| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal poradnik-prawdziwego-podroznika-nepal,215,121475 | Strona 1 z 2 |
| Autor: | pestycyda [ 14 Gru 2017 20:18 ] |
| Temat postu: | Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Dziś trudno być Prawdziwym Podróżnikiem (PP), choć prawie każdy ma takie ambicje. Wielu z nas sen z powiek spędzają rozmyślania o tym, co trzeba zrobić, aby wreszcie PP zostać. Prawdziwy Podróżnik - to brzmi dumnie (w odróżnieniu od : turysta) Liczne dyskusje (m.in. na forum Fly4free) i badania naukowe wskazują, że są tylko dwie drogi, aby wreszcie móc spojrzeć z góry na swoich rozmówców i wycedzić : "Co ty tam wiesz....Ja jestem PODRÓŻNIKIEM". Może to zabrzmi nieskromnie, ale dotarło do mnie, że PP jestem od dawna. Ponieważ nakłada to na mnie pewne obowiązki, wraz ze współtowarzyszami moich podróży, postanowiliśmy przygotować dla Was poniższe opracowanie - poradnik. Nie jestem przekonana, czy będziecie w stanie osiągnąć poziom mistrzowski, ale jeśli będziecie solidnie ćwiczyć, to być może, być może coś się w Was rozwinie... W poradniku zawarliśmy porady praktyczne (wszystkie wypróbowane przez autorów - nierzadko z narażeniem zdrowia/życia). Wiedzę tę postaramy się Wam przekazać w sposób przystępny. Autorzy proszą też o nierozpowszechnianie poradnika wśród osób postronnych. Po wypowiedzeniu magicznego zdania "Jestem PP" dużo więcej satysfakcji przynosi reakcja : "O ja cie...", "Czy mogę prosić o autograf?", niż : "Ja też", "Ja też", "Ja też"....Sami rozumiecie. Właściwie uważam, że poniższy poradnik powinien znaleźć się w Twierdzy Szyfrów, aby dostęp do niego mieli tylko ci, którzy na to zasłużyli! Co więc należy robić, aby zostać PP? Są dwie możliwości : 1. Podczas podróżowania należy unikać miejsc uznawanych za największe atrakcje turystyczne, bo tam jeżdżą tylko turyści. Aktualnie nie jest to łatwe - wszędzie drogowskazy, oznakowania, mapki z internetu itp. Owszem, można unikać tych miejsc SPECJALNIE, ale, umówmy się - to bardzo niski poziom i takiej osoby w żaden sposób nie można nazwać PP. PP unika atrakcji turystycznych niejako mimochodem, niechcący. To jest prawdziwe mistrzostwo i trudna sztuka. Ale tę właśnie sztukę będziemy się starali Wam przybliżyć. 2. Podczas podróżowania należy zwiedzać miejsca niedostępne i niezbadane (np. odkrywać nowe źródła Amazonki), ale tym aspektem, khm..., jakby nie będziemy się zajmować Czas podróży : 27.01.2017 - 10.02.2017 Bilety : Warszawa - Kutaisi, Kutaisi - Warszawa, Wizz Air, 326 zł. Tbilisi - Katmandu, Katmandu - Tbilisi, Flydubai, 1375 zł. Autorzy poradnika : koleżanka Beata, kolega Marcin i ja. Plan podróży : zupełnie inny, niż teoretycznie założono | |
| Autor: | pestycyda [ 17 Gru 2017 20:45 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Rozdział I. Jak nie zobaczyłam tańczących fontann w Dubaju. Prawdziwy Podróżnik musi się przede wszystkim koncentrować na tym, aby jak najmniej zapłacić za bilety lotnicze. To jego główny i najważniejszy cel. Pamiętajcie więc, że przy wyborze biletu nic innego się nie liczy - ani fakt, że loty przesiadkowe są z różnych lotnisk, ani niedogodne godziny odlotów, ani nawet konieczność spędzenia gdzieś kilku godzin - dni, żeby poczekać na właściwy (czytaj : tani) samolot. Wygodne, bezpośrednie połączenia są dla mięczaków (jeśli, jakimś cudem, uda się Wam z takiego skorzystać - lepiej to przemilczcie. Chwalenie się tym faktem z pewnością nie przysporzy Wam sławy i raczej oddali Was od tytułu PP). Posłuszni tej zasadzie, zdecydowaliśmy się zatem na : przylot do Kutaisi o 6.00 rano, odlot z Tbilisi o 16.40, potem 15 godzin czekania w Dubaju (od 20.00 do 12.00 - naprawdę, cudowny czas na zwiedzanie miasta :/ ![]() Trochę gorzej poszło nam z przejazdem pomiędzy lotniskami :/ ![]() Na lotniskach zawsze intrygują mnie wystawy przedmiotów, które zostały skonfiskowane przy próbach przemycenia. Nie mam pojęcia w jaki sposób ktoś chciał, ukrywając oczywiście, przewieźć tego typu "pamiątki". Na pierwszym planie suhak. Marzę, żeby zobaczyć go na wolności i zupełnie nie rozumiem, jak komuś może sprawiać przyjemność taka ozdoba :/ ![]() I wreszcie Dubaj. Noc, nie noc, ale zwiedzić trzeba ![]() Dubaj nocą jest...hmm....Bogaty? Takie przynajmniej na mnie sprawił wrażenie. Świeci, błyszczy, skrzy się od ozdób i lampek. ![]() Chcieliśmy trochę pooglądać miasto, powłóczyć się, zobaczyć Burj Khalifa (najwyższy budynek), ale naszym głównym celem było obejrzenie tańczących fontann. Oczekiwaliśmy, że właśnie w nocy będzie to olśniewające widowisko. Do fontann trafiliśmy dosyć szybko. ![]() Jednak, powiem szczerze, trochę nas rozczarowały. Przy całym dubajskim przepychu wyglądały dosyć ...skromnie? Ale co my tam możemy wiedzieć? Skoro znawcy i specjaliści internetu okrzyknęli je cudem i wspaniałością, to pewnie tak jest. A my po prostu się nie znamy. Usiedliśmy więc na ławce i podziwialiśmy ich niewielkie strumyczki. ![]() Później fontannom trochę się poprawiło, ale nadal nie chciały tańczyć. To nas nieco zbiło z tropu, ale szybko zrozumieliśmy - pewnie pokazy tańca są o określonych godzinach, na które nam, niestety, nie udało się trafić. Trudno. Podziwialiśmy więc to, co było dostępne. ![]() Rozglądaliśmy się po okolicy...Szkoda było nam odejść od tego miejsca za szybko, bo w końcu przyjechaliśmy tutaj właśnie po to, żeby zobaczyć fontanny. Zachowawczo pocieszaliśmy się nawzajem, że "w sumie ładne to jest". Może mieliśmy za wysokie oczekiwania odnośnie tej atrakcji i dlatego teraz czujemy się trochę zawiedzeni? ![]() Gdy tylko strumienie wznosiły się wyżej, podskakiwaliśmy na ławce, bo może akurat właśnie zaczyna się pokaz tańca? Niestety nie - po każdej "zwyżce" następowała "zniżka" wody :/ Czekaliśmy cierpliwie. No dobrze - za ciekawe to nie było :/ ![]() Mocząc nogi w jednej z głównych turystycznych atrakcji, głośno wyrażaliśmy przesadny i entuzjastyczny zachwyt. Nawet pan policjant, przechadzający się obok fontanny, patrzył na nasze prężenie się przed obiektywem z łaskawym uśmiechem, zabarwionym lekką wyższością. Ze zrozumieniem pokiwał nam głową, myśląc "no tak, przyjechali z biednego kraju, pewnie takich cudów jeszcze w życiu nie widzieli. Niech mają, biedaki, pamiątkę..." :/ ![]() PP z bijącym od nich entuzjazmem oglądają tańczące fontanny (za to są spełnieni i szczęśliwi - z powodu czystych stóp ![]() Jednak, jak widać, policjant był wybitnym psychologiem - wobec nich nie był tak wyrozumiały i kategorycznie kazał im zakończyć ten niecny proceder. Trochę się nam zrobiło przykro - oni NAPRAWDĘ chcieli mieć taką pamiątkę. Poza tym, zaniepokoiła nas lekcja, jaką dało nam życie. Czyżby wskazywało kierunek, jakim powinniśmy podążać? :/ ![]() Na szczęście zaraz przy fontannach był kolejny punkt "do zwiedzenia" z naszej listy - Burj Khalifa. ![]() Super, dwa "must see" odhaczone za jednym zamachem, zostało nam już tylko niezobowiązujące "poszwędanie się". ![]() ![]() Okolica była naprawdę ładna. Może nie z takich miejsc, w których chciałabym spędzić całe wakacje, ale zdecydowanie warte obejrzenia. ![]() ![]() Dużo świateł, deptaki, przechodzący ludzie. Milutko...Jakiś ładny kanał/sztuczne jezioro, wokół którego mnóstwo pięknie oświetlonych kawiarenek. Cudo. Spacerowaliśmy wzdłuż niego podziwiając widoki. Nagle zaintrygowały nas dziwne rurki znajdujące się w wodzie - hmm, ciężko powiedzieć, co to było. Może w jeziorku hodowane są jakieś dziwne ryby, a te rurki, to skomplikowany system natleniania wody? Tak to wyglądało... I tak sobie spokojnie rozmawiając i napawając się klimatem, wędrowaliśmy dalej. Bardzo spokojnie. Do momentu. W. Którym. Zauważyliśmy. Tablicę. Informacyjną :/ :/ :/ Tak więc, moi drodzy, oto jedyne prawdziwe zdjęcie tańczących fontann w Dubaju, jakie mamy : ![]() No. Tak więc widzicie. To nie jest przesadne chwalenie się. Naprawdę reprezentujemy poziom mistrzowski :/ Postanowiliśmy wrócić jak najszybciej na lotnisko. Wprawdzie podobno "co cię nie zabije, to cię wzmocni", ale obawiam się, że nasza psychika kolejnej porażki by już nie zniosła :/ ![]() Jeden z najładniej ozdobionych samolotów, jaki widziałam. ![]() Dubaj widziany z powietrza naprawdę robi wrażenie. Poza tym, jakoś mi się wydaje, że w naszym przypadku, taki sposób oglądania jest, wbrew pozorom, bezpieczniejszy ![]() Pustynne rezydencje. Niesamowite... ![]() ![]() I wreszcie widok, na który czekaliśmy.... ![]() | |
| Autor: | zzeke [ 18 Gru 2017 11:54 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Znakomita większość PP zostaje "zwykłymi" turystami natychmiast,gdy zaczyna ich być na to stać:-) Miło się czytało w poniedziałkowe przedpołudnie:-) | |
| Autor: | pestycyda [ 18 Gru 2017 23:39 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
@zzeke, tu nie chodzi o pieniądze Poza tym, nawet gdybym zarabiała nie wiem jak wysoką kwotę, to i tak nigdy nie przestanę być PP :/ Pozdrawiam | |
| Autor: | pestycyda [ 21 Gru 2017 00:40 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Rozdział II. Jak nie zobaczyłam starego miasta w Katmandu. W Katmandu wylądowaliśmy ok. 18.00. Formalności na lotnisku zajęły nam niecałą godzinę - wyrobienie wizy to koszt 25 USD + jedno zdjęcie. Waluta Nepalu to rupia nepalska (NPR), a 100 NPR to ok. 3,46 zł. Na lotnisko przyjechał po nas znajomy Nepalczyk, który właściwie był jednym z głównych powodów, dla których tak pracowicie szukaliśmy taniego lotu właśnie do tego kraju. Lalit i jego żona, Danusha, prowadzą w Katmandu rodzinny dom dziecka, który bardzo chcieliśmy odwiedzić. Żeby nie robić im kłopotu, jeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy przez booking.com dwie noce w hostelu Khangsar, znajdującym się w dzielnicy Thamel (2530 NPR za dwie noce w trzyosobowym pokoju). Lalit zawiózł nas do hostelu, pożyczył trochę miejscowych pieniędzy i obiecał, że następnego dnia przyjedzie po nas o 7.00 i pojedziemy odwiedzić dzieci z rodzinnego domu dziecka Papa's Home. Pierwsze wrażenie z Katmandu? Dlaczego prawie wszyscy noszą maseczki przeciwpyłowe? Drugie - już wiem, ekhe-ekhe-khy :/ ![]() Widok z okna naszego pokoju. Widzicie te dwa parasole na samym dole? Bardzo mocno nas przyciągały ![]() Restauracyjka miała bogate menu, jednak nie mieliśmy większego problemu z wyborem ![]() ![]() Lokalna zupa - przepyszna. ![]() I momo - tybetańskie pierożki z mięsem, są też wersje wegetariańskie. Dla mnie - rewelacja. Za taką ucztę dla trzech osób (suto zakrapianą ![]() Czyści i najedzeni czekaliśmy na Lalita o umówionej 7.00 rano pod hotelem. Czuliśmy lekkie skrępowanie, bo z Lalitem twarzą w twarz spotkaliśmy się po raz pierwszy w życiu. Nasza wcześniejsza znajomość przebiegała wyłącznie na płaszczyźnie internetowej. Nie chcieliśmy mu robić problemów, narzucać się, czy odrywać go od pracy. Nie chcieliśmy też, żeby czuł wobec nas jakiekolwiek zobowiązania. Ale bardzo, bardzo chcieliśmy poznać wreszcie dzieci, które do tej pory znaliśmy tylko ze zdjęć. ![]() Dom dziecka znajdował się w zupełnie innej, dość odległej od Thamelu dzielnicy. Lalit kluczył małymi uliczkami, skręcał, zawracał, omijał korki... ![]() Oglądaliśmy Katmandu przez szybę auta, obiecując sobie, że zaraz po powrocie wybierzemy się na porządne zwiedzanie. ![]() W styczniu 2017 r. w Katmandu dalej widać ślady trzęsienia ziemi z 2015 roku. Straszne ślady. Po wielu budynkach zostały tylko kupki gruzu, które leżą tam nadal. Inne, podparte wszystkim, co się dało znaleźć, próbują jakoś normalnie funkcjonować. ![]() ![]() ![]() W domu dziecka spędziliśmy całe przedpołudnie. Ponieważ kolejnego dnia chcieliśmy wyruszyć na trekking, Lalit pojechał z nami do Nepal Tourism Board, żeby wyrobić wymagane zezwolenia. ![]() I gdy sobie teraz to przypominam, to aż mi wstyd. W porównaniu z nami, kurczaki w Tajlandii były super-ekstra samodzielne :/ Lalit zaopiekował się nami w całości. Wsiadaliśmy do jego auta i byliśmy przewożeni z miejsca na miejsce, zupełnie nie wiedząc, gdzie się przemieszczamy :/ A że człowiek łatwo przyzwyczaja się do wygody, to, no jakoś tak...daliśmy się temu ponieść...:/ ![]() Zezwolenie na trekking w rejonie Annapurny kosztuje 20 USD od osoby. Wypełnia się odpowiedni druk, dodaje zdjęcie i, dosyć szybko, otrzymuje się coś w rodzaju legitymacji. Zezwolenia na trekking można też załatwiać przez agencje turystyczne, ale i tak główną instancją jest właśnie Nepal Tourism Board. W kolejce przed nami stał pan z agencji, który trzymał cały plik wniosków wypełnionych przez "swoich" turystów. Nie powiem, ten widok napełnił mnie pewną dumą - wreszcie mamy naoczny dowód, jakimi to sprawnymi PP jesteśmy! Sami sobie załatwiamy zezwolenie na trekking! Dużo szybciej (bo "od ręki") i taniej (bez prowizji dla agencji). ![]() I tak sobie wzrastałam w tej dumie, do momentu, w którym pani z okienka, z którą się właśnie żegnałam, oznajmiła - a teraz do drugiego pokoju proszę :/ ![]() Jako dumni właściciele dwóch zezwoleń, zrobiliśmy sobie jeszcze zdjęcie "must take" (nie to, żebyśmy czegoś nie wiedzieli, ale wiecie..., tak na wszelki wypadek,... "strzeżonego..." ![]() Fakt, faktem - skrępowani sytuacją nie odważyliśmy się zapytać Lalita, czy będzie na nas czekał. Gorzej - wysiadając z auta nawet się z nim nie pożegnaliśmy, zakładając (znowu to haniebne przyzwyczajenie do wygody :/ ), że skoro się nami zaopiekował, to opiekować się będzie do końca. Jeszcze gorzej - po chwili milczenia, koleżanka Beata wyjąkała "bo mi się wydawało, że Lalit coś mówił, żebyśmy napisali do niego na Facebooku, jak wrócimy z trekkingu. Ale nie chciałam wam mówić, bo wiecie, ja nie jestem najlepsza z angielskiego" :/ ![]() I najgorzej - jutro mamy wyruszyć na trekking, a nie mamy ani jednego plecaka (przywieźliśmy dzieciom prezenty, a puste plecaki po ich wypakowaniu postawiliśmy pod ścianą. W domu dziecka. Który jest "nie wiadomo gdzie" :/ ![]() I nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby nie było tam z nami Marcina (tzn. doskonale wiem, jakby się skończyło, gdybym była tam sama ![]() Otóż Marcin ma pewien dar. To wyjątkowy i przydatny talent (chociaż, żeby być uczciwą, muszę wspomnieć, że czasem denerwujący ![]() Najpierw znalazł jakieś manewry wojskowe (?) ![]() Potem błądziliśmy małymi uliczkami. ![]() ![]() Aż w końcu (nie do wiary!) znalazł nasz hostel! Z wi-fi (to nam jednak nic nie dało, bo Lalita po prostu na Facebooku nie było :/ ![]() ![]() Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Skręcaliśmy w lewo, skręcaliśmy w prawo. NIKT nie wiedział, gdzie znajduje się podawany przez nas adres :/ ![]() ![]() Wchodziliśmy w małe zaułki, w ciasne uliczki, a Marcin zawsze pozytywnie odpowiadał na pytanie, czy na pewno wie, co robi ![]() W którymś momencie zaczęłam być pewna, że właściwie to chyba już ten trekking zaczęliśmy, a ten okrutny poganiacz niewolników ma zamiar nas tak zagonić na samą Annapurnę :/ ![]() Aż w końcu, nie uwierzycie, dotarliśmy pod adres, który, według taksówkarzy, nie istniał! W domu dziecka przyjęła nas żona Lalita (jego samego nie było. Na szczęście. Stwierdziliśmy, że nim wrócimy z trekkingu, może trochę zblaknie wstyd, którego się najedliśmy :/ ) Zabraliśmy plecaki i wróciliśmy do hostelu. Taksówką. Tym razem mieliśmy adres i nawet zdjęcie naszego miejsca noclegowego ![]() Pod samym hotelem (naprawdę, nie mieliśmy już sił iść nigdzie dalej ![]() I tak to nie zobaczyłam starego miasta w Katmandu. Byłam po prostu za bardzo zajęta :/ | |
| Autor: | TikTak [ 24 Gru 2017 11:56 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Ale fajna relacja! To znaczy - Ciekawa (specjalnie piszę przez duże C), Świetnie Napisana, Pogodna itd. Do tej kwalifikacji: "PP" tylko niestety muszę się przyczepić. Raczej bym tu widział: "ZZ" albo "WW". Jedną z głównych cech "PP" jest narzekanie na nadobecność "TT" a tego brakuje. Tomek (*) TT - Typowy Turysta WW - Wesoły Włóczykij ZZ - Zawzięty Zdobywca | |
| Autor: | pestycyda [ 25 Gru 2017 17:39 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Zwróć uwagę, że na razie ciężko narzekać na nadobecność TT, bo przecież świetnie nam idzie unikanie miejsc, w których najczęściej się znajdują Pozdrawiam | |
| Autor: | pestycyda [ 25 Gru 2017 21:20 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Rozdział III. Jak nie zobaczyłam zachodu słońca w Pokharze. ![]() Jak do tej pory, szło nam nadspodziewanie dobrze ![]() Żeby na niego zdążyć, rozsądnie zdecydowaliśmy się na jeden z najwcześniejszych autobusów do Pokhary. Odjazd o 7.00 rano. ![]() Wstaliśmy na tyle wcześnie, żeby spokojnie przejść przez miasto. Chcieliśmy choć trochę pozwiedzać Katmandu, ponapawać się jego klimatem... ![]() ![]() ![]() Zdążyliśmy także kupić butelkowaną wodę na drogę u ulicznego sprzedawcy (50 NPR sztuka). Wszystko było pod pełna kontrolą - mieliśmy odpowiedni zapas czasu, prowiant...Mieliśmy nawet ponownie nasze plecaki ![]() Trafiliśmy na dworzec, bilety kupione dzień wcześniej w agencji okazały się dobre i mieliśmy wygodne miejsca. A gdy nawet autobus wyruszył punktualnie, zaczęłam się czuć lekko nieswojo :/ ![]() ![]() Przez Katmandu jechało się bardzo powoli. Tłok na ulicach powodował, że właściwie więcej się stało, niż jechało. Nie martwiliśmy się tym zbytnio - mieliśmy naprawdę duży zapas czasu, poza tym byliśmy pewni, że gdy tylko wyjedziemy z miasta, to tempo jazdy natychmiast się poprawi. ![]() Nie poprawiło się zbytnio :/ ![]() Dodatkowo nieco zaskoczył nas fakt, że dosyć szybko pan kierowca zarządził postój. Na posiłek :/ Właściwie to najpierw go trochę nie zauważyliśmy (postoju. Nie pana kierowcy ![]() Nie byliśmy jeszcze głodni, ale skoro wszyscy, to wszyscy. Tak porcja ziemniaków (chyba), doskonale przyprawionych i z jakimiś dodatkami - 150 NPR. ![]() Zmieniać zaczęły się za to widoki za oknami. Robiło się też chłodniej, a powietrze stawało się bardziej przejrzyste. To miła odmiana po Katmandu - nareszcie można było odetchnąć pełną piersią, bez obawy o kaszel czy pył w zatokach. ![]() ![]() Autobusy i samochody w Nepalu są niesamowicie, bardzo bogato zdobione. Byliśmy nimi zachwyceni. Ich urody nie tłamsił nawet wszechobecny kurz i pył, którym były pokryte. ![]() ![]() To, niestety, częsty widok na drodze. Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy rozbity samochód, natychmiast do nas dotarło, że wcześniej się pomyliliśmy. Kierowca naszego autobusu zbyt wolno jedzie? Nie, nie - on zdecydowanie jechał za szybko ![]() ![]() ![]() Widoki za oknem robiły się coraz piękniejsze, coraz bardziej "górskie". ![]() Droga zaczynała się wznosić, a my, z coraz większym niepokojem, patrzyliśmy na liche słupko-barierki, które miały uchronić pojazdy przed ewentualnym osunięciem się w urwisko... ![]() Właściwie, to podróżowało się całkiem przyjemnie. Powoli (bardzo ![]() ![]() Gdy autobus zatrzymał się po raz kolejny, początkowo nic nie wzbudziło naszego niepokoju. Ot, kolejny postój na posiłek. W porządku, w końcu mamy OGROMNY zapas czasu ![]() ![]() Zaniepokoiliśmy się dopiero wtedy, gdy zobaczyliśmy, że za nami ustawia się ogromny korek.....I właściwie dlaczego pan zatrzymał nasz autobus na środku drogi, a nie przed jakimiś straganami z jedzeniem...? ![]() Zerknęliśmy do przodu i to był błąd :/ ![]() W dodatku nikt nie potrafił wytłumaczyć, co się stało. Jeszcze próbowaliśmy się pocieszać, że to chwilowe, że zaraz ruszymy. Jeszcze mieliśmy nadzieję...Niestety, gdy po jakimś czasie po niektórych turystów ze zorganizowanych wycieczek (PP niestety ma zawsze pod górkę. Zaciskajcie wtedy zęby i powtarzajcie w myślach "sława. I podziw". To pomaga ![]() Tak więc, oto nasze zdjęcie z zachodu słońca nad pasmem Annapurny ![]() Oglądaliśmy tereny, w których przyszło nam żyć przez bliżej nieokreślony jeszcze czas. Zastanawialiśmy się, czy nie warto zabrać plecaków z autobusu i do Pokhary wyruszyć jednak na piechotę (gdy próbowaliśmy podpytać pana kierowcę, okazało się, że musielibyśmy przejść jakieś 40 km. Więc jednak nie). ![]() Dowiedzieliśmy się w końcu też, co było przyczyną korka. Otóż (choć może to być plotka. Wiecie, informacja była przekazywana ustnie od pojazdu, który stał najbliżej, więc po drodze mogła zostać przeinaczona. Jak głuchy telefon :/ ![]() W Pokharze byliśmy po 18.00. Po ciemku znaleźliśmy hostel (600 NPR za pokój trzyosobowy), trochę pocieszyliśmy się miejscowym piwem (350 NPR butelka) i poszliśmy spać. ![]() A zachody słońca nad pasmem Annapurny oglądane z Pokhary są podobno bardzo piękne. Nie wiem. Mi tam jakoś trudno w to uwierzyć :/ | |
| Autor: | pestycyda [ 27 Gru 2017 00:41 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Rozdział IV, w którym właściwie nic się nie dzieje, ale mam bardzo dużo zdjęć, które muszę gdzieś zmieścić ![]() Jedząc śniadanie (tosty, herbata, kawa x 3 - 520 NPR) na tarasie hostelu Ice View (który wybraliśmy specjalnie ze względu na ów "view" właśnie. Och, jak pięknie musiałby się prezentować w promieniach zachodzącego słońca....ale może lepiej do tego nie wracajmy :/ ![]() Planowaliśmy wyruszyć na krótki trekking na wzgórze Poon Hill (3210 m. n.p.m.). Poon Hill znajduje się na terenie Annapurna Conservation Area i jest częstym przystankiem podczas trekkingu do Obozu Annapurny (4130 m. n.p.m.). Na trekking do obozu, niestety, nie pozwolił nam brak czasu. Chcieliśmy chociaż trochę doświadczyć magicznych Himalajów, więc zdecydowaliśmy się na Poon Hill, trasę, którą według informacji znalezionych w internecie, można pokonać w 3-4 dni. Żeby rozpocząć wycieczkę, trzeba z Pokhary dojechać autobusem do Nayapul - internet radził też, aby wyjechać jak najwcześniej rano, najlepiej o 6.00, bo dojazd zajmuje ok. 2 godzin. ![]() Na dworcu autobusowym znaleźliśmy się przed 10.00 rano (PP nie słucha żadnych rad. PP tworzy własne :/ ![]() Miejscowy autobus trochę różnił się od tego, którym dojechaliśmy do Pokhary. Było w nim po prostu dużo ciaśniej - za sprawą mniejszych rozmiarów oraz ogromnej ilości współpasażerów. Właściwie większą część drogi spędziliśmy unikając (a przynajmniej : starając się unikać ![]() Obrazy za oknem stawały się coraz bardziej surowe, dzikie. ![]() Droga wznosiła się coraz wyżej, a my byliśmy coraz bardziej podekscytowani. ![]() W końcu, ok. 12.00, znaleźliśmy się w Nayapul. To malutka wioska z której rozpoczyna się trekking. Znajduje się w niej też punkt kontrolny ACAP (Annapurna Conservation Area Project), w którym należy pokazać obydwa zezwolenia. ![]() ![]() ![]() Nayapul ma dla mnie bardzo specyficzny klimat - taki, wiecie, trochę "klimat ostatniej szansy". Za chwilę wejdziesz wyżej i niezbyt wiesz, co tam zastaniesz. Jeśli czegoś zapomniałeś/nie zabrałeś ze sobą, to tak jakby ostatnia możliwość, żeby to dokupić właśnie tutaj. Podobny klimat wyczuwają chyba też mieszkańcy wioski, bo wszystkie budynki są dosłownie oblepione każdego rodzaju sklepikami, stoiskami i stoliczkami, gdzie można zaopatrzyć się we wszystkie niezbędne w górach przedmioty (długo się zastanawiałam nad dmuchanymi rękawkami do pływania i wielką patelnią, ale, ponieważ jestem PP, w końcu wpadłam na to, że sprzedawcy najprawdopodobniej poszerzyli asortyment również o to, co jest potrzebne po prostu im ![]() ![]() ![]() Na samym końcu wioski znajduje się punkt kontrolny. Oprócz zezwoleń, podaje się w nim cel wycieczki i ilość dni, które planujemy spędzić w górach. Pani wpisuje wszystkie dane do wielkiej księgi - to takie trochę zabezpieczenie (a przynajmniej mam taką nadzieję). Gdybyśmy zaginęli gdzieś po drodze, może w końcu ktoś by zajrzał do księgi, zorientował się, że do Poon Hill na pewno nie idzie się 20 dni i wyruszył na poszukiwania. Naprawdę wolę tak myśleć... ![]() W każdym razie, akt wpisania danych do księgi, tak mocno poruszył naszą (no dobrze...Moją :/ ![]() Most w Nayapul. Bardzo symboliczne miejsce. Przejście po nim oznacza rozpoczęcie trekkingu. Ruszyliśmy więc... ![]() ![]() Początkowo droga wiedzie przez kamienną wioseczkę (mam nawet wrażenie, że to dalej Nayapul, choć pewności nie mam). ![]() ![]() Ghorepani to wioska, w której należy się zatrzymać na nocleg, aby przed świtem wyruszyć na szczyt Poon Hill. My nie mieliśmy złudzeń - wiedzieliśmy, że do Poon Hill dziś nie dotrzemy. Nie było to problemem - po drodze znajduje się wiele innych wiosek, w których można zatrzymać się na nocleg. Postanowiliśmy więc zobaczyć, dokąd uda się nam dziś dotrzeć, po prostu. ![]() Droga przez pierwszą wioskę zaczyna się powoli kończyć. Coraz mniej domów, a kamienne podłoże zostało zastąpione przez ubity piach. ![]() ![]() Tu nie ma o czym pisać. Jak dla mnie, ta droga była jedną wielką emocją. Napawałam się widokami, zachwycałam, rozglądałam...Nie jestem bardzo doświadczona w górskich wędrówkach, więc sama trasa nie była dla mnie najłatwiejsza - ale nie była też bardzo trudna, w końcu jakoś szłam. To nic, że na szarym końcu i z zadyszką. To nic, że robiłam postoje co parę kroków. To zupełnie nieważne. Wszystko rekompensowały przepiękne widoki. A jest tam naprawdę przepięknie.... ![]() ![]() ![]() Wiem, zazwyczaj o większości miejsc mówi się "chcę tam wrócić". Ale jeśli chodzi o Himalaje, to po prostu MUSZĘ tam wrócić. I wejść wyżej i dalej... ![]() ![]() ![]() Po drodze mija się malutkie, przydomowe restauracyjki - raczej słabo zaopatrzone. Ale śmierć z głodu czy pragnienia nikomu nie grozi. Wprawdzie im wyżej, tym wyższe ceny - ale nic dziwnego. Tu każdy towar trzeba wnieść na własnych plecach. Kawa - 100 NPR, cola - 85. ![]() ![]() ![]() Magiczne, cudowne miejsce.... ![]() ![]() ![]() ![]() W końcu, jakimś cudem, udało się nam doczłapać do Birethani (ja człapałam. Współtowarzysze lecieli jak skowronki. Ale w ogóle się tego nie wstydzę ![]() Po zapytaniu o nocleg w pierwszym hostelu, przeżyłam lekki szok - trzyosobowy pokój 300 NPR. W takiej sytuacji PP nawet nie życzy sobie obejrzeć pokoju przed wynajęciem, tylko bierze klucze. I od razu płaci, żeby przypadkiem pani właścicielka się nie rozmyśliła Pokoiki były proste, ale czyste i ciepłe. Nie mieliśmy śpiworów, ale w pokoju dostępna była niezliczona ilość kołder i koców. Dodatkowo na dole była restauracja, więc niczego więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. Chociaż, czekajcie...było coś, co uszczęśliwiło nas jeszcze bardziej | |
| Autor: | pestycyda [ 27 Gru 2017 16:43 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Rozdział V. Jak nie zawsze wszystko się udaje. ![]() Po śniadaniu (omlety z warzywami i serem, kawy, herbaty, wszystko razy 3 - 720 NPR) ruszyliśmy dalej. Wprawdzie była 8.30, ale to i tak duży rozwój w stosunku do wczorajszej godziny wymarszu :/ ![]() Otóż dotarło do mnie, że jest na świecie (jak do tej pory : jedna. Ale lista pewnie się jeszcze nie zamknęła :/ ![]() Mam teraz pytanie. Czy według Was 3500 to dużo, czy mało? Wiadomo, wszystko zależy od dopowiedzenia : 3500 czego ![]() ![]() Za to można kontemplować widoki ![]() ![]() I wreszcie Ulleri. I oczekiwany postój na jednym z tarasów widokowych. Dzban herbaty - 240 NPR. ![]() Ulleri jest przepiękną, kamienną wioską, w której dominuje kolor niebieski. W wiosce jest dość dużo hostelików i malutkich, domowych restauracyjek. Ale, przede wszystkim, wrażenie robią widoki... ![]() ![]() ![]() Po wyjściu z Ulleri, droga jest jakby trochę łatwiejsza. Wprawdzie trzeba przejść jeszcze trochę kamiennych schodów, ale w niektórych momentach idzie się po zupełnie płaskim podłożu, a gdzieniegdzie (o, dzięki, dzięki! ![]() Kolejny postój, obiadowy. Zupy w okolicach 220 - 300 NPR, przy czym, jako namiętna wielbicielka czosnku, muszę podkreślić, że tak doskonałej zupy czosnkowej, jak właśnie podczas trekkingu, nie jadłam nigdzie indziej. Nie było mowy o jakichś smętnie pływających dwóch ząbkach na krzyż - w jednej miseczce znajdowały się przynajmniej dwie główki czosnku. Na tyle poprawiła mi humor, że z dużym optymizmem ruszyłam w dalszą drogę. I natychmiast otrzymałam nagrodę za pozytywne podejście do sprawy, bo rozpoczął się właśnie odcinek, który dla mnie był najcudowniejszy. ![]() Baśniowy las.....Władca Pierścieni, Hobbit i Wiedźmin w jednym. Czegoś tak pięknego dawno nie widziałam. Tu już zupełnie nie miało znaczenia, czy ciężko się idzie, czy jest pod górę i sapię jak parowóz. Chciałam tu być. Ze wszystkimi konsekwencjami. ![]() ![]() W końcu dotarliśmy do Ghorepani, wioski leżącej u stóp Poon Hill. ![]() I tu mała porada praktyczna - choćby nogi nie wiem jak odmawiały Wam posłuszeństwa, a ciało mówiło : koniec. Nie idę dalej, przełamcie to zmęczenie i podejmijcie jeszcze jeden, króciutki wysiłek. Dlaczego? Otóż Ghorepani składa się z dwóch części - dolnej i górnej. Do górnej prowadzą dodatkowe, tak, tak :/ , schody. Ale jeśli się jeszcze po nich wespniecie, w nagrodę rano będziecie mogli wstać troszeczkę później i będziecie mieć bliżej na Poon Hill. ![]() ![]() I wreszcie Ghorepani "górne". Robiło się coraz zimniej. I coraz ciemniej. W dwóch hostelach nie było miejsc...W trzecim, Snow View Lodges, okazało się, że został ostatni, dwuosobowy pokój. Pan obniżył nam na niego cenę (sic!!!), bo "przecież będziecie spać w trójkę, więc będzie niewygodnie". Płacąc 300 NPR za pokój, dostaliśmy jeszcze materac dla Marcina i mnóstwo koców. ![]() Pokoik był malutki, ale miał wszystko, co potrzeba. Była nawet własna łazienka, z której jednak nie dało się skorzystać w pełni. Robiło się bowiem coraz zimniej. Zwykłe wyjście do sklepiku z pamiątkami, oddalonego od drzwi naszego hostelu, powoli stawało się wyzwaniem. Została więc jedyna alternatywa spędzenia wieczoru - w salonie hostelu, przy piecyku. ![]() Nie myślcie jednak, że było tak idealnie ![]() Kolacja : ryż, sałatki, herbata, miód i "local wine" (już trudno. Odkryliśmy, że ta mieszanka doskonale rozgrzewała Żeby zdążyć na wschód słońca na Poon Hill, trzeba było wyruszyć o 5.30 rano. Wieczorem upewniliśmy się u pracowników hostelu - wschód miał być o 6.45, więc taka ilość czasu powinna nam wystarczyć (powinna :/ nie znali przecież mnie bliżej :/ I, no właśnie, niestety, czasami nawet najlepszemu PP nie wszystko się udaje ![]() Na samym szczycie znajduje się wieżyczka obserwacyjna i budka, w której można kupić gorącą herbatę (140 NPR). Z kubkiem w ręku można było zająć się zbieraniem szczęki z podłogi.... ![]() ![]() ![]() ![]() Z widocznością na Poon Hill jest różnie. Wszystko zależy od pogody. W hostelu spotkaliśmy mężczyznę, który już od tygodnia czekał, żeby zobaczyć panoramę Annapurny - codziennie wchodził na szczyt, jednak za każdym razem przejrzystość była fatalna. Podziwiam taka determinację, jednak my mieliśmy tylko jedną próbę. Nie liczyliśmy więc na za wiele... ![]() ![]() ![]() Zapalnie szczytów......W pełnej widoczności...... ![]() ![]() ![]() Po prostu magia....... | |
| Autor: | bozenak [ 27 Gru 2017 21:23 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
relacja jak zawsze super . Proszę o wysyłanie powiadomień jak zaczynasz pisać nową | |
| Autor: | pestycyda [ 28 Gru 2017 20:03 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Rozdział VI. Jak nie zobaczyłam atrakcji w Pokharze. (level : hard. Tylko dla zdeterminowanych). ![]() ![]() Na Poon Hill można byłoby spędzić długie godziny - oglądając, napawając się, fotografując...Niestety, dwa bardzo poważne argumenty zmusiły nas do zejścia : olbrzymie zimno i fakt, że przed nami jeszcze trasa w dół - chcieliśmy zejść jak najdalej, najlepiej na noc zostać w Nayapul (o Pokharze raczej nie śmieliśmy marzyć). ![]() Zaczęliśmy więc powoli staczać się do hostelu w Ghorepani - niechętnie i co chwilę zerkając za siebie ![]() Dopiero teraz, gdy zrobiło się jasno, mogliśmy docenić urodę samego podejścia na Poon Hill. Warunki pogodowe były znakomite, aż nie do uwierzenia, że akurat nam się tak trafiło ![]() Właściwie z każdego miejsca drogi do Ghorepani można było podziwiać pasmo Annapurny. Szliśmy więc bardzo powoli, noga za nogą, przystając co drugi krok... ![]() Powiem szczerze - Poon Hill wywarło na mnie tak wielkie wrażenie, że bardzo poważnie zaczęłam rozważać, czy przypadkiem nie warto z Prawdziwego Podróżnika zdegradować się samodzielnie do poziomu Zwykłego Turysty ![]() Jednak szybko do mnie dotarło, że nic z tego ![]() Poranek uświadomił nam również, jaki widok z okna hostelowego pokoju przegapiliśmy :/ ![]() Ogrzaliśmy się chwilę w naszym hostelu i, około 9.00, byliśmy gotowi do wyruszenia w drogę powrotną. Przykro i trudno było zacząć wracać - tym bardziej, że dla większości osób Poon Hill stanowiło tylko przystanek w trekkingu do Bazy Annapurny. Nawet dla Chińskich Turystów :/ (tak. Teraz sami widzicie, jacy oni są koszmarnie denerwujący :/ ![]() W dół szło się łatwo i przyjemnie. Szczególnie dla mnie - okazało się, że tak, jak w chodzeniu "na" szczyt jestem beznadziejna, tak w schodzeniu "z" wręcz rewelacyjna (mam tylko nadzieję, że ta tendencja nie utrzyma się w obrębie mojej kariery zawodowej :/ ![]() Muszę powtórzyć raz jeszcze - przepiękne, magiczne miejsce.... ![]() I znowu baśniowy las... ![]() ![]() ![]() Po drodze zatrzymywaliśmy się na posiłki w małych restauracyjkach. Każdy z nas maniacko trzymał się swoich ulubionych dań. Ja - zupa czosnkowa (w granicach 220 NPR), wracając, zjadłam chyba 4 ![]() Szło się naprawdę bardzo przyjemnie. Bajkowy las pachniał świeżością, zbutwiałymi roślinami i, no dobrze, trochę czosnkiem :/ ![]() Przez długi czas myślałam, że to jaki, tylko takie trochę wyliniałe (może strzygą im sierść w tym okresie?). Jednak trochę nie podoba mi się układ rogów i teraz sama nie wiem (mówię o tym brązowo-szarym. Nie tym w niebieskiej czapce ![]() Gdy doszliśmy do Ulleri, okazało się, że mamy doskonały czas marszu. To pozwoliło nam odwiedzić miejsce, które widzieliśmy tylko z daleka, idąc w górę. Miejscową szkołę. ![]() Piękne, niesamowite momenty. Obejrzeliśmy klasy, po których oprowadzała nas pani nauczycielka z malutkim synkiem na rękach, bawiliśmy się z dziećmi, które, początkowo nieśmiałe, szybko przełamywały zawstydzenie i włączały się do wspólnych szaleństw... W szkole można też zostawić datek na książki, pomoce naukowe itp. - w podzięce nauczyciel maluje darczyńcy bindi na czole. ![]() Dzieci w Ulleri były przecudowne. Bardzo żałowaliśmy, że nie mamy przy sobie więcej drobiazgów, które moglibyśmy im ofiarować. Aparaty do baniek mydlanych daliśmy więc nauczycielom najmłodszych klas - tak było najbardziej sprawiedliwie. ![]() W szkole spędziliśmy ponad godzinę. Moglibyśmy dużo dłużej, niestety - trzeba było ruszać dalej. ![]() Schody, które mnie tak pokiereszowały dzień wcześniej. Oglądanie ich z innej perspektywy daje dużą satysfakcję ![]() Marsz szedł nam nadspodziewanie dobrze. Gdy mijaliśmy kolejne wioski, dotarło do nas, że spokojnie na wieczór dojdziemy do Nayapul. Planowaliśmy zostać tam na noc, a kolejnego ranka znaleźć jakiś autobus powrotny do Pokhary. ![]() ![]() Mijały kolejne godziny marszu - przepiękna sceneria i fakt, że idzie się tylko w dół, powodowały, że czas w ogóle się nie dłużył. ![]() Jednak w końcu dopadło nas przeznaczenie :/ Przynajmniej zapytamy, w końcu to nas do niczego nie zobowiązuje, prawda? ![]() W Pokharze byliśmy ok. 20.00. Dotarliśmy do hostelu - niestety, były tylko dwuosobowe pokoje, więc wzięliśmy dwa (każdy 600 NPR). Ciepła woda, wygodne łóżko i, no dobrze, piwo Ranek jednak wyglądał zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy....Koleżanka Beata oznajmiła, że bardzo źle się czuje - wyglądała niezbyt zdrowo, skarżyła się na mocny ból żołądka i, no cóż, to przecież ludzkie, nie mogła się wypróżnić. Pierwsze kroki skierowaliśmy więc do apteki. W Nepalu z lekami nie ma żadnego problemu - na prawie każdym rogu stoją punkty apteczne, gdzie, jeśli tylko wiesz, czego potrzebujesz, możesz kupić wszystko, włącznie z antybiotykami. Jednak jest pewien problem ![]() Doszliśmy do jeziora Phewa Tal, ale cały czas dręczył nas niepokój i jakoś w pełni nie mogliśmy się skoncentrować na tym całym zwiedzaniu. I w momencie, gdy właśnie podjęliśmy decyzję, że wracamy jednak do hostelu, zadzwonił telefon Marcina. Beata. Ból się nasilił, lek nie pomógł. Do hostelu wróciliśmy biegiem. Beata wyglądała bardzo źle - nie mogła siedzieć, nie mogła leżeć. No co Wam mogę powiedzieć? Bez wdawania się w zbędne szczegóły - kamień kałowy. Decyzja mogła być tylko jedna - jedziemy do szpitala. Wtrącenie wyjaśniające : ponieważ tej części relacji, z przyczyn wiadomych, nie mogę zilustrować odpowiednimi zdjęciami, od tej pory obraz będzie się bardzo rozmijał z treścią ![]() W pierwszym odruchu zadzwoniliśmy do ubezpieczyciela, żeby dowiedzieć się, do którego szpitala w Pokharze możemy jechać (czyli pobyt w którym szpitalu jest objęty refundacją ubezpieczenia). I bardzo szczerze odradzam Wam takie działanie. Dlaczego? Ano dlatego, że pani konsultantka, po wysłuchaniu relacji z sytuacji, powiedziała, że sprawdzi i oddzwoni. Zdążyliśmy ją tylko poprosić o "naprawdę szybkie oddzwonienie" - Beata w tym czasie coraz bardziej bladła i słabła. ![]() Taksówka była już przygotowana, pan kierowca czekał z nami tylko na adres. Wpatrywaliśmy się uparcie w telefon, tak, jakby nasze zdenerwowane spojrzenia mogły przyspieszyć połączenie. Gdy po pół godzinie (do diabła, ile może trwać sprawdzenie nazwy szpitala w komputerowej bazie???), a koleżanka prawie zwijała się z bólu na chodniku, podjęliśmy męską decyzję - wsiadamy do auta, szpital wybiera pan kierowca. ![]() Ruszyliśmy z piskiem opon. Pan zaproponował szpital, który, jak nas zapewniał, jest bardzo dobry i ma "zachodnie warunki". Szczerze - było nam wszystko jedno, byle tylko zakończyły się cierpienia Beaty. ![]() Wbiegliśmy do rejestracji z uczuciem ulgi, gdy nagle dotarło do mnie "kurczę, teraz się zaczną dodatkowe kłopoty" :/ ![]() (prawda, że przy tak ordynarnym momencie, takie zdjęcie doskonale uspokaja? Pani, zaraz po tym, jak otarła z oczu łzy ze śmiechu (świetnie mi w tym Nepalu szło :/ Może warto rozważyć karierę komika :/ ![]() Pan doktor przyjął nas natychmiastowo (weszłam do gabinetu w roli tłumacza i jako obserwator - Beata nie byłaby w stanie sprawdzać, czy są zachowane standardy higieny. W tym momencie ból osiągnął chyba apogeum). Wprawdzie nasza znajomość nie zaczęła się zbyt dobrze (gdy pan doktor zaproponował Beacie, żeby usiadła, zupełnie spontanicznie opowiedziała : nie mogę :/ ![]() Zarówno pan doktor, jak i cały gabinet był naprawdę profesjonalny - doskonały angielski i perfekcyjna czystość. Po wysłuchaniu historii, zadał Beatce bardzo znaczące pytanie - czy, przypadkiem, nie jadła ostatnio .....jajek (ekhm, ekhm...:/ ![]() Gdy wyszliśmy ze szpitala, zaczęło się robić ciemno. Nie szkodzi, i tak wszyscy byliśmy zadowoleni - Beata, bo ból wreszcie się skończył. My - bo skończyło się uczucie strachu o koleżankę i bezsilności. I wtedy właśnie zadzwonił telefon. Pani z ubezpieczenia. ![]() Bardzo mnie to ucieszyło, bo od momentu, gdy Beata została uratowana, strasznie się nastawiałam na tę rozmowę, więc byłam doskonale przygotowana. I gdy zdziwiona pani zapytała, czy może rozmawiać z właścicielką ubezpieczenia, odpowiedziałam : Nie. Leży na stole operacyjnym. Wiem. Poniżej poziomu. Ale gdy później pani powiedziała, że możemy jechać właśnie do szpitala, w którym byliśmy, a na pytanie, czemu tak długo trwało sprawdzanie, oznajmiła : Długo? My mamy na to 5 godzin :/ uznałam, że naprawdę się jej należy. ![]() Nazajutrz rano wróciliśmy autobusem do Katmandu (wyjazd o 7.30, przyjazd ok. 16.00). Nie udało nam się obejrzeć Pokhary, pewnie jest piękna. Dowiedzieliśmy się za to wielu innych, pożytecznych rzeczy - tego, że nie warto aż tak bardzo przejmować się ubezpieczycielem i jego dziwnymi wymogami i tego, że nie trzeba bać się szpitala w Nepalu. No i oczywiście poznaliśmy tak modny ostatnio w branży rękodzieła artystycznego "efekt kamienia" :/ | |
| Autor: | TikTak [ 29 Gru 2017 12:10 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Pięć godzin to i tak super, nie wiem zupełnie dlaczego narzekacie. My przed wyjazdem do Nepalu zarejestrowaliśmy się w rekomendowanym przez MSZ systemie Odyseusz. I tak się złożyło, że dopadło nas trzęsienie ziemi. Zadzwoniliśmy do Odyseusza, żeby się poradzić, co się robi, kiedy hotel się zawalił, na lotnisko wejść się nie da, bo żołnierze straszą karabinami a drogi dojazdowe do Kathmandu są nieprzejezdne. Elektryczna sekretarka kazała nam zostawić swój numer i powiedziała, że jak ktoś do pracy przyjdzie, to zatelefonuje. W maju będą już trzy lata, jak czekamy ... | |
| Autor: | pestycyda [ 29 Gru 2017 18:55 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
@bozenak, żebyś Ty wiedziała, jak bardzo chciałabym móc chociaż raz napisać inną relację...Taką, w której np. dokonuję odkrycia drugiego Angkor Wat....Albo przemierzam pieszo Amerykę Południową. Całą @TikTak, Rozdział VII, zupełnie nie na temat. Jednym z głównych powodów wyjazdu do Nepalu, były odwiedziny rodzinnego domu dziecka Papa's Home w Katmandu. Nasza znajomość z założycielem - Lalitem i jego żoną, Danushą - rozpoczęła się przez internet, przy pomocy magii (bo inaczej naprawdę nie da się tego nazwać). Bez zbędnych szczegółów - znajomość zaczęła się zacieśniać, a w nas zaczął kiełkować pomysł, aby wreszcie zobaczyć się twarzą w twarz. Pomysł kiełkował, kiełkował, aż wreszcie (solidnie podlany świetną promocją lotniczą) stał się faktem. W Papa's Home spędziliśmy trzy dni - Lalit zaprosił nas, abyśmy z nim zamieszkali. Z jednej strony - bardzo chcieliśmy pomieszkać z wielką rodziną, którą do tej pory znaliśmy tylko ze zdjęć. Z drugiej natomiast, czuliśmy się bardzo skrępowani - nie chcieliśmy odbierać jedzenia czy miejsca w domu, gdzie każda rupia się liczy....Oczywiście mogliśmy zaproponować opłatę, ale akurat w sytuacji naszej znajomości mogłoby to być wielkim nietaktem. ![]() W momencie naszego pobytu w domu dziecka przebywało 25 dzieci. Trójka z nich to rodzone dzieci Lalita i Danushy. Pozostałe to dzieci uratowane od życia na ulicy lub gorszych rzeczy...Lalit, zapytany o to, w jaki sposób trafiają do niego poszczególne dzieci, odpowiedział - czasem sam znajdę jakieś dziecko, czasem ludzie mnie informują, że trzeba gdzieś pojechać. Niestety, ilość potrzebujących dzieci wzrosła po trzęsieniu ziemi w 2015 - wielu dorosłych straciło wtedy życie...My nie mamy już miejsca, nie mam gdzie przyjmować nowych...... Zaraz po naszym powrocie do Polski okazało się, że w Papa's Home zamieszkała kolejna, 26-ta mieszkanka - malutka, mocno poparzona dziewczynka (najprawdopodobniej ofiara zemsty rodowej...). Dom dziecka nie otrzymuje żadnej pomocy rządowej. Jego funkcjonowanie zależy wyłącznie od wsparcia ludzi dobrej woli, datków i pomocy z różnych stron. ![]() Na pytanie, dlaczego to robi, Lalit opowiada historię swojego dzieciństwa - zaopiekował się nim "wujek", który zapłacił za jego wykształcenie. Dzięki temu mógł skończyć studia i zyskał szansę prowadzenia normalnego życia. To olbrzymi dług, a długi należy spłacać....... ![]() Dom, w którym mieścił się Papa's Home uległ zburzeniu podczas trzęsienia ziemi w 2015 r. Przez jakiś czas rodzina przemieszkiwała w namiotach, później udało się wynająć aktualny budynek. Niestety, utrzymanie takiego domu jest bardzo kosztowne, dodatkowo czynsz co jakiś czas wzrasta. Generalnie jest bardzo ciężko... Lalit zakwaterował nas w pokojach, które znajdowały się w budynku "przyklejonym" do pleców Papa's Home. To pokoje w których mieszkają wolontariusze (do Papa's Home można przyjechać jako wolontariusz - trzeba uiścić opłatę za nocleg i wyżywienie). Gdy stanęliśmy pod drzwiami do dwóch pokojów, nie chcąc robić kłopotu, zaprotestowaliśmy - oczywiście, że wystarczy nam jeden. Lalit spojrzał i łagodnym głosem wytłumaczył - ależ nie możecie mieszkać w jednym. Nikt z was nie jest małżeństwem.... ![]() Drugiego pstryczka w nos otrzymaliśmy zaraz po tym. Z Polski przywieźliśmy mnóstwo podarunków dla dzieci - zarówno zabawek, słodyczy, jak i lekarstw. Przygotowując się do wizyty, podzieliliśmy wszystko na dwie części. Jedna, dużo większa, była dla dzieci z domu dziecka. Druga - dla prywatnych dzieci Lalita. Gdy wręczaliśmy mu pakunki, popatrzył na nas łagodnie, przesypał wszystko do jednego, wielkiego wora i powiedział - one wszystkie są moimi dziećmi..... ![]() Faktycznie - "prywatne" dzieci Lalita mieszkają wspólnie z pozostałymi i funkcjonują na takich samych zasadach. Dom podzielony jest na pokoje. Młodsze dzieci mieszkają w gęściej zaludnionych pokojach, starsze - ponieważ potrzebują więcej intymności - w dwu- trzyosobowych. Dziewczynki oczywiście osobno od chłopców. Marzeniem Lalita jest zorganizowanie osobnego pokoju dla najstarszych dziewcząt - niestety, na razie fundusze na to nie pozwalają. ![]() Pokój młodszych chłopców. ![]() Pokój, do którego zaprosili nas najstarsi chłopcy. Bardzo chcieli się pochwalić swoimi największymi skarbami. A nie było to takie proste Przepraszam, nie potrafię o tym pisać............... ![]() Lalit ogromną wagę przywiązuje do wykształcenia dzieci. Tylko wykształcenie zapewni im szansę normalnego życia. Widać to na każdym kroku - na ścianach wiszą dyplomy dzieci, świadectwa, zdjęcia ze szkolnych uroczystości...Dlatego też, tak bardzo mu zależy, aby dzieci uczęszczały do półprywatnej szkoły. Wprawdzie płatnej (10 USD za dziecko miesięcznie i trzeba kupić mundurek), ale poziom nauki, zwłaszcza angielskiego, jest dużo wyższy niż w publicznych, niesamowicie zatłoczonych szkołach. ![]() W domu obowiązuje ścisły plan zajęć. Śniadanie wszyscy jedzą wspólnie, na dachu budynku. ![]() ![]() Po śniadaniu dzieci myją naczynia, sprzątają i zaczynają się szykować do wyjścia do szkoły. ![]() Najpierw trzeba znaleźć czystą koszulę i bieliznę do szkolnego mundurka ![]() Potem wypastować buty ![]() I proszę, jak się pięknie prezentujemy ![]() Wszystkie dzieci zbierają się pod budynkiem. Czekają na najstarszych chłopców, którzy odprowadzą ich do szkoły. ![]() I droga do szkoły. ![]() Przed lekcjami wszystkie klasy, nauczyciele i dyrektor zbierają się na placu apelowym. Ustawieni w równiutkie rządki odśpiewują hymn Nepalu. ![]() Codziennie jeden z uczniów (to duże wyróżnienie) staje przed wszystkim i zadaje uczniom parę przygotowanych przez siebie pytań. Po angielsku. Odpowiedzieć może każdy, kto tylko zna odpowiedź. Czasami wywiązuje się przy tym rozwijająca dyskusja ![]() Bardzo się wzruszyliśmy, gdy zauważyliśmy, że przed wyjściem do szkoły Danusha daje jednemu z "naszych" chłopców drobną monetę. Gdy przechodziliśmy koło sklepiku, cały rządek dzieci czekał na niego, bo długo wybierał trzy malutkie cukierki z okrągłego słoja stojącego na ladzie. Obstawialiśmy, że poczęstuje swoich najlepszych przyjaciół. Jednak chłopczyk cały czas trzymał cukierki w zaciśniętej piąstce - sprawdzał i liczył co chwilę, czy żaden mu nie wypadł....Po przyjściu do szkoły okazało się, że akurat tego dnia "nasz" chłopiec zadaje pytania. Zupełnie bez żalu oddał swoje trzy cukiereczki tym, którzy znali odpowiedzi na jego pytania. I bardzo szczerze im gratulował... ![]() Klasa szkolna. Po zakończeniu apelu następuje przegląd mundurków. Każde dziecko musi wyglądać schludnie i czysto. Gdy nauczyciel znajdzie jakieś niedociągnięcie w czyimś wyglądzie, delikwent musi zostać po apelu i wysłuchać wychowawczej pogadanki....Dzieci bardzo się starają, żeby do tego nie dopuścić. Po szkole natychmiast zdejmują mundurki, starają się je oczyścić i, jeśli sytuacja tego wymaga, naprawić. Starsi pomagają młodszym, a gdy sytuacja jest naprawdę poważna - do akcji wkracza Danusha... W Papa's Home znajduje się jeden pokój wspólny - zarówno do nauki, jak i zabawy. W skrzyneczkach pod ścianą dzieci przechowują podręczniki, a na stojącej półce leżą zużyte od częstego używania gry... ![]() ![]() Dosyć często gaśnie światło. Przyzwyczajone do takich sytuacji dzieci, nieruchomieją i czekają - czasem 10, czasem 40 minut.... ![]() Tu akurat udało się nam przyświecić latarkami. Dzieci były wniebowzięte ![]() ![]() Nie potrafię ubrać w słowa, jak wiele radości sprawiły nam zabawy z dziećmi. Nie potrafię też policzyć, ile razy odwracaliśmy się od nich, żeby ukryć łzy w oczach. Nie spotkałam dzieci, które miałyby tak mało, tak ciężko byłyby doświadczone przez los, a równocześnie tak bardzo potrafiłyby się cieszyć z najmniejszej nawet rzeczy i tak bardzo cieszyłyby się z możliwości nauki.......A najgorsze jest to, że z powodu braku pieniędzy, nawet to może być im odebrane...... ![]() ![]() Zwróćcie uwagę na kluczyk na szyi.....Jest od skrzynki z najważniejszymi skarbami malucha - książkami do nauki..... ![]() ![]() ![]() Pobyt w Papa's Home był dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Przepraszam, ale nie potrafię o tym pisać, to chyba za bardzo emocjonalne dla mnie.... ![]() Lalit i Danusha. Jak dla mnie - niesamowicie skromni bohaterowie Nepalu.... ![]() Ponieważ słowa ciężko dziś mi idą, może łatwiej będzie obrazem : A na filmie dzieci śpiewają : "Jesteśmy tysiącem kwiatów"........... P.S. A gdyby ktoś pytał - miesięczny koszt utrzymania jednego dziecka to 45 euro. | |
| Autor: | Gadekk [ 29 Gru 2017 22:38 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
@pestycyda, dobro wraca A za zdjęcia z Poon Hill jestem gotowy polecieć do Nepalu choćby i na przedłużony weekend... Magia! | |
| Autor: | pestycyda [ 30 Gru 2017 19:41 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
@Gadekk, :* Rozdział VIII. Jak nie zobaczyłam Bhaktapur. Prawie Podczas mieszkania w Papa's Home, jak najwięcej czasu staraliśmy się spędzać z dziećmi. Jednak gdy były w szkole, mieliśmy też czas na małe wycieczki - nie było go jednak zbyt dużo. Musieliśmy więc ustalić, na czym nam najbardziej zależy. Wybraliśmy trzy miejsca (choć przy wpisywaniu ich na listę, długo się wahałam ![]() Jednak mieliśmy też pewne wsparcie - Lalit zaproponował, że nas podwiezie, a to dawało nadzieję, że przynajmniej on nie pomyli lokacji z naszej listy :/ ![]() Pierwszym przystankiem była Swayambunath, znana też jako Świątynia Małp. To jedno z najbardziej znanych miejsc pielgrzymek buddyjskich w Nepalu. Bilet wstępu - 200 NPR. ![]() Na szczyt prowadzi 365 stopni. I wiecie co? Jak naprawdę nie cierpię schodów, tak czym jest 365 przy 3500? ![]() Na szczycie znajduje się stupa, świątynie, muzeum i mnóstwo straganików z pamiątkami. ![]() ![]() Nazwy - Świątynia Małp - nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Makaki uważane są w tym miejscu za święte i mogą się poruszać, gdzie tylko zechcą (włączając w to ciała zwiedzających ![]() Niezmiennie wzrusza mnie widok małpki jedzącej z dłoni Buddy. ![]() ![]() Nieco niepokoją mnie te podwójne łapki pod pachami małpki. Nie mam pojęcia, czyje są :/ trochę wyglądają jak mutacja :/ Makaki mają tam faktycznie jak w raju, a obserwacja ich figli i naturalnych zachowań dostarcza dużo radości. ![]() Ze wzgórza rozciąga się też przepiękny widok na Katmandu. Szczerze mówiąc, wiedziałam, że to miasto jest olbrzymie, ale tego, że aż tak, to się nie spodziewałam... ![]() ![]() Czas jednak gonił. Jeśli chcieliśmy (a chcieliśmy. Bardzo. Właściwie to była główna pozycja na naszej nowej liście "do zwiedzenia". Na nowej, bo stara się...jakby...ekhm....zdezaktualizowała ![]() Bhaktapur jest niewielkim miastem z XII wieku, położonym około 16 km od Nepalu. Ta dawna stolica kraju pociągała nas przede wszystkim ze względu na wspaniałą architekturę. Niestety, i tu trzęsienie ziemi mocno dało się we znaki.... ![]() Obeszliśmy wokół coś w rodzaju niewielkiego ryneczku. ![]() Przez przypadek weszliśmy w jakąś bramę, gdzie znaleźliśmy coś w rodzaju basenu (?) - pięknie zdobionego. ![]() ![]() Pokręciliśmy się w kółko, zrobiliśmy sobie mnóstwo zdjęć z kamiennymi posągami... ![]() Przyglądaliśmy się ludziom... ![]() ![]() Tradycyjna nepalska gra "w kamienie". Mimo najszczerszych chęci nie byliśmy w stanie opanować zasad. I, w końcu, ktoś z nas wreszcie się przełamał i dość nieśmiało powiedział : Wiecie...spodziewałem się czegoś trochę innego..." :/ ![]() Na wszelki wypadek sprawdziliśmy bilety (taaak, nawet do tego się posunęliśmy. W końcu wejście do zupełnie innej atrakcji, niż się planowało, to dla PP pestka :/ ![]() Po drugiej kawie, moi lekko znudzeni współtowarzysze, postanowili się przejść po placu jeszcze raz (ha! Przejrzałam ich! Tak naprawdę, to liczyli na to, że jednak jakaś struna w nich drgnie i zaczną doceniać dawną sztukę ![]() Tak. Czemu mnie to nie dziwi...? :/ ![]() ![]() I chciałam oficjalnie przeprosić to przepiękne miasto, za wcześniejsze kłamstwa na jego temat :/ Że nudne? Że mało? Nic podobnego!!! Szkoda tylko, że tak dużo czasu zmarnowaliśmy na zwiedzanie jego "przedpokoju" i teraz została nam tylko chwilka... ![]() ![]() ![]() Przepiękne zdobienia, drobne ornamenty - niestety, aby w pełni to docenić, potrzeba czasu na zwiedzanie. My niestety pewnie moglibyśmy się stać autorami przewodnika pt. "Jak zwiedzić Bhaktapur w 20 minut" :/ ![]() ![]() ![]() ![]() Szkoda. Piękne miejsce i, jeśli ktoś chciałby je zwiedzić, to spokojnie może przeznaczyć na to cały dzień. Nawet, jeśli nie jest znawcą XII-wiecznej architektury ![]() Kolejnego dnia postanowiliśmy odwiedzić ostatnie miejsce z naszej listy. Patan. Dawniej jedno z trzech największych miast Doliny Katmandu, aktualnie - jego dzielnica. Wielbicielem głównego placu Patanu, był zwłaszcza Marcin. Przed przyjazdem obejrzał chyba wszystkie zdjęcia, jakie można spotkać w internecie i wymógł na nas obietnicę, że na pewno, ale to na pewno pójdziemy go obejrzeć. Na piechotę (to trochę przerażało. Już raz przegonił nas na piechotę po Katmandu i nie było to miłe wspomnienie :/ ![]() Nie była to całkowicie przyjemna wycieczka. Wszędzie widać było efekty tragedii sprzed prawie dwóch lat...Budynki podparte kijami, gruz i cegły, czasem spośród ruin wystawały fragmenty jakiegoś posągu....Ogromna tragedia. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak wiele dorobku kulturowego zostało bezpowrotnie zniszczone... ![]() ![]() Nie mieliśmy więc dobrych humorów. Dodatkowo nie mieliśmy mapy. Kluczyliśmy zatem wąskimi, małymi uliczkami, za przewodnika mając tylko "nos" Marcina i jego nieodparte pragnienie zobaczenia Durbar Square w Patanie. ![]() Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Marcin wpadł w rodzaj amoku - nic do niego nie docierało. "Choroba Patanowa" ![]() Marcin rozglądał się uważnie i (niestety, niestety :/ ![]() W końcu, sekundę przed buntem na pokładzie, znaleźliśmy się na ogromnym placu. Wreszcie na tym, o który chodziło. ![]() Przypuszczam, że to miejsce było naprawdę piękne przed trzęsieniem ziemi. Teraz każda budowla jest podparta i naprawiana...Smutny widok..... Obejrzeliśmy za to pokaz taneczny, który akurat odbywał się na placu, a wracając do Papa's Home przeżyliśmy lekkie zaskoczenie - schodząc z placu minęliśmy budkę z biletami wstępu. Wchodząc od innej strony (a właściwie to zygzakiem i małymi uliczkami :/ ) nie mieliśmy pojęcia, że wstęp jest płatny. ![]() Tego samego wieczoru Lalit odwiózł nas na lotnisko. Przykro było się żegnać, tyle jeszcze rzeczy zostało do powiedzenia, tyle miejsc do zobaczenia.... ![]() I to był niestety koniec naszego pobytu w tym pięknym kraju. Więcej głupot nie popełniliśmy. W Nepalu | |
| Autor: | sranda [ 31 Gru 2017 10:08 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
@pestycyda Powinnaś wydać jakąś książkę ze wspomnieniami z wypraw, bo każda Twoja relacja to mistrzostwo świata. Gdybyś założyła zbiórkę na jakiejś platformie crowdfundingowej, sam chętnie coś dorzucę do wymaganej kwoty. | |
| Autor: | pestycyda [ 31 Gru 2017 19:03 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
@sranda, bardzo dziękuję za tak miłe słowa :* z książką to może nie jest taki zły pomysł Rozdział IX. Jak nie zobaczyłam zabytków w Tbilisi. Ponieważ powrót do Polski, ze względu na prawdziwie podróżnickie bilety, miał potrwać parę dni, postanowiliśmy skorzystać z tej okazji i pozwiedzać jeszcze więcej (tak, dla PP zawsze istnieje "więcej" i "bardziej" Przesiadka w Dubaju trwała tylko parę godzin, w dodatku znowu w nocy, więc zwiedzanie Dubaju sobie odpuściliśmy (poza tym, przecież największe jego atrakcje już zwiedziliśmy, więc spokojnie można już wydrapać Dubaj na mapie-zdrapce. A co! Dłuższy postój czekał nas w Gruzji. Lądowaliśmy w Tbilisi, a lot do Warszawy mieliśmy z Kutaisi. Za trzy dni. Zaplanowaliśmy więc bardzo gruntowne zwiedzanie gruzińskiej stolicy. Byliśmy już w Gruzji, ale w Tbilisi tylko przejazdem, więc był to doskonały moment, żeby poznać dokładnie dorobek kulturowy tego pięknego kraju. Samolot wylądował o 5.00 rano. Na lotnisku poczekaliśmy na pierwszy autobus i, ok. 6.00, za 50 tetri dojechaliśmy do centrum. I wtedy do nas dotarło, że chyba niepotrzebnie się tak spieszyliśmy :/ ![]() Ogrzaliśmy się, odpoczęliśmy i, gdy tylko zrobiło się jasno, pełni wiary i optymizmu, wyruszyliśmy na zwiedzanie. I wtedy wszystko zaczęło się psuć...:/ Wiadomo, przed zwiedzaniem należy nabrać sił i energii. Wiedzą o tym nawet Zwykli Turyści, a co dopiero PP. Pierwsze kroki skierowaliśmy więc do miejscowej piekarni. Gdy zasiedliśmy przy stoliczku oczekując na chaczapuri, przyszła nam do głowy bardzo błyskotliwa myśl - wiadomo, piekarnia, ale to przecież Gruzja. Może wino też mają? Zapytaliśmy więc o to miłą panią w okienku, wywołując u niej, nie wiedzieć czemu, atak śmiechu. Jednak po chwili pani zdjęła ze stojącej w małej salce szafki, kamienny dzbaneczek, wyszła z nim na zaplecze i przyniosła ponownie. Tym razem wypełniony po brzegi ![]() I się zaczęło. Dzbaneczek magicznie się sam napełniał, do stolika zaczęli się dosiadać panowie - bracia i kuzyni właścicielki. W końcu sama właścicielka usiadła razem z nami, zdjęła wiszący na ścianie ozdobny instrument i zaczął się koncert...Jestem niesamowicie dumna, że mogłam w nim uczestniczyć (choć trochę nie udało się nam godnie zaprezentować Polski. Na usilne żądanie gruzińskich przyjaciół zasady koncertu wyglądały tak : oni jedną piosenkę, jedną piosenkę my. Tradycyjną, ludową. I, niestety, tak jak oni śpiewali cudownie, tak my wspólnie znaliśmy tylko "Szła dzieweczka do laseczka". W dodatku z głównym tekstem : lalalalala :/ ![]() Gdy, zaskoczeni i lekko zawstydzeni, próbowaliśmy zaproponować jakąś rekompensatę, odparła dumnie : "This is Georgia"..... Dotarło do nas wtedy, co jest największym dorobkiem kulturowym tego pięknego kraju. I zwiedzaliśmy, o tak, zwiedzaliśmy. Można powiedzieć, że nawet wpadliśmy w pewnego rodzaju "ciąg zwiedzania" Tak więc, oto najpiękniejsze zabytki Tbilisi : ![]() ![]() ![]() Trzy dni. Trzy kilo do przodu ![]() Czasami chodziliśmy też na spacery. Takie wiecie, żeby trochę pobyć na świeżym powietrzu i poprawić trawienie :/ ![]() Wjechaliśmy też kolejką do pomnika Matki Gruzji (1 GEL). ![]() Wybraliśmy się też do łaźni siarkowych. W końcu jak rozpusta, to rozpusta ![]() ![]() Zwiedziliśmy też jedno muzeum, ale to akurat nie był najlepszy pomysł :/ ![]() Później już tylko pozostała nam szaleńcza jazda taksówką (138 GEL) do Kutaisi na lotnisko - przez noc i śnieżycę. Poważnie, warunki pogodowe były fatalne. Pan kierowca ocierał pot z twarzy i próbował cokolwiek zobaczyć przez szalejącą za szybą zawieruchę. Gdy o 4.00 rano zatrzymaliśmy się na lotnisku, wyglądał na poważnie zmęczonego i zestresowanego. Obiecał, że prześpi się w samochodzie i poczeka, aż zrobi się jasno i spokojnie. Mam szczerą nadzieję, że obietnicy dotrzymał. ![]() Potem lot do Warszawy i powrót do naszego miasta. Za krótko i za mało ![]() Epilog finansowy Krótkie podsumowanie kosztów : TRANSPORT : ok. 116,31 zł (Nepal) + ok. 106 zł (Gruzja) = 222,31 zł NOCLEGI : ok. 63,36 zł (Nepal) + ok. 54,71 zł (Gruzja) - ale w Nepalu dwie noce spędziliśmy w Papa's Home = 118,07 zł ATRAKCJE : ok. 288,72 zł (Nepal - wliczyłam tu też wizę i zezwolenia na trekking) + ok. 24,62 zł (Gruzja) = 313,34 zł JEDZENIE : ok. 304,36 zł (Nepal. Pamiętajmy o ogromnej ilości napitkach Czyli w sumie : ok. 1029,20 zł Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali ze mną do końca relacji. Dziękuję za komentarze i polubienia - to naprawdę mocno motywuje do dalszego pisania. Z okazji Nowego Roku chciałabym Wam złożyć jeszcze życzenia. Wiem, nie mam złudzeń - nie sądzę, żebyście stali się Prawdziwymi Podróżnikami na wysokim poziomie, bo to naprawdę trudne. Ale życzę Wam, żebyście w 2018 roku choć trochę zbliżyli się do tego poziomu. Mam nadzieję, że niniejszy Przewodnik pokaże Wam, do czego powinniście dążyć | |
| Autor: | marcant [ 01 Sty 2018 20:01 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Świetna relacja. Dziękuję za to, że zabrałaś mnie na tę wyjątkową wyprawę ?. | |
| Autor: | bozenak [ 03 Sty 2018 18:38 ] |
| Temat postu: | Re: Poradnik Prawdziwego Podróżnika - Nepal |
Gdzie następna wyprawa. Jeżeli można coś wplacić na Nepalskie dzieci to daj znać. | |
| Strona 1 z 2 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |