| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Podróż Marzeń podroz-marzen,219,187465 | Strona 1 z 1 |
| Autor: | pierscien [ 24 Lis 2016 00:56 ] |
| Temat postu: | Podróż Marzeń |
Uzależnieni od podróżowania... Wszystko zaczęło się w 2013 roku kiedy wraz z moją obecną narzeczoną udaliśmy się na 4 dni do Madrytu. Głównym celem wyjazdu była wizyta na Santiago Bernabeu i mecz Realu Madryt. Wtedy też ostatni raz to my wybraliśmy kierunek podróży... Później decydował za nas los i wpisy na Fly4free. O większości miejsc w które jechaliśmy, nigdy wcześniej nie myśleliśmy jako cel naszego wyjazdu. Wszystko działo się spontanicznie, Jeszcze w tym samym roku byliśmy w Norwegii (8zł w dwie strony) Sztokholmie (7zł w dwie strony), Londyn za 78 zł (oj bolał wtedy ten wydatek). I tego typu podróże starczały nam przez dwa lata. Powoli zaczęliśmy pomijać stolice wybierając bardziej wypoczynkowe miejsca: Cypr, Zakