| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| USA usa,210,187745 | Strona 1 z 1 |
| Autor: | elemela [ 05 Wrz 2017 00:09 ] |
| Temat postu: | USA część 4: San Francisco |
18.10.2016 Po wylądowaniu w Fisco plan był taki aby zadekować się z walizą i plecakami w hotelu, odświeżyć, rypnąć browar – tu good news, mój driver wreszcie przestał być pełnoetatowym driverem a co za tym idzie = Arizona z wódką, piwko i kalifornijskie winko – w końcu wreszcie jesteśmy w Kalifornii, nie Newadzie, Utah czy Arizonie, w KALIFORNI!! Dotarliśmy…oby nie spotkało nas rozczarowanie jak rodzinę Joad’ów. ![]() ![]() Jeszcze tego samego dnia wieczorkiem planujemy spacer po pobliskim Chinatown i kolację w chińskiej restauracji z gwiazdką Michalin (!) a co tam po 2 tygodniach zupy Campbell’s coś nam się od życia należy. W centrum pierwsze zderzenie z kalifornijską rzeczywistością „ilu tu bezdomnych!” ale nie takich zwyczajnych, biednych, brudnych, żebrzących bezdomnych. Bezdomni z Fisco są specyficzni zazwyczaj są lekko, bardziej lub bardzo-bardzo ześwirowani, wydzierają się, klną, szepczą coś do siebie, awanturują się w autobusach, zawsze taszczą ze sobą torby pełne pustych butelek a pierwszy jakiego spotkałam (mówię w liczbie pojedynczej, bo małżowina był w tym czasie w pobliskiej aptece celem zakupu kanapek. Tak w aptece sprzedają kanapki, alkohol, chipsy i wiele, wiele innych artykułów pierwszej potrzeby) a było to na przystanku autobusowym, biegał wte i wewte szepcząc coś pod nosem i wymachiwał kastetem. Przyznam po 2 tygodniach w dziczy trochę wydygałam ale po dwóch dniach w Fisco, nie dziwił mnie już nawet świr oddający fekalia przy głównej ulicy Market Street. Hotel w bezpośrednim pobliżu głównej arterii komunikacyjnej Van Ness całkiem spoko (jak na warunki Fisco), w piwnicy budynku znajdowało się studio nagraniowe i do 23:00 kalifornijskie przyszłe gwiazdy próbowały tam swoich sił, drąc się, targając struny i waląc w bębny z całych sił. Kłaść się spać przed 23-cią nie zamierzaliśmy więc looos, codzienny koncert za free. Tydzień wcześniej budził nas skowronek a usypiał szum strumyka a tu big city live, kołysze nas do snu hard rock ze studia nagraniowego a budzą dzwięki syren policyjnych. W każdym bądź razie po zameldowaniu zgodnie z planem ciśniemy do rozświetlonego lampionami China Twon, tu ciekawostka Chińczycy z China Town, mimo iż prowadzą tam bussinesy, handlują, sprzedają, gotują, obsługują nie znają ni w ząb języka angielskiego(!!!) Przyznam, że się zdziwiłam, żeby tak nic a nic, wcale ani nie mówić ani nie rozumieć? Chcieliśmy kupić latawiec ale nie znaliśmy chińskiego więc się nie dogadaliśmy, potem co prawda znaleźliśmy sklep z latawcami ale były pioruńsko drogie więc sobie odpuściliśmy (i dobrze, bo tak czy siak nie było czasu na tego typu zabawy-przez przygodę z rowerem wrr!). Znaleźliśmy w końcu knajpę od gwiazdek Michalin, komitet kolejkowy przed wejściem, zapisywanie się na listę (Ci co na liście zaznaczyli, że mogą dzielić stolik 8-osobowy mają wielkie szanse być wywołanymi niebawem), po pół godzinki wywołuja 8 osób w tym nas (yes, yes, yes!), wybieramy kurczaka sezamowego – ponoć specjalność zakładu, ale czy ja wiemmmmm, dobry ale szału nie ma. Opuszczamy lokal a przed wejściem dzikie tłumy, po czym tuż za winklem mijamy jeszcze większe dzikie tłumy…patrzę o to ten szyld, to tu jest ta knajpa z gwiazdką Michalin, to tu jadł Obama! Mąż: „To co to było, tam gdzie jedliśmy kurczaka?!”…yyyy nie wiem, ale też musi być jakaś znana, bo była kolejka. Tego dnia już tylko zajść do apteki na rogu celem nabycia wina z serii Oak Leaf i relax, a w TV debata prezydencka Trump vs Hilary. ![]() 19.10.2017 Dziś z rana mamy ustawiony rejs do Alcatraz a potem rajd po mieście. Z rana kupujemy jednorazowy bilet u kierowcy za 2,25$ na którym podróżujemy cały, boży dzień. W porcie zjadamy pyszne śniadanie w postaci: jajek, kiełbasek i naleśników (z jabłkiem i cynamonem oraz jagodami), nauczeni doświadczeniem (patrz- śniadanie u Molly) nie zamawiamy żadnych extra dodatków, jeno kawa i zestaw podstawowy. Chwilę później widzimy już skrzącą się taflę wody zatoki SF i słynne The Rock, więzienie Alcatraz od brzegu dzieli jedynie 900 metrów ale obserwując wzburzone wody zatoki jakoś licho widzę losy uciekinierów. Choć wyczytałam ostatnio w necie o imprezie Pt:” Coroczna Ucieczka z Alcatraz” odbywającej się na początku czerwca. Składa się z 1,5 mili (2,4 km) pływania ze startem w więzieniu Alcatraz, biegu 0,5 mili od zatoki do strefy przejściowej w Marina Green (jako rozgrzewka), następnie 18 mil (29 km) jazdy na rowerze, oraz bieg na dystansie 8 mil (12,8 km) przez Golden Gate National Recreation Area. Triathlon przyciąga mistrzów świata, medalistów olimpijskich i najlepszych amatorów z 50 krajów, najniższe wpisowe wynosi 750$ a chętnych nie brakuje. Wow-szacun. Czyli jednak da się przemierzyć wpław zatokę San Francisco (!!!) ![]() ![]() ![]() Więzienie jak więzienie (Meksyk jak Meksyk-ciepło było), przy wejściu dostaje się audio-przewodnik z słuchaweczkami, mnóstwo ciekawych opowieści byłych więźniów, cele, jadalnia (swoją drogą mieli niezłe menu, steki, rybki, owoce, warzywa i porcje słuszne - coś jak u Molly), widoki z wyspy na wzgórza Fisco Bay bezcenne. ![]() Po powrocie na stały ląd korzystając z porannych biletów udaliśmy się zabytkowym tramwajem do tęczowej dzielnicy Castro. ![]() ![]() Tęczowo, słonecznie, wiktoriańska zabudowa, spacer Mission street, kolorowy women’s building, słynne graffity na Clarion Alley, wszystko to w atmosferze wzajemnego szacunku i tolerancji, my bezgranicznie szanujemy wszelkie mniejszości sexualne (dla nie zorientowanych Castro street to dzielnica gejowska) a mniejszości sexualne tolerują nasze spożywanie alkoholu miękkiego w postaci margarity/piwa z papierowej torebki na ulicy. ![]() ![]() Żeby było tematycznie i w atmosferze wolności, wzajemnej tolerancji i miłości udajemy się busem na High-Ashburry. Na przystanku podbija do nas pani w lenonkach, wygląda na taka, która w 69-tym mogła biegać topless po hippi hill w Golden Gate Park i pyta dokąd chcemy jechać. Stojąc na przystanku autobusowym z mapą, zastanawiając się jak dostać się z punktu A do punktu B z 98% prawdopodobieństwem jakiś lokals podbije celem zaoferowania swojej pomocy. „Gdzie chcecie się dostać?” High-Asburry, to tym busem co ja powiem Wam kiedy wysiąść, super dzięki. Pani hippiska, taszczy ze sobą 2 ogromne torby z pustymi butelkami ale nie jest typową bezdomna, jest czysta, uczesana, nie robi hałasu wokół siebie i wygląda na to, że nie jest obłąkana. Pisząc, słysząc, widząc (na fotkach) High-Ashburry mimowolnie zaczynam nucić piosenkę Scotta McKenziego „If you're going to San Francisco Be sure to wear some flowers in your hair If you're going to San Francisco You're gonna meet some gentle people there” I przypomina mi się śmieszna historia związana z tym utworem, jakiś czas temu czytałam biografię Ozziego Osbourna, który przytacza historię, kiedy to upadla się w pubie w rodzinnym Aston (UK), jest rok 1967-68, w radio gra :”if You’re going to San Frannnciisco…” w momencie wywiązuje się mordobicie, w środku całej akcji ląduje oczywiście Ozzy, dostaje w ryja, szamotanina, wytaczają się na chodnik przed knajpą…z knajpy wciąż dobiega …”All acsosse the nation such a strange vibration….people In motion…” a on dostaje manto, coraz to nowe ciosy, nagle gość bierze go za fraki i oboje wtaczają się wprost w witrynę sklepową, rozbijając szybę, głos Scota McKenziego zastępuje wycie syren pogotowia i policji. Kiedy wracałem z pogotowia z założonymi 12-sta szwami na głowie i twarzy myślałem sobie:” co mnie obchodzi jakieś High-Ashburry, i wrażliwi ludzie z kwiatami we włosach, nawet nie wiemy gdzie jest te cholerne High-Ashburry, opowiada Ozzy. Bardzo mnie ta opowieść rozśmieszyła, każdy ma jakieś wspomnienia związane z jakimiś charakterystycznymi utworami. Pamiętam np. że gdy jechaliśmy na wczasy do Mielna trabantem całą drogę w radiu grało italiano disco, na pamięć znam Felicyta i Ma-ma-mamamarija ma i Lasciate Mi Cantare a miałam wtedy jeno 3 lata, kiedy zapoznałam się z moim małzonkiem w radio królował utwór:”otwieram wino ze swoją dziewczyną” a gdy byłyśmy z koleżanką nad może w Darłówku na każdym rogu grali Ich Troje, pamiętam, że powiedziałam:”jeszcze raz usłyszę ten kiczowaty utwór a zamorduję, rzuce się do gardła, rozwalę odbiornik nadającym ten shit”…..a tu nagle mija nas kolonia, dzieciaki w wieku 7-8lat idą w parach, trzymając się za ręce i śpiewają:” Sępie miłości, nie kochasz. Ja,jestem panią mych snów. Moich marzeń i lęków…” ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Wracając do Fisco, to po piwku w knajpie w dzielnicy dzieci kwiatów, urządziliśmy sobie spacer do Alamo squere do słynnych painted ladies. To niestety największe rozczarowanie SF, 5 a może 6 sztuk willi w stylu wiktoriańskim wcale nie szałowych i rewelacyjnych, toć po drodze mijaliśmy setki innych, piękniejszych, wypaśniejszych. Nie rozumiem czemu właśnie te są tak popularne i znajdują się na wszystkich pocztówkach, może dlatego, że pojawiły się w czołówce serialu „Pełna Chata”. W każdym bądź razie w drodze powrotnej do domu postanowiliśmy nie przeciągać już struny z tym jednorazowym biletem autobusowym i przespacerować się do hotelu po drodze zahaczając o Ninja Market w Japan Town. Czegóż tam nie mieli….poczułam się jak w Tokio czy Kioto, nabyliśmy drogą kupna: 2 zestawy bento-sushi, wino śliwkowe umeshu – boschhheee jaka to jest ambrosia oraz ciastka z nadzieniem ze słodkiej fasoli. Małżonek nawet porozumiał się ze sprzedającymi tam samurajami (o dziwo, mówią biegle po angielsku-szok!) niestety jednak nie udało się kupić Suntory Whisky. A i dobrze, bo trzeba oszczędzać siły, jutro czeka nas rowerowa wycieczka do Sausalito. ![]() 20.10.2016 Dziś plan jest ambitny: naprzeciwko Ameba Music wypożyczamy rower, ciśniemy przez cały Golden Gate Park, potem wzdłuż plaży, przez most Golden Gate do Sausalito a z powrotem promem do Fisherman’s Harf i tam oddajemy rower. Z racji, że nie mieliśmy ściśle wyznaczonej godziny odbioru rowerów to w wypożyczalni pojawiliśmy się dopiero coś przed 11:00, pan wypożyczający dał nam mapę objaśnił trasę, gdzie na rowerze można a gdzie nie można, dał kaski, łańcuch do zapinania rowerów oraz poinstruował gdzie należy dzwonić w przypadku jakiegoś problemu z rowerem, gdybyście złapali kapcia, zadzwońcie pod ten numer i ktoś dostarczy Wam nowy/sprawny rower, sprzedał też niezłego tipa, że The Young Museum jest darmowy obserwation deck, z którego roztacza się wspaniały widok na park, ba nawet most widać. ![]() No to w drogę, przejechaliśmy się jeszcze po okolicy w poszukiwaniu lokalu serwującego śniadania ale nie znaleźliwszy żadnego ruszyliśmy w drogę. Park jest super, coś jak Central Park w NYC, chyba nawet większy, mają kilka stawów z kaczkami, łódkami, łabędziami, ogród japoński, ba nawet padok z bizonami. Widok z tarasu widokowego rzeczywiście wspaniały, potem śniadanie w postaci hod-doga, kawy i muffinka i jesteśmy nad Pacyfikiem….plaża. Mieliśmy nawet początkowo plan aby odpocząć nad oceanem ale postanowiliśmy jechać dalej a zatrzymać się na Baker Beach…ale jak się okazuje nie było nam dane. :/ ![]() Wkrótce przekonaliśmy się, że długi na prawie 5 km park to była fraszka- igraszka bo było w miarę płasko, dopiero za parkiem przypomniało się nam co pisali w przewodniku Lonley Planet „…S.Francisco miasto połorzone na 42 wzgórzach”, niektóre z tych wzgórz było strome jak jasna cholera, takie strome, że trzeba było pchać rower, wreszcie jazda pod górkę stałą się tak uciążliwa dla mojego umęczonego męża, iż stwierdził, że jeśli nie zaspokoi pragnienia zimnym piwem to dalej nie jedzie, toteż zjechał z drogi, wlazł do sklepu, piwo sprzedawali jedynie w 6-cio packach, więc zadowolił się red bullem i odjechaliśmy w dalszą drogę….yyyy znaczy się on odjechał bo ja zjeżdżając z drogi złapałam gumę (!!!!!!) KURNA co za pech!!! Oczywiście wiadomo kto został obarczony wina za to całe nieszczęście, nie mógł się napić wody z plecaka….musiał piwo, red bulla!!!??? No to fajnie, teraz dzwoń na stacjonarny i wyjaśniaj gdzie jesteśmy, zeżre pewnie cały kredyt z karty. Podbiliśmy na pobliską stację paliw gdzie przemiły pan sprzedawca pozwolił nam skorzystać z jego telefonu stacjonarnego. A tu niespodzianka, nikt nie dostarczy nam nowego roweru jak było wspomniane rano, na mapie, którą dostaliśmy mamy zaznaczone serwisy rowerowe, mamy się udać do najbliższego oddać rower, zapłacić i zabrać rachunek…..no szlag mnie trefi…czas ucieka, Sausalito diabli wzięli, cholera wie ile to zajmie, czy w ogóle uda nam się przejechać przez most??!! Nie nie nie! Idę wkurwiona na maxa, pcham ten bezwartościowy szmelc, gdzie ten serwis…na Balboa street, pytamy ludzi, nikt nie wie gdzie to jest, wreszcie, ktoś nam mówi w złą stronę idziecie, a idziemy sobie z 20 minut z góreczki „co??” czyli mamy teraz drałować z powrotem pod tą górę??!! Moje wkurwienie narasta, Robert jeździ na rowerze (jego jest na chodzie!!!) to tu to tam, ja pcham rower i już mi wszystko jedno. Wreszcie patrzę jakieś opony rowerowe w witrynie JEST!!! Zero szyldu, czegokolwiek, mój współtowarzysz niedoli objeżdża okolicę w poszukiwaniu tegoż mechanika rowerowego, ja wtaczam tego przeklętego grata do środka, mówię tylko „fluat tire”, gościu jest tez oszczędny w słowach „20 minutes”, ja: OK. Wyłażę przed lokal :”gdzie ten zaś pojechał?!”….a jest, pojawia się na horyzoncie. W między czasie szybki lunch w pobliskiej chińskiej restauracji, tu jak zwykle kelnerki zero angielskiego, Robert chce chicken satay, ale Pani kiwa głową, że nie…ale co, że nie ma, że ostry, że nie dobry?...dobra nie dogadamy się zamów coś innego. Co ciekawe była okazja napić się piwa do obiadu, ale mojemu mężowi już się odechciało piwa (!!!) Odbieramy rower płacimy 2 dychy ale Pan rowerowy, na swojej starodawnej drukarce nie jest w stanie wydrukować rachunku/faktury, jeśli nie przywieziemy rachunku, kto nam uwierzy?! Nie oddadzą chajsu….panie drukuj Pan, bo się ćmi a do Golden Gate daleko, o Sausalito nie wspomnę! Po 10 minutach zaskoczyło, jest rachunek! Biegiem na przystanek autobusowy, bus to nasza ostatnia deska ratunku, każdy autobus ma przed maską taki wieszak na rowery, tylko jak je w prawidłowy sposób tam umieścić? Robert:” spoko to kierowca sam je wiesza i zdejmuje”….otóż nie kierowca poirytowany daje znać żebyśmy sami sobie radzili, dodatkowo przewraca oczyma, że robimy to nieudolnie. Wreszcie drze się, że to ostatni przystanek, wysiadać! No dobra, to wysiadamy, ściągamy rowery i deptamy, przed nami jeszcze kilka niezłych serpentyn, oczywiście pod górkę, kiedy to w oddali ukazuje się słynny, czerwony most. ![]() ![]() Ciśniemy ciśniemy, zachód słońca, do mostu jakies 2-3 km, sam most ma długość prawie 3km, w tą i nazad to już dyszka a gdzie tam do Fisherman’s Harf (właśnie sprawdziłam z ciekawości to dodatkowe 4mile). Słońce się chyli ku zachodowi, wypożyczalnie zamykają o 19:00 a właściwie to nie wiemy jak dokładnie tam dojechać na rowerze. Kiedy przejechaliśmy most w obie strony, z krótkimi przerwami na sesję zdjęciową robiło się już ciemno, nasze bicykle nie miały oczywiście lamp, więc starając się omijać ludzi (bo wracaliśmy jakimś deptakiem) po ciemnościach pedałowaliśmy ile sił w nogach, wreszcie już na finiszu, bo z mapy wynikało, że jesteśmy blisko, pytam ludzi jak dostać się na tą zafajdaną Jefferson street, gość otwierający sobie bramę do jakiegoś apartamentowca zrobił minę jakby pierwszy raz słyszał nazwę takiej ulicy, wtedy dopadł mnie atak paniki…..”jak to nie ma tu takiej ulicy mamy kurwa jego mać, jest za 5 minut 19:00, dobra ciul, nie zdarzyliśmy, będziemy tarabanić się z tymi rowerami do hotelu i wnosić je po schodach na 3-cie piętro!!!!” Współtowarzysz niedoli, spocony, dyszy: „dawaj, to musi być nie daleko!”, drzemy kolejnym deptakiem pełnym ludzi, dzwonimy dzwonkami, z drogi śledzie, to nasza Jefferson St. Ale gdzie jest numer 425??? Nie ma oznaczeń, pytamy jakiegoś kolesia z przydrożnego straganu….gdzie tam nie ma pojęcia. Szybki look na zegarek 19:01….wreszcie „Robert, stój, zatrzymaj się…jest!....ba nawet jeszcze otwarte! Udało się….. „I want to ride my bicycle bicycle bicycle I want to ride my bike….. We are the champions - my friend And we'll keep on fighting till the end “ W momencie kiedy uwolnilismy się od tych przeklętych rowerów I wygraliśmy walkę z czasem I ja nabrałam ochoty na piwwwwooooo, akurat tak się złożyło, że na rogu była apteka, Robert nie dał się długo namawiać. Wieczorny spacer po molo na Pier 39, potem jeszcze jedno piwo i jeszcze jedno a potem poczuliśmy aromat wypiekanego chleba a oczom naszym ukazała się piekarnia serwująca słynny clam chowder (krem z kalmarów) w chlebie, no to jak tu nie wstąpić. Potem jeszcze Margarita, żeby się już ostatecznie odstresować po tej gonitwie z rowerami i busem do hotelu (oczywiście na starym bilecie) ![]() 21.10.2017 Na ten dzień zmyślnie nie zaplanowaliśmy nic konkretnego, licząc się z tym, że możemy mieć zakwasy, na szczęście dramatu nie było. Z rana na nowym bilecie (!) udaliśmy się pod San Francisco City Hall, potem zakupy na Market streecie, małżowina się skusił na Conversy (na moje pogróżki „nie spakujemy się zobaczysz”, obiecał, że na podróż założy nowe buty a wyrzuci stare do śmieci, bo i tak już dziady schodzone….ale pomysłowe), słynny tramwaj, Lombard street, Nob Hill, Russian Hill, kolejny raz pojechaliśmy do portu, taka szwęndanina i pożegnanie z Fisco przed wyjazdem do do L.A. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() 22.10.2017 Rano z Van Ness Av. mieliśmy bezpośredni autobus w miejsce skąd odjeżdża Mega-bus do L.A. Miły Amerykanin zapoznany w busie prowadzi nas w miejsce gdzie owy bus ma nadjechać, nie ma tam praktycznie żadnego oznakowania, o tym, że jesteśmy w dobrym miejscu może świadczyć jedna baba z wielką walizą stojąca na chodniku. A, że mamy sporo czasu to śniadanie w Subwayu, przed nami długa 7-godzinna podróż. Bus był wypełniony po brzegi, mając rezerwację miejsc mieliśmy pewność, że będziemy siedzieć razem i grzać się przytulając do siebie, bo jak włączyli klimę, to zwątpiliśmy czy do L.A nie dojedziemy sztywni. Nie było opcji jakiejkolwiek regulacji, ludzie obok jakby będąc przygotowani mieli bluzy, kurtki, koce….a my co najwyżej jakaś cieńka koszula – choć dobre i to. W połowie drogi była przerwa, jak wylęgliśmy z busa na słońce to chciałam całować rozgrzany asfalt, od razu zamówiliśmy gorącej kawki i tak grzaliśmy skostniałe palce ale w końcu padło hasło odjazd i trzeba było wrócić do tej lodówki. A na zewnątrz upał, kalifornijskie słońce pali…w dosłownym tego słowa znaczeniu, co rusz mijamy zastępy strażackie gaszące pożary traw na poboczach. Na przedmieściach L.A oczywiście wpadamy w monstrualny korek co opóźnia nasze dotarcie do celu i przedłuża czas spędzony w chłodni ;/ | |
| Autor: | elemela [ 05 Wrz 2017 00:49 ] |
| Temat postu: | USA cześć 5: Los Angeles - Las Vegas |
Kiedy wreszcie docieramy do Downtown, dokujemy się w hotelu Stay on Main (niegdyś Cecil), ten kto blokował hotel znał też całą jego mroczną historię, ja nie (!) kiedy już po powrocie na fly4free przeczytałam relację z podróży Karpik „Od A do Z. Kalifornia i Nevada” minę miałam nietęgą. Zainteresowanych mroczną stroną hotelu odsyłam pod literkę S jak Stay on Main : https://www.fly4free.pl/forum/od-a-do-z ... ,210,90509 Jako, że jesteśmy wielbicielami musicali, tego samego dnia o północy mielismy zarezerwowane bilety na przedstawienie „The Rocky Horror Picture Show” w NuArt Theatre (przedstawienie to grywają jedynie w soboty), nie pamiętam już gdzie wyczytałam o tym midnight show (pewnie u Warakomskiej). W każdym bądź razie po kilkugodzinnym odpoczynku po kilkugodzinnej podróży lodówką zwaną Mega Bus poszliśmy na pizze, skąd zaprał nas Uber pod sam teatr, dyskutując po drodze czy wybieramy się na film czy przedstawienie, Robert twierdził, że zamawiając bilety za 10$ nie można się spodziewać wielkiej sceny, dodatkowo była podana informacja na temat obsady i wymieniali Susan Sarandon, gdzie Ci za 10$ w podrzędnym teatrze będzie występowała gwiazda hollywoodzka???!!! ja byłam przekonana, że skoro teatr i musical to musi być „normalne” przedstawienie, a gwiazda hollywoodzka w L.A to nic dziwnego. Już wkrótce przekonaliśmy się, że oboje mieliśmy rację, było to najbardziej „nie-normalne” przedstawianie z projekcją filmu w tle jaką do tej pory widzieliśmy. Dodatkowo jako jedni z nielicznych wyglądaliśmy nienormalnie, bo byliśmy zwyczajnie ubrani, ba nawet staraliśmy się wyglądać elegancko, ja założyłam granatową bluzkę z koronką, małżonek popielatą koszulę z długim rękawem (pewnie bał się, że w teatrze będzie Klima) a przed teatrem tłum pań w gorsetach z pejczami, panowie w pończochach na szpilach, peruki, pasy do pończoch, full make-up, lateksowe botki. Mąż „ja pier….Tu chyba dziś jest impreza swingersów” Ja: „nie coś mi świta, gdzieś czytałam, że tak dla jaj publiczność przebiera się za Rockiego z przedstawiania” Nagle wychodzi wodzirej i się drze :”przedstawienie rozpocznie się za 15 minut!!!!” Tłum:” łaaaaaaaaaaa!!!” My:”o zobacz naprzeciwko jest monopolowy, choć przejdziemy się, Pan mówi, że jeszcze kwadrans, i tak tu nie pasujemy” Zajmujemy ławkę po drugiej stronie ulicy i popijając wino z mini-buteleczek obserwujemy to zjawisko społeczne – jestem zafascynowana! Wodzirej co chwila odlicza minuty do otwarcia bramek, tłum szaleje, gromadzi się coraz co więcej półnagich pań i panów, mamy wrażenie, że wszyscy się znają. Wreszcie nadszedł ten moment, ku ogólnej uciesze zgromadzonych wodzirej otwiera drzwi, no to dawaj synek wmieszajmy się w tłum. Obok nas siada młoda, skośnooka para, widać, że też jest im głupio, że się ubrali jak frajerzy, to jest ona spódnica i elegancka bluzka, on spodnie i koszula. Przed nami zasiana bardzo młoda grupa przyjaciół, pewnie lokalsi, dziewczęta w samych stanikach, panowie bez koszulek, po sali krążą współ-wodzireje, jeden przebrany za Cezara, inny strzela z bata ….o co tu ku….a chodzi? Młodzież przed nami zwraca się do wodzireja z pejczem: ”ej stary możesz mi walnąć tym batem w dupę?” pyta młodzian przed nami „nie ma sprawy” „łup!!!!” pisk dziewcząt, brawa, sala szaleje. Mam wrażenie, że mi się to śni , ale jaja. Wreszcie ze sceny przemawia do nas jeden ze współwodzirejów, wita się, dziękuje za przybycie i pyta czy jest na sali ktoś kto dzisiaj jest po raz pierwszy na The Rocky Horror Show??? Zgłosiło się kilka osób w tym nasi sąsiedzi azjatyckiego pochodzenia. Zapraszam zatem na scenę, musimy Was poznać. Dobrze czułam, żeby się nie zgłaszać!!! Zaraz po tym pada pytanie czy jest na sali ktoś kto ma dzisiaj urodziny, kolejnych kilka osób lądujue na scenie, solenizanci przedstawiają się, oświadczają ile lat dzisiaj kończą…”My name is Melanie, i’am 30 years old”…komentarz z sali :”30!!!!! No fucking way baby!!!!”, homoseksualista z grupy szalonej młodzieży przed nami kończy dziś 19 lat, przyjaciele mu kibicują. Bo jak się okazuje oprócz odśpiewania Happy Birthday Fuck You (autentyczny teks śpiewany przez publiczność) dla solenizantów przewidziany jest konkurs z nagrodami (darmowe wejściówki na kolejny The Rocky Horror Show)! ![]() A na czym polegał konkurs, już śpieszę wyjaśnić, że było to coś a la nasze konkursy weselne, a polegało na tym, że wodzirej wymyśla zadanie dla wszystkich stojących na scenie a kto pierwszy owo zadanie wykona przechodzi dalej. Pierwszym zadaniem było: Zdobądź kobiece majtki, zanim kolega podbiegł do rzędu przed nami, jego koleżanka już łopotała koronkowymi stringami….Wygrał!!!...To już ten etap gdzie i my zaczęliśmy kibicować. Kolejne zadanie: zdobądź receptę na medyczną marihuanę. Dwie sekundy, co druga osoba wyciągnęła z kieszeni lub torebki. Na sali las recept. Zadanie nr3. przynieś bilet na dzisiejsze przedstawienie, tu panika, nikt nie ma, wszyscy wyrzucili, hehe. Co tam ściągnąć majty, ale bilet człowieku, spadaj nie dam Ci biletu trzymam na pamiątkę. Wreszcie jakaś zawodniczka zdobywa bilet. Mamy 3 finalistów a zadaniem rozstrzygającym konkurs jest: daj sobie zrobić jak największą malinkę, w 2 minuty. Rajd do pierwszych rzędów „dawaj, rób mi maline na karku szybko, ale mocno!” Powrót na scenę i rozstrzygnięcie konkursu, ta oto młoda panna ma najsoczystszą, największą malinkę spośród 3 par, owacje na stojąco, publika szaleje. W taki właśnie sposób świętowaliśmy urodziny kilku osób w Los Angeles w teatrze(!!!) Potem zabłysnął ekran znajdujący się na scenie a jednocześnie tuż obok aktorzy odgrywali sceny z The Rocky…nie muszę dodawać, że publika przez całe przedstawienie komentuje, dopowiada, śpiewa i tańczy. Czytając o tym fenomenie w necie natknęłam się nawet na coś na kształt scenariusza dla publiczności ( https://www.slideshare.net/ChrysCynthia ... cture-show ) kiedy wstawać, kiedy tańczyć, każdorazowo kiedy Janet zwraca się do Brada …”Brad…” publiczność krzyczy „Asshole” , zaś na Janet „Slut”. Przedstawianie zakończyło się po 3:00, nie mieliśmy ze sobą kamerki (bo po co do teatru), a zdjęć z komórki jakoś nie miałam odwagi trzaskać, facetom w pończochach….nieee. Toteż obrazy z tego wieczoru pozostaną tylko w naszych wspomnieniach, a jest co wspominać, dla tego show warto było pojechać do L.A. Nie licząc Santa Monica Beach nic w L.A mi się nie podobało ale tłuc się 7h w lodówce dla plaży nieeeeeee….może i to po niej biegała Pamela ze słonecznego patrolu, może to i na niej spotkali się Ray Manzarek z Jim Morrisonem i w tym miejscu powstało The Doors ale najlepszym wspomnieniem z L.A, które na zawsze zostanie w mojej pamięci to przedstawienie The Rocky Horror Picture Show ze współudziałem publiczności. 