| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Gran Canaria na bezdechu gran-canaria-na-bezdechu,212,187510 | Strona 1 z 1 |
| Autor: | katewisienka [ 09 Sty 2017 17:09 ] |
| Temat postu: | Gran Canaria na bezdechu |
Polowanie na grudniowy "wylot gdziekolwiek" planowałam już wcześniej. Potrzebowałam słońca pod dowolną szerokością geograficzną. A że kalibru zwierzyny nie sposób przewidzieć i mój wielki zwierz chyba przysnął, to ustrzeliłam... Kanarka. Tylko i aż. Prognozy obiecywały słonko, jeszcze tam nie byłam, a zatem… Gran Canario, przybywam! ![]() Padło na Maspalomas, bo blisko wydm, a na hotel, bo daleko od centrum. Bezpieczne 3,5 km od galerii handlowych i całego tego magnesowego pierdzielnika. Ale na miejscu Maspalomas okazuje się w porządku. Dobre na spacery, zakupy czy kolację. Tyle, że nie dla spacerów ukręciłam Kanarkowi łeb. To przez Dunas de Maspalomas, a te ścinają z nóg! Potężne, uczesane wiatrem. Stajesz na pierwszej, a wokół otacza cię falujące morze. Wchodzisz na kolejną i to samo. Dwa dni radochy. ![]() ![]() A potem poznajemy parkę z Gdyni i wariata spod Karpacza i dogadujemy się na wspólne jeżdżenie. Bierzemy Kie Rio, robi się ciasno i wesoło. Na początek Las Palmas, wielka stolica niewielkiej wyspy. Chcemy zobaczyć Veguetę, historyczną dzielnicę z obcykaną ze wszech stron Katedrą Św. Anny. W dużym mieście liczymy na fajną starówkę. Z knajpkami, uliczkami, sklepikami. A tu zawód. Katedra jest potężna, ale reszta niknie w jej cieniu. Po godzinie obchód mamy zaliczony, piwo wypite, placyki i balkoniki obcykane. Uznajemy, że poradzimy sobie sami z tak mile rozpoczętym wieczorem. Wracamy! Na wino z tequillą i whisky z rumem. Niektórzy tylko na only rum! No cola! no ice! no kubek! ![]() Ranek dla onych jest trudny, ale na miłosierdzie trzeba zasłużyć. Wbijamy w głąb wyspy. Droga pnie się w górę. Co zakręt- punkt widokowy. Oglądamy pasma górskie, doliny, wąwozy. Co chwilę ktoś sygnalizuje orgazm. Zatrzymuje nas Fataga, malownicza wioska w dolinie z kamiennymi domkami, zwierzyną ganiającą po uliczkach i podwórzami w kwieciu. Sielsko. Skuszeni zapachem z pobliskiej piekarni kupujemy słodkości i mamy ochotę zostać. ![]() ![]() Ale przed nami kręta, górska trasa, a to wymaga czasu. Po godzinie docieramy na parking przed Roque Nublo- wulkanicznym nekiem, kiedyś obiektem kultu aborygenów, dziś najbardziej rozpoznawalnym symbolem wyspy. Kilometrowy spacer dzieli nas od szczytu. A tam widok wbija w buty. Trochę się chmurzy, ale mamy szczęście, bo jak na dłoni widać Teneryfę. Seria zachwytów, pierdyliard fotek i ruszamy po nowy cel: Roque Bentayga. I znowu ochy, achy, kolejne bezdechy. Obiad jemy w Tejedzie. Paella, sery, jagnięca giczka. Bosko. ![]() ![]() Przebijamy się na północ. Sceneria zmienia się. Zostawiamy słoneczne lato i wjeżdżamy w środek jesieni. Temperatura spada o kilka stopni. Mijamy plantacje bananów i trzciny cukrowej, ale celem są miasteczka: Teror z rzeźbionymi balkonami, Firgas z mozaikowymi schodami, Arucas z potężnym kościołem i fabryką rumu. Misiaki planowały nawet zakupy rumowo-miodowego bibra, ale odpuszczamy. Serpentyny schłodziły ich stosunek do alkoholu. Nie na zawsze. Do wieczora. ![]() ![]() Rankiem znów pakujemy się do Kianki. Plan wydaje się mniej ambitny: spacer po Agaete, przejazd słynną GC-200 i plażowanie w Puerto de Mogan. Brzmi luźno. Zaczynamy od Agaete, białego miasteczka przycupniętego na wzgórzu. Jest grudzień i wszystkie kanaryjskie miasta szykują się na święta, ale wakacyjna aura i choinka na placu przed kościołem wyglądają groteskowo. ![]() Zjeżdżamy na plażę i stajemy wmurowani. Jejuśku, co za widok! Bo za Agaete zaczynają się klify... ![]() Na szybkości dopijamy kawę/piwko i z dreszczykiem wbijamy na GC-200. Wjazd jest częściowo zamknięty. CZĘŚCIOWO, więc przejeżdżamy drugą stroną. Suniemy pojękując, aż nagle za El Risco zatrzymuje nas blokada na drodze. Właściwie to brak drogi. Potężne osuwisko odcięło przejazd i jedyne co możemy, to zawrócić. Fuck! Pisało coś na wjeździe, teraz przypominamy sobie strzępki info... ale, kto by dał wiarę?! Przecież wszyscy mamy te cholerne geny dziadków-ułanów. Po powrocie doczytałam, że drogę zerwało miesiąc wcześniej. Do odwołania przejazdu brak. ![]() A potem znów: zamiast uwierzyć znakom przy drodze, obdarzamy zaufaniem typa z GPS. I lądujemy na drodze szerokości chodnika, ze 100% nachyleń i zakrętów. Plan dnia szlag trafia. Tłuczemy się z prędkością 30 km/h psiocząc pod nosem. Mijamy na wpół wymarłe wioski, odludne pastwiska, górskie doliny aż docieramy nad Presa de Parralillo. I zapominamy o planie dnia. Może trudno w to uwierzyć, że zbiornik zaporowy może odmienić los dnia, uratować wycieczkę i stać się miejscem wielokrotnych szczytowań, ale tak jest. Dlaczego? Dlatego! ![]() W dodatku tylko kawałek dzieli nas od Puerto de Mogan. O plażowaniu nie ma co marzyć, ale docieramy przed zachodem słońca. I fajnie, bo miasteczko ma wyjątkowy klimat. Przypomina bardziej portugalskie niż kanaryjskie miasteczka. Białe domki wykończone żółto- niebieskimi lamówkami toną w kwiatach. Jest niewielki porcik, ryneczek i knajpki. Załapujemy się na zbiorowy zachód słońca. Piękne zakończenie dnia i "kropka nad i" w poznawaniu wyspy. Wyspy - niespodzianki. ![]() Bo Gran Canaria, choć nie miałam jej na celowniku, okazała się petardą. Nie liczyłam na tyle szczytowań. Ten "kontynent w miniaturze" ma wszystko. Góry, plaże i lato w środku zimy. Majestatyczną, niezwykłą przyrodę, wioski zamieszkałe przez uśmiechniętych ludzi i architekturę, która urzeka. Ma w końcu kolorową, radosną kuchnię, pełną ryb, owoców i moich pomarszczonych faworytów, papas arrugadas. Kulinarny raj. ![]() To mój trzeci upolowany Kanarek i - jak dotąd - to właśnie tutaj szum oceanu usłyszałam najwyraźniej. I nadsłuchuję dalej... | |
| Strona 1 z 1 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |