie stwierdzam że był to najbardziej przerażający, smutny i prowadzący do wielu refleksji etap naszej podróży. Jedyne zdjęcie, jakie zrobiliśmy, to tunelu prowadzącego do muzeum – wewnątrz zdjęć robić nie wolno, zresztą sama chyba nie chciałabym ich robić. Wystawy zaaranżowane były świetnie i opisane były bardzo dokładnie, również po angielsku (choć czasem z błędami), jeśli ktoś jest jednak bardzo wrażliwą osobą może poczuć się w muzeum nieprzyjemnie – taka jednak jest prawda o historii dyktatury w tym przyjaznym kraju.

Image

Kiedy przyjechaliśmy do Albanii nie wiedzieliśmy na jej temat nic, natomiast z Bunk'Artu wyszliśmy z zupełnie nową, przytłaczającą wiedzą na temat reżimu komunistycznego. Choć bunkry nie zostały nigdy użyte zgodnie z ich przeznaczeniem, pozostają one jednak symbolem terroru, jak również swego rodzaju upamiętnieniem ofiar hodżyzmu. Zdjęcia niesłusznie skazanych więźniów, relacje osób zamkniętych w obozach pracy przypominających radzieckie gułagi, przedstawienie procesów, którym zostawali poddawani oskarżeni – zdecydowanie nie są to wystawy na słabe nerwy. Z drugiej strony ja dałam jakoś radę, choć wyszłam z Bunk'Artu w bardzo ponurym nastroju. Albania za czasów Hodży była właściwie dokładnie tym samym, czym teraz jest Korea Północna – i wcale nie żartuję. Zabronione było nawet posiadanie „nieprawidłowych” wąsów, a chociażby otrzymanie pocztówki z zagranicy mogło wiązać się z brutalnym aresztem i osadzeniem w więzieniu. Straszna rzecz, ale świat musi wiedzieć o takich sprawach.

Po zjechaniu z powrotem do centrum miasta zaszliśmy do jadłodajni Natyr – nie mogę znaleźć jej w internecie, ale była to nieduża rodzinna knajpka. Za dwie porcje zupy fasolowej (czorby) z chlebem i napoje zapłaciliśmy naprawdę niedużo, coś koło 20 zł. Wjechanie na górę Dajti, trochę relaksu tam, a potem wizyta w Bunk'Arcie zajęły nam cały dzień, pokręciliśmy się więc trochę po mieście celem pooglądania betonowych potworków (po raz kolejny Patryk nie był zawiedziony) i wróciliśmy do noclegu. Wracając zahaczyliśmy znów o deptak i o Most Garbarzy – pozostałość osiemnastowiecznej trasy handlowej idącej przez Tiranę na wschód.

Image

Image

Rano powitało nas śniadanie w postaci byrka (nadziewanego placka z ciasta filo) i herbaty. Wiedziałam przed podróżą, że albańczycy nie piją zbytnio klasycznej czarnej herbaty, a raczej ziołowe napary – smak tego, co dostaliśmy do śniadania mnie jednak zaskoczył. Całkowicie pozytywnie, oczywiście :)

Image

Dzień zaczęliśmy od wizyty w Narodowym Muzeum Historycznym – zdecydowanie wartym odwiedzenia, co zresztą poleciliśmy napotkanym przy wyjściu rodakom ;). Na zdjęciach kilka eksponatów, w tym częściowo zachowana „piękność z Durres” - starożytna mozaika, mogąca mieć nawet dwa tysiące lat oraz imponujący ikonostas z prawosławnej części muzeum. Muzeum rozpoczyna się wystawami dotyczącymi starożytności a kończy upadkiem komunizmu – niestety im dalej, tym mniej opisów i informacji po angielsku. Nowsze wystawy nie miały ich niestety w ogóle. A szkoda!

Image

Image

Image

Po muzeum skoczyliśmy na szybkiego kebaba, podawanego tutaj w zwiniętej rulon picie (trochę jak nasze rollo) i frytkami. Bardzo smaczne i tanie (ok. 8 zł)

Image

Po jedzeniu przespacerowaliśmy się do Domu Liści, kolejnego muzeum poświęconego niejako reżimowi komunistycznemu. Dom Liści to miejsce poświęcone Sigurimi, czyli tajnej policji istniejącej w Albanii podczas dyktatury Hodży. Cena wejścia niestety droga w stosunku do ilości wystaw i eksponatów, ale entuzjastom historii okresu komunistycznego polecam. Muzeum skupia się głównie na technikach szpiegowskich, podsłuchach i podstępach stosowanych przez tajną policję – wiele bardzo przypomina NRDowskie Stasi, ale chyba każdy komunistyczny kraj miał tego typu komórkę.
Jedna z ciekawostek w muzeum to informacja o tym, że kiedyś przypadkowo funkcjonariusze Sigurimi otworzyli i przeczytali list samego Envera Hodży, za co gorąco musieli potem przepraszać – co stało się z funkcjonariuszami później? Możemy tylko zgadywać...

Image

Image

Image

Po wyjściu udaliśmy się z powrotem pod Piramidę, zobaczyć ją w lepszym świetle, oraz w stronę „Chmury” - instalacji artystycznej zrealizowanej w ramach współpracy z Japonią, która niespecjalnie nas ujęła.

Image

Image

Wieczorem podjęliśmy decyzję o udaniu się do drugiego muzeum Bunk'Art, położonego niedaleko placu Skanderbega. Tam również nie można było robić zdjęć, a wystawa zagłębiała się jeszcze bardziej w system hodżystowskich obozów pracy, podsłuchiwania obywateli i kontrolowania najdrobniejszych detali życia. Po raz kolejny – wystawa smutna, ale warto zobaczyć, aby zrozumieć. Dużo łatwiej po zapoznaniu się z Bunk'Artami i muzeum historycznym było zrozumieć dlaczego Albania jest wciąż trochę „do tyłu” - ciężko, aby nie była, skoro do lat 90 pozostawała w niemal całkowitej izolacji od świata. Podręczniki historii wiele mówią o ZSRR, o NRD... Wzmianek o Albanii tamtego okresu nie ma natomiast wcale, mimo że kraj wycierpiał naprawdę wiele.

Image

Ostatniego dnia w Tiranie wybraliśmy się do muzeum archeologicznego, które było właściwie dwoma salami na krzyż, ale za to z dużą ilością starożytnych przedmiotów – głównie niestety w częściach. Niesamowicie zaskoczył mnie realizm rzeźb – ciężko było mi uwierzyć, że mają ponad półtora tysiąca lat.

Image

Image

Kawałek od muzeum, za placem Matki Teresy stoi niesamowicie kiczowaty obiekt - jest to betonowy wieżowiec obudowany greckimi kolumnami. Coś niezwykłego :D

Image

Po muzeum zostało nam niewiele czasu do odjazdu autokaru do Strugi, przeszliśmy się więc na spacer do Grand Parku – bardzo estetycznego zielonego obszaru w mieście, z imponującym sztucznym jeziorem. Miła odmiana od betonowej powodzi w centrum. Kupiłam sobie też kilka pamiątek, w tym albańską herbatę górską czaj mali.

Image

Image

Popołudniu udaliśmy się na dworzec autobusowy (a właściwie to bardziej kilka zaniedbanych miejsc postojowych za zniszczoną halą sportową) skąd ruszyliśmy w podróż. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Durres, które zaskoczyło nas niestety niezbyt pozytywnie – wszędzie śmieci, głodne psy, a przy przystanku rozstawione „chatki” z blachy i kocy. Udało nam się za to załapać na krótki widoczek na albańskie morze :) Z autokaru mieliśmy później naprawdę ładne widoki, ale niestety trafiliśmy tam na bardzo natrętnego, pijanego Brytyjczyka, który nie dawał nam spokoju przez całą drogę do Strugi. Padło rzecz jasna pytanie o Lecha Wałęsę i kilka uwag na temat polskich imigrantów, przez których, cytuję „London is finished”.

Image

Podczas jazdy autokarem, przystanków i kontroli granicznej również spotykaliśmy się z pozytywnym nastawieniem ludzi. Odnieśliśmy wrażenie że do turystów nastawieni są raczej pozytywnie. Zdziwiło nas jednak to, że podczas kontroli granicznej zostaliśmy potraktowani lepiej niż inni. Nikt nie grzebał niepotrzebnie w naszych torbach, nie kazali nic rozpakowywać, wszystko w porządku, bez czepiania się – nawet nieco zataczającego się już Brytyjczyka. Pech spotkał niestety kilku Macedończyków – chłopaka, który informował nas po angielsku co mówi kierowca busa, zatrzymali niestety na granicy. Autokar odjechał bez niego i zdani byliśmy już tylko na siebie i łamany angielski reszty podróżujących.

Dalszy ciąg relacji wrzucę osobno - inaczej się nie pomieszczę :D
Część druga pod adresem:
https://achm.fly4free.pl/blog/4192/4-kr ... y-czesc-2/

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN Wakacje na Fuerteventurze z all inclusive 🌊⛳🏖️ 4* hotel Livvo Jandía Golf za 2599 PLN
Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷 Wrześniowy wypad do Chorwacji za 889 PLN 🏖️🌊 Loty i 3 noce w 4⭐️ hotelu przy plaży na wyspie Pag ☀️🇭🇷
Offline
#2 PostWysłany: 28 Paź 2019 15:11 

Rejestracja: 26 Paź 2019
Posty: 2
Loty: 9
Kilometry: 7 932
Krajów: 6 / 2.8%
Druga część mojej relacji z wyprawy na Bałkany :D

Część pierwsza pod adresem:
https://achm.fly4free.pl/blog/4190/4-kr ... y-czesc-1/

---------------------------------

Do Strugi dotarliśmy wieczorem i od razu zauważyliśmy panujące tam relacje – kierowca autobusu nie zawiózł nas nawet na dworzec – wysadził nas przy drodze, gdzie czekały już (zaprzyjaźnione, zdaje się) taksówki. Byliśmy zbyt zmęczeni (i zdesperowani aby pozbyć się snującego się za nami Brytyjczyka), by się o to kłócić, złapaliśmy więc taksówkę do Ochrydy za 20 euro i po krótkim czasie byliśmy już w okolicy Twierdzy Samuela, gdzie mieliśmy nocleg.

Nocleg okazał się być gorszy, niż się zapowiadało – w domu nie było ogrzewania, łazienka zdecydowanie pamiętała jeszcze lata 80, a pod prysznicem widać było grzyba. Przez moment myśleliśmy o szukaniu innych opcji, ale daliśmy sobie spokój. Drugiego dnia właścicielka użyczyła nam elektryczny grzejnik do pokoju i było już całkiem znośnie ;) Do noclegu ledwo trafiliśmy, bo adresy i numeracja były zupełnie absurdalne – udało nam się jednak zaczepić mówiącego po angielsku chłopaka, który zaprowadził nas w odpowiednie miejsce. Po raz kolejny usłyszeliśmy „How's life in Poland?”. I co tu odpowiedzieć? :D

Zwiedzanie Ochrydy kolejnego dnia zaczęliśmy od śniadania tuż nad jeziorem. Stosunkowo drogie, ale wiadomo – za widoki i lokalizację się płaci. W Ochrydzie było stosunkowo chłodno, ale nie zraziło nas to. Pierwszego dnia wybraliśmy się pozwiedzać starą część miasta, bardzo ładną zresztą. Wszędzie kręciło się dużo bezpańskich kotów i psów, wszystkie jednak przyjazne, nie warczały.
Poszliśmy zobaczyć starożytny teatr, wybudowany w 200 roku p.n.e. i wciąż częściowo zachowany – aktualnie odbywają się tam koncerty, głównie muzyki poważnej i religijnej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Budynki na starym mieście są bardzo blisko siebie, więc kiedy przejeżdża samochód, nierzadko trzeba niemal przycisnąć się do budynku. Wąskie, brukowane uliczki mają jednak swój urok.
Odwiedziliśmy też kilka mniejszych cerkwi, w większości ze sporą ilością zachowanych starych fresków. Cerkwi w Ochrydzie jest bardzo dużo, zresztą kiedyś było ich aż 365, co świadczyć miało o bogactwie i uduchowieniu mieszkańców miasta. Najważniejszą, którą odwiedziliśmy, była chyba Cerkiew św. Zofii, z naprawdę pięknie zachowanym wnętrzem. W cerkwiach nie można było robić zdjęć, a zdecydowanie nie jesteśmy typem podróżników robiących fotki z ukrycia – zwłaszcza w miejscach kultu.

Image

Image

Image

Image

Image

Powędrowaliśmy też w najbardziej chyba rozpoznawalne miejsce w Ochrydzie – do cerkwii św. Jana Teologa w Kaneo. Cerkiew powstała w XIV-XV wieku i jest wciąż dobrze zachowana. Z jej okolicy bardzo dobrze widać miasto, jak i roztacza się piękny widok na jezioro. Non stop jest tam pełno turystów, ale Patrykowi udało się pięknie uchwycić krótki moment bez ludzi w kadrze :D Widok ze skarpy przy cerkwii jest niesamowity. Trzeba tylko uważać na każdy krok ;)

Image

Image

Stamtąd było już blisko na wzgórze na którym mieści się kolejna stara cerkiew – św. Klemensa i Pantaleona. Wstęp był płatny, ale w budce kasy nie było nikogo. Podeszliśmy do cerkwii i zapytaliśmy mężczyznę z plakietką o bilety, ale machnął ręką i wpuścił nas bez niczego, stwierdzając „it's okay now”. Cerkiew była akurat w trakcie sprzątania, ale mimo to zaproszono nas do środka. Zdaje się, że było już po godzinach zwiedzania, ale udało nam się na chwilę wejść – po raz kolejny byliśmy pod wrażeniem zachowanych w środku mozaik i malowideł. Widać było bizantyński przepych. Tuż obok cerkwii można było zobaczyć ruiny wczesnochrześcijańskiej bazyliki oraz starożytną mozaikę, do której niestety nie dało się podejść z racji otaczających ją łańcuchów.

Image

Image

Na kolację poszliśmy do knajpki niedaleko jeziora - Kaj Tanya Pod-Drum. Ceny świetne i naprawdę dobre jedzenie. Ja zjadłam turlitave, czyli danie z zapieczonych warzyw, a Patryk „sharska burger”. Drugiego dnia też tam jedliśmy, macedońskie burgery są bardzo smaczne.

Image

6 września pospaliśmy trochę za długo i bez śniadania niemal pobiegliśmy nad brzeg jeziora, skąd odpływała łódź do Sveti Naum. Było to najlepiej wydane 10 euro podczas tego wyjazdu! Co prawda na statku masa ludzi paliła papierosy i wyrzucała śmieci do jeziora, co zepsuło nam nieco tę przyjemność – mimo to warto było wydać pieniądze na tę wycieczkę. Widoki z łodzi były fenomenalne (niestety Zatokę Kości, czyli muzeum prehistorycznej wioski mogliśmy zobaczyć tylko z daleka), a po dotarciu do monastyru św. Nauma byliśmy pod niesamowitym wrażeniem.

Image

Image

Image

Image

Nigdy w życiu nie widziałam chyba tak przejrzystej i czystej wody, a sama okolica monastyru była przepiękna. W okolicy budynków cerkiewnych przechadzały się pawie (ponoć są tam od wielu lat), a mała plaża robiła wrażenie bardzo zadbanej. Jest tam też strumień, z które pochodzi święta woda – z którą zresztą był tam specjalny kran. Nie znam się w ogóle na prawosławnych rytuałach , ale widać było, że sporo osób tam nie było zwykłymi turystami jak ja i Patryk, ale przybyli tam w celach religijnych. Sveti Naum jest, według podanych tam informacji, bardzo istotnym miejscem dla prawosławnych osób. Cerkwii nie przyglądaliśmy się za długo, aby nie przeszkadzać osobom które chciały się tam pomodlić.

Image

Image

Image

Poza cerkwią mieści się tam również kemping, kilka barów (poza sezonem zamkniętych) i mnóstwo sklepów z pamiątkami, gdzie oczywiście zaopatrzyliśmy się w magnesy na lodówkę (zbieram takie). Spędziliśmy na tym brzegu jeziora kilka godzin, zjedliśmy późne śniadanie w restauracji przy monastyrze (w zasadzie to ja zjadłam :D), poprzechadzaliśmy się trochę... Był też czas na chwilę relaksu na leżakach. Gdyby nie grupa krzyczących dzieci, byłoby naprawdę idealnie. Miejsce przepiękne i choć nie byłam nigdy na żadnej egzotycznej wyspie, stwierdzam że entuzjastom „leżakowania” na plaży z pewnością mogłoby się spodobać.

Image

Wróciliśmy do Ochrydy późnym popołudniem i pokręciliśmy się po mieście – przypadkiem trafiliśmy na jakiś festiwal zespołów ludowych, więc jako entuzjastka folkloru wszelakiego musiałam zostać i pooglądać. Oświetlenie niestety było stosunkowo kiepskie, nie mam więc zdjęć – ale była to fajna niespodzianka i było super zobaczyć taki „żywy” element tradycyjnej kultury.
Wieczorem przeszliśmy się na spacer nad jeziorem i Patrykowi udało się zrobić kilka naprawdę świetnych zdjęć – aż żal, że nie mieliśmy profesjonalnego aparatu. Na kolację po raz kolejny wjechał macedoński kotlet.

Image

Image

Image

Kolejnego dnia byliśmy już bardziej w pośpiechu, kupiliśmy więc kilka pamiątek i wybraliśmy się do twierdzy cara Samuela, którą zwiedziliśmy za darmo – brama stała otwarta, natomiast osoba sprzedająca bilety nie pojawiła się w ogóle i nikt nie wiedział gdzie jest. Widok z twierdzy fenomenalny, można zobaczyć ładną panoramę miasta. Patryk skusił się jeszcze w ochrydzkiej kawiarni na salep – napój z bulw storczyka, spopularyzowany za czasów Imperium Osmańskiego. Smakował w zasadzie jak mleko z cynamonem.

Image

Image

Image

Popołudniu czekała nas długa przejażdżka do Skopje. Bilety kupiliśmy w biurze Galeb Tours za stosunkowo niską cenę (niecałe 500 denarów, ok. 35 zł) poprzedniego dnia. Podróż do Skopje minęła bezproblemowo, z krótkimi przystankami na trasie, w tym w Gostiwarze. Po drodze mijaliśmy wiele miasteczek z niesamowicie dużą ilością meczetów – w zasadzie pierwszy raz zahaczyliśmy o kraje w których jest dużo muzułmanów i było to dla nas coś nowego.

Do Skopje dotarliśmy wieczorem, od razu udaliśmy się do naszego noclegu – motelu Atika, który gorąco polecam przez wzgląd na niską cenę (niecałe 300 zł za 5 nocy w przyzwoitym standardzie z łazienką). Na początku niepokoiliśmy się trochę, bo dzielnica w której mieści się motel, niekiedy w internecie opisywana była dość negatywnie. Nic bardziej mylnego – Stara Czarszija to miejsce niesamowite i nie spotkało nas tam nic nieprzyjemnego. Jest to dzielnica muzułmańska, zamieszkana w dużej mierze przez Turków i Albańczyków. Zdziwiliśmy się się bardzo, kiedy o bladym świcie obudziło nas nawoływanie muezzinów z pięciu pobliskich meczetów... ;)

Image

Image

Przeszliśmy się zobaczyć kolejny na naszej trasie pomnik Skanderbega oraz mozaikę – podobną nieco do tej na tirańskim muzeum.

Image

Image

Potem zapuściliśmy się dalej w miasto i Skopje uderzyło nas tym, z czego słynie w ostatnich latach – ogromną liczbą monumentalnych rzeźb, fontann i budynków stylizowanych na neoklasycystyczne i barokowe. Nigdy w życiu nie widziałam chyba tyle kiczu w jednym miejscu, ale Patryk był pod swego rodzaju wrażeniem – głównie tego, że kraj w którym bezrobocie sięgało 30%, pozwolił sobie na wyrzucenie kilku milionów euro w „nowe zabytki”.
Najbardziej monumentalna jest oczywiście fontanna Aleksandra (czy Macedońskiego, czy greckiego, to w sumie nie wiadomo... :D) - bogata w zdobienia, zbudowana raptem kilka lat temu na modłę klasycystyczną. Co na to mieszkańcy?

Image

Image

Image

Kolejnego dnia z rana skoczyliśmy do lokalnego fast fooda. W Plasecie ceny były bardzo podobne do tych w polskich McDonaldach, natomiast porcje nieporównywalnie większe.

Image

Po śniadaniu celem zwiedzania udaliśmy się znów w okolice Placu Macedońskiego. Po raz kolejny poczuliśmy się przytłoczeni wszechobecnym przepychem. Patryk odkrył, że wiele tych bogato zdobionych budynków to tak naprawdę betonowe koszmarki z czasów socrealizmu, oklejone neobarokowymi dekorami i sztucznymi kolumnami. Absolutny hit!

Image

Image

Image

Poszliśmy od razu do Muzeum Archeologicznego – spodziewaliśmy się tam większej ilości wystaw, czynne były jednak tylko dwie sale traktujące o historii Macedonii. Wystawa, mimo niezbyt imponujących rozmiarów, warta zobaczenia – ładnie zaaranżowana, a przy eksponatach znajdują się informacje w języku angielskim.

Image

Odwiedziliśmy też miejskie muzeum w częściowo zawalonym budynku starej poczty. Zegar pokazuje godzinę 5:17 – wtedy właśnie Skopje zadrżało wskutek trzęsienia ziemi w roku 1963. Niestety podczas trzęsienia zginęło ponad tysiąc osób, a zniszczeniu uległo 75% zabudowy miasta, co tłumaczy brak zabytków czy niewiele zachowanych starych budynków w okolicy. Temu tragicznemu wydarzeniu w większości poświęcona jest wystawa w miejskim muzeum – poza nią do zobaczenia było tylko kilka eksponatów historycznych (reszta muzeum była w remoncie).

Image

Kontynuowaliśmy nasz spacer przez spacer, natrafiając na kolejne perełki skopskiego kiczu – łuk triumfalny i posąg upamiętniający poległych obywateli. Zastanawiam się, czy nie raziło mieszkańców miasta wydawanie pieniędzy na takie rzeczy przy ich stopie bezrobocia i bezdomności?

Image

Image

Popołudniu odwiedziliśmy ruiny twierdzy Skopsko Kale – niestety jak większość zabytków w mieście była ona w remoncie, mogliśmy więc tylko przejść się wzdłuż jednej ściany i pooglądać miasto z góry. Wszystko super, ale forteca była potwornie zaśmiecona. Wszędzie butelki, plastiki, szmaty. Dramat :(

Image

Wychodząc natrafiliśmy na imponujący meczet Mustafy Paszy. Nieobeznani z muzułmańskimi obyczajami nie byliśmy pewni, czy można podejść bliżej – z pomocą przyszedł nam jednak jeden z siedzących pod meczetem mężczyzn, zapraszając nas do środka. Poinformował nas także, że możemy śmiało robić zdjęcia. Meczet jest w środku naprawdę piękny, bogato zdobiony. Pierwszy raz w życiu byliśmy w meczecie :) Tuż obok znajduje się piekny ogród różany i budynek, w którym w sarkofagu spoczywa Mustafa Pasza (dawny wezyr) i jego córka.

Image

Wieczorem wróciliśmy na Starą Czarsziję, poszliśmy na kolację i trafiliśmy do sympatycznego pubu, o nazwie Kaldrma – The First Rakija Bar. Rakiji co prawda nie piliśmy, ale skusiliśmy się na piwo i wino. Piwo stosunkowo drogie, natomiast wino wręcz przeciwnie.

Image

Następnego dnia podjechaliśmy komunikacją miejską (z dworca autobusowego, bo stamtąd najłatwiej) w stronę kolejki na górę Wodno. Chętnie weszlibyśmy tam pieszo, niestety mi w Tiranie rozwaliły się buty i musiałam polegać tylko na lekkich tenisówkach nie nadających się do wspinaczki ;)
Kolejką wjechaliśmy na szczyt, gdzie duże wrażenie zrobiły na nas wspaniałe widoki. Zrobiliśmy kilka zdjęć, poprzechadzaliśmy się – niestety dość szybko zjechaliśmy w dół, nieco zdegustowani śmieciami na szczycie... Niestety, kilka razy zauważyliśmy tam, jak ludzie wyrzucają plastikowe kubki i butelki na ziemię, mimo że śmietników było wiele.

Image

Image

Image

Krzyż milenijny pomimo swoich prawie 17m wysokości nie zrobił na nas wielkiego wrażenia, ale być może to z racji pochodzenia z kraju świebodzińskiego Jezusa – wielkie symbole religijne już znamy ;)

Image

Do miasta wróciliśmy po raz kolejny tzw. double deckerem – autobusem piętrowym, takim jak w Londynie. Skąd wzięły się w Skopje? Po trzęsieniu ziemi miasto potrzebowało środków transportu i uzyskało takowe od Wielkiej Brytanii – przyzwyczajono się do nich i po jakimś czasie zaczęto takie kupować, na swój sposób upamiętniając pomoc otrzymaną od londyńczyków.

Image

Wieczór po raz kolejny spędziliśmy w starej części miasta – pomimo bycia dzielnicą muzułmańską Stara Czarszija jest w nocy bardzo żywa, pełna kawiarni, pubów i różnych imprezowni :) Skoczyliśmy na lahmacuna i pide (niezbyt macedońskie, ale w muzułmańskiej dzielnicy na swój sposób lokalne) i trafiliśmy po drodze na budkę z baklavą. Dość nietypową, bowiem obklejoną w środku zdjęciami i artykułami o Angeli Merkel. Potem dowiedzieliśmy się, że właścicielka – starsza muzułmanka, jest wielką fanką niemieckiej kanclerz i na jej cześć nazwała swoją autorską baklavę (bardzo zresztą dobrą, choć dla mnie zbyt słodką).

Image

10 września z rana wstaliśmy stosunkowo wcześnie, bo w planach mieliśmy kilkugodzinną wycieczkę do stolicy Kosowa. Za busa zapłaciliśmy ok. 20 zł. Kierowca jechał jak wariat, po drodze jadąc również pod prąd i wypalając kilka papierosów. W Polsce by nie przeszło... ;)

W Prisztinie byliśmy koło 14 i od razu skierowaliśmy się w stronę muzeum etnograficznego. Po raz kolejny, jak na złość, trafiliśmy na remont. Kustosz oprowadził nas jednak po jednym otwartym budynku, będącym niegdyś domem bogatej albańskiej rodziny. Wbrew informacjom w internecie o kiepskim angielskim w Kosowie, pan posługiwał się tym językiem bardzo dobrze, wspomniał też, że współpracowali z krakowskim muzeum etnograficznym. Tuż obok znajdował się meczet bardzo podobny do skopijskiego.

Image

Image

Image

Kolejne muzeum to oczywiście muzeum Kosowa – nieduże, ale warte odwiedzenia. Skupia się ono co prawda głównie na kosowskiej walce o niepodległość. Nie robiliśmy tam zdjęć, choć zdaje się że było to dozwolone. Potem obowiązkowy punkt programu – napis Newborn, przemalowywany co roku w innej konwencji. W okolicy napotkaliśmy stragany z akcesoriami dla fanów piłki – Kosowo grało akurat jakiś mecz towarzyski, więc na ulicach widać było sporo kibiców.

Image

Image

Zauważyłam też graffiti z uskrzydlonym, uśmiechniętym kotem – jestem przekonana, że widziałam je też w jakimiś innym europejskim mieście, być może ktoś z Was kojarzy w którym? Na intrygujący budynek Biblioteki Narodowej nie starczyło nam już czasu, lecieliśmy na powrotnego busa do Skopje (niestety ostatni odjeżdżał o 18). Samo miasto z pewnością ciekawe – bardzo przypominało mi budownictwem Tiranę, a ruch na drogach był tak samo chaotyczny jak w Albanii. Niestety wszędzie pełno było żebrzących dzieci, niektórych tak małych, że nie umiały same prosto siedzieć – serce pęka, ale zdaję sobie sprawę że ten kraj ma jeszcze wiele przed sobą.

Po drodze jeszcze oczywiście bulwar Clintona, dosadnie przypominający o wdzięczności Kosowian do USA. Wszędzie dużo flag – unijnych, albańskich i USA.

Image

Image

Image

Przedostatniego dnia urlopu rozchorowałam się i praktycznie cały dzień spędziliśmy w motelu – Patryk nie chciał zostawiać mnie samej, więc niestety zrezygnowaliśmy z planowanej wycieczki do Kanionu Matka. Mamy za to pretekst, aby wybrać się do Macedonii po raz kolejny. Skoczyliśmy za to po raz kolejny na typowy lokalny fast-food (szarska burger, kotlet nadziewany serem podany z frytkami w wielkiej bułce) i do Kaldrmy, gdzie co wieczór chętni wykonawcy mogli występować podczas akustycznych mini-koncertów. Fajna sprawa :)

Image

Ostatniego dnia zahaczyliśmy o Muzeum Narodowe, które dla mnie było strzałem w dziesiątkę. Niesamowicie bogata kolekcja strojów ludowych, akcesoriów i przedmiotów użytku codziennego z różnych regionów Macedonii. Tuż obok mieści się oddział historyczny muzeum, zajrzeliśmy więc też tam. Dzięki tablicom w j. Angielskim dowiedzieliśmy się wielu nowych rzeczy – nie wiedzieliśmy wcześniej, że po II Wojnie do Polski trafiły setki macedońskich dzieci, które zostały tu wychowane celem uchronienia ich przed skutkami trwającego wtedy sporu grecko-macedońskiego. Muzeum mieści się przy ruinach jednej z niegdyś wielu łaźni tureckich.

Image

Image

Image

Image

Później skierowaliśmy się w stronę tajemniczej cerkwii na skraju Starej Czarsziji, skrytej za murami domów. Jak zwykle, w cerkwii zdjęć nie można było robić, ale była to z pewnością najbardziej nietypowa świątynia jaką odwiedziliśmy.

Image

Cerkwi tej nie da się otóż zobaczyć z ulicy – jak wyjaśnił nam bardzo entuzjastyczny strażnik (który oprowadził nas też po budynku), wynika to z tego, że za panowania Turków nie wolno było budować świątyń wyższych i zwracających uwagę bardziej, niż meczety. Sprytni budowniczy prawosławni wykopali zatem w ziemi kilkumetrowy dół i w nim postawili cerkiew, obudowaną później dookoła domkami i zabudowaniami gospodarczymi. Całe szczęście, jak powiedział strażnik, Turkom nigdy nie przyszło do głowy aby zajrzeć do środka.
Wewnątrz znajduje się niezwykle imponujący ikonostas, ręcznie rzeźbiony przez kilka długich lat. Na suficie, co bardzo nietypowe dla świątyń chrześcijańskich – namalowany jest portret samego Stwórcy.

W podwórzu znajdują się płyty nagrobne prawosławnych mieszkańców miasta z poprzednich stuleci.

Image

Image

Po odwiedzinach w cerkwii nie zostało nam już wiele czasu, skoczyliśmy więc na szybkie zakupy (przywiozłam ze Skopje całą masę słodyczy!) i przegryźć jakiś skopijski fast-food. Jedzenie na mieście było w Skopju bardzo tanie – zwłaszcza, gdy ma się na uwadze ogromne porcje. To samo zresztą tyczy się wina, którego podczas pobytu w Skopje wypiłam całkiem sporo, w naprawdę świetnej cenie. Co ciekawe, macedońskie wina wytrawne i półwytrawne wydawały mi się dużo słodsze i lepsze w smaku niż nasze.

Image

Ostatnią przygodę mieliśmy na lotnisku – mój tata chciał, żebym przywiozła mu z Macedonii piwo. Niestety podróżowaliśmy tylko z bagażem podręcznym, a w wolnocłowym piw w sprzedaży nie było. Całe szczęście lotniskowy Burger King miał w ofercie zestawy z piwem... Patryk zjadł burgera, a ja wpakowałam do torby piwo dla taty :D

Do Berlina odlecieliśmy koło 19, a po północy byliśmy już u siebie, w Szczecinie. Wyprawa była niesamowicie męcząca, ale zdecydowania warta całego wysiłku.

Dziennie pieszo przechodziliśmy średnio 11km, a cały wyjazd kosztował nas ok. 2500 zł od osoby (loty, noclegi, jedzenie, pamiątki, itd.). Nie jestem specjalistką, ale jak na 14 dni w niezbyt oszczędnych warunkach to chyba nieźle :D
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group