23.10.2016 Tego dnia plan był luźny połazić, zjeść coś w tajskiej dzielnicy, zjedliśmy pad thaia – bez szału, ale za to tajska iced tea – mmmhhhh pycha. ![]() ![]() ![]() Walk of fame, Kodak theatre (znowu teatr aż się boję), kiedy tylko zaczęły przytłaczać nas tłymy turystów, magnesików, pocztówek, tandety jak na deptaku we Władysławowie postanowiliśmy udać się busem do Whiskey a gogo (słynny klub muzyczny, gdzie grywali wszyscy wielcy), tak szybko pitaliśmy, że nawet zapomniałam, że z któregoś tam skrzyżowania można cyknąć z zooma napis Hollywood. Wsiedliśmy więc w busa, bo mieliśmy całodniowe przejazdówki Tap, a propos tu kolejny powód za który lubię L.A… to szalone miasto, ewidentnie O ile doładowanie karty Tap jest proste jak widać na załączonym wyżej obrazku, to samo poruszanie się busami i zorientowanie gdzie ma się wysiąść już nie bardzo, przystanki są co przecznicę jednak kierowca nie wszędzie się zatrzymuje o ile nie pociągnie się sznurka (co oznacza przystanek na żądanie) więc do klubu muzycznego się nam dostać nie udało, za to przesiadliśmy się w metro i pojechaliśmy na rzeczoną Santa Monica Beach, już sama nazwa wskazywała na to, że będzie pięknie. ![]() ![]() ![]() Faktycznie jest klimat, na molo robi się od wszelakiej maści artystów, malarzy, muzyków, nie dało się przejść obojętnie obok np. sobowtóra Raya Charlesa, który śpiewał piosenki Raya (niestety na żywo, a przecież mógł z playbacku!!!), facet fałszował niemiłosiernie, ale był tak podobny i tak się dobrze bawił, że uznałam to za kolejny fenomen L.A aż postanowiliśmy mu wrzucić dolara, gość się ucieszył, dał nam swoją płytę CD (sic!), mamy wspólną fotkę, zdjęcie z Rayem Charlesem wow, kto tam wie, że fałszował. No podsumowywując całe te L.A nie jest takie złe jak mawiają! ![]() Wróciliśmy naziemnym metrem, które jest niby nową Expo-line a kolebocze się jak stary tramwaj do Chebzie Pętla przez 50minut. Ulokowaliśmy się wyrku w hotelu gdzie miały miejsce liczne morderstwa, zabójstwa, samobójstwa i trupy w zbiornikach na wodę o czym na szczęście nie wiedziałam. Wypiliśmy 2 winka zakupione w pobliskiej aptece, a że była promocja na wina 1,50 litra, to wzieliśmy 1-dno takie jedno zwykłe 0,75…..i rano to się dało odczuć.uuuuuuuu. 24.10.2015 Rano kac okrutny a tu pakować manele trzeba i na autobus, całe szczęście autobus spod hotelu. Sniadanie w pobliskiej meksykańskiej budzie, yummmy tortilla. A potem w podobnym klimacie z samymi „Meksykańcami do Vegas. Nauczeni doświadczeniem, bluzy, kurtki wszystko na podorędziu a tu niespodzianka klimka nie działała prawie wcale . 5,5h drogi i jesteśmy w Vegas (już 3-ci !!! raz) Tym razem meldujemy się w Circus Cirrus, 22-gie piętro z widokiem na Sratosphere, standard spoko, po Fisco i L.A czuję się jak w Hiltonie. ![]() Wieczorny spacer po rozświetlonym Vegas, doszliśmy z buta aż do Venetian. Jutro reszta. ![]() 25.10.2015 Dzisiejsze „wydostanie się” z hotelu zajęło nam prawie 25 minut. Jutro będą jaja z zamówieniem Ubera, tylko w pokojach hotelowych jest wi-fi na dole w casino już nie, więc jak zamówimy z pokoju to nawet gdybym ja trzymała winde a Robert biegł to przejście przez pasaż handlowy, potem całe casino, minimum 15 minut….gość nie będzie tyle czekał, trzeba będzie coś pokombinować. Ale tym będziemy się martwić jutro. ![]() Dzisiaj ciśniemy na Fremont Street do słynnej Hart Attac Grill, przy wejściu pielęgniareczki zakładają nam szpitalne kitle….małzonek gdzieś wynalazł ten lokal, ja się czuję jak na przedwczorajszym przedstawieniu, co to za przebieranki? W trakcie studiowania menu jakiś gościu dostaje manto od pielęgniareczki w kusym stroju drewnianą łopatką. Pytająco patrzę na Roberta. Hmmmm? Bo nie dojadł porcji do końca. Co?! Wobec tego asekuracyjnie zamawiam single bypass Burger (rezygnując z dodatkowych plastrów bekonu), małżowina mówi, że nie jest frajerem i bierze dubble bypasa + frytki, no hardcorowy koksu normalnie, jakby nie było jesteśmy w Vegas, ja mam na imię Monika a on Robert….no jak Burneikowie. Na szczęście obojgu udaje nam się dojeść co do ostatniego kęsa. Remont Street za dnia nie robi najmniejszego wrażenia (jak i całe Vegas), szkoda, że nie uda nam się tu już wrócić po zmroku. W między czasie podziwiamy pokaz fontann przy Bellagio, łazimy po Stripie, tymczasem pora wracać do hotelu celem odświeżenia się i odsapnięcia bo na 20:00 idziemy do MGM na przedstawienie „k” -Cirrus de Solei (to mi śmierdzi teatrem, co by tu ubrać jak na złość nie zabrałam pasa do pończoch i lateksowych kozaków). Jakież było nasze zdziwienie gdy wśród zgromadzonej przed salą publiki nie było nikogo w samej bieliźnie Przedstawienie z wielkim rozmachem, akrobacje, zręczność, ekwilibrystyka, spektakl przenosi widza w inny wymiar, w świat gdzie dla aktorów nie istnieje grawitacja. Nigdy wcześniej nie byliśmy na żadnym przedstawieniu Circus de Solei i występ nas zdecydowanie zachwycił ale choć niezwykłe i bez dwóch zdań godne polecenia to jednak The Rocky Horror Show bardziej nam się wryło w pamięć i każdorazowo, kiedy słucham soundtrucku z Rockiego, kiedy wspominam lub teraz kiedy piszę o tym ciągle się uśmiecham sama do siebie…ale to było absurdalne:) Czas wracać do hotelu, pakować się, bo już jutro powrót do domu buuuuuuuuuuuuuuuuuu. Tymczasem na przystanku Deuce bus’a (kursującego po stripie) okazuje się, że małżowina zgubił bilet całodniowy(!!!), to kara boska za te nielegalne przejazdy w Fisco! Nic to kupuje drugi, przecież nie będziemy dymać 3 mil z buta! ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() 26.10.2017 Rano śniadanko w pobliskim McDonaldsie mają tam wi-fi i Ubera można zamówić a potem biec pod Circusa bo najbliższy punkt który Uber wyznacza jako miejsce odbioru to właśnie Circus. Na lotnisku nadajemy walizę sztuk 1 a, że należą się nam 2 po 23kg a nasze podręczne plecaki ważą po 10kg to pytamy czy możemy nadać 2 małe plecaki jako jedną dużą walizkę? Na co pracownik Virgin Atlantic:” Ależ to wykluczone, 1sztuka to jedna sztuka a 2 to 2” My:”Acha, to nadamy 1 plecak” Drugi musimy więc targać do pobliskiego Walmarta, gdzie udajemy się zakupić sobie po pamiątce z Vegas, t.j słuchawki Beats Studio za jedyne 150$ +podatek. Good deal. 10 godzin lotu Virginem jakoś zleciało ale jakie akcje zaczął odstawiać Aerlingus w Londynie to się w pale nie mieści. ![]() 27.10.2017 Zanim dolecieliśmy do Londynu nastał już nowy dzień – moje urodziny i tu Aerlingus zafundował mi ewidentnie Happy Birthday Fuck You, najpierw odwołany został jeden lot, co ciekawe o 11:00 rano otrzymaliśmy informację, że nasz lot o 14:00 jest odwołany z powodu mgły (!!!!) po pierwsze o 11:00 nie zaobserwowałam żadnej mgły a skąd pewność, że za 3h będzie mgła!??? Potem stanęliśmy przed wyborem czekamy 8h na kolejny lot albo jedziemy busem na Heatrow bo tam są loty co godzinę. Postanowiliśmy jedziemy. Odbiór bagażu, kombinacje, przebookowali nam bilety na 15:00, ciśniemy na Heatrow a że mieliśmy jakieś 20 mint zapasu czasu, spożyliśmy jajecznicę, popijając ją obficie piwem, w końcu kto solenizantce zabroni. Na wyświetlaczu co rusz to zwiększało się opóźnienie naszego samolotu, w końcu pojawił się napis CANCELLED!!!! Tłum pędzi do informacji lotniskowej , tak facet zapewnia nas, że lot się odbędzie i mamy wracać pod gate. Wracamy. Po chwili komunikat głosowy, że jednak lot jest odwołany. No dom wariatów my na nogach czort wie ile godzin?! Poupychali nas w różne samoloty, nam przypadł w udziale lot o 20:00. Czyli o godzinę później niż ten ze Stansted! Ale najśmieszniejsze w tej całej historii jest to, że małżonek stwierdziwszy :”nie pozwolę nas krzywdzić, Aerlingus pożałuje, że się w ogóle urodził” zażądał odszkodowania za odwołany lot, i przyznali mu z przeprosinami, wysłali czek na 250E ale tylko na jego nazwisko, gdy zwrócił się z zapytaniem gdzie czek dla żonki, okazało się, że wnioski mają być składane indywidualnie/imiennie. To skopiował swojego maila, zmienił imię, nazwisko i wysłał do Aerlingusa, tam mój wniosek trafił już do innego konsultanta i ten odpisał, że w tej sprawie odszkodowanie nie przysługuje, bo rozchodziło się tu o warunki atmosferyczne. Na co piszę konsultantowi :” Panie to jednym się należy a innym nie- ZA TEN SAM LOT, pani Marry O’Harrah nie dalej jak w zeszłym tygodniu wysłała czek mojemu mężowi, tak łatwo się mnie Pan nie pozbędziesz!”, na co konsultant :”Pani mąż dostał czek niesłusznie, proszę nie insynuować, że Aerlingus chce się Pani pozbyć, każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie na dowód czego wysyłamy Pani również czek na 250E” Kiedy przeczytałam tego maila to aż zwątpiłam, dla pewności wkleiłam go translatora (może ja tu czegoś nie rozumiem!), konsultacja z mężem, on: ja zrobiłem identycznie, w obawie, że czegoś tu chyba nie kumam wkleiłem treść w tłumacza. No normalne jaja! Podsumowując: Zdecydowanie był to Road-trip naszego życia! Parki Narodowe i campingi mnie zachwyciły (zupełnie niespodziewanie) jeśli miałabym coś zmienić to mniej city-breaków, mniej hoteli, więcej ognisk, dni w trasie i spania w dziczy a na przyszły raz kupimy sobie samochodowy czajnik, taki zapach świeżo parzonej kawy zaraz po wyjściu z namiotu tu musi być czad! The West ist the best! | |
| Autor: | elemela [ 14 Wrz 2018 18:37 ] |
| Temat postu: | USA część 3) Valley of Fire, Las Vegas, Hoover Dam, Route 66 |
16.06.2018 – DZIEŃ DZIESIĄTY ![]() Tego dnia rano zauważyliśmy, że zasoby naszej czystej odzieży oraz bielizny skurczyły się prawie do zera, zatem czas na pranie, a że pralnia jest tuż przy basenie to czemu by nie skorzystać z tej odrobiny luksusu. ![]() Test szczelności obudowy do GoPro kupionej za 5$ na AliExpress. Potem wysuszyć ciało na słońcu, bo ręczniki w praniu i jazda do Nevady. Plan na dziś wieczór Viva, plastikowe Vegas a po drodze Valley of Fire oraz zakupy w Wallusiu na ostatnie już 5 dni. Nevada wiec liquor store’y mają na każdym kroku. Valley of fire jest parkiem stanowym, więc płacimy 10$ za wjazd, pan w budce ostrzega, żeby pić dużo wody i nie urządzać długich trackingów, bo temperatura wynosi 100 F. Stosujemy się do zaleceń … ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() głównie dlatego, że mamy niewiele czasu a trzeba jeszcze odwiedzić Wallusia i zacheck’in’ować się w hotelu. Fortune Hotel and Suits oceniam jako całkiem przyjemny, niewiele różni się standardem od np. Circus Circus mieści się na Flamingo Rd, 1 milę od Fontann Belagio i Caesars Palace, jego wielką zaletą jest to, że jest niewielki (jak na Vegas) i nie ma kasyna przez które zawsze trzeba się przedzierać w kłębach tytoniowego dymu aby dotrzeć o pokoju. Dodatkową zaletą jest to, że jest tani i ma w cenie śniadanie (choć dość podłe). Plan na wieczór w Vegas był taki: kolacja pt: ”W mieście Burneiki jemy stejki”, sprawdzamy na tripadvisorze i się okazuje, że 0,5 mili od naszego hotelu serwują jedne z lepszych steków w Vegas. Mianowicie chodzi o Ellis Island Hotel, Casino and Brewery…..i jeszcze pyszny browarek mają. Idziemy! ![]() ![]() Faktycznie jedzonko dobre, piwko jeszcze lepsze a tuż obok casino i impreza karaoke „Grażyna jesteśmy w Las Vegas weźże się ubierz jakoś odświętnie, najlepszą odzież jaką tylko masz, zepnij włosy, włóż szpilki i zrób makijaż. Ja sobie ubiorę …co ja tu mam najlepszego….oooo t-shirt z Mistrzostw w pingla w Nowej Rudzie se założę, leży idealnie”. Chyba jeden z pierwszych Polaków spotkanych podczas tego pobytu w Stanach. Kiedy tylko sobie o nim przypomnę –momentalnie maluje się szeroki uśmiech na mojej twarzy. Tymczasem Uber wiezie nas na Freemont. Kierowca opowiada, że jego matka mieszka w Sedonie, hoduje lawendę i produkuje z niej naturalne kosmetyki, naszą wczorajszą przygodę z liquor storem w Utah puentuje: to kraina Mormonów, tam promują kościół nie alkohol. Za to w Nevadzie wręcz odwrotnie. Tu kupicie piwo, margaritte i co tam chcecie nawet w sklepie z pamiątkami. Faktycznie na Freemoncie obok magnesików, koszulek i kubków termicznych z logo Welcome in fabulous Las Vegas nabywamy 3 puszeczki 0,75 8% margaritty i krążymy od sceny do sceny, są dwa koncerty tzw. cover bandów. ![]() ![]() Ciekawe czy tu wygląda to tak tylko w soboty czy niezależnie od dnia tygodnia. Trafiamy na koncert zespołu Spandex Nation grającego stare dobre, rockowe kawałki, wokalista wygląda jak połączenie Slasha i Szymona Wydry, ma imponujące długie, czarne, kręcone włosy i jest ubrany leginsy w panterkę. Reszta kapeli też długie pióra, grają m.in hity z Rock of Ages….spoko. Szkoda tylko, że wy-goolowawszy nazwę kapeli okazuje się, że panowie długie włosy posiadają wyłącznie podczas koncertów, gdyż są to tylko peruki, na co dzień noszą krótko przystrzyżone włosy i białe kołnierzyki (bynajmniej nie legginsy). Aj całe te Las Vegas to plastikowa atrapa, mistyfikacja i złuda. Teraz już wiem czemu w Vegas (Nevadzie) można pić alkohol gdzie tylko się chce, po alku ta cała imitacja wydaje się prawdziwa. Vegas