Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 7 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
 Temat postu: USA
#1 PostWysłany: 19 Sie 2017 18:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2017
Posty: 9
Loty: 34
Kilometry: 95 897
Krajów: 17 / 7.9%
10.10.2016

10.10.2016 – zamierzaliśmy dotrzeć do Island In the Sky – 113km, kolejno Mesa Arch 30km + 42km Dead horse point. Jako metę ustaliliśmy Moab i camping Valley RV resort and campground.
Image
Jeśli mnie pamięć nie myli zaczęliśmy od Dead Horse point I zamiast podjechać wozem pod sam punkt widokowy, jakoś tak założyliśmy, że auto należy zostawić pod visitor center a dalej podążać pieszo, w sumie na dobre nam to wyszło, przespacerował się człowiek, szlak widokowy, prosty I przyjemny, ok 2 kilometrowy. Widokówkowo, klimat trochę grand-canionowy.
Image
Image
Image
Image
Image
Mesa arche to taki przedsmak Arches, który mamy zaplanowany jutro. Łuk jest monumentalny a to się kryje za nim, wow aż ciary przechodzą, przepaść kilkadziesiąt mietrów w dół. Zdecydowanie miejsce godne polecenia.
Image
Na sam koniec docieramy do Island In the sky, my górą dołem kanion, można by tak siedzieć przy krawędzi i wpatrywać się jego ogrom bez końca.
Image
Co robią prawie wszyscy a jest to oficjalnie zakazane, przypomina o tym znak :”nie schodzić z wytyczonej ścieżki” o czym nie omieszkała mi przypomnieć przemiła starsza pani z pieskiem.
Wczoraj o mały włos zostalibyśmy roztarci na papkę w piekielnej dolinie i cudem udało nam się znaleźć bazę noclegową za to dzisiaj mamy zarezerwowany wcześniej nocleg na camping Valley RV resort w Moab, co zalecam wszystkim bowiem Moab to busy town full of turists, cieżko znaleźć coś w rozsądnej cenie na już.
Przy okazji Moab to centrum sexu i rozrywki na każdym kroku znajdują się agencje turystyczne organizujące wycieczki na kładach, rowerach, motorach, mają tu mnóstwo restauracji, pubów, sklepów, ba mają nawet Dolar family (odpowiednik naszego „wszystko po 2 zł), gdzie drogą kupna nabyliśmy 4 torby piknikowego żarcia i picia i dowiedzieliśmy się, że mocny alkohol jest do nabycia jedynie w liquier storze, mieszczącym się 3 przecznice dalej, gdzie niestety przybyliśmy zbyt późno aby zastać otwarte drzwi.
Całe szczęście mieliśmy jeszcze jakieś kalifornijskie winko w bagażniku.
Camping całkiem fajny, blisko centrum, basen, mini golf, szachy (monstrualnych rozmiarów) do gry w plenerze, prysznice, łazienki, wszystko elegancko prócz tego, że zamiast miejsca na ognicho był grill na kurzej łapce i zakaz palenia drewnem, pani z recepcji handlowała węglem drzewnym w cenie 14$/worek, cena w pobliskim Dolar family 2,5$ (!!!)
Chcąc się posilić po długim dniu poczęliśmy rozpalać grilla, zaniepokoiły nas ciemne chmury gromadzące się nad czerwonymi skałami otaczającymi Moab z każdej strony.
„Ty będzie lało, a my w tej marnej karykaturze namiotu z Walusia za 24$, trochę strach, co?”,
„Co Ty gadasz to jest porządny namiot!”…kończąc to zdanie zaczęło wiać i lać. Całe szczęście , że kiełbaski były już gotowe. Skonsumowaliśmy je w aucie, obserwując 2 chłopaków rozbijających w tym czasie namiot tuż obok, co za pech trafili jak ślepy kulą w płot, zwłaszcza, że deszczyk ten był przelotny i trwał z 15 minut.

11.10.2016

11.10.2016 – Plan na dziś Arches hotel w Monticello- tu zmiana planów, zrezygnowaliśmy z hotelu na rzecz campingu i mamy zamiar cisnąć w stronę Page a po drodze wyhaczyć jakiś camping.
Jeszcze zanim się rozjaśnia zwijamy nasz „porządny” namiot, zaliczamy poranną toaletę i udajemy się do pobliskiego Arches N.P.
Image
Image
Śniadanie w postaci sałatki ze stacji benzynowej i cynamonowych ciasteczek pop-tart spożywamy na parkingu przy szlaku do Delicate Arch, obserwując z coraz to większym przerażeniem kolejne autokary japońskich turystów i zapełniający się prawie do zera parking.
Do symbolu Utah, widniejącego na tablicach rejestracyjnych tego stanu trzeba dreptać ponad 2 km w jedną stronę, a po dotarciu do celu naszym oczom ukazał się OGROMNY , kamienny łuk, amerykanie określili by go huge. Widziałam sporo zdjęć Arches, z Delicate arche na czele ale wszystkie były chyba robione z takiej perspektywy, że wydawał się niewielki a rzeczywistości jest kolosalny. Robi zdecydowanie największe wrażenie spośród reszty w Arches N.P.
Image
Image
Image
Image
Image
Cały Park zresztą jest fajny, tu dla odmiany nie ma busów i poruszamy się własnym wozem (co się czasem wiąże z brakiem miejsc parkingowych). Podziwiamy jeszcze kilka Archów (takich do których nie trzeba daleko iść) Sand Dune Arch, Skyline Arch, Tunel Arch, Pine Tree Arch. Wracamy do Moab, gdzie odwiedzamy świetnie zaopatrzony liquier store (whiskey, plum wine + pare butelek kalifornijskiego sprawiają, że jesteśmy gotowi na kolejny wieczór pod namiotem). Korzystając wcześniej z wi-fi ustalamy, że w Blanding, Bluff lub Mexican Hat jest od groma campgrandów więc gnamy przed siebie w kierunku Monument Valley a po drodze gdzieś zakotwiczymy.
Wybór padł na Cadillac Ranch RV Park w Bluff, klimatyczne miejsce nad stawem gdzie dzikie kaczki umilały nam wieczór kwakaniem i kaczymi awanturami/zalotami w szuwarach.
Udając się do pobliskiego sklepu/stacji benzynowej zaobserwowaliśmy, że cała wioska (inaczej tego nazwać się nie da, kilka domostw, stacja paliw, bar i nasz camping) jest na sprzedaż, działająca stacja paliw „for sale”, nasz działający camping „for sale”, zamkniety na 4 spusty bar:”for sale”, posesje przy drodze głównej podobnie, tak blisko Monument Valley a biznes nie idzie, nie może być!
Kupujemy drewno i lód (patrz mamy whisky) i udajemy się na zasłużony odpoczynek przy ognisku.
Image

12.10.2016

Rano poznajemy Kanadyjczyków z namiotu obok (właściwie to nie mieli namiotu, spali w aucie, ale mieli za to farelkę i czajnik!) jechali w przeciwnym kierunku, doradzili co warto zobaczyć po drodze łącznie z zaproszeniem do Kanady, my zachęcaliśmy ich do uwzględnienia na swojej trasie h-way 12, przeszło mi przez myśl zaproponowanie im zwiedzenie „zielonych płuc Polski” śląska ale odpuściłam, nie chciało mi się kolejny raz tłumaczyć: „Poland is located in Europe between Russia and Germany”
Ciepły prysznic, śniadanko i hazelnut’s coffea na stacje benzynowej (patrz nie posidamy czajnika samochodowego, a przydałby się jak cholera) i ruszamy w stronę słynnych monumentów, które były tłem szalonej gonitwy strusia pędziwiatra z kojotem oraz miejscem gdzie Forest Gump zakończył swój trwający 3 lata, 2 miesiące, 14 dni i 16 godzin bieg.
Image
Wszyscy radzą wizytę tu przed zachodem słońca, nam wypadło tak, że zawitaliśmy tu rano, trochę obawiałam się, że zdjęcia nie wyjdą tak fajne jak o zachodzie słońca ale wyszły elegancko.
Image
Gospodarze tego terenu Indianie Navajo kasują nas 20$ za możliwość szusowania po off-road’zie miedzy monumentami. Pytanie brzmi jak Mustek poradzi sobie w tym terenie? Babka w wypożyczalni na samym wstępie zaznaczyła, że ubezpieczenie nie obejmuje off-road’u, my oczywiście jej przytaknęliśmy :”wiadomo, co za głupek próbował by Mustanga na jakichś dziurawych bezdrożach!”
Jednak pierwsze co zrobił małżonek pod visitor centre to wyciągnął lornetke i wypotrywał sportowych bryczek sunących w tumanach kurzu pomiedzy monumentami.
Image
Image
Większość Mustków, Camaro i innych tego typu aut stało na parkingu a pasażerowie udawali się na wycieczkę z przewodnikiem jeepami (z ławeczkami na pace), początkowo był plan aby też tak uczynić ale plany zmieniły się o 180 stopni, kiedy mój ślubny wypatrzył czerwonego Mustanga zjeżdzjącego w dół…:”Patrz Mustek cabrio taki jak nasz, jak on jedzie to my też damy rade, dawaj pakuj się do auta!”. Niespiesznie jechaliśmy przed siebie delektując się westernowym krajobrazem, co sprawiło, że wyprzedzały nas wszystkie jeepy z turystami wznosząc kłęby pyłu, który osiadał na całej karoserii, materiałowym dachu, wdzierał się wszędzie. W połowie trasy zatrzymując się by trzasnąć parę fotek stwierdziłam :”nie wiem czy uda nam się doprowadzić ten wóz do takiego stanu aby w wypożyczalni nie zarzucili nam, że jezdzilismy off-road:/” (jak się później okazało wystarczyło „przycisnąć” na trasie i wiatr wydmuchał cały syf, nawet nie pojechaliśmy na myjnie).
Jeśli chodzi o stan podłoża w Mounument Valley, to na mapie wyróżnione są 3 typy nawierzchni :Paved Road, valley Road, wildcat trail, 2 pierwsze są do zrobienia autem typu Mustang, „wildcat trail” zabrzmiało jak mountain lion, zbyt złowieszczo toteż odpuściliśmy. Tak czy siak większość trasy ciachnęliśmy i tylko raz zaryliśmy podwoziem na tym mega – podjeździe już przy samym visitor centre.
Cudowny klimat, przestrzeń, sceneria, definitywnie warto.

13 - 14.10.2016

Kolejnym zakreślonym punktem na mapie jest Page nad jeziorem Powell gdzie mamy rezerwację w Best Western (cena była promocyjna, niewiele odbiegająca od kosztu pola namiotowego w Page, toteż pozwalamy sobie na odrobine luxusu i nie rezygnujemy).
Image
Dystans jaki mamy do pokonania jest dosyć spory bo 215km, no i z Utah przenosimy się do Arizony (rzecz jasna nie wiemy: zmieniamy czas czy tez nie? a należałoby się dowiedzieć, bowiem jutro na 11:00 mamy rezerwację w Lower Antylope Canyon)
Poźnym popołudniem docieramy do hotelu, meldujemy się i jedziemy zabaczyć Horseshoe band – ludzi masa, wszyscy czekają na zachód słońca.
Image
Widząc ludzi balastujących na krawędzi na jednej nodze dla dobrego zdjęcia aż mnie ciary przechodzą, nie mogę na to patrzeć(!) Robert widząc panikę w moich oczach nawet zbytnio nie kombinuje, podczołguje się jedynie do krawędzi celem cyknięcia kilku zdjęć i wracamy do hotelu po drodze zahaczając o Walmarta (Oak Leaf’y się skończyly), kupujemy wikno, kurczaka z rożna i sałatkę na kolację, jest już ciemno, późno a my zmęczeni jak psy, nie chce nam się nawet iść do knajpy na kolację.
Image
Następnego dnia rano raczymy się ciepłą kawką, jajecznicą i naleśnikami z widokiem na zaporę Glen Canyon oraz jezioro Powell, które jedziemy zobaczyć z bliska tuż po śniadaniu.
Image
Image
Image
Samo jezioro nie robi na mnie wrażenia, jakiś taki sztuczny twór, zero roślinności, zero jakiegoś takiego plażopodobnego zejścia do wody, jeno poszarpane skały i woda.
Za to Antylope Canyon (20$/os) robi szał. Jedno z piękniejszych jak nie najpiękniejsze wedle mojej oceny miejsce jakie udało nam się zobaczyć podczas tej wycieczki. Niepowtarzalne, zapierające dech w piersiach, pomarańcz, żółć, czerwień w setkach odcieni.
Image
Image
Image
Pamiętam, że miesiąc przed wyjazdem, kiedy to próbowaliśmy zabookować wejściówkę do Antylope Canyon okazało się, że na 13-go października wolnych miejsc brak (można się było domyślić 13-go!) wpadając w czarną rozpacz, klnąc pod nosem zaczęliśmy przeszukiwać internet, znaleźliśmy oferty „zorganizowanych wycieczek” do kanionu antylopy za 136$ od osoby(!!!) co wydało nam się zdzierstwem (tym niemniej jednak na tyle mi zależało na wizycie tam, że już zaczynałam przekonywać współmałżonka, używając argumentów:”raz się żyje”, „mustang też był drogi ale podczas tej podróży spełniamy swoje marzenia, prawda?”…itp., itd.) po czym przypomniało mi się, że są 2 kaniony antylopy: upper i lower. Chwile później mieliśmy rezerwację na 11:00 do Lower Antylope Canyon na wybrany przez nas dzień w cenie 20$ od osoby– hurra!
Na miejscu okazało się że Indianie liczą sobie dodatkowo 16$ na parking do tego posłuchałam instrukcji wywieszonej w poczekalni :”zakaz wchodzenia z kamerami goPro”, więc z bólem serca kamerkę zostawiłam w aucie, po czym okazało się, że nikt tegoż zakazu nie respektuje i w naszej grupie były co najmniej 2 osoby z takowymi (ale byłam zła wrrrrr).
Po kanionie oprowadza każdorazowo przewodnik (w naszym przypadku przewodniczka), grupy są kilkunastu osobowe i byliśmy jedynymi obcokrajowcami nie licząc 3 Rosjan. Dowiedzieliśmy się, że w zeszłym roku kanion był zamkniety (z powodu deszczu) 5 razy a w tym roku (do października) tylko 3 razy. Goddamn it Arizona!!!
Canyon Antylopy mnie oczarował, ciekawe jakie wrażenie zrobi na nas ten słynny Wielki Kanion?
Dystans do przebycia 215km i 2 noce na Mather campground, 295 Pine Loop.
Jak się okazuje mimo, iż camping jest ogromny: 327 miejsc był oczywiście w całości zajęty, toteż byliśmy radzi, że wcześniej zarezerwowaliśmy 2 noce (2x18$).
Image
Nie daleko pola namiotowego znajduje się General Store: duży market w którym kupicie wszystko (ważna wskazówka: drewno na terenie Grand Canyonu jest prawie 2 x razy droższe niż gdziekolwiek indziej).
Nadjechaliśmy od strony Desert View Watchtower, tą cześć kanionu można zwiedzać wyłącznie własnym środkiem lokomocji, bo z tego co pamiętam nie kursuje tam parkowy shuttle bus. Podejście do krawędzi iiiii brak wow z naszej strony. No Wielki Kanion jak Wielki Kanion, wygląda tak jak na zdjęciach i filmach….fajny.
Image
Image
Image
Następnego dnia z rana śniadanko z jelonkami: stado z 6 sztuk podeszło do naszego obozowiska jak gdyby nigdy nic, o wszędobylskich wiewiórkach już nawet nie wspomnę.
Image
Shuttle busem ruszamy w teren na sam początek zejście w dół kanionu: South Kaibab Trailhead do Ooh Aah point, trasa nie należy do najłatwiejszych, dziury, kamienie, schodki, dość stromo, pełen szacun dla par na małymi dziećmi w nosidełkach na plecach oraz pełen szacun dla mułów, które z turystami (przebranymi za kowbojów) na grzbietach wspinają się po tych schodkach na szlaku.
Image
Image
Kanion z nieco niższej perspektywy niż krawędź jest dużo ciekawszy niżli obserwowany z góry. To tyle co mam właściwie do powiedzenia o Wielkim Kanionie, przejechaliśmy się busem wzdłuż krawędzi i wszystkich przystankach wyglądał identycznie.
Image
Image
Może nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia bo wcześniej widzieliśmy już: Zion, Bryce, Canyonlands, Arches, Monument valley itp. Może należało pojechać w odwrotnym kierunku, prosto z Vegas do Grand Canyon? Po takiej wielości formacji skalnych, mnogości krajobrazów, zmienności kolorów, barw, przyrody nie potrafiłam się zachwycić dostojeństwem i monotonią Wielkiego Kanionu tym niemniej uważam, że warto przyjechać zobaczyć i zejść choć kawałek w dół, a potem napić się piwa, zjeść pyszną pizze w deli General Store, zrelaksować się przy ognisku, skorzystać z prysznica i pralni co i my uczyniliśmy (zastanawiając się: jaki detergent kupić do kolorów? Żeby tylko nie był z wybielaczem. Na ile włączyć tą suszarkę? Pisze, że 30minut za 1$, w pół godziny w życiu nie będzie suche. Zobacz jaka ta suszarka jest wielka- będzie!). I tak w pachnących proszkiem (nie ogniskiem) buzach (pidżamach) udaliśmy się na spoczynek, nucąc pod nosem :”Get your kiks on Rout 66”
Image

Image Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Lato na końcu Italii za 979 PLN 💚🤍❤️ Loty do Kalabrii + 4* hotel ze śniadaniami i prywatną plażą 🌊🏖️ Lato na końcu Italii za 979 PLN 💚🤍❤️ Loty do Kalabrii + 4* hotel ze śniadaniami i prywatną plażą 🌊🏖️
Cypr latem 🌊☀️ Tydzień w 4* Capital Coast Resort & Spa w Pafos za 2859 PLN Cypr latem 🌊☀️ Tydzień w 4* Capital Coast Resort & Spa w Pafos za 2859 PLN
Offline
#2 PostWysłany: 20 Sie 2017 21:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2017
Posty: 9
Loty: 34
Kilometry: 95 897
Krajów: 17 / 7.9%
15.10.2016

Po przebudzeniu zwijamy majdan, ja serwuje śniadanko a Robert jedzie do General Stora po gorącą kawę (w nocy było zimno). Dziś uderzamy w „drogę matkę” legendarną Rout 66.
Jadąc w stronę Wiliams mijamy sznur aut zmierzających do Wielkiego Kanionu, no tak jest sobota.
Dojeżdżając do Wiliams gps prowadzi nas główną trasą prowadzącą przez miasto i o mało co nie przegapilibyśmy odcinka 66-stki prowadzącej środkiem miasteczka (taki typowy Main street) gdyby nie konieczność zatankowania auta. Kiedy małżowina tankuje wóz, czyści szybki ja zauważam ekstra cadillaka przejeżdżającego zwolna równoległą ulicą, postanawiam się tam przespacerować….a tam co najmniej kilka jeszcze lepszych cadillaków, zaparkowane przy ulicy, restauracje, knajpy, dziesiątki sklepów z pamiątkami, wszechobecny znaczek Rout66.
Image
Image
Image

Parkujemy auto gdzieś za winklem i spacerujemy, robimy dziesiątki zdjęć, kupujemy pamiątkowe koszulki, wracamy do auta i fundujemy sobie przejażdżkę 1-szym jak do tej pory odcinkiem drogi 66 (w Wiliams jest to odcinek 1-kierunkowy, prowadzący na wschód, więc w przeciwnym kierunku do zamierzonego przez nas, my dążymy na zachód jak rodzina Joadów, tak więc zawracamy gablotę i ciśniemy w kierunku Seligmann gdzie planujemy lunch w słynnym Snow cup u Delgadill’ów. Choć ta przydrożna knajpa (jak i całe Seligmann) jest szczytem kiczu i tandety to czuje się tam klimat sprzed tamtych lat, stare budynki, zamknięta stacja benzynowa, wszędzie wraki starych półciężarówek, pordzewiałe wozy policyjne, chewrollety, cadilaki, jakby czas się zatrzymał.

Image
Image
Image

Odwiedzamy jeszcze sklep z pamiątkami Angel & Vilma’s Delgadillo’s w którym to mieści się zakład fryzjerski Angela i ruszamy w dalszą trasę do Peach Springs (ponoć miała się w tej okolicy znajdować jakaś podziemna restauracja/hotel ale po drodze nie było żadnych znaków informujących o tym, więc przejechaliśmy), kolejno Hackberry General Store a tam przed wejściem koncert, kobiecina wyglądająca jak Dolly Parton gra na keyboardzie i śpiewa, w koło żywej duszy nie licząc nas, sprzedawcy i gościa w średnim wieku bijącego brawo po każdym utworze, zachwalając co chwila jak uwielbia dany utwór i jakie niezwykłe było to wykonanie, prawdziwy fan, jeden jedyny ale za to jaki. Jak się okazało przybyliśmy na sam koniec koncertu, Dolly zwinęła wiec swoje klawisze, pożegnała się czule ze swym wielbicielem i odjechała starym, czerwonym fordem mustangiem – classic. Kobieta ta kojarzy mi się z tytułową Josephine z utworu Miki Urbaniak :”Ode to Josephine”….so far away from home.

#Img6
Image
Image
Image
Image

Kingman jest miejscem docelowym, gdzie zaplanowaliśmy nocleg na dziś (Ramblin Rose Motel tuż przy 66-stce), po dotarciu i zameldowaniu się małżonek stwierdza brak na stanie coli a przecież drink składający się z coli, lodu i łychy przed snem nikomu jeszcze nie zaszkodził, toteż wysłałam Go by zapytał pracowników motelu płci męskiej zgromadzonych na parkingu obok recepcji gdzie jest najbliższy sklep/stacja benzynowa/maszyna z napojami.
Wrócił mówiąc:”wiem, wytłumaczyli mi, prosto prawo, w lewo i już”,”no dobra to karnę się z tobą” – odrzekłam.
Wsiadamy, kręcimy, jedziemy może z 3 kilosy a sklepu nie widać ale skręcając w równoległą do 66-stki natrafiamy na mnóstwo klasycznych, zabytkowych aut stojących przy ulicy, obok na rozkładanych krzesełkach piknikowych siedzą właściciele, żony, całe rodziny, gromady, faceci dyskutują o pojemności silników, gdzieniegdzie otwarte maski. Co to jest, jakiś zlot?

Image
Image
Image
Image

Do dzisiaj nie wiemy czy to co weekendowy rytuał okolicznych właścicieli zabytkowych bryk czy był to jakiś zlot starych samochodów, w każdym bądź razie zaparkowaliśmy i pobiegliśmy zapytać czy możemy zrobić kilka zdjęć, odpowiedź brzmiała :”absolutelly”, pan nawet zapytał czy otworzyć maskę? Ach ta amerykańska motoryzacja. Zdjęcia wyszły licho bo robiło się już ciemno ale obraz brzoskwiniowego cadillaca z rejestracją Arizona już zawsze będzie mi się kojarzył z Kingman. Po drodze kupiliśmy z maszyny, podobnej, która stała miedzy recepcją a naszym motelowym pokojem.
Co jak co ale warto było się przejechać po mieście i trafić na takie kolorowe perełki.

16.10.2016
Powiem tak: linia kolejowa po drugiej stronie ulicy jest dość uciążliwa jeśli ktoś ma lekki sen, od ok. 5-6:00 składy towarowe kursują w te i we w te. No nic hazelnut’s coffea postawi mnie na nogi. Pakujemy sprzęty i w drogę. Kierujemy się na Sitegreaves pass – odcinek Rout 66 lubiany głównie przez motocyklistów, nic szerszego od motocykla nie może czuć się bezpiecznie na tym odcinku.

Image
Image
Image
Image

Non stop serpentyny, zakręty o 180 stopni, góra dół, mimo, że następnym przystankiem miał być Otman-gdzie miał ponoć panować :”smród niemiłosierny” z powodu osłów wałęsających się po ulicach, mimo wszystko nie mogłam się wprost doczekać.

Image

Tu należy zdementować plotki na temat smrodu, nic nie śmierdzi, osły nie atakują ludzi, jest fajnie, westernowo. Trafiliśmy nawet na końcówkę jakiegoś przedstawienia ulicznego – pokazu rewolwerowców. Odwiedziliśmy hotel w którym Clark Gable and Carole Lombard spędzili noc poślubna (mają tam dobre lody) i ruszyliśmy dalej Topock nic tam nie ma tylko jakaś stara cementownia, potem przez krótki odcinek trzeba zjechać na autostradę bo droga 66 się kończy aby w Needless móc na nią wrócić, problem w tym, że w Needless wjazd na historic rout 66 jest tak beznadziejnie oznakowany (gps oczywiście też zwariował), że się zgubiliśmy, wkurzyliśmy, pokłóciliśmy i nie zauważyliśmy bardzo, bardzo wysokiego krawężnika z którego zjechaliśmy wyjeżdżając ze stacji paliw, kiedy przednie koła walnęły o asfalt (a walnęły z impetem i hukiem) byłam pewna, że co najmniej pokrzywiliśmy felgi, co zaskutkuje zejście powietrza i totalną lipą, potem tylne koła walnęły tak samo i od razu zrobiło się spokojniej, „zjedz na bok, tylko powoli”, na szczęście po oględzinach ustaliliśmy, że zjazd z pół metrowego krawężnika dla naszego kucyka to fraszka i może cwałować dalej. W końcu udało się zjechać na rzeczoną trasę 66, która prowadzi na tym odcinku wzdłuż autostrady. Między Essex a Amboy mijamy nasyp na którym ludzie kamyczków układają swoje imiona, coś w rodzaju grafitti. Zatrzymujemy się na stacji paliw w Amboy, domki Roy’s motel są niestety opuszczone, swoją drogą, kto chciałby nocować na takim odludziu.
Ponoć kręcono tu film “Autostopowicz”, hmmm czuję się w tym miejscu jakoś nieswojo, jakiś taki nastrój grozy, coś wisi w powietrzu.

Image

Ciśniemy dalej celem jest obiado-kolacja w kultowym Bagdad Cafe, tu prowadzi najgorszy chyba odcinek Rout 66, dziura na dziurze, coś w stylu nawierzchni z płyt (jak u nas odcinek A4 do niemieckiej granicy), jechaliśmy 40km/h szybciej się nie dało, aż w końcu miarka się przebrała i poddaliśmy się zjeżdżając na autostradę. Było już późno a chcieliśmy zdążyć przez zamknięciem.

Image

Do obejrzenia filmu oraz odwiedzenia tego miejsca zainspirowała mnie Dorota Warakomska w swojej książce „Rout66”. Miejsce to było na naszym bucket list, od kiedy przeczytałam o właścicielce - Andree Pruett - przywracającej nowe życie rzeczonej knajpie. Kobiecina opisana została jako pełna życia, energiczna babka (mimo ogromnej straty jaką poniosła: samobójstwo syna i śmierć męża)…niestety po tej Andree z książki nie ma już śladu, przywitała nas przerżliwie wychudzona, smutna, przygnębiona, styrana jakby nieobecna starsza pani. Mimo, że byliśmy jedynymi goścmi w lokalu, jakoś nie bardzo ogarniała temat z zamówieniem 2 hamburgerów, 1 piwka i 1 coli. Przy prośbie o rachunek to już w ogóle było zagubienie, prośba o kilka minut, poszukiwanie ołówka, kartki, obliczenia. Trochę mną to targnęło ale cóż nie miała łatwego życia Andree, trzymam za nią kciuki.
Ten dzień zakończyliśmy meldując się w przydrożnym motelu Economy Inn w Barstow.

17.10.2016

Przywitał nas pochmurny i wietrzny poranek, kawa serwowana w recepcji była wyjątkowo parszywa, a na domiar złego to ostatni dzień naszego road-tripa, jutro oddajemy auto i będziemy się przez reszte pobytu w USA tułać samolotami, busami, metrem i tramwajami, to takie nieamerykańskie damnmmmmmnnnnn!
Zwieńczeniem podróży słynną drogą matką ma być wizyta w muzeum Rout 66 w Victorville.
Po drodze jednak trzeba zjeść jakieś porządne śniadanie, w Economy Inn ponoć mieli serwować śniadanie ale jak się okazało składało się ono z ohydnej lury i herbatników typu bebe (to jeszcze skromniej niż english breakfast typu toast+jam…nie mylić z full english breakfast ale nie wyprzedzajmy faktów).
Co nas zaskoczyło, że o ile wcześniej jadąc Rout 66 sporadycznie mijaliśmy wszelkiego rodzaju pojazdy mechaniczne (nie licząc pomarańczowego Camaro, którego mijaliśmy kilka razy dziennie, bowiem podążał w tym samym kierunku, w tym samym celu – turystycznym) to jadąc na odcinku Barstow-Victorville trasa ta jest regularnie uczęszczaną przez wszelkie typy aut w tym Tiry, ruch jak w Rzymie!
Po drodze wypatrzyliśmy knajpę typowo śniadaniową Molly Brown's Country Cafe, tu też postanowiliśmy coś przekąsić, przywitała nas uśmiechnięta kelnerka z czajniczniczkiem kawy w ręku wręczając nam menu, roboczo nazwaliśmy ją Molly.
Molly wypytała skąd przybywamy, jak długo zabawimy w USA, co już zwiedziliśmy, wręczyła nam ulotkę zachęcając do odwiedzin muzeum Rout 66, oświadczyliśmy, że właśnie się tam udajemy. Przy kubku ciepłej kawy przejrzeliśmy menu, wybór padł na jakieś tam wymyślne omlety z miliardem dodatków, przyszła Molly z notesikiem, dolała kawy (o darmowa dolewka, very nice), pyta:
czy do tych omletów chcemy, bekon, sausage, tosta czy hash Browna…..zabrzmiało to jak jakiś test wyboru, pewnie to jakieś zestawy z tym omletem tylko nie doczytaliśmy w menu pomyślałam, odpowiadamy więc:
„to hash Browna”
Molly: OK. ….kontynuuje test wyboru: banana bread z masłem czy owsianka?
Ja: ooo chętnie spróbuję banana bread.
Mąż: ja dziękuję
Na co Molly: Jeśli nie na słodko to może greavy, serwujemy je na ostro z pieprzem, to specjalność zakładu
Mąż: przekonałaś mnie
Czekamy na zamówienie, lokal odwiedzają coraz to nowi „lokalsi”, wnioskuję stąd, że Molly wita ich każdego z osobna po imieniu i bieży ze szklanym czajniczkiem parującej, aromatycznej kawy przy okazji dolewając nam do pełna każdorazowo mijając nasz stolik.
Samą tą kawą już się zapchałam a tu idzie Molly z 2 talerzami a na nich:
Wielki omlet zwinięty w rulon a obok (!!!!) hash Brown ale jaki!!! Monstrualny, wielkości z 25cm x 10cm!!! Nie taki trójkącik jaki jadają Brytole
Wrócę jeszcze z gravy i banana breadem. Robert pod nosem :" ja pier…!"... Idzie Moly niesie cała gore greavy z jakim knedlem pośrodku, w drugiej ręce dzierży słuszna porcje ( jak mawia Makowicz) banana bread z masłem. W miedzy czasie druga kelnerka dolewa nam kawy ( wiadomo darmowa dolewka).
Popatrzyliśmy po sobie i w śmiech, no to dawaj „kto pierwszy?”
Po skonsumowaniu prawie w całości omletu i ziemniaczanego placka typu hash brown myślałam, że eksploduję, dodam tylko, że nie wygrałam w konkurencji : kto pierwszy ani nawet : kto więcej. Żal było zostawiać banana bread, wyglądał smakowicie, faszerowany orzechami ale od czego jest Molly, tylko rzuciła okiem na moją obżartą facjatę a już wiedziała, że więcej nie wcisnę przyniosła więc styropianowy pojemnik i zapakowała ciasto na wynos….ach ta Molly such a good girl.
Jakimś cudem udało nam się samodzielnie wytoczyć z knajpy, tym razem pomoc Molly na szczęście była zbędna ale nie pamiętam kiedy ostatnio się tak naćkałam na śniadanie, te amerykańskie porcje!
Po drodze fundujemy sobie przechadzkę po bottle tree farm aż wreszcie docieramy do Victorville i rzeczonego muzeum.

Image
Image

Wstęp jest bezpłatny a w drzwiach wita nas uroczy Lou, pyta skąd jesteśmy, w która stronę jedziemy ( w stronę Barstow czy San Bernardino) właściwie muzeum to zbiór staroci, książek, zdjęć związanych z mother road nic nadzwyczajnego ale opowieści Lou były tym czymś dla czego warto odwiedzić to miejsce.
Lou to 70 letni emeryt, wolontariusz, znający serie anegdot i opowieści, o każdym z eksponatów jak i miejsc na drodze 66 może opowiadać godzinami.
Zatrzyma się człowiek przy zbiorze artykułów o fermie butelek, bo właśnie pół godziny temu robił sobie tam selfi a Lou juz podjeżdża i pyta:" byliście tam?", "pewnie" odpowiadam, "spotkaliście właściciela", nieee, brama była otwarta a na bramie napis:" welcome, please come in"...żałujcie, to miły gość zna wiele opowieści związanych z droga, właściwie to butelkowe ranczo wymyślił jego kumpel a ten po jego śmierci kontynuuje to dziwactwo u siebie na ranchu, dacie wiarę, facet ma 80 lat i łazi po pustyni piechota do Victorville ( to ok 10 mil!) gdyby ktoś kazał mi przedostać się na druga stronę ulicy wiecie co bym zrobił?? Wsiadłbym w auto i podjechał a on łazi po pustyni!!! Dołącza do nas Robert :" o Amerillo, to ta słynna steak-knajpa?"
Lou zaczyna się śmiać :"próbowałeś?" Nie byliśmy w Amerillo, zresztą wiem, ze nie dałbym rady....nie dałbyś, kiedy byłem młodszy, byłem przekonany, ze dam rade, pamiętam, ze w razie porażki stek miał kosztować 15 $ to była kupa szmalu, myślałem uda się bez problemu, ale nie zdawałem sobie sprawy, ze aby najeść się pysznym kilogramowym stekiem za darmo należy zjeść mięso ale również, warzywa i ziemniaki wielkości melonow w czasie 2h. Rzygałem cały wieczór, rzygałem i płakałem, bo musiałem zapłacić 15$!
Skąd my to znamyyyy: „chopie nic mi nie godej przed chwilą byliśmy u Molly!!!”

Swoją drogą mój małżonek potraktował śniadanie u Molly jak wyzwanie (pewnie coś mu się ubzdurało, ze jak zje całość to żarcie jest w gratisie, ba jeszcze jego fotkę na ścianie powiesza pod transparentem :"our champions"
Wracając do Lou, pokazuje nam automobil z lat 30-stych, pyta:" jak można było kiedyś czymś takim jeździć? Trzy pedały, sprzęgło, hamulec, gaz i manualna skrzynia biegów, dodatkowo zapalało się go kręcąc korba, co było niebezpieczne o tyle, ze puszczając korbę mogła Ci ona połamać palce.
Mowie :"to chyba rower jest lepszy"...,
A propos roweru śmieje się sam do siebie Lou, kiedyś z kumplem postanowiliśmy przejechać odcinki rout 66 na rowerach, ja miałem biały bicykl a kumpel czarny, nawet ubraliśmy się ja na biało a on na czarno dla kontrastu. Gdy przejeżdżaliśmy przez miasteczka w Oklahomie dzieciaki wybiegały na pobocze i patrzyli z szeroko rozdziawionymi buziami i wybałuszonymi oczami.
Któregoś dnia zatrzymaliśmy się a dzieciaki nieśmiało podeszły do nas, nic nie mówili tylko się gapili ( zwłaszcza na mnie), jeden z nich ujął moja dłoń i lustrował dokładnie z każdej strony, od wewnątrz, zewnątrz jeszcze raz od wewnątrz w końcu napluł na wierzch dłoni i zaczął pucować mankietem swojej koszuli... Buehehehehe, prawdopodobnie nigdy nie widzial czarnego człowieka ale był zdziwiony, ze nie na się mnie umyć:)
Pogadaliśmy sobie na temat innych eksponatów i zdjęć znajdujących się w muzeum, po czym przerwała nam pracownica pytając:" Lou co Ci zamówić na lunch?" "Just cheeseburger, please” odparl Lou i zapewnił, ze złapie nas zanim wyjdziemy.
Przed wyjściem pożegnaliśmy się, wbiliśmy szpilkę w Śląsk na mapie świata, wrzuciliśmy 10$ as donation i po jakże milo spędzonym przedpołudniu udaliśmy się w kierunku Vegas.

Image
Image

Po drodze zahaczając jeszcze o outlet w Primm ale szalu nie bylo. Za to szal był kiedy mięliśmy wypakować wszystko z auta i spakować do walizy i 2 plecaków.
Zajęło nam to 2,5h, w miedzy czasie zaliczyłam atak paniki...nie damy rady, nie pomieścimy się. Znacie to uczucie kiedy nie wiecie w co ręce włożyć, od czego zacząć?
Ale po wywaleniu paru rzeczy udało się: great succes!!!

18.10.2016

Rano zdanie auta, przeszło bezproblemowo, jakby nie to, ze Robert przejechał zjazd do Alamo, juz na parkingu . Bojąc się, że będzie musiał objeżdżać wszystko dookoła, postanowił cofnąć (na jednokierunkowej... argumentacja:" oni przecież widza, ze cofam") no i kiedy w końcu udało się dojechać do punktu oddawania bryczek, pani odbierając przywitała nas: "good morning ser, widziałam, cos pan tam wywijał tym Mustangiem pod prąd, szczęście, ze nie rozwaliłeś auta na ostatniej prostej, buehehehe!"
Alamo polecamy i chwalimy za jakość, szybkość, obsługę, profesjonalizm.
Zdanie auta polega na zeskanowaniu kodu paskowego z przedniej szyby i tyle. Licznika nie sprawdzali, bo nie było limitu kilometrów, poziomu paliwa też nie, bo wybraliśmy opcję „oddajesz z „prawie-pustym” bakiem „nawet nikt nie looknął czy nie obity, nie poobdzierany bo przecież full ubezpieczenie. Fajnie. Aczkolwiek serce płacze kiedy nadszedł time to say goodbay i trzeba było oddać kluczyki, zżyliśmy się, polubiliśmy, to był dobry koń…będzie nam go brakować.

Tymczasem pora rozpocząć drugą część naszej amerykańskiej przygody, Pt: ”city break’i”, zwijamy manele i shuttle bus zawozi nas na lotnisko, lot relacji Las Vegas – San Francisco liniami SouthWest Airlines przebiegł bezproblemowo, ba prócz gratisowego bagażu głównego serwują też darmowe napoje (wow).

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#3 PostWysłany: 05 Wrz 2017 00:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2017
Posty: 9
Loty: 34
Kilometry: 95 897
Krajów: 17 / 7.9%
18.10.2016

Po wylądowaniu w Fisco plan był taki aby zadekować się z walizą i plecakami w hotelu, odświeżyć, rypnąć browar – tu good news, mój driver wreszcie przestał być pełnoetatowym driverem a co za tym idzie = Arizona z wódką, piwko i kalifornijskie winko – w końcu wreszcie jesteśmy w Kalifornii, nie Newadzie, Utah czy Arizonie, w KALIFORNI!! Dotarliśmy…oby nie spotkało nas rozczarowanie jak rodzinę Joad’ów.

Image

Image

Jeszcze tego samego dnia wieczorkiem planujemy spacer po pobliskim Chinatown i kolację w chińskiej restauracji z gwiazdką Michalin (!) a co tam po 2 tygodniach zupy Campbell’s coś nam się od życia należy.
W centrum pierwsze zderzenie z kalifornijską rzeczywistością „ilu tu bezdomnych!” ale nie takich zwyczajnych, biednych, brudnych, żebrzących bezdomnych. Bezdomni z Fisco są specyficzni zazwyczaj są lekko, bardziej lub bardzo-bardzo ześwirowani, wydzierają się, klną, szepczą coś do siebie, awanturują się w autobusach, zawsze taszczą ze sobą torby pełne pustych butelek a pierwszy jakiego spotkałam (mówię w liczbie pojedynczej, bo małżowina był w tym czasie w pobliskiej aptece celem zakupu kanapek. Tak w aptece sprzedają kanapki, alkohol, chipsy i wiele, wiele innych artykułów pierwszej potrzeby) a było to na przystanku autobusowym, biegał wte i wewte szepcząc coś pod nosem i wymachiwał kastetem. Przyznam po 2 tygodniach w dziczy trochę wydygałam ale po dwóch dniach w Fisco, nie dziwił mnie już nawet świr oddający fekalia przy głównej ulicy Market Street.
Hotel w bezpośrednim pobliżu głównej arterii komunikacyjnej Van Ness całkiem spoko (jak na warunki Fisco), w piwnicy budynku znajdowało się studio nagraniowe i do 23:00 kalifornijskie przyszłe gwiazdy próbowały tam swoich sił, drąc się, targając struny i waląc w bębny z całych sił. Kłaść się spać przed 23-cią nie zamierzaliśmy więc looos, codzienny koncert za free. Tydzień wcześniej budził nas skowronek a usypiał szum strumyka a tu big city live, kołysze nas do snu hard rock ze studia nagraniowego a budzą dzwięki syren policyjnych.
W każdym bądź razie po zameldowaniu zgodnie z planem ciśniemy do rozświetlonego lampionami China Twon, tu ciekawostka Chińczycy z China Town, mimo iż prowadzą tam bussinesy, handlują, sprzedają, gotują, obsługują nie znają ni w ząb języka angielskiego(!!!)
Przyznam, że się zdziwiłam, żeby tak nic a nic, wcale ani nie mówić ani nie rozumieć?
Chcieliśmy kupić latawiec ale nie znaliśmy chińskiego więc się nie dogadaliśmy, potem co prawda znaleźliśmy sklep z latawcami ale były pioruńsko drogie więc sobie odpuściliśmy (i dobrze, bo tak czy siak nie było czasu na tego typu zabawy-przez przygodę z rowerem wrr!).
Znaleźliśmy w końcu knajpę od gwiazdek Michalin, komitet kolejkowy przed wejściem, zapisywanie się na listę (Ci co na liście zaznaczyli, że mogą dzielić stolik 8-osobowy mają wielkie szanse być wywołanymi niebawem), po pół godzinki wywołuja 8 osób w tym nas (yes, yes, yes!), wybieramy kurczaka sezamowego – ponoć specjalność zakładu, ale czy ja wiemmmmm, dobry ale szału nie ma. Opuszczamy lokal a przed wejściem dzikie tłumy, po czym tuż za winklem mijamy jeszcze większe dzikie tłumy…patrzę o to ten szyld, to tu jest ta knajpa z gwiazdką Michalin, to tu jadł Obama! Mąż: „To co to było, tam gdzie jedliśmy kurczaka?!”…yyyy nie wiem, ale też musi być jakaś znana, bo była kolejka.
Tego dnia już tylko zajść do apteki na rogu celem nabycia wina z serii Oak Leaf i relax, a w TV debata prezydencka Trump vs Hilary.

Image

19.10.2017
Dziś z rana mamy ustawiony rejs do Alcatraz a potem rajd po mieście. Z rana kupujemy jednorazowy bilet u kierowcy za 2,25$ na którym podróżujemy cały, boży dzień.
W porcie zjadamy pyszne śniadanie w postaci: jajek, kiełbasek i naleśników (z jabłkiem i cynamonem oraz jagodami), nauczeni doświadczeniem (patrz- śniadanie u Molly) nie zamawiamy żadnych extra dodatków, jeno kawa i zestaw podstawowy.
Chwilę później widzimy już skrzącą się taflę wody zatoki SF i słynne The Rock, więzienie Alcatraz od brzegu dzieli jedynie 900 metrów ale obserwując wzburzone wody zatoki jakoś licho widzę losy uciekinierów. Choć wyczytałam ostatnio w necie o imprezie Pt:” Coroczna Ucieczka z Alcatraz” odbywającej się na początku czerwca. Składa się z 1,5 mili (2,4 km) pływania ze startem w więzieniu Alcatraz, biegu 0,5 mili od zatoki do strefy przejściowej w Marina Green (jako rozgrzewka), następnie 18 mil (29 km) jazdy na rowerze, oraz bieg na dystansie 8 mil (12,8 km) przez Golden Gate National Recreation Area. Triathlon przyciąga mistrzów świata, medalistów olimpijskich i najlepszych amatorów z 50 krajów, najniższe wpisowe wynosi 750$ a chętnych nie brakuje.
Wow-szacun. Czyli jednak da się przemierzyć wpław zatokę San Francisco (!!!)

Image

Image

Image

Więzienie jak więzienie (Meksyk jak Meksyk-ciepło było), przy wejściu dostaje się audio-przewodnik z słuchaweczkami, mnóstwo ciekawych opowieści byłych więźniów, cele, jadalnia (swoją drogą mieli niezłe menu, steki, rybki, owoce, warzywa i porcje słuszne - coś jak u Molly), widoki z wyspy na wzgórza Fisco Bay bezcenne.

Image

Po powrocie na stały ląd korzystając z porannych biletów udaliśmy się zabytkowym tramwajem do tęczowej dzielnicy Castro.

Image

Image

Tęczowo, słonecznie, wiktoriańska zabudowa, spacer Mission street, kolorowy women’s building, słynne graffity na Clarion Alley, wszystko to w atmosferze wzajemnego szacunku i tolerancji, my bezgranicznie szanujemy wszelkie mniejszości sexualne (dla nie zorientowanych Castro street to dzielnica gejowska) a mniejszości sexualne tolerują nasze spożywanie alkoholu miękkiego w postaci margarity/piwa z papierowej torebki na ulicy.

Image

Image

Żeby było tematycznie i w atmosferze wolności, wzajemnej tolerancji i miłości udajemy się busem na High-Ashburry. Na przystanku podbija do nas pani w lenonkach, wygląda na taka, która w 69-tym mogła biegać topless po hippi hill w Golden Gate Park i pyta dokąd chcemy jechać. Stojąc na przystanku autobusowym z mapą, zastanawiając się jak dostać się z punktu A do punktu B z 98% prawdopodobieństwem jakiś lokals podbije celem zaoferowania swojej pomocy. „Gdzie chcecie się dostać?” High-Asburry, to tym busem co ja powiem Wam kiedy wysiąść, super dzięki. Pani hippiska, taszczy ze sobą 2 ogromne torby z pustymi butelkami ale nie jest typową bezdomna, jest czysta, uczesana, nie robi hałasu wokół siebie i wygląda na to, że nie jest obłąkana.
Pisząc, słysząc, widząc (na fotkach) High-Ashburry mimowolnie zaczynam nucić piosenkę Scotta McKenziego
„If you're going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair
If you're going to San Francisco
You're gonna meet some gentle people there”

I przypomina mi się śmieszna historia związana z tym utworem, jakiś czas temu czytałam biografię Ozziego Osbourna, który przytacza historię, kiedy to upadla się w pubie w rodzinnym Aston (UK), jest rok 1967-68, w radio gra :”if You’re going to San Frannnciisco…” w momencie wywiązuje się mordobicie, w środku całej akcji ląduje oczywiście Ozzy, dostaje w ryja, szamotanina, wytaczają się na chodnik przed knajpą…z knajpy wciąż dobiega …”All acsosse the nation such a strange vibration….people In motion…” a on dostaje manto, coraz to nowe ciosy, nagle gość bierze go za fraki i oboje wtaczają się wprost w witrynę sklepową, rozbijając szybę, głos Scota McKenziego zastępuje wycie syren pogotowia i policji. Kiedy wracałem z pogotowia z założonymi 12-sta szwami na głowie i twarzy myślałem sobie:” co mnie obchodzi jakieś High-Ashburry, i wrażliwi ludzie z kwiatami we włosach, nawet nie wiemy gdzie jest te cholerne High-Ashburry, opowiada Ozzy. Bardzo mnie ta opowieść rozśmieszyła, każdy ma jakieś wspomnienia związane z jakimiś charakterystycznymi utworami. Pamiętam np. że gdy jechaliśmy na wczasy do Mielna trabantem całą drogę w radiu grało italiano disco, na pamięć znam Felicyta i Ma-ma-mamamarija ma i Lasciate Mi Cantare a miałam wtedy jeno 3 lata, kiedy zapoznałam się z moim małzonkiem w radio królował utwór:”otwieram wino ze swoją dziewczyną” a gdy byłyśmy z koleżanką nad może w Darłówku na każdym rogu grali Ich Troje, pamiętam, że powiedziałam:”jeszcze raz usłyszę ten kiczowaty utwór a zamorduję, rzuce się do gardła, rozwalę odbiornik nadającym ten shit”…..a tu nagle mija nas kolonia, dzieciaki w wieku 7-8lat idą w parach, trzymając się za ręce i śpiewają:” Sępie miłości, nie kochasz. Ja,jestem panią mych snów. Moich marzeń i lęków…”

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracając do Fisco, to po piwku w knajpie w dzielnicy dzieci kwiatów, urządziliśmy sobie spacer do Alamo squere do słynnych painted ladies. To niestety największe rozczarowanie SF, 5 a może 6 sztuk willi w stylu wiktoriańskim wcale nie szałowych i rewelacyjnych, toć po drodze mijaliśmy setki innych, piękniejszych, wypaśniejszych. Nie rozumiem czemu właśnie te są tak popularne i znajdują się na wszystkich pocztówkach, może dlatego, że pojawiły się w czołówce serialu „Pełna Chata”.
W każdym bądź razie w drodze powrotnej do domu postanowiliśmy nie przeciągać już struny z tym jednorazowym biletem autobusowym i przespacerować się do hotelu po drodze zahaczając o Ninja Market w Japan Town. Czegóż tam nie mieli….poczułam się jak w Tokio czy Kioto, nabyliśmy drogą kupna: 2 zestawy bento-sushi, wino śliwkowe umeshu – boschhheee jaka to jest ambrosia oraz ciastka z nadzieniem ze słodkiej fasoli. Małżonek nawet porozumiał się ze sprzedającymi tam samurajami (o dziwo, mówią biegle po angielsku-szok!) niestety jednak nie udało się kupić Suntory Whisky.
A i dobrze, bo trzeba oszczędzać siły, jutro czeka nas rowerowa wycieczka do Sausalito.

Image

20.10.2016
Dziś plan jest ambitny: naprzeciwko Ameba Music wypożyczamy rower, ciśniemy przez cały Golden Gate Park, potem wzdłuż plaży, przez most Golden Gate do Sausalito a z powrotem promem do Fisherman’s Harf i tam oddajemy rower.
Z racji, że nie mieliśmy ściśle wyznaczonej godziny odbioru rowerów to w wypożyczalni pojawiliśmy się dopiero coś przed 11:00, pan wypożyczający dał nam mapę objaśnił trasę, gdzie na rowerze można a gdzie nie można, dał kaski, łańcuch do zapinania rowerów oraz poinstruował gdzie należy dzwonić w przypadku jakiegoś problemu z rowerem, gdybyście złapali kapcia, zadzwońcie pod ten numer i ktoś dostarczy Wam nowy/sprawny rower, sprzedał też niezłego tipa, że The Young Museum jest darmowy obserwation deck, z którego roztacza się wspaniały widok na park, ba nawet most widać.

Image

No to w drogę, przejechaliśmy się jeszcze po okolicy w poszukiwaniu lokalu serwującego śniadania ale nie znaleźliwszy żadnego ruszyliśmy w drogę. Park jest super, coś jak Central Park w NYC, chyba nawet większy, mają kilka stawów z kaczkami, łódkami, łabędziami, ogród japoński, ba nawet padok z bizonami. Widok z tarasu widokowego rzeczywiście wspaniały, potem śniadanie w postaci hod-doga, kawy i muffinka i jesteśmy nad Pacyfikiem….plaża. Mieliśmy nawet początkowo plan aby odpocząć nad oceanem ale postanowiliśmy jechać dalej a zatrzymać się na Baker Beach…ale jak się okazuje nie było nam dane. :/

Image

Wkrótce przekonaliśmy się, że długi na prawie 5 km park to była fraszka- igraszka bo było w miarę płasko, dopiero za parkiem przypomniało się nam co pisali w przewodniku Lonley Planet „…S.Francisco miasto połorzone na 42 wzgórzach”, niektóre z tych wzgórz było strome jak jasna cholera, takie strome, że trzeba było pchać rower, wreszcie jazda pod górkę stałą się tak uciążliwa dla mojego umęczonego męża, iż stwierdził, że jeśli nie zaspokoi pragnienia zimnym piwem to dalej nie jedzie, toteż zjechał z drogi, wlazł do sklepu, piwo sprzedawali jedynie w 6-cio packach, więc zadowolił się red bullem i odjechaliśmy w dalszą drogę….yyyy znaczy się on odjechał bo ja zjeżdżając z drogi złapałam gumę (!!!!!!) KURNA co za pech!!! Oczywiście wiadomo kto został obarczony wina za to całe nieszczęście, nie mógł się napić wody z plecaka….musiał piwo, red bulla!!!???
No to fajnie, teraz dzwoń na stacjonarny i wyjaśniaj gdzie jesteśmy, zeżre pewnie cały kredyt z karty.
Podbiliśmy na pobliską stację paliw gdzie przemiły pan sprzedawca pozwolił nam skorzystać z jego telefonu stacjonarnego. A tu niespodzianka, nikt nie dostarczy nam nowego roweru jak było wspomniane rano, na mapie, którą dostaliśmy mamy zaznaczone serwisy rowerowe, mamy się udać do najbliższego oddać rower, zapłacić i zabrać rachunek…..no szlag mnie trefi…czas ucieka, Sausalito diabli wzięli, cholera wie ile to zajmie, czy w ogóle uda nam się przejechać przez most??!!
Nie nie nie! Idę wkurwiona na maxa, pcham ten bezwartościowy szmelc, gdzie ten serwis…na Balboa street, pytamy ludzi, nikt nie wie gdzie to jest, wreszcie, ktoś nam mówi w złą stronę idziecie, a idziemy sobie z 20 minut z góreczki „co??” czyli mamy teraz drałować z powrotem pod tą górę??!!
Moje wkurwienie narasta, Robert jeździ na rowerze (jego jest na chodzie!!!) to tu to tam, ja pcham rower i już mi wszystko jedno. Wreszcie patrzę jakieś opony rowerowe w witrynie JEST!!! Zero szyldu, czegokolwiek, mój współtowarzysz niedoli objeżdża okolicę w poszukiwaniu tegoż mechanika rowerowego, ja wtaczam tego przeklętego grata do środka, mówię tylko „fluat tire”, gościu jest tez oszczędny w słowach „20 minutes”, ja: OK.
Wyłażę przed lokal :”gdzie ten zaś pojechał?!”….a jest, pojawia się na horyzoncie. W między czasie szybki lunch w pobliskiej chińskiej restauracji, tu jak zwykle kelnerki zero angielskiego, Robert chce chicken satay, ale Pani kiwa głową, że nie…ale co, że nie ma, że ostry, że nie dobry?...dobra nie dogadamy się zamów coś innego. Co ciekawe była okazja napić się piwa do obiadu, ale mojemu mężowi już się odechciało piwa (!!!)
Odbieramy rower płacimy 2 dychy ale Pan rowerowy, na swojej starodawnej drukarce nie jest w stanie wydrukować rachunku/faktury, jeśli nie przywieziemy rachunku, kto nam uwierzy?! Nie oddadzą chajsu….panie drukuj Pan, bo się ćmi a do Golden Gate daleko, o Sausalito nie wspomnę!
Po 10 minutach zaskoczyło, jest rachunek! Biegiem na przystanek autobusowy, bus to nasza ostatnia deska ratunku, każdy autobus ma przed maską taki wieszak na rowery, tylko jak je w prawidłowy sposób tam umieścić? Robert:” spoko to kierowca sam je wiesza i zdejmuje”….otóż nie kierowca poirytowany daje znać żebyśmy sami sobie radzili, dodatkowo przewraca oczyma, że robimy to nieudolnie. Wreszcie drze się, że to ostatni przystanek, wysiadać! No dobra, to wysiadamy, ściągamy rowery i deptamy, przed nami jeszcze kilka niezłych serpentyn, oczywiście pod górkę, kiedy to w oddali ukazuje się słynny, czerwony most.

Image

Image

Ciśniemy ciśniemy, zachód słońca, do mostu jakies 2-3 km, sam most ma długość prawie 3km, w tą i nazad to już dyszka a gdzie tam do Fisherman’s Harf (właśnie sprawdziłam z ciekawości to dodatkowe 4mile). Słońce się chyli ku zachodowi, wypożyczalnie zamykają o 19:00 a właściwie to nie wiemy jak dokładnie tam dojechać na rowerze.
Kiedy przejechaliśmy most w obie strony, z krótkimi przerwami na sesję zdjęciową robiło się już ciemno, nasze bicykle nie miały oczywiście lamp, więc starając się omijać ludzi (bo wracaliśmy jakimś deptakiem) po ciemnościach pedałowaliśmy ile sił w nogach, wreszcie już na finiszu, bo z mapy wynikało, że jesteśmy blisko, pytam ludzi jak dostać się na tą zafajdaną Jefferson street, gość otwierający sobie bramę do jakiegoś apartamentowca zrobił minę jakby pierwszy raz słyszał nazwę takiej ulicy, wtedy dopadł mnie atak paniki…..”jak to nie ma tu takiej ulicy mamy kurwa jego mać, jest za 5 minut 19:00, dobra ciul, nie zdarzyliśmy, będziemy tarabanić się z tymi rowerami do hotelu i wnosić je po schodach na 3-cie piętro!!!!” Współtowarzysz niedoli, spocony, dyszy: „dawaj, to musi być nie daleko!”, drzemy kolejnym deptakiem pełnym ludzi, dzwonimy dzwonkami, z drogi śledzie, to nasza Jefferson St. Ale gdzie jest numer 425??? Nie ma oznaczeń, pytamy jakiegoś kolesia z przydrożnego straganu….gdzie tam nie ma pojęcia. Szybki look na zegarek 19:01….wreszcie „Robert, stój, zatrzymaj się…jest!....ba nawet jeszcze otwarte! Udało się…..
„I want to ride my bicycle bicycle bicycle
I want to ride my bike…..
We are the champions - my friend
And we'll keep on fighting till the end “
W momencie kiedy uwolnilismy się od tych przeklętych rowerów I wygraliśmy walkę z czasem I ja nabrałam ochoty na piwwwwooooo, akurat tak się złożyło, że na rogu była apteka, Robert nie dał się długo namawiać.
Wieczorny spacer po molo na Pier 39, potem jeszcze jedno piwo i jeszcze jedno a potem poczuliśmy aromat wypiekanego chleba a oczom naszym ukazała się piekarnia serwująca słynny clam chowder (krem z kalmarów) w chlebie, no to jak tu nie wstąpić. Potem jeszcze Margarita, żeby się już ostatecznie odstresować po tej gonitwie z rowerami i busem do hotelu (oczywiście na starym bilecie)

Image

21.10.2017
Na ten dzień zmyślnie nie zaplanowaliśmy nic konkretnego, licząc się z tym, że możemy mieć zakwasy, na szczęście dramatu nie było.
Z rana na nowym bilecie (!) udaliśmy się pod San Francisco City Hall, potem zakupy na Market streecie, małżowina się skusił na Conversy (na moje pogróżki „nie spakujemy się zobaczysz”, obiecał, że na podróż założy nowe buty a wyrzuci stare do śmieci, bo i tak już dziady schodzone….ale pomysłowe), słynny tramwaj, Lombard street, Nob Hill, Russian Hill, kolejny raz pojechaliśmy do portu, taka szwęndanina i pożegnanie z Fisco przed wyjazdem do do L.A.

Image

Image

Image

Image

Image

22.10.2017
Rano z Van Ness Av. mieliśmy bezpośredni autobus w miejsce skąd odjeżdża Mega-bus do L.A.
Miły Amerykanin zapoznany w busie prowadzi nas w miejsce gdzie owy bus ma nadjechać, nie ma tam praktycznie żadnego oznakowania, o tym, że jesteśmy w dobrym miejscu może świadczyć jedna baba z wielką walizą stojąca na chodniku. A, że mamy sporo czasu to śniadanie w Subwayu, przed nami długa 7-godzinna podróż. Bus był wypełniony po brzegi, mając rezerwację miejsc mieliśmy pewność, że będziemy siedzieć razem i grzać się przytulając do siebie, bo jak włączyli klimę, to zwątpiliśmy czy do L.A nie dojedziemy sztywni. Nie było opcji jakiejkolwiek regulacji, ludzie obok jakby będąc przygotowani mieli bluzy, kurtki, koce….a my co najwyżej jakaś cieńka koszula – choć dobre i to.
W połowie drogi była przerwa, jak wylęgliśmy z busa na słońce to chciałam całować rozgrzany asfalt, od razu zamówiliśmy gorącej kawki i tak grzaliśmy skostniałe palce ale w końcu padło hasło odjazd i trzeba było wrócić do tej lodówki.
A na zewnątrz upał, kalifornijskie słońce pali…w dosłownym tego słowa znaczeniu, co rusz mijamy zastępy strażackie gaszące pożary traw na poboczach. Na przedmieściach L.A oczywiście wpadamy w monstrualny korek co opóźnia nasze dotarcie do celu i przedłuża czas spędzony w chłodni ;/
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#4 PostWysłany: 05 Wrz 2017 00:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2017
Posty: 9
Loty: 34
Kilometry: 95 897
Krajów: 17 / 7.9%
Kiedy wreszcie docieramy do Downtown, dokujemy się w hotelu Stay on Main (niegdyś Cecil), ten kto blokował hotel znał też całą jego mroczną historię, ja nie (!) kiedy już po powrocie na fly4free przeczytałam relację z podróży Karpik „Od A do Z. Kalifornia i Nevada” minę miałam nietęgą. Zainteresowanych mroczną stroną hotelu odsyłam pod literkę S jak Stay on Main :

https://www.fly4free.pl/forum/od-a-do-z ... ,210,90509

Jako, że jesteśmy wielbicielami musicali, tego samego dnia o północy mielismy zarezerwowane bilety na przedstawienie „The Rocky Horror Picture Show” w NuArt Theatre (przedstawienie to grywają jedynie w soboty), nie pamiętam już gdzie wyczytałam o tym midnight show (pewnie u Warakomskiej). W każdym bądź razie po kilkugodzinnym odpoczynku po kilkugodzinnej podróży lodówką zwaną Mega Bus poszliśmy na pizze, skąd zaprał nas Uber pod sam teatr, dyskutując po drodze czy wybieramy się na film czy przedstawienie, Robert twierdził, że zamawiając bilety za 10$ nie można się spodziewać wielkiej sceny, dodatkowo była podana informacja na temat obsady i wymieniali Susan Sarandon, gdzie Ci za 10$ w podrzędnym teatrze będzie występowała gwiazda hollywoodzka???!!! ja byłam przekonana, że skoro teatr i musical to musi być „normalne” przedstawienie, a gwiazda hollywoodzka w L.A to nic dziwnego.
Już wkrótce przekonaliśmy się, że oboje mieliśmy rację, było to najbardziej „nie-normalne” przedstawianie z projekcją filmu w tle jaką do tej pory widzieliśmy.
Dodatkowo jako jedni z nielicznych wyglądaliśmy nienormalnie, bo byliśmy zwyczajnie ubrani, ba nawet staraliśmy się wyglądać elegancko, ja założyłam granatową bluzkę z koronką, małżonek popielatą koszulę z długim rękawem (pewnie bał się, że w teatrze będzie Klima) a przed teatrem tłum pań w gorsetach z pejczami, panowie w pończochach na szpilach, peruki, pasy do pończoch, full make-up, lateksowe botki.
Mąż „ja pier….Tu chyba dziś jest impreza swingersów”
Ja: „nie coś mi świta, gdzieś czytałam, że tak dla jaj publiczność przebiera się za Rockiego z przedstawiania”
Nagle wychodzi wodzirej i się drze :”przedstawienie rozpocznie się za 15 minut!!!!”
Tłum:” łaaaaaaaaaaa!!!”
My:”o zobacz naprzeciwko jest monopolowy, choć przejdziemy się, Pan mówi, że jeszcze kwadrans, i tak tu nie pasujemy”
Zajmujemy ławkę po drugiej stronie ulicy i popijając wino z mini-buteleczek obserwujemy to zjawisko społeczne – jestem zafascynowana!
Wodzirej co chwila odlicza minuty do otwarcia bramek, tłum szaleje, gromadzi się coraz co więcej półnagich pań i panów, mamy wrażenie, że wszyscy się znają.
Wreszcie nadszedł ten moment, ku ogólnej uciesze zgromadzonych wodzirej otwiera drzwi, no to dawaj synek wmieszajmy się w tłum.
Obok nas siada młoda, skośnooka para, widać, że też jest im głupio, że się ubrali jak frajerzy, to jest ona spódnica i elegancka bluzka, on spodnie i koszula.
Przed nami zasiana bardzo młoda grupa przyjaciół, pewnie lokalsi, dziewczęta w samych stanikach, panowie bez koszulek, po sali krążą współ-wodzireje, jeden przebrany za Cezara, inny strzela z bata
….o co tu ku….a chodzi?
Młodzież przed nami zwraca się do wodzireja z pejczem: ”ej stary możesz mi walnąć tym batem w dupę?” pyta młodzian przed nami „nie ma sprawy” „łup!!!!” pisk dziewcząt, brawa, sala szaleje.
Mam wrażenie, że mi się to śni , ale jaja.
Wreszcie ze sceny przemawia do nas jeden ze współwodzirejów, wita się, dziękuje za przybycie i pyta czy jest na sali ktoś kto dzisiaj jest po raz pierwszy na The Rocky Horror Show???
Zgłosiło się kilka osób w tym nasi sąsiedzi azjatyckiego pochodzenia. Zapraszam zatem na scenę, musimy Was poznać. Dobrze czułam, żeby się nie zgłaszać!!!
Zaraz po tym pada pytanie czy jest na sali ktoś kto ma dzisiaj urodziny, kolejnych kilka osób lądujue na scenie, solenizanci przedstawiają się, oświadczają ile lat dzisiaj kończą…”My name is Melanie, i’am 30 years old”…komentarz z sali :”30!!!!! No fucking way baby!!!!”, homoseksualista z grupy szalonej młodzieży przed nami kończy dziś 19 lat, przyjaciele mu kibicują. Bo jak się okazuje oprócz odśpiewania Happy Birthday Fuck You (autentyczny teks śpiewany przez publiczność) dla solenizantów przewidziany jest konkurs z nagrodami (darmowe wejściówki na kolejny The Rocky Horror Show)!

Image

A na czym polegał konkurs, już śpieszę wyjaśnić, że było to coś a la nasze konkursy weselne, a polegało na tym, że wodzirej wymyśla zadanie dla wszystkich stojących na scenie a kto pierwszy owo zadanie wykona przechodzi dalej.
Pierwszym zadaniem było:
Zdobądź kobiece majtki, zanim kolega podbiegł do rzędu przed nami, jego koleżanka już łopotała koronkowymi stringami….Wygrał!!!...To już ten etap gdzie i my zaczęliśmy kibicować.
Kolejne zadanie: zdobądź receptę na medyczną marihuanę. Dwie sekundy, co druga osoba wyciągnęła z kieszeni lub torebki. Na sali las recept.
Zadanie nr3. przynieś bilet na dzisiejsze przedstawienie, tu panika, nikt nie ma, wszyscy wyrzucili, hehe. Co tam ściągnąć majty, ale bilet człowieku, spadaj nie dam Ci biletu trzymam na pamiątkę.
Wreszcie jakaś zawodniczka zdobywa bilet.
Mamy 3 finalistów a zadaniem rozstrzygającym konkurs jest: daj sobie zrobić jak największą malinkę, w 2 minuty. Rajd do pierwszych rzędów „dawaj, rób mi maline na karku szybko, ale mocno!”
Powrót na scenę i rozstrzygnięcie konkursu, ta oto młoda panna ma najsoczystszą, największą malinkę spośród 3 par, owacje na stojąco, publika szaleje.
W taki właśnie sposób świętowaliśmy urodziny kilku osób w Los Angeles w teatrze(!!!)
Potem zabłysnął ekran znajdujący się na scenie a jednocześnie tuż obok aktorzy odgrywali sceny z The Rocky…nie muszę dodawać, że publika przez całe przedstawienie komentuje, dopowiada, śpiewa i tańczy. Czytając o tym fenomenie w necie natknęłam się nawet na coś na kształt scenariusza dla publiczności ( https://www.slideshare.net/ChrysCynthia ... cture-show ) kiedy wstawać, kiedy tańczyć, każdorazowo kiedy Janet zwraca się do Brada …”Brad…” publiczność krzyczy „Asshole” , zaś na Janet „Slut”.
Przedstawianie zakończyło się po 3:00, nie mieliśmy ze sobą kamerki (bo po co do teatru), a zdjęć z komórki jakoś nie miałam odwagi trzaskać, facetom w pończochach….nieee.
Toteż obrazy z tego wieczoru pozostaną tylko w naszych wspomnieniach, a jest co wspominać, dla tego show warto było pojechać do L.A. Nie licząc Santa Monica Beach nic w L.A mi się nie podobało ale tłuc się 7h w lodówce dla plaży nieeeeeee….może i to po niej biegała Pamela ze słonecznego patrolu, może to i na niej spotkali się Ray Manzarek z Jim Morrisonem i w tym miejscu powstało The Doors ale najlepszym wspomnieniem z L.A, które na zawsze zostanie w mojej pamięci to przedstawienie The Rocky Horror Picture Show ze współudziałem publiczności.

23.10.2016
Tego dnia plan był luźny połazić, zjeść coś w tajskiej dzielnicy, zjedliśmy pad thaia – bez szału, ale za to tajska iced tea – mmmhhhh pycha.

Image

Image

Image

Walk of fame, Kodak theatre (znowu teatr aż się boję), kiedy tylko zaczęły przytłaczać nas tłymy turystów, magnesików, pocztówek, tandety jak na deptaku we Władysławowie postanowiliśmy udać się busem do Whiskey a gogo (słynny klub muzyczny, gdzie grywali wszyscy wielcy), tak szybko pitaliśmy, że nawet zapomniałam, że z któregoś tam skrzyżowania można cyknąć z zooma napis Hollywood. Wsiedliśmy więc w busa, bo mieliśmy całodniowe przejazdówki Tap, a propos tu kolejny powód za który lubię L.A… to szalone miasto, ewidentnie



O ile doładowanie karty Tap jest proste jak widać na załączonym wyżej obrazku, to samo poruszanie się busami i zorientowanie gdzie ma się wysiąść już nie bardzo, przystanki są co przecznicę jednak kierowca nie wszędzie się zatrzymuje o ile nie pociągnie się sznurka (co oznacza przystanek na żądanie) więc do klubu muzycznego się nam dostać nie udało, za to przesiadliśmy się w metro i pojechaliśmy na rzeczoną Santa Monica Beach, już sama nazwa wskazywała na to, że będzie pięknie.

Image

Image

Image

Faktycznie jest klimat, na molo robi się od wszelakiej maści artystów, malarzy, muzyków, nie dało się przejść obojętnie obok np. sobowtóra Raya Charlesa, który śpiewał piosenki Raya (niestety na żywo, a przecież mógł z playbacku!!!), facet fałszował niemiłosiernie, ale był tak podobny i tak się dobrze bawił, że uznałam to za kolejny fenomen L.A aż postanowiliśmy mu wrzucić dolara, gość się ucieszył, dał nam swoją płytę CD (sic!), mamy wspólną fotkę, zdjęcie z Rayem Charlesem wow, kto tam wie, że fałszował.
No podsumowywując całe te L.A nie jest takie złe jak mawiają!

Image

Wróciliśmy naziemnym metrem, które jest niby nową Expo-line a kolebocze się jak stary tramwaj do Chebzie Pętla przez 50minut. Ulokowaliśmy się wyrku w hotelu gdzie miały miejsce liczne morderstwa, zabójstwa, samobójstwa i trupy w zbiornikach na wodę o czym na szczęście nie wiedziałam. Wypiliśmy 2 winka zakupione w pobliskiej aptece, a że była promocja na wina 1,50 litra, to wzieliśmy 1-dno takie jedno zwykłe 0,75…..i rano to się dało odczuć.uuuuuuuu.

24.10.2015
Rano kac okrutny a tu pakować manele trzeba i na autobus, całe szczęście autobus spod hotelu.
Sniadanie w pobliskiej meksykańskiej budzie, yummmy tortilla.
A potem w podobnym klimacie z samymi „Meksykańcami do Vegas. Nauczeni doświadczeniem, bluzy, kurtki wszystko na podorędziu a tu niespodzianka klimka nie działała prawie wcale .
5,5h drogi i jesteśmy w Vegas (już 3-ci !!! raz)
Tym razem meldujemy się w Circus Cirrus, 22-gie piętro z widokiem na Sratosphere, standard spoko, po Fisco i L.A czuję się jak w Hiltonie.

Image

Wieczorny spacer po rozświetlonym Vegas, doszliśmy z buta aż do Venetian. Jutro reszta.

Image

25.10.2015

Dzisiejsze „wydostanie się” z hotelu zajęło nam prawie 25 minut. Jutro będą jaja z zamówieniem Ubera, tylko w pokojach hotelowych jest wi-fi na dole w casino już nie, więc jak zamówimy z pokoju to nawet gdybym ja trzymała winde a Robert biegł to przejście przez pasaż handlowy, potem całe casino, minimum 15 minut….gość nie będzie tyle czekał, trzeba będzie coś pokombinować.
Ale tym będziemy się martwić jutro.

Image

Dzisiaj ciśniemy na Fremont Street do słynnej Hart Attac Grill, przy wejściu pielęgniareczki zakładają nam szpitalne kitle….małzonek gdzieś wynalazł ten lokal, ja się czuję jak na przedwczorajszym przedstawieniu, co to za przebieranki?
W trakcie studiowania menu jakiś gościu dostaje manto od pielęgniareczki w kusym stroju drewnianą łopatką. Pytająco patrzę na Roberta. Hmmmm? Bo nie dojadł porcji do końca. Co?!
Wobec tego asekuracyjnie zamawiam single bypass Burger (rezygnując z dodatkowych plastrów bekonu), małżowina mówi, że nie jest frajerem i bierze dubble bypasa + frytki, no hardcorowy koksu normalnie, jakby nie było jesteśmy w Vegas, ja mam na imię Monika a on Robert….no jak Burneikowie.
Na szczęście obojgu udaje nam się dojeść co do ostatniego kęsa.
Remont Street za dnia nie robi najmniejszego wrażenia (jak i całe Vegas), szkoda, że nie uda nam się tu już wrócić po zmroku.
W między czasie podziwiamy pokaz fontann przy Bellagio, łazimy po Stripie, tymczasem pora wracać do hotelu celem odświeżenia się i odsapnięcia bo na 20:00 idziemy do MGM na przedstawienie „k” -Cirrus de Solei (to mi śmierdzi teatrem, co by tu ubrać jak na złość nie zabrałam pasa do pończoch i lateksowych kozaków). Jakież było nasze zdziwienie gdy wśród zgromadzonej przed salą publiki nie było nikogo w samej bieliźnie :)
Przedstawienie z wielkim rozmachem, akrobacje, zręczność, ekwilibrystyka, spektakl przenosi widza w inny wymiar, w świat gdzie dla aktorów nie istnieje grawitacja.
Nigdy wcześniej nie byliśmy na żadnym przedstawieniu Circus de Solei i występ nas zdecydowanie zachwycił ale choć niezwykłe i bez dwóch zdań godne polecenia to jednak The Rocky Horror Show bardziej nam się wryło w pamięć i każdorazowo, kiedy słucham soundtrucku z Rockiego, kiedy wspominam lub teraz kiedy piszę o tym ciągle się uśmiecham sama do siebie…ale to było absurdalne:)
Czas wracać do hotelu, pakować się, bo już jutro powrót do domu buuuuuuuuuuuuuuuuuu.
Tymczasem na przystanku Deuce bus’a (kursującego po stripie) okazuje się, że małżowina zgubił bilet całodniowy(!!!), to kara boska za te nielegalne przejazdy w Fisco!
Nic to kupuje drugi, przecież nie będziemy dymać 3 mil z buta!

Image

Image

Image

Image

Image

Image

26.10.2017

Rano śniadanko w pobliskim McDonaldsie mają tam wi-fi i Ubera można zamówić a potem biec pod Circusa bo najbliższy punkt który Uber wyznacza jako miejsce odbioru to właśnie Circus.
Na lotnisku nadajemy walizę sztuk 1 a, że należą się nam 2 po 23kg a nasze podręczne plecaki ważą po 10kg to pytamy czy możemy nadać 2 małe plecaki jako jedną dużą walizkę?
Na co pracownik Virgin Atlantic:” Ależ to wykluczone, 1sztuka to jedna sztuka a 2 to 2”
My:”Acha, to nadamy 1 plecak”
Drugi musimy więc targać do pobliskiego Walmarta, gdzie udajemy się zakupić sobie po pamiątce z Vegas, t.j słuchawki Beats Studio za jedyne 150$ +podatek. Good deal.
10 godzin lotu Virginem jakoś zleciało ale jakie akcje zaczął odstawiać Aerlingus w Londynie to się w pale nie mieści.

Image

27.10.2017
Zanim dolecieliśmy do Londynu nastał już nowy dzień – moje urodziny i tu Aerlingus zafundował mi ewidentnie Happy Birthday Fuck You, najpierw odwołany został jeden lot, co ciekawe o 11:00 rano otrzymaliśmy informację, że nasz lot o 14:00 jest odwołany z powodu mgły (!!!!) po pierwsze o 11:00 nie zaobserwowałam żadnej mgły a skąd pewność, że za 3h będzie mgła!???
Potem stanęliśmy przed wyborem czekamy 8h na kolejny lot albo jedziemy busem na Heatrow bo tam są loty co godzinę.
Postanowiliśmy jedziemy. Odbiór bagażu, kombinacje, przebookowali nam bilety na 15:00, ciśniemy na Heatrow a że mieliśmy jakieś 20 mint zapasu czasu, spożyliśmy jajecznicę, popijając ją obficie piwem, w końcu kto solenizantce zabroni.
Na wyświetlaczu co rusz to zwiększało się opóźnienie naszego samolotu, w końcu pojawił się napis CANCELLED!!!! Tłum pędzi do informacji lotniskowej , tak facet zapewnia nas, że lot się odbędzie i mamy wracać pod gate. Wracamy. Po chwili komunikat głosowy, że jednak lot jest odwołany. No dom wariatów my na nogach czort wie ile godzin?!
Poupychali nas w różne samoloty, nam przypadł w udziale lot o 20:00. Czyli o godzinę później niż ten ze Stansted!
Ale najśmieszniejsze w tej całej historii jest to, że małżonek stwierdziwszy :”nie pozwolę nas krzywdzić, Aerlingus pożałuje, że się w ogóle urodził” zażądał odszkodowania za odwołany lot, i przyznali mu z przeprosinami, wysłali czek na 250E ale tylko na jego nazwisko, gdy zwrócił się z zapytaniem gdzie czek dla żonki, okazało się, że wnioski mają być składane indywidualnie/imiennie.
To skopiował swojego maila, zmienił imię, nazwisko i wysłał do Aerlingusa, tam mój wniosek trafił już do innego konsultanta i ten odpisał, że w tej sprawie odszkodowanie nie przysługuje, bo rozchodziło się tu o warunki atmosferyczne. Na co piszę konsultantowi :” Panie to jednym się należy a innym nie- ZA TEN SAM LOT, pani Marry O’Harrah nie dalej jak w zeszłym tygodniu wysłała czek mojemu mężowi, tak łatwo się mnie Pan nie pozbędziesz!”, na co konsultant :”Pani mąż dostał czek niesłusznie, proszę nie insynuować, że Aerlingus chce się Pani pozbyć, każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie na dowód czego wysyłamy Pani również czek na 250E”
Kiedy przeczytałam tego maila to aż zwątpiłam, dla pewności wkleiłam go translatora (może ja tu czegoś nie rozumiem!), konsultacja z mężem, on: ja zrobiłem identycznie, w obawie, że czegoś tu chyba nie kumam wkleiłem treść w tłumacza. No normalne jaja!

Podsumowując:
Zdecydowanie był to Road-trip naszego życia!
Parki Narodowe i campingi mnie zachwyciły (zupełnie niespodziewanie) jeśli miałabym coś zmienić to mniej city-breaków, mniej hoteli, więcej ognisk, dni w trasie i spania w dziczy a na przyszły raz kupimy sobie samochodowy czajnik, taki zapach świeżo parzonej kawy zaraz po wyjściu z namiotu tu musi być czad!
The West ist the best!

Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#5 PostWysłany: 06 Wrz 2018 21:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2017
Posty: 9
Loty: 34
Kilometry: 95 897
Krajów: 17 / 7.9%
Plan był taki: wrócić na łono Stanów Zjednoczonych Ameryki jak tylko pojawi się okazja i pojawiła się pod koniec 2017r. lot relacji Dublin-Denver, terminów multum a większość w atrakcyjnej cenie oscylującej w granicach 300e za returna. Do Yellowstone „nie daleko” (toć 500mil w Stanach to fraszka), ooo i na czerwiec np. za 317e, Ty i przecież na 2018 mamy pełną pulę urlopową, no i te 317e za returna: grzech nie zabookować!
-„No to bookuję!” mówi On
-A może Twój brat też chciałby polecieć z nami? Oglądając foty mówił, że też chętnie by się wybrał na dziki zachód.
-Nie dostanie urlopu latem, zresztą nie ma wizy, ba nawet paszportu nie ma.
- W pól roku wyrobi. Będzie wesoło a koszty pól namiotowych, paliwa, wynajęcia auta i annual passa podzielimy na 3 nie 2.
….drynnnn……(sygnał połączenia telefonicznego)
- Młody, możesz gadać? …Bo jest taki projekt….
-Paszport wyrobię bez problemu, wizę mówisz, że mi dadzą(?) ale musiałbym pogadać z szefem i tu szanse są raczej zerowe, nie bardzo ma mnie kto zastąpić.
- No to ciśnij do szefa natychmiast!
- Nie mogę teraz jestem w terenie, po 17:00 będę się z nim widział.
17:30 wiadomość na messengerze:
Gadałem z szefem. Jako posiadacz camper-vana wyraził szalony entuzjazm gdy dowiedział się, że USA, namioty i parki narodowe. Powiedział: „Jedz!!! Ja tu kogoś znajdę na 2 tygodnie w czerwcu”. Zaskoczył mnie!!! Są jeszcze te bilety za 317e?
HE HE HE COLORADO WE ARE COMMING!!!!
Ale nie wyprzedzajmy faktów :)
Z szefem poszło zaskakująco gładko, wyrobienie samego paszportu też nie było trudne. Teraz wystarczy się tylko karnąć do Krakowa odpowiedzieć na kilka pytań typy: Dokąd? z kim? Kiedy? Na jak długo? A potem oczekiwać aż odeślą paszport.
Młodzian jako znany wielbiciel city-breaków stwierdziwszy, że w Krakowie był już milion razy wybrał ambasadę w Warszawie aby przy okazji móc zwiedzić stoLycę. Od razu mi się to nie podobało (jako rdzenna Ślązoczka wiem, że najgorsi gorole to Ci z Warszawy, z Warszawy to trza chopie pitać a nie tam jechać). Wybrany został termin 14 lutego…:* :* :* romantico, godziny wcześnie poranne (w tych ambasadach przyjmują chyba tylko do 10:00 max, bo późniejszej godziny wybrać się nie da)
Od samiuśkiej 7:00 oczekujemy na wieści, ale raczej wieści typu: jakie miałeś pytania? Gadaliście po polsku czy angielsku? Baba cię przesłuchiwała czy chłop?
Dopiero ok 11:00 wiadomość na messengerze:
No to idziemy teraz z chłopakami zwiedzać Warszawkę, wizy niestety nie dostałem, Pani konsul powiedziała, że na chwilę obecną się nie kwalifikuję. Kurde szkoda. Bilety już kupione, śpiwór, buty trackingowe, trasa wytyczona, książek się naczytałem i serio napaliłem na te Stany.
*w załączniku świstek z informacją pt:”HWDP…paragraf 214b”
My: ”COOOO???!!! Gównierz ściemnia, na pewno ściemnia, dla jaj, żeby nas wystraszyć….
Ale ten załącznik a obok paszport, oddali mu paszport? JA PIE… ON NIE ŚCIEMNIA!!!!!”
No i wszystko się posypało jak domek z kart. Byliśmy tak przekonani, że dostanie tą wizę, że uświadamiając sobie, że jej nie dostał poczuliśmy się jakby nam kto w pysk dał. Rozczarowanie, żal, rozgoryczenie, złość i bezsilność. Tym bardziej było to denerwujące, że odmówili kolesiowi, który nigdy nawet nie pomyślał o emigracji zarobkowej. Zresztą gdyby chciał, to mógłby legalnie wyjechać do Niemiec (gdzie urzęduje jego starszy brat), Irlandii (gdzie przebywa drugi brat) lub Norwegii (gdzie pracuje szwagier)!!!!!!
Byliśmy przekonani, że umowa o pracę +3 letni staż pracy, nieruchomość w Polsce i pewna kwota oszczędności na koncie to aż nadmiar „dowodów” na więzi z krajem. Nie założyliśmy, że wiek 23 lata to w opinii konsula wiek wysokiego ryzyka.
Gdy emocje już opadły (jak po ciężkiej bitwie kurz) urządziliśmy burzę mózgów. Co robić? Jak żyć?
Zdecydowaliśmy, że trzeba zapłacić kolejne 160$ i jechać do Krakowa. Młody, którego indiańskie imię mogłoby brzmieć Ostoja Spokoju, tym razem nieco się zdenerwował…”gdyby nie to, że mamy już te cholerne bilety lotnicze to już dawno na USA postawił bym krzyżyk”
Ja, której indiańskie imię mogłoby brzmieć Rozjątrzona Furia miałam cholerne wyrzuty sumienia, że tak lekkomyślnie zamówiliśmy bilety, przekonywaliśmy Młodego, że zyskanie wizy to bułka z masłem ale przede wszystkim nakręciliśmy się na ten wspólny wyjazd. W ogóle odechciało mi się wyjazdu, gdybyśmy mieli jechać tylko we dwoje.
Tłumaczenia przysięgłe dokumentów typu: zaświadczenie o zarobkach, akt notarialny, wyciągi bankowe, akt dzierżawy działki na 100lat okazały się KOSZTOWNE I BEZUŻYTECZNE, bowiem krakowski konsul nie raczył na nie nawet rzucić okiem. Nie było mu to potrzebne aby 3 tygodnie po warszawskiej odmowie przyznać Młodemu wizę na 10 lat
TAK JEST!!!! WRACAMY DO GRY!!!!
Dodam, że pytania były praktycznie identyczne :/ (normalnie załamka, pokazuje to, że w przypadku młodocianych (patrz przed 30-stką) wszystko zależy od humoru konsula)
Teraz jedynie modlić się aby 07.06 amerykański pracownik służby celnej też był w dobrym humorze :/ Bo przecież przed postawieniem stóp na Amerykańskiej ziemi i napełnienia płuc amerykańskim powietrzem musi się coś jeszcze stać, coś co nam zepsuje humory.

07.06.2018 – DZIEŃ PIERWSZY

Lot z Dublina do Denver był z przesiadką w LHR, moje ulubione lotnisko tam zawsze coś się dzieje i zawsze potrafią spierdzielić człowiekowi dobry nastrój.
Ostatnio 2 odwołane loty, tym razem Denver delayed 7 hours(!!!)

Image

No to fajnie się zaczyna! Małżonek (znany z licznych reklamacji w Urzędzie lotnictwa cywilnego) już zaciera rączki: „No to bilety lotnicze, śniadanko i wynajem auta sponsoruje nam dziś United”. Co nie zmienia faktu, że będziemy tu kwitnąć 7h.

Image

Całe szczęście, że Walmarty są czynne do 24:00, bo mamy tam zamówione namiot (!!!), materace, czajnik elektryczny a i żarcia biwakowego trzeba zakupić na 4dni.
W punkcie odbioru dowiadujemy się, że jest on czynny do 17:00 i po namiot w którym mamy dziś spać mamy wrócić jutro (!)
Małżowina po chyba 30h na nogach stara się wzruszyć pracownika Wallusia, opowiada o spóźnionym wylocie z Heatrow, o tym, że i tak mamy przerąbane bo na campgroundzie od 22:00 panuje cisza nocna, ze będziemy spać na gołej ziemi jeśli nie wyda nam namiotu, a jutro wczas rano już wyjeżdżamy do Yellowstone…tu wielkie smutne oczy kota ze Shreka.
Pewnie jako plan B miał w zanadrzu: ”Pochodzę z Polski, było nas w domu 6-cioro, mandarynki jedliśmy tylko na Świeta. Ale na szczęście plan A wystarczył.
Facet: ”George, możemy o tej porze jeszcze wydać towar z magazynu?” George:”Sure”
Godzinę później pompujemy już materace na parkingu przed sklepem.
Czemu godzinę później bo, tyle zajmuje zrobienie drobnych zakupów w Walmarcie(!!!)-nienawidzę tego sklepu. I love Family Dollar!
Czemu pompujemy materace na parkingu? Bo mamy bardzo hałaśliwą pompkę
Na domiar złego gubimy się w Denver i krążąc w okolicy Cherry Creek State Park nie możemy doń wjechać. Dobrze, że przynajmniej nocleg mamy zarezerwowany, bo o tej porze mogłoby nie pójść tak łatwo jak w Walmarcie. W końcu docieramy jest 1:00 kiedy kładziemy się spać. O 6:30 pobudka (sic!)!

Image

08.06.2018 – DZIEŃ DRUGI

Image

Wstaliśmy ok 6:00…hmmm….właściwie to nie wiadomo, bo w połowie wyprawy się okazało, że zegarek samochodowy, był źle ustawiony. My z kolei uznaliśmy czas z wyświetlacza samochodowego jako czas lokalny Colorado, zsynchronizowaliśmy zegarki. Potem w Vegas jeszcze była zmiana czasu, totalna kołomyja. Koniec końców zależało nam jedynie na tym aby nie spóźnić się na lot powrotny. Moim największym pragnieniem po przebudzeniu był: prysznic! Biorąc pod uwagę to, że nasza podróż była wyjątkowo długa, a wieczorna toaleta ograniczyła się do chusteczek nawilżających i mycia zębów to pragnienie stawało się coraz silniejsze i silniejsze. Nie cieszył mnie już piękny wschód słońca, promienie przedzierające się między sosnami, licznie zlatujące się ptaszki (z niebieskimi ogonami i końcami skrzydeł oraz irokezami na głowie) i wiewiórki. Chłopaki jeszcze spali a ja nie chciałam ich budzić, problem w tym, że nie mam quarters’ów.
Pamiętam, że wczoraj w nocy w Walmarcie zapłaciliśmy ok 98$....więc zostało nam ok 2$, wystarczy może na prysznic dla jednego z nas!!!! 100$ nikt nam nie rozmieni, zresztą póki co pole namiotowe śpi, o jacyś dwaj panowie uprawiają jogging, może mają stówkę w drobnych
Kurde będzie problem:/ bije do łazienki, zagotowuje czajnik wody na poranną kawę/herbatę/nudlle (woda w umywalkach jest z friko – co wkrótce okaże się zbawienne dla jednego z nas ) sprawdzam po ile prysznic…najtańsza opcja to 3min – 0,50$ - wow super tanio (był to nasz 1-szy i najtańszym prysznic w USA). Lecę do namiotu i budzę chłopaków: „który ma chajs?! Ile 50 centówek mamy?! 3. Idealnie!
Jakie to musi być uczucie, po 20-30stu godzinach w podróży, 7h opóźnionym locie pragniesz tylko jednego 3 minut pod ciepłą wodą, stoisz nagusieńki, masz przygotowany szampon, żel pod prysznic i 50 centów, słyszysz szum wody pod prysznicem obok, wrzucasz monetę, myślisz czy wyrobisz się w 3 minuty, zamykasz oczy i czekasz….czekasz….czekasz ale woda nie płynie, połknęło Ci ostatnie 50 centów!!!! NIEEEEEEEEEE!!!!!! Zgadnijcie którego z nas spotkał taki dramat 1-wszego poranka?
Młody ma po prostu pecha związanego ze Stanami :/
Ale w kabinie obok jest braciszek, w umywalce obok jest ciepła woda a ja mam plastikową, 2 litrową kosmetyczkę …taki prysznic zastosujemy jeszcze nie raz

Plan na dziś Denver – Buffalo Bill State Park (czyli przedmieścia Yellowstone) – 824km (!)
Colorado - zielone i górzyste, pokaźne drewniane posesje, rancha.

Image

Image

Image

Wyoming – zielone, jadąc od strony Denver bardziej płaskie, potem pagórkowate, przed samym Yellowstone górzysto-skaliste, nieco mniej pokaźne posesje.

Image

Image

Image

W Cody po drodze zahaczamy o liquier store przy Walmarcie – nabywając drogą kupna karton wina marki Oak Leaf. Mamy zakupy żywnościowo – alkoholowe na najbliższe 4 dni.
Jest wieczór, ok 18:00 kiedy przybywamy na camping przy jeziorze Buffolo Bill State Park North Shore jest pięknie, klimaciasto, marzy nam się od razu rozpalić ogień i wychilllaoutować się za wsze czasy. Wcześniej planowaliśmy wrócić 7 mil do Cody na codzienne night Rodeo, które odbywa się tam od czerwca do końca sierpnia co wieczór o 20:00….ale to typowy tourist trap. Wolelibyśmy raczej autentyczne rodeo nie skierowane i urządzone typowo dla turystów. Wiec palimy ognisko, pieczemy kiełbaski, robimy time lapsy zachodu słońca, co niektórzy śpią w namiocie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

09.06.2018 – DZIEŃ TRZECI

Image

Image

Raniutko pobudka, śniadanko, bez kawy i dań instant bo co z tego, że miejsca na campingu z podpięciem do prądu i gniazdkami – skoro nie płynie w nich prąd. Ba nawet wczoraj wieczorem wobec potrzeby zaparzenia gorącej herbaty byliśmy zmuszeni grzać wodę na ogniu w emaliowanym kubku…druga noc a my już zmieniamy się w amerykańskich traperów.
Nie owijając w bawełnę: to ja trochę podupadłam na zdrowiu, mam nadzieję, że moi współtowarzysze nie pozostawią mnie na pastwę losu jak traperzy Glassa (w filmie Zjawa)…swoją drogą akcja filmu działa się w okolicach Yellowstone ;)
Póki co są really nice, parzą mi czaju i skręcają kijki trackingowe
Już sam dojazd do Yellowstone jest zachwycający: mijamy, ośnieżone szczyty i rozległe doliny, jeziora, wodospady, bizony. Mój numer 1 wśród Parków Narodowych: Zion spada niestety na 2-gie miejsce:/

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Te rozległe przestrzenie, płaskie jak stół doliny, kaniony, drogi po horyzont, gdzie mam wrażenie, że mam w polu widzenia kolejne dziesiątki mil. Ten ogrom, te setki mil niezagospodarowanych terenów za tym tęsknimy w Europie. Po wyjechaniu z Denver GPS poinformował nas: Jedz 450km prosto (!!!!!)
Po dotarciu do Visitor Centre w Canyon Village bijemy na Buffalo burgery a potem na pobliskie pole namiotowe (gdzie mamy rezerwację na 2 noce) rozbić namiot w którym zalegam bowiem czuję się jak Glass po konfrontacji z niedźwiedziem.

Image

Chłopaki natomiast ruszają napawać oczy pięknem rwących rzek, wodospadów, kolorami gorących źródeł, gejzerów a nosy wonią sosnowego igliwia i zgniłych jaj.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po wykręceniu 1 loopa chłopaki wracają na pole namiotowe a ja do świata żywych.
Okazuje się, że byli w Midway Geyser Basin ale twierdzą, że Grand Prismatic nie widzieli, oglądamy zdjęcia….faktycznie Opal pool i Turquoise Pool, te dwa mniejsze z brzegu i się zwinęli twierdząc, że każde wygląda podobnie. To tam nie pisało, że to słynne Grand Prismatic!!!!
Pytam się kto tworzył tą parkową mapę???? Na co drugim magnesiku z Yellowstone Grand Prismatic a na mapie zaznaczone Midway Geyser Basin! Sprawdzam na mapie, stoi jak byk Grand Prismatic 
Jutro wykręcimy 2 loopy jak się uda
Wieczorne ognisko, zupki Campbell’s + kartofelki z ognicha i mashmallowsy na deser.

Image

Image

Image

Image

Rada dla wszystkich, którzy przypalone skórki po ziemniakach chcieliby zutylizować w ognisku, jeśli się one nie spalą doszczętnie to mogą zwabić zwierzęta, których ślady będziecie mogli znaleźć rano wokół namiotu.
Małżowina od razu po przebudzeniu uskarżał się: w nocy coś tu ryło wokoło namiotu, ale napotkał na hejt z naszej strony : ”trza było więcej wina chlać”. Chociaż zobacz ślady jakichś racic i tu przy fire ringu, jakiś szop albo kojot. Żaden niedźwiedź nie rób scen!”
Ja z kolei, bowiem mam ten przywilej spać w samochodzie (Dodge grand caravan ma opcję składania foteli, tworząc otwartą, płaską przestrzeń 2,3 m x 1,2 w sam raz na materac) nie byłam budzona przez odgłosy zwierząt a przez ziąb, temperatura nad ranem oscylowała około zera (ba nawet pruszył drobniutki śnieżek) a w nocy było na bank na minusie. Obudziłam się zmarznieta na twardej podłodze Dodga – mój materac jest dziurawy (cholera!!!), podpompowałam go (ustnie!) i udałam się po termofory chłopaków. Zaparzyłam w pobliskiej łazience wody w czajniku i z gorącymi Tuśkami (robocza nazwa termoforów) wróciłam spać.

10.06.2018 – DZIEŃ CZWARTY

W ten rześki poranek zaraz po śniadaniu w postaci gorącej kawy, nuddle soup i kanapek z tuńczykiem, pomidorem i masłem orzechowym + jelly strawberry (wyglądało jak dżem w słoiku!) jedziemy.

Image

Do objechania mamy dziś północny loop i południowy ze szczególnym wskazaniem na Grand Prismatic i Old Faithful.
Jak już wcześniej wspominałam już sama jazda autem i napawanie się tą zielenią, błękitem, wodą, przestrzenią, zwierzyną zza samochodowej szyby jest magiczne, kiedy oglądam zdjęcia i wracam do tych chwil …sami zobaczcie

Image

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi

Niestety pogoda nie dopisała na tyle żeby zobaczyć Grand Prismatic w pełnej krasie. W obliczu walki z czasem i ryzyka, że z górki zobaczymy tylko kłęby pary nawet się na nią nie wdrapaliśmy – zostawiamy to na następny pobyt w Yellow.
Kolejny must see: Old Faithful nie zrobił na nas piorunującego wrażenia, może dlatego, że siedzieliśmy z boku gejzeru.

Image

Za to jezioro Yellowstone Lake i odbijające się w lustrze jego wody szczyty górskie, rzeki, wodospady i doliny, sarenki, wiewiórki, ba nawet niedźwiedź widziany z oddali.

Image

Park jest olbrzymi i można by tam spędzić tydzień, dwa albo i trzy.
Nam przyszło spędzić tylko 2 noce, szkoda, że tak krótko. Świętej pamięci Kora powiedziałaby : „kocham, kocham, kocham!!!”

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

11.06.2018 - DZIEŃ PIĄTY

Image

Image

Image

Image

Image

Plan na dziś: Grand Teton. Tam niestety wszystkie campingi są first come first served, wiec należy uderzyć tam rano. Po śniadaniu ciśniemy pod prysznice ale okazuje się, że za jedną noc/ na jeden campsite przypadają 2 kupony prysznicowe, wiec w sumie mieliśmy ich 4 ale po wczorajszym prysznicu ostał się tylko 1. No to zapłaci się po 4,75$ dla dwóch pozostałych osób i po problemie, ale chłopaki kierując się altruizmem i filantropią postanowili kupon prysznicowy oddać jedynej niewieście w naszym gronie a sami skorzystać z prysznica w Grand Teton…”Gdzie 4,75$, jak w Denver było po 0,50$!!!!”
Wychodząc z jaskini rozkoszy – t.j spod ciepłego prysznica spotkałam małżonka kupującego kawę u pani obsługującej ruch okołoprysznicowy – znaczy się kasującej kupony. Pani okazała się emerytowaną wolontariuszkę o imieniu Murena, po krótkiej wymianie uprzejmości zapytała nas skąd przybywamy a gdy dowiedziała się, że jesteśmy zakochani w USA, jesteśmy tu 3-ci raz i zarażamy swą pasją nowe pokolenia opowiedziała nam w skrócie całe swoje życie. Otóż wyszła za mąż bardzo młodo w wieku 20 lat, „byliśmy tacy młodzi, tacy sprytni, mąż zapytał co byś powiedziała, żeby przeprowadzić się do Arizony, odparłam: OK, potem przenieśliśmy się do Utah, w końcu wylądowaliśmy tu, nie powinnam już pracować mam 80 lat, 5 dzieci i 18 wnucząt! Robię to tylko dlatego, że uwielbiam spotykać ludzi” WOW. Nie wierzę, że masz 80-tkę (serio nie wyglądała)…tak mam dziecinko. Pogadaliśmy jeszcze chwile dokąd teraz jedziemy, na koniec padło pytanie: Ile za te 2 kawki. Murena:” na koszt firmy”…OOOOhhhh Ci Amerykanie! Niektórzy ostrzegali nas: ”nie boicie się tak do tych Stanów toć tam roi się od świrów z giwerami”. Nie, nie boimy się!

W Grand Teton dojeżdżamy do Signal Mountain campground gdzie jest kilka miejsc, wolimy nie ryzykować i rozbijamy się na jednym z wolnych miejsc. Na tym polu obowiązuje samoobsługa, wypełnia się karteczkę z numerem miejscem campingowego tzw. Site, numer rejestracyjny samochodu, przyczepia klamerką na polu a 30$ (albo nawet ponad z tego co pamiętam) wrzuca się w kopercie przy budce hosta.

Image

Robimy rekonensans, jest sklep, pralnia i prysznice….cena: 6$ !!!!  SKANDAL!
Czas przejechać się trasą widokową dookoła. Bierzemy mapę parku od pani host na campgroundzie i jedziemy, najpierw na górę Signal mountain 7727ft = 2355m n.p.m. na sam szczyt prowadzi asfaltowa droga gdzie można dojechać autem. Na samym szczycie jest zasięg komórkowy i net (!!!) wszyscy dookoła siedzą w autach i korzystają z tego cywilizacyjnego udogodnienia
Na zewnątrz wieje i zimno jak diabli, czapki, kurtki, kaptury a dalej pizga. Jedynie widok przyprawia o szybsze bicie serca….ta przestrzeń, te łąki, równiny, zbiorniki wodne i rzeka.

Image

Zjeżdżając z góry zauważamy mnóstwo stosów drewna pociętego w kawałki i ułożonego w stosy, na campingu zaś widniała informacja, że martwe i leżące na ziemi drewno można zbierać…a w naszym Dodgu tyle miejsca z tyłu, a ognisk przed nami jeszcze gro ale jakoś tak głupio, jedziemy dalej. Zatrzymujemy się przy Jeny Lake i żałujemy, że tu nie przyjechaliśmy na campground, to małe jeziorko u podnóża którego wyrastają skaliste, ośnieżone szczyty w tym Wielki mierzący 4197m.n.p.m Grand Teton. Widok zapiera dech w piersiach, nocleg na campgroundzie ok 30$, widok na Tetona z Jeny Lake bezcenny.

Image

Image

Image

Po drodze zatrzymujemy się w kilku punktach widokowych. Tetony z każdej strony robią furorę. W jednym z visitor centre jemy po hot dogu i wracamy na pole namiotowe. Po krótkiej burzy mózgów stwierdzamy : ”No pisze jak byk, że można zbierać i używać w celu palenia ognisk drewno, które leży a to leży, ba nawet w stosach w celach przeciwpożarowych, zrobimy tylko dobry uczynek jeśli trochę wyzbieramy”. Wracamy na Signal Mountain i pakujemy zapas drewna, który przejedzie z nami kolejne ponad 4000 km, przemierzy stany: Utah, Arizona, Nevada, Colorado, kawałek Idaho a dodając do tego 4 corners to i New Mexico.

Image

Wracamy na pole namiotowe i podnieceni naszą zdobyczą natychmiast rozpalamy ogień po czym orientujemy się , że przecież pora jeszcze młoda a my nawet nie przespacerowaliśmy się do jeziora Jackson Lake przy którym leży nasz campground. No ale nie możemy zostawić palącego się ognia i sobie pójść, no nic to zostaje nam wino i potrawka Campbells, zresztą po Buffalo Bill State Park, 2 dniach w Yellowstone i dzisiejszym Grand Teton aż głowa pęka od przecudnej urody krajobrazów.
Chłopaki hejtują stawkę 6$ za prysznic i urządzają sobie traperski shower w publicznej toalecie: kabina toaletowa + czajnik +umywalka + kosmetyczka saszetka. Pośrodku każdej z toalet jest kratka odpływowa jednak po takim „pseudo-prysznicu” posadzka jest mega mokra, na co wchodzi facet i ze zdziwieniem wypisanym na twarzy :”UUUUUUUU co tu się stało” Młody:” nie mam pojęcia, może cleaning service?” , facet szedł do toalety trzymając się ścian, pewnie nie miał pełnego ubezpieczenia, bał się poślizgu. Dobrze, że ja brałam tradycyjny, „frajerski” (w mniemaniu Kolesi Gitów) prysznic w Yellowstone. Jeszcze tylko kubełek wina na rozgrzewkę przy ognisku, napełnić Tuśki wrzątkiem i do śpiworków.

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#6 PostWysłany: 14 Wrz 2018 16:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2017
Posty: 9
Loty: 34
Kilometry: 95 897
Krajów: 17 / 7.9%
12.06.2018- DZIEŃ SZÓSTY

Image

Ta noc (w Grand Teton) była najzimniejszą z dotychczasowych (i wszystkich podczas tego pobytu) ale już wkrótce czeka nas diametralna zmiana klimatu bowiem opuszczamy Wyoming i udajemy się do Utah na Little Sahara Recreation Area. Po wybornych a przede wszystkim CIEPŁYCH nudlach na śniadanie ruszamy w stronę Utah, mijając mega-długą kolejkę przed bramkami do Yellowstone. Cóż za odmiana nas czeka: w Yellowstone tłumy, w Little Sahara żywej duszy. Ale zanim dotarliśmy do Little Sahara mieliśmy w planie zakupy na kolejne 4-5 dni oraz wymianę dziurawego materaca (!) na gogle maps oznaczyliśmy sobie Wallmarta w Provo ale, że wcześniej po drodze przytrafił się jakiś to tam zjechaliśmy. Ogrom powierzchni każdego ze sklepów sieci Wallmart wyzwala w każdym z nas uczucie zagubienia, otumanienia , paniki, zawrotów głowy i chęć natychmiastowej ucieczki dlatego wpadliśmy na plan, żeby ogarnąć to jak najszybciej: ja z Młodym mieliśmy rozpisane po kilka produktów żywnościowe każdy a małżowina miał wymienić materac. Wymiana polegała na tym, że w punkcie obsługi klienta oddają pieniądze za dany towar, potem tylko kupić nowy i już. Nam na spożywce też poszło zaskakująco sprawnie, teraz tylko do walmartowskiego liquor storu po Oak Leafy, chłopakom się zamarzyła Kentucky whisky….ale gdzie jest ten liquor stor??? Czasami są jako odrębny sklepik na terenie hali Walmarta, czasem obok z osobnym wejściem od strony parkingu. Ale przy tym Walmarcie chyba nie ma liquor storu, pytamy panią kasjerkę a ona nam tłumaczy, po drugie stronie ulicy, skręcicie w lewo i tam naprzeciwko Burger Kinga. Hmmmm no dobra ale my potrzebujemy walmartowski liquor store z Merlotem Oak Leaf za nieco ponad 3$. Dobra w takim razie zajedziemy w Provo do Walmarta . Przekonani, że w Provo wyskoczymy tylko do liruor storu przy Walmarcie, kupimy kartonik winka i flaszeczkę whisky ruszyliśmy w dalszą trasę. A w Provo identyczna sytuacja brak liquor store’u, rozmowa z obsługą w punkcie informacyjnej: „nie macie tu liquor storu w Walmart?”, nie…Johny do której jest czynny liquor store w Springville? Do 20:00 to jeszcze zdążycie. Kurde co tu jest grane, w Provo nie ma liquor store’u, toć to spore miasto! Nie dowierzamy w to co słyszymy, toteż korzystając z walmartowskiego wi-fi sprawdzamy …owszem w Provo jest jeden State Liquor Store ale czynny do 19:00 … No to wklepujemy to Springville w gps-a i grzejemy. Tam wybór win i wszelkiego alku ogromny (znowu czujemy się jak w Walmarcie). Wybór 12 winek +whiskacza zajmuje nam sporo czasu a do przejechania jeszcze ze 100km. Do bramek Little Sahara Recreation Area przyjeżdżamy trochę przed zachodem słońca.

Image

Przy bramkach jest instrukcja zapłaty za camping: wypisz karteczkę, wrzuć 18$ w kopercie do skrzynki, wybierz jeden z 4 campingów, wybierz miejsce and enjoy Your stay. My oczywiście nieufni po Yellowstone : a co jak wszystkie campsite’y będą zajęte???!!! Ale, że słońce chyliło się już ku zachodowi, a my na środku pustyni nie bardzo mieliśmy alternatywę i zaryzykowaliśmy. Wybraliśmy pierwszy camping z brzegu i był to strzał w 10!

Image

W ulotce jest napisane, że na campingu jest 100 campsites, sity były ogromne a oprócz nas byli tam jeszcze: facet z kilkuletnim synem oraz kobieta w białej, długiej sukni, robiąca sama sobie sesję fotograficzną (nazwana przez nas roboczo Biała Dama). Najlepszy sposób aby na Little Sahara stwierdzić ile miejsc na campingu jest zajętych: wejść na wydmy o zachodzie i wschodzie słońca. Liczymy: Biała Dama, Facet, 5-letni chłopiec, ja, młody i małżowina. Z tej strony wydm jest nas 6-cioro. Zaraz po zajęciu najlepszego miejsca na campingu przy samej wydmie wdrapujemy się nań w celu uwiecznienia pięknego zachodu słońca.

Image

Image

Image

Jak na złość wyładowuje się nam Go-pro a na wymianę baterii, która jest w aucie nie ma czasu, słońce tak szybko chowa się za wydmy. Zostają nam komórki i aparat. Siedzimy na ciepłym piasku i celebrujemy tą chwilę, pofałdowane morze drobniutkiego piachu, w oddali biała dama i zachodzące słońca.

Image

Image

Image

Image

Utah stan nad stany gdyby nie te ich mormońskie ograniczenia dotyczące liquor storów, dzięki Bogu udało nam się nabyć cały karton, przeróżnych win, pochodzących z całego świata w cenach dwukrotnie wyższych niż 3$ ba nawet na flaszkę whiskacza się chłopaki szarpnęli a do tego mamy dziś na kolację steki …schodźmy już z tych wydm i rozpalmy ogień.
Steki wyszły wyjątkowo gumiaste ale wino: wyborne, wypiliśmy po flaszce na łeb (i do tego whisky z colą co niektórzy). Po tylu przejechanych kilometrach i zaciekłej walce o wino musieliśmy się zresetować.

13.06.2018 – DZIEŃ SIÓDMY

Image

Image

Rano plan był taki: wstać na wschód słońca i nagrać time lapsa. Prawie się udało, wstaliśmy tuż po wschodzie i tylko 2 z nas było gotowych uderzyć na wydmę, kierowca był czasowo niedysponowany. Pozostał zatem w namiocie kiedy to my we dwójkę + biała dama (z 200m dalej) podziwialiśmy jak słońce rozpościera się na coraz to większej powierzchni wydm.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po tym całym magicznym wschodzie słońca postanowiliśmy jeszcze na chwilkę wyciągnąć gnaty. Następnie urządziliśmy sobie traperski prysznic przy kraniku w wodą, niektórzy się nawet ogolili. Potem śniadanie i z bólem serca opuszczamy wydmy. Był to jeden z lepszych campingów i miejsc, które odwiedziliśmy, klimaciaste, piękne, egzotyczne, bez tłumów turystów aaaa i w nocy było cieplutko.
Kierowca twierdzi, że Kentucky Whisky mu zaszkodziła i wolałby jeszcze nie wsiadać za kółko, toteż Młody (całkowicie nielegalnie) go zastępuje. Jeśli chcielibyśmy w USA osobę poniżej 25 roku życia dopisać jako dodatkowego kierowcę cenę za wynajem samochodu należy pomnożyć przez 2 (!!!) Dlatego też zrezygnowaliśmy z tej opcji i małoletni driver (swoją drogą lepszy niż nas dwóch razem wziętych) wsiada za kółko w sytuacjach emergency.
Plan na dziś Scenic Byway 12 + Bryce Canyon. Ruszamy w kierunku „12” , którą przemierzamy po raz drugi. Jest piękna jak 2 lata temu, Bryce też wygląda podobnie z tą różnicą, że w nocy nie było -7 (jak w październiku 2016) tylko +6.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po spacerze wzdłuż krawędzi kanionu w moim wykonaniu i zejściu w dół w wykonaniu męskiej części ekipy udajemy się na prywatny camping Ruby’s Inn, camping ekskluzywny z prysznicami (w cenie noclegu), 2 basenami i marną karykaturą fire ringa w postaci kilku kamieni ułożonych w kółeczko. Ale dla naszego najmłodszego ogniomistrza to fraszka, niusans, błahostka. Fikuśna konstrukcja z kamieni, drewna, gałązek i tacki aluminiowej daje w rezultacie kiełbaski i kartofelki…mniam.

14.06.2018 – DZIEŃ ÓSMY

Image

Image

Image

Po śniadanku na które dla odmiany spożywamy puree ziemniaczane Idahoan mashed potatoes wyruszamy w kierunku Wielkiego Kanionu. Tym razem będzie to North Rim, niecałe 2 lata temu spędziliśmy 2 noce na South Rim i….było fajnie ale ani północna ani południowa krawędź nie robią na mnie piorunującego wrażenia, nie wiem czemu. Pamiętam, że gdy miałam z 10-11 lat moja mama należała do sekty zwanej Reader’s Digers, zamawiała książki, kasety VHS jak leci, pewnego razu kupiła kasetę VHS :”Cuda przyrody” i oprócz Amazonki, wodospadu Niagara, Sahary (tej wielkiej afrykańskiej, nie Little) był Wielki Kanion Kolorado. Oglądaliśmy to z moim młodszym bratem jak głupki, na okrągło, kasetę wciągnęło wielokrotnie, raz nawet przerwało taśmę, skleiliśmy ją lakierem do paznokci i oglądaliśmy dalej. Głównie zachwycał nas Grand Canyon, „przewiń na Kanion, nie ma przewijania bo znowu wciągnie! Dawaj Kanion!!!!” Ten cud przyrody nas zachwycał a dziś stoję na krawędzi i co?...i nic, zastanawiam się gdzie jedziemy jutro? Oooo do Zion zajebiście. Ale na Młodym, który pierwszy raz widzi Wielki Kanion ponoć zrobił wrażenie, a Małżowina twierdzi, że North Rim dużo lepsze widokowo niż South.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po krótkiej kontemplacji przy małym piwku Grand Canyon na krawędzi i zrobieniu paru fotek, wracamy na camping spragnieni kiełbasek z ogniska a tam czeka nas przykra wiadomość, Alert przeciwpożarowy w całej Arizonie: NO CAMPFIRE!!! Na domiar złego olbrzymie kruki, których na North Rimie jest od groma (na South Rimie było od groma sarenek na polu) porwały i zżarły nam orzeszki, które zostawiłam na stole. Piwko bez orzeszków i camping bez ogniska ! no katastrofa :(

Img48

15.06.2018 – DZIEŃ DZIEWIĄTY

Image

Dobrze, że Zion jest w Utah, miejmy nadzieję, że tam nie ma zagrożenia pożarowego.
Spieszymy w kierunku Zion National Park, plan jest taki aby męska reprezentacja zdobyła jeszcze w dniu dzisiejszym Angles Landing.
Pierwotnie plan był taki, żeby zarezerwować miejsce na campingu Watchman gdy tylko rezerwacje zostaną uwolnione a dzieje się to 6 miesięcy przed planowanym terminem pobytu czyli jakoś w grudniu. No i oczywiście zagapiliśmy się a po Świętach Bożego narodzenia nie było już czego szukać jeśli chodzi o terminy w połowie czerwca. Z campingami w Zion jest jak z biletami na koncert AC/DC znikają kwadrans po wystawieniu! Toteż kolejny raz zmuszeni byliśmy pławić się w luksusach z prysznicami, pralnią i basenem. Tym razem ze wszystkich powyższych udogodnień skorzystaliśmy.
Po rozbiciu namiotu tuż nad Virgin River idziemy na shuttle busa, który wiezie nas pod visitor centre a stamtąd identycznym busem będziemy poruszać się już po samym parku. Ale kierowca autobusu ogłaszając: ”teraz należy przejść przez mostek do budki rengera, uiścić opłatę za wejście do parku lub okazać Annual Pass”…..”nosz kur…..zapomnieliśmy wyjąć z auta annual pass” No to wracamy tym samym autobusem do Spingdale!

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wreszcie docieramy na teren parku i rozstajemy się ja wysiadam na przystanku Canyon Junction żeby zaliczyć Pa’rus trail , który kończy się przy Zion Human History Museum, potem jeszcze rundka busem aż do Temple of Shinawava i z powrotem na camping, gdzie rozkminiam jak złożyć siedzenia w aucie i jak napompować materace używając pompki samochodowej. A chłopaki szczytują, wejście i zejście zajęło im 4,5h , cena annual passa 50zł, nocleg w Zion 36$, widok z Angles Landing bezcenny.
Ten wspaniały sukces świętujemy kubkiem wina i gorącym daniem Campbell’s (z ogniska!!!)

Image

Image Image Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#7 PostWysłany: 14 Wrz 2018 18:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2017
Posty: 9
Loty: 34
Kilometry: 95 897
Krajów: 17 / 7.9%
16.06.2018 – DZIEŃ DZIESIĄTY

Image

Tego dnia rano zauważyliśmy, że zasoby naszej czystej odzieży oraz bielizny skurczyły się prawie do zera, zatem czas na pranie, a że pralnia jest tuż przy basenie to czemu by nie skorzystać z tej odrobiny luksusu.

Image

Test szczelności obudowy do GoPro kupionej za 5$ na AliExpress. Potem wysuszyć ciało na słońcu, bo ręczniki w praniu i jazda do Nevady. Plan na dziś wieczór Viva, plastikowe Vegas a po drodze Valley of Fire oraz zakupy w Wallusiu na ostatnie już 5 dni. Nevada wiec liquor store’y mają na każdym kroku. Valley of fire jest parkiem stanowym, więc płacimy 10$ za wjazd, pan w budce ostrzega, żeby pić dużo wody i nie urządzać długich trackingów, bo temperatura wynosi 100 F. Stosujemy się do zaleceń …

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

głównie dlatego, że mamy niewiele czasu a trzeba jeszcze odwiedzić Wallusia i zacheck’in’ować się w hotelu. Fortune Hotel and Suits oceniam jako całkiem przyjemny, niewiele różni się standardem od np. Circus Circus mieści się na Flamingo Rd, 1 milę od Fontann Belagio i Caesars Palace, jego wielką zaletą jest to, że jest niewielki (jak na Vegas) i nie ma kasyna przez które zawsze trzeba się przedzierać w kłębach tytoniowego dymu aby dotrzeć o pokoju. Dodatkową zaletą jest to, że jest tani i ma w cenie śniadanie (choć dość podłe). Plan na wieczór w Vegas był taki: kolacja pt: ”W mieście Burneiki jemy stejki”, sprawdzamy na tripadvisorze i się okazuje, że 0,5 mili od naszego hotelu serwują jedne z lepszych steków w Vegas. Mianowicie chodzi o Ellis Island Hotel, Casino and Brewery…..i jeszcze pyszny browarek mają. Idziemy!

Image

Image

Faktycznie jedzonko dobre, piwko jeszcze lepsze a tuż obok casino i impreza karaoke :) ogólnie można by się stąd nie ruszać i balować cały wieczór. Ale my chcemy uderzyć na Freemont, zobaczyć pokaz iluminacji (zeszłym razem byliśmy tam za dnia) a potem wygrać trochę kaski w Caesars Palace Casino. Wychodzimy na parking przed Ellis Island i w oczekiwaniu na Ubera próbujemy uwiecznić neon Ellis Island, z lewej strony dwaj młodzi faceci się kłócą, wyrywają sobie telefon, jakoś tak dziwnie, z kolei po prawej stronie widzę kątem oka, że prosto jak pocisk po paraboli zmierza ku mnie chwiejnym krokiem jakiś gość w niebieskiej koszulce. W myślach wzywam kierowcę Ubera, przyjeżdżaj, przyjeżdżaj i zabierz nas stąd. Gość jest coraz bliżej, toczy się…co może chcieć, kasę, fajkę, ogień albo po prostu dać nam w ryja? Nagle będąc 3 kroki od nas wykonuje nagły zwrot o 180st i potykając się wraca do casyna. Jedyne co zauważamy to nadruk z tyłu jego koszulki : ”Ogólnopolskie mistrzostwa w tenisie stołowym seniorów w Nowej Rudzie!” ;) ;) ;) Nie wytrzymaliśmy, parsknęliśmy wszyscy śmiechem.
„Grażyna jesteśmy w Las Vegas weźże się ubierz jakoś odświętnie, najlepszą odzież jaką tylko masz, zepnij włosy, włóż szpilki i zrób makijaż. Ja sobie ubiorę …co ja tu mam najlepszego….oooo t-shirt z Mistrzostw w pingla w Nowej Rudzie se założę, leży idealnie”.
Chyba jeden z pierwszych Polaków spotkanych podczas tego pobytu w Stanach. Kiedy tylko sobie o nim przypomnę –momentalnie maluje się szeroki uśmiech na mojej twarzy. Tymczasem Uber wiezie nas na Freemont. Kierowca opowiada, że jego matka mieszka w Sedonie, hoduje lawendę i produkuje z niej naturalne kosmetyki, naszą wczorajszą przygodę z liquor storem w Utah puentuje: to kraina Mormonów, tam promują kościół nie alkohol. Za to w Nevadzie wręcz odwrotnie. Tu kupicie piwo, margaritte i co tam chcecie nawet w sklepie z pamiątkami. Faktycznie na Freemoncie obok magnesików, koszulek i kubków termicznych z logo Welcome in fabulous Las Vegas nabywamy 3 puszeczki 0,75 8% margaritty i krążymy od sceny do sceny, są dwa koncerty tzw. cover bandów.

Image

Image

Ciekawe czy tu wygląda to tak tylko w soboty czy niezależnie od dnia tygodnia. Trafiamy na koncert zespołu Spandex Nation grającego stare dobre, rockowe kawałki, wokalista wygląda jak połączenie Slasha i Szymona Wydry, ma imponujące długie, czarne, kręcone włosy i jest ubrany leginsy w panterkę. Reszta kapeli też długie pióra, grają m.in hity z Rock of Ages….spoko. Szkoda tylko, że wy-goolowawszy nazwę kapeli okazuje się, że panowie długie włosy posiadają wyłącznie podczas koncertów, gdyż są to tylko peruki, na co dzień noszą krótko przystrzyżone włosy i białe kołnierzyki (bynajmniej nie legginsy). Aj całe te Las Vegas to plastikowa atrapa, mistyfikacja i złuda. Teraz już wiem czemu w Vegas (Nevadzie) można pić alkohol gdzie tylko się chce, po alku ta cała imitacja wydaje się prawdziwa. Vegas wydaje się być pełną blichtru, bajeczną, szykowną a przede wszystkim błyszczącą metropolią. Freemont Street Expirience spodobał nam się z 2 powodów:
1) Jest mniejszy niż Wallmart, mierzy może z 400 metrów, nie trzeba przemierzać mil od punktu A do punktu B
2) Prócz koncertów, jest mnóstwo występów przeróżnych „artystów”-fricków, bębniarzy, raperów, tancerzy i półnagich tancerek a do tego gigantyczny sufit na którym (po zmroku) co godzina odbywa się tzw. light show.

Image

Dodatkowo można się przejechać wzdłuż głównego deptaku na linie (zip-line)
Pożegnawszy się z Freemontem jedziemy do Ceasar Palace dowiedzieć się czy faktycznie mieszkał tam Cezar. Samo casino jest większe niż długość Freementu, przegrywamy parę dolców a gdy wracamy do hotelu okazuje się, że jest 3:00 nad ranem. Oczywiście sami nie wiemy czy jest to czas lokalny (bo w Nevadzie ponoć się zmienia czas. Czyli tak naprawdę która jest 4:00? Czy 2:00? Co to za różnica i tak rano będzie bieda wstać.

Image

Image

17.06.2018 – DZIEŃ JEDENASTY

Image

Po lichym, hotelowym śniadaniu ruszamy w stronę zapory Hoovera, szkoda, że mamy niewiele czasu, bo fajnie byłoby zapoznać się z jej historią budowy i funkcjonowania.

Image

Image

Image

Po kilku fotach wjeżdżamy do Arizony (tu już w ogóle nie wiadomo jaki jest czas lokalny, Młody jeszcze wprowadza dodatkowy zamęt sugerując, że ten zegarek w samochodzie od samego Colorado był źle ustawiony :O –ale po cholerę nam to wiedzieć jesteśmy na wakacjach. Mój tata zawsze żartuje, że sprzedał zegarek gdy przeszedł na emeryturę tak i my przez te 2 tygodnie, jak Lucky Luke po prostu jedziemy w stronę zachodzącego słońca nie dbając o nic).

Image

Image

Image

Image

Wjeżdżając na 66-stkę od strony Kingman trafiamy na burzę piaskową, od samego przejechania przez chmurę piachu fajniejsza jest lawina turlających, wyschniętych kulek-krzaczków, które w większości zatrzymują się na siatce oddzielającej pustynię od drogi ale część jednak przelatuje górą i toczy się po ulicy. To, że przydrożna siatka o wysokości z 1,20 nie chroni drogi przed tzw: ”biegaczami stepowymi” (tumbleweeds) to tam nic. Ale, że jest ona na tyle niska, że bez jakiegokolwiek problemu przeskakują ją sarenki to już trochę gorzej.
Pierwszy przystanek robimy sobie przy wielkiej zielonej głowie („Giganticus Headicus”), potem przystanek pt:”magnesiki” Hackberry General Store. Jedyne co się tu zmieniło od października 2016 to to, że na metalowej tabliczce Route 66 na fasadzie sklepu ktoś zakleił ŁKS Łódź wlepką Legii Warszawa.

Image

Image

Image

Image

Image

Przerwę na lunch robimy sobie w RoadKill Cafe w Seligman, gdzie zjadam najlepsze żeberka w życiu, a chłopaki „popiątne” hamburgery (to jest z 5-cioma kotletami!). Przy okazji zauważamy, że piwo w knajpach kosztuje niejednokrotnie tyle co puszka crafta w sklepie. Tu np. cena piwka 1,70 $, lemoniada dla kierowcy 2,50 $.

Image

Image

Image

Image

Kolejno na trasie pojawia się Wiliams – najbardziej chyba komercyjne miasteczko na 66-stce w stanie Arizona (to pewnie za sprawą południowej krawędzi Wielkiego kanionu znajdującej się nieopodal) a w tym komercyjnym, turystycznym miasteczku maja sklep z najtańszymi koszulkami z Route 66, a, że kupiona ostatnim razem koszulka skurczyła się małżowinie w suszarce, czas nabyć nową. Ja mam w planie nabyć 2 pary śpiochów z logo Route 66 a Młody nie ma w planach niczego nabywać (w konsekwencji kupuje pamiątkową tabliczkę, rejestrację czy coś takiego. W sklepie znajduje się koło (coś jak koło fortuny), którym kręci każdy kto zrobi zakupy powyżej 20$...a więc każdy z nas. Nagrodami sa oczywiście tandetne duperele, poprzednim razem wylosowałam kamienny grot do strzały (hurra, brakuje tylko patyka, kleju kropelka i mam strzałę)….a tym razem proszę Państwa….co mi przypadnie w udziale: bumper sticker (naklejka na zderzak), Młody kręci licząc na Grand Prize (wyobraża sobie, że nagrodą główną jest coś wspaniałego jak ogromny obraz drogi 66, metalowa tablica, kowbojki….ale niestety nie jest mu dane, wygrywa również bumper sticker. A co wygra nasz kierowca, wierny klient, który kiedy tylko jest w okolicy Williams zawsze wpada po koszulkę, jest też w posiadaniu 2 czapek z logo Route 66 (które dostaje się gratis do koszulki), zakręcił mocno, trzymamy kciuki….JEST GRAND PRIZE!
Babka się zastanawia naprędce…główna nagroda to powinno być….yyyy te naszyjniki o tam…co te tandetne, odpustowe naszyjniki? Kochanie chcesz taki naszyjnik? Nieeee absolutnie.
Sprzedawczyni: jak nie chcesz naszyjnika możesz go wymienić na 2 bumper stickery ( ;) )…bierz stickery. Czar prysł…miał być analog Presleya, kowbojski kapelusz albo coś extra a nie 2 stickersy.

Image

Image

Image

Dobra spadamy stąd, bo robi się już późno a do Sedony jeszcze ze 100km, trzymajmy kciuki, żeby można było palić ogień na campingu, choć…jakoś instynktownie czujemy, że są na to raczej marne szanse. Limit szczęścia na dziś już chyba wyczerpaliśmy. Sam dojazd do Sedony od strony Flagstaff odbywa się trasą widokową, a zarezerwowany wcześniej Cave Springs Campground w lesie tuż przy rzece. Miejsce fajne: natura, las, szum rzeki, ławeczki, ubikacje, prysznice, fire ringi – cóż z tego, skoro w dalszym ciągu na terenie Arizony obowiązuje zakaz palenia ognia, o czym jesteśmy powiadomieni zaraz po pojawieniu się na campingu przez host-rangerkę w melexie. Stanowczym tonem powtórzyła 3 razy :”NO CAMP FIRE!” mimo to 2 sity obok wesoła ferajna paliła ognicho. Skąd w nas ta bezwzględna potrzeba ogniska, będąc na campingu, rozkładając namiot jesteśmy złaknieni ognia, wieczorny odpoczynek, kolacja przy kubku wina czy butelce piwa kojarzy nam się nieodzownie z ciepłem ognia rozświetlającym najbliższą okolicę. Ogień rozgrzewa (choć najczęściej jest to w ogóle niepotrzebne), hipnotyzuje, jednoczy, robi się przytulnie, atmosfera jest taka jak być powinna. Nasza odzież przesiąknięta jest dymem palonego drewna, to takie campingowe perfumy, uwielbiam ten zapach, tęsknie za nim ;(
Tego wieczoru nie rozpalamy ognia, choć mielibyśmy pretekst: przecież tamci obok palą(!!!). Już nakręcamy się nawzajem:” przecież mamy tyle drewna, jak podbije babka meleksem powiemy, że nie zrozumieliśmy, że jesteśmy obcokrajowcami a nasz angielski jest słaby”.

18.06.2018 – DZIEŃ DWUNASTY

Image

Prócz tego, że nie było wieczornego ogniska (buuuuuu )nie było też prądu w toaletach ani płatnych 4$/os kabinach prysznicowych, wiec kolejne śniadanie na zimno i bez kawy. Do tego spotkała nas dosyć zabawna sytuacja z panią host-rangerką w roli głównej z rana. Otóż udaliśmy się z ręcznikami, kosmetyczkami i czajnikiem elektrycznym (z zamysłem w pomieszczeniu prysznicowym musi być jakiś kontakt) pod budkę rejestracyjną celem zapytania: ”gdzie te prysznice?”, mieliśmy nadzieje, że będą one na monety a ich koszt nie przekroczy 3$/os (tyle mieliśmy ćwiartek). Jednak okazało się, że prysznic kosztuje 4$/os i należy kupić token. Brakło nam drobnych więc Małżowina poszedł po kasę do auta, w tym czasie naszą pozostałą dwójkę pani host-rangerka zmierzyła nas wzrokiem od stóp do głów zatrzymawszy wzrok na czajniku który miałam pod pachą. Na jej twarzy pojawił się dziwny grymas w rodzaju osłupienia, konsternacji: „po co Ci ten czajnik?”…”będę potrzebowała trochę gorącej wody” ale tu nie ma prądu…nawet pod prysznicami nie ma ? „nie” odparła i dodała „this is camping”. OK (podbijemy do jakiego Starbucksa albo McDonaldsa w Sedonie na kawę i po problemie), ale grymas i wyraz twarzy tej baby był tak nieprzyjemny i ton z jakim to mówiła, że Młody od razu spointował :"pierwsza niemiła Amerykanka jaką dotychczas spotkaliśmy". No nie zrobisz nic! Na 325,000,000 mieszkańców trafi się jeden buc.

Image

Image

Image

Image

Image

Sedona to urocze miasteczko, gdzie brązowo-piaskowe rezydencje i posiadłości wtapiają się w skalisty krajobraz, na ulicach nie widać tłumów turystów, w centrum informacji, gdzie dostajemy mapę i wskazówki co zobaczyć i gdzie się udać jesteśmy sami, w McDonaldsie też

Image

…za to przy szlaku na Devil’s bridge nie ma gdzie zaparkować, parkujemy przy ulicy i ciśniemy na szlak. Okazało się, że zbytnio pofolgowaliśmy sobie z czasem w Sedonie i teraz nie zostaje nam nic innego jak gnać w kierunku Canyon de Chelly…co gorsza nie mamy żadnej noclegowej rezerwacji.

Image

Image

Plan był taki aby raniusieńko zwiedzić Sedonę, potem późnym popołudniem Canyon de Chelly i dojechać w okolice Cortez w Colorado i tam zakotwiczyć na noc. Jednak plan stał się nierealny bowiem zbyt długo zabawiliśmy w Sedonie (to pewnie przez te Vortexy, dobra energia zatrzymała nas tam dłużej), toteż słońce chyliło się ku zachodowi kiedy my pruliśmy drogą 191 na północny-wschód. W okolicach miejscowości Ganado (Az) zatrzymaliśmy auto na poboczu i w przypływie ogniskowej desperacji zaczęliśmy rozważać:
Ja: „Została godzina, może 1,5h do zachodu słońca, co jeśli dotrzemy do Canyon de Chelly (50km stąd) a na tamtejszym campingu nie będzie wolnych miejsc? Zresztą zwróćmy uwagę, że jest to Arizona = zakaz palenia ognia, a drugiej nocy bez ogniska nie zdzierżę!!! Jestem za tym, że odbić do Nowego Meksyku – tam znajdziemy jakiś camping a jutro wrócimy do Canyon de Chelly”
Małżowina: „Zbyt długa trasa nam zostanie na jutro, nie mamy czasu, żeby się szwendać po Nowych Meksykach, a co jak nie znajdziemy campingu tuż za granicą z Nowym Meksykiem? A co jak tam też jest fire restriction?”
Młody: „Ile jest do Granicy z Nowym Meksykiem a ile do Canyon de Chelly? Tyle samo, tak? Tam na pewno jest camping? On jest prywatny? …Jedziemy do Canyon de Chelly.”

Image

Decyzja podjęta. Docieramy na tereny Navajo, po wjeździe na teren Canyon de Chelly National Monoument nie jesteśmy skasowani ani dolara za wjazd….jak to Navajowie nie kasują za wjazd?! Dziwne. Zatrzymujemy się na kilku tarasach widokowych. Kanion o zachodzie słońca wygląda PIĘKNIE.

Image

Image

Image

Jak kaniony nie robią na mnie większego wrażenia (chyba, że z kasety VHS będąc 10 lat) to ten zrobił, zakochałam się a nie widziałam jeszcze najlepszego (czyli Spider Rock) …tymczasem docieramy do Spider Rock Campground – gdzie wcześniej pisaliśmy e-mail z pytaniem o możliwość rezerwacji, ale nie otrzymaliśmy nań żadnej odpowiedzi. Parkujemy więc i z powątpiewaniem, że w tak cudownym miejscu o tej porze roku mogą być jakiekolwiek miejsca na campingu idziemy prosto do drewnianej budy z szyldem Registration – jest buda, w budzie biurko a prócz tego żywej duszy. Wychodzimy na zewnątrz, rozglądamy się, może jest tu jakiś dzwonek….nie ma. Wreszcie z pobliskiej przyczepy wychodzi stary Indianin ale taki PRAWDZIWY, AUTENTYCZNY INDIANIM, Z DŁUGIMI SIWYMI WŁOSAMI, MIAŁ NA SOBIE SYGNET, BRANSOLETKE I NASZYJNIK OZDOBIONE TURKUSEM I MIAŁ RYSY TYPOWO INDIAŃSKIE. No Tańcząca Chmura z Dr.Quinn! Co ważnie nie mówi od progu, że camping is full – co jest dobrym znakiem. Pytamy Indianina (młody roboczo nazwał go Siuks choć doskonale wie, że to ziemie Navajo): czy masz jeszcze jakieś miejsca wolne na campingu? Siuks:”tak” My: „Potrzebujemy jedno pod namiot” Siuks:”OK” i zaczyna wypełniać druk – coś w rodzaju paragonu, dane personalne, numer rejestracyjny…ile osób. Na koniec cena: 11$ please (!) Na naszych twarzach zapewne wówczas wymalował się podobny grymas szoku i zaskoczenia jak dzisiejszego poranka u pani-rengerki (ile ?!)
Mało tego, że mamy gdzie spać, trzeba jeszcze załatwić ogień, choć już kątem oka widzimy tabliczkę z przekreślonym płonącym konarem (i nie jest to reklama Braveran), pytamy zatem nieśmiało: „Czy są fire-ringi?” Siuks: ”tak są ale mamy tu fire restriction”, my: ”o nie, a my jesteśmy tacy głodni, potrzebujemy ognia żeby przygotować kolację”, na co Siuks mięknie: „ok, mogę Wam sprzedać ale tylko jedną wiązkę drewna”, my: „my mamy własne drewno” Siuks: ”o nie, mamy tu fire restriction” , My (myślimy sobie w duchu: nie możemy tego spierdolić!) No tak ale to byłby tylko małe, krótkie ognisko jedynie dla przygotowania kolacji” , Siuks: „O’right” …….My: ”Thanks" :) :) :) …w tle Beautiful Day (U2)
Zajmujemy miejsce, które wskazuje nam Siuks i od razu zabieramy się za: rozpalanie ogniska, pompowanie materaców i rozbijanie namiotu. Ja: „Miałeś rację Młody, żeby tu przyjechać, to jedna z lepszych miejscówek jakie mieliśmy, a na pewno najtańsza, Zauważyliście, że Siuks słabo mówi po angielsku, jakoś tak z dziwacznym akcentem. Nie mówcie jeszcze, że na co dzień posługuje się językiem Navajo bo zwariuje do reszty – autentyczny Indianin, wystrojony w biżuterię wysadzaną turkusem, mieszkający w przyczepie przy krawędzi kanionu, posługujący się indiańskim językiem?!...Kocham, kocham, kocham!”

Image

Młody: „Ten camping tańszy niż dzisiejszy prysznic!” o żesz….no faktycznie.
Ognicho nie było krótkie jak obiecywaliśmy Siuksowi – co nikomu nie przeszkadzało i nie spowodowało żadnego pożaru, klimat był kapitalny i mimo spartańskich warunków: toi toi i beczka deszczówki za nim fantastycznie wspominamy noc u Siuksa.

Image

Image

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 7 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group