wydaje się być pełną blichtru, bajeczną, szykowną a przede wszystkim błyszczącą metropolią. Freemont Street Expirience spodobał nam się z 2 powodów: 1) Jest mniejszy niż Wallmart, mierzy może z 400 metrów, nie trzeba przemierzać mil od punktu A do punktu B 2) Prócz koncertów, jest mnóstwo występów przeróżnych „artystów”-fricków, bębniarzy, raperów, tancerzy i półnagich tancerek a do tego gigantyczny sufit na którym (po zmroku) co godzina odbywa się tzw. light show. ![]() Dodatkowo można się przejechać wzdłuż głównego deptaku na linie (zip-line) Pożegnawszy się z Freemontem jedziemy do Ceasar Palace dowiedzieć się czy faktycznie mieszkał tam Cezar. Samo casino jest większe niż długość Freementu, przegrywamy parę dolców a gdy wracamy do hotelu okazuje się, że jest 3:00 nad ranem. Oczywiście sami nie wiemy czy jest to czas lokalny (bo w Nevadzie ponoć się zmienia czas. Czyli tak naprawdę która jest 4:00? Czy 2:00? Co to za różnica i tak rano będzie bieda wstać. ![]() ![]() 17.06.2018 – DZIEŃ JEDENASTY ![]() Po lichym, hotelowym śniadaniu ruszamy w stronę zapory Hoovera, szkoda, że mamy niewiele czasu, bo fajnie byłoby zapoznać się z jej historią budowy i funkcjonowania. ![]() ![]() ![]() Po kilku fotach wjeżdżamy do Arizony (tu już w ogóle nie wiadomo jaki jest czas lokalny, Młody jeszcze wprowadza dodatkowy zamęt sugerując, że ten zegarek w samochodzie od samego Colorado był źle ustawiony :O –ale po cholerę nam to wiedzieć jesteśmy na wakacjach. Mój tata zawsze żartuje, że sprzedał zegarek gdy przeszedł na emeryturę tak i my przez te 2 tygodnie, jak Lucky Luke po prostu jedziemy w stronę zachodzącego słońca nie dbając o nic). ![]() ![]() ![]() Wjeżdżając na 66-stkę od strony Kingman trafiamy na burzę piaskową, od samego przejechania przez chmurę piachu fajniejsza jest lawina turlających, wyschniętych kulek-krzaczków, które w większości zatrzymują się na siatce oddzielającej pustynię od drogi ale część jednak przelatuje górą i toczy się po ulicy. To, że przydrożna siatka o wysokości z 1,20 nie chroni drogi przed tzw: ”biegaczami stepowymi” (tumbleweeds) to tam nic. Ale, że jest ona na tyle niska, że bez jakiegokolwiek problemu przeskakują ją sarenki to już trochę gorzej. Pierwszy przystanek robimy sobie przy wielkiej zielonej głowie („Giganticus Headicus”), potem przystanek pt:”magnesiki” Hackberry General Store. Jedyne co się tu zmieniło od października 2016 to to, że na metalowej tabliczce Route 66 na fasadzie sklepu ktoś zakleił ŁKS Łódź wlepką Legii Warszawa. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Przerwę na lunch robimy sobie w RoadKill Cafe w Seligman, gdzie zjadam najlepsze żeberka w życiu, a chłopaki „popiątne” hamburgery (to jest z 5-cioma kotletami!). Przy okazji zauważamy, że piwo w knajpach kosztuje niejednokrotnie tyle co puszka crafta w sklepie. Tu np. cena piwka 1,70 $, lemoniada dla kierowcy 2,50 $. ![]() ![]() ![]() ![]() Kolejno na trasie pojawia się Wiliams – najbardziej chyba komercyjne miasteczko na 66-stce w stanie Arizona (to pewnie za sprawą południowej krawędzi Wielkiego kanionu znajdującej się nieopodal) a w tym komercyjnym, turystycznym miasteczku maja sklep z najtańszymi koszulkami z Route 66, a, że kupiona ostatnim razem koszulka skurczyła się małżowinie w suszarce, czas nabyć nową. Ja mam w planie nabyć 2 pary śpiochów z logo Route 66 a Młody nie ma w planach niczego nabywać (w konsekwencji kupuje pamiątkową tabliczkę, rejestrację czy coś takiego. W sklepie znajduje się koło (coś jak koło fortuny), którym kręci każdy kto zrobi zakupy powyżej 20$...a więc każdy z nas. Nagrodami sa oczywiście tandetne duperele, poprzednim razem wylosowałam kamienny grot do strzały (hurra, brakuje tylko patyka, kleju kropelka i mam strzałę)….a tym razem proszę Państwa….co mi przypadnie w udziale: bumper sticker (naklejka na zderzak), Młody kręci licząc na Grand Prize (wyobraża sobie, że nagrodą główną jest coś wspaniałego jak ogromny obraz drogi 66, metalowa tablica, kowbojki….ale niestety nie jest mu dane, wygrywa również bumper sticker. A co wygra nasz kierowca, wierny klient, który kiedy tylko jest w okolicy Williams zawsze wpada po koszulkę, jest też w posiadaniu 2 czapek z logo Route 66 (które dostaje się gratis do koszulki), zakręcił mocno, trzymamy kciuki….JEST GRAND PRIZE! Babka się zastanawia naprędce…główna nagroda to powinno być….yyyy te naszyjniki o tam…co te tandetne, odpustowe naszyjniki? Kochanie chcesz taki naszyjnik? Nieeee absolutnie. Sprzedawczyni: jak nie chcesz naszyjnika możesz go wymienić na 2 bumper stickery ( ![]() ![]() ![]() Dobra spadamy stąd, bo robi się już późno a do Sedony jeszcze ze 100km, trzymajmy kciuki, żeby można było palić ogień na campingu, choć…jakoś instynktownie czujemy, że są na to raczej marne szanse. Limit szczęścia na dziś już chyba wyczerpaliśmy. Sam dojazd do Sedony od strony Flagstaff odbywa się trasą widokową, a zarezerwowany wcześniej Cave Springs Campground w lesie tuż przy rzece. Miejsce fajne: natura, las, szum rzeki, ławeczki, ubikacje, prysznice, fire ringi – cóż z tego, skoro w dalszym ciągu na terenie Arizony obowiązuje zakaz palenia ognia, o czym jesteśmy powiadomieni zaraz po pojawieniu się na campingu przez host-rangerkę w melexie. Stanowczym tonem powtórzyła 3 razy :”NO CAMP FIRE!” mimo to 2 sity obok wesoła ferajna paliła ognicho. Skąd w nas ta bezwzględna potrzeba ogniska, będąc na campingu, rozkładając namiot jesteśmy złaknieni ognia, wieczorny odpoczynek, kolacja przy kubku wina czy butelce piwa kojarzy nam się nieodzownie z ciepłem ognia rozświetlającym najbliższą okolicę. Ogień rozgrzewa (choć najczęściej jest to w ogóle niepotrzebne), hipnotyzuje, jednoczy, robi się przytulnie, atmosfera jest taka jak być powinna. Nasza odzież przesiąknięta jest dymem palonego drewna, to takie campingowe perfumy, uwielbiam ten zapach, tęsknie za nim ;( Tego wieczoru nie rozpalamy ognia, choć mielibyśmy pretekst: przecież tamci obok palą(!!!). Już nakręcamy się nawzajem:” przecież mamy tyle drewna, jak podbije babka meleksem powiemy, że nie zrozumieliśmy, że jesteśmy obcokrajowcami a nasz angielski jest słaby”. 18.06.2018 – DZIEŃ DWUNASTY ![]() Prócz tego, że nie było wieczornego ogniska (buuuuuu )nie było też prądu w toaletach ani płatnych 4$/os kabinach prysznicowych, wiec kolejne śniadanie na zimno i bez kawy. Do tego spotkała nas dosyć zabawna sytuacja z panią host-rangerką w roli głównej z rana. Otóż udaliśmy się z ręcznikami, kosmetyczkami i czajnikiem elektrycznym (z zamysłem w pomieszczeniu prysznicowym musi być jakiś kontakt) pod budkę rejestracyjną celem zapytania: ”gdzie te prysznice?”, mieliśmy nadzieje, że będą one na monety a ich koszt nie przekroczy 3$/os (tyle mieliśmy ćwiartek). Jednak okazało się, że prysznic kosztuje 4$/os i należy kupić token. Brakło nam drobnych więc Małżowina poszedł po kasę do auta, w tym czasie naszą pozostałą dwójkę pani host-rangerka zmierzyła nas wzrokiem od stóp do głów zatrzymawszy wzrok na czajniku który miałam pod pachą. Na jej twarzy pojawił się dziwny grymas w rodzaju osłupienia, konsternacji: „po co Ci ten czajnik?”…”będę potrzebowała trochę gorącej wody” ale tu nie ma prądu…nawet pod prysznicami nie ma ? „nie” odparła i dodała „this is camping”. OK (podbijemy do jakiego Starbucksa albo McDonaldsa w Sedonie na kawę i po problemie), ale grymas i wyraz twarzy tej baby był tak nieprzyjemny i ton z jakim to mówiła, że Młody od razu spointował :"pierwsza niemiła Amerykanka jaką dotychczas spotkaliśmy". No nie zrobisz nic! Na 325,000,000 mieszkańców trafi się jeden buc. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Sedona to urocze miasteczko, gdzie brązowo-piaskowe rezydencje i posiadłości wtapiają się w skalisty krajobraz, na ulicach nie widać tłumów turystów, w centrum informacji, gdzie dostajemy mapę i wskazówki co zobaczyć i gdzie się udać jesteśmy sami, w McDonaldsie też ![]() …za to przy szlaku na Devil’s bridge nie ma gdzie zaparkować, parkujemy przy ulicy i ciśniemy na szlak. Okazało się, że zbytnio pofolgowaliśmy sobie z czasem w Sedonie i teraz nie zostaje nam nic innego jak gnać w kierunku Canyon de Chelly…co gorsza nie mamy żadnej noclegowej rezerwacji. ![]() ![]() Plan był taki aby raniusieńko zwiedzić Sedonę, potem późnym popołudniem Canyon de Chelly i dojechać w okolice Cortez w Colorado i tam zakotwiczyć na noc. Jednak plan stał się nierealny bowiem zbyt długo zabawiliśmy w Sedonie (to pewnie przez te Vortexy, dobra energia zatrzymała nas tam dłużej), toteż słońce chyliło się ku zachodowi kiedy my pruliśmy drogą 191 na północny-wschód. W okolicach miejscowości Ganado (Az) zatrzymaliśmy auto na poboczu i w przypływie ogniskowej desperacji zaczęliśmy rozważać: Ja: „Została godzina, może 1,5h do zachodu słońca, co jeśli dotrzemy do Canyon de Chelly (50km stąd) a na tamtejszym campingu nie będzie wolnych miejsc? Zresztą zwróćmy uwagę, że jest to Arizona = zakaz palenia ognia, a drugiej nocy bez ogniska nie zdzierżę!!! Jestem za tym, że odbić do Nowego Meksyku – tam znajdziemy jakiś camping a jutro wrócimy do Canyon de Chelly” Małżowina: „Zbyt długa trasa nam zostanie na jutro, nie mamy czasu, żeby się szwendać po Nowych Meksykach, a co jak nie znajdziemy campingu tuż za granicą z Nowym Meksykiem? A co jak tam też jest fire restriction?” Młody: „Ile jest do Granicy z Nowym Meksykiem a ile do Canyon de Chelly? Tyle samo, tak? Tam na pewno jest camping? On jest prywatny? …Jedziemy do Canyon de Chelly.” ![]() Decyzja podjęta. Docieramy na tereny Navajo, po wjeździe na teren Canyon de Chelly National Monoument nie jesteśmy skasowani ani dolara za wjazd….jak to Navajowie nie kasują za wjazd?! Dziwne. Zatrzymujemy się na kilku tarasach widokowych. Kanion o zachodzie słońca wygląda PIĘKNIE. ![]() ![]() ![]() Jak kaniony nie robią na mnie większego wrażenia (chyba, że z kasety VHS będąc 10 lat) to ten zrobił, zakochałam się a nie widziałam jeszcze najlepszego (czyli Spider Rock) …tymczasem docieramy do Spider Rock Campground – gdzie wcześniej pisaliśmy e-mail z pytaniem o możliwość rezerwacji, ale nie otrzymaliśmy nań żadnej odpowiedzi. Parkujemy więc i z powątpiewaniem, że w tak cudownym miejscu o tej porze roku mogą być jakiekolwiek miejsca na campingu idziemy prosto do drewnianej budy z szyldem Registration – jest buda, w budzie biurko a prócz tego żywej duszy. Wychodzimy na zewnątrz, rozglądamy się, może jest tu jakiś dzwonek….nie ma. Wreszcie z pobliskiej przyczepy wychodzi stary Indianin ale taki PRAWDZIWY, AUTENTYCZNY INDIANIM, Z DŁUGIMI SIWYMI WŁOSAMI, MIAŁ NA SOBIE SYGNET, BRANSOLETKE I NASZYJNIK OZDOBIONE TURKUSEM I MIAŁ RYSY TYPOWO INDIAŃSKIE. No Tańcząca Chmura z Dr.Quinn! Co ważnie nie mówi od progu, że camping is full – co jest dobrym znakiem. Pytamy Indianina (młody roboczo nazwał go Siuks choć doskonale wie, że to ziemie Navajo): czy masz jeszcze jakieś miejsca wolne na campingu? Siuks:”tak” My: „Potrzebujemy jedno pod namiot” Siuks:”OK” i zaczyna wypełniać druk – coś w rodzaju paragonu, dane personalne, numer rejestracyjny…ile osób. Na koniec cena: 11$ please (!) Na naszych twarzach zapewne wówczas wymalował się podobny grymas szoku i zaskoczenia jak dzisiejszego poranka u pani-rengerki (ile ?!) Mało tego, że mamy gdzie spać, trzeba jeszcze załatwić ogień, choć już kątem oka widzimy tabliczkę z przekreślonym płonącym konarem (i nie jest to reklama Braveran), pytamy zatem nieśmiało: „Czy są fire-ringi?” Siuks: ”tak są ale mamy tu fire restriction”, my: ”o nie, a my jesteśmy tacy głodni, potrzebujemy ognia żeby przygotować kolację”, na co Siuks mięknie: „ok, mogę Wam sprzedać ale tylko jedną wiązkę drewna”, my: „my mamy własne drewno” Siuks: ”o nie, mamy tu fire restriction” , My (myślimy sobie w duchu: nie możemy tego spierdolić!) No tak ale to byłby tylko małe, krótkie ognisko jedynie dla przygotowania kolacji” , Siuks: „O’right” …….My: ”Thanks" Zajmujemy miejsce, które wskazuje nam Siuks i od razu zabieramy się za: rozpalanie ogniska, pompowanie materaców i rozbijanie namiotu. Ja: „Miałeś rację Młody, żeby tu przyjechać, to jedna z lepszych miejscówek jakie mieliśmy, a na pewno najtańsza, Zauważyliście, że Siuks słabo mówi po angielsku, jakoś tak z dziwacznym akcentem. Nie mówcie jeszcze, że na co dzień posługuje się językiem Navajo bo zwariuje do reszty – autentyczny Indianin, wystrojony w biżuterię wysadzaną turkusem, mieszkający w przyczepie przy krawędzi kanionu, posługujący się indiańskim językiem?!...Kocham, kocham, kocham!” ![]() Młody: „Ten camping tańszy niż dzisiejszy prysznic!” o żesz….no faktycznie. Ognicho nie było krótkie jak obiecywaliśmy Siuksowi – co nikomu nie przeszkadzało i nie spowodowało żadnego pożaru, klimat był kapitalny i mimo spartańskich warunków: toi toi i beczka deszczówki za nim fantastycznie wspominamy noc u Siuksa. ![]() ![]() | |
| Strona 1 z 1 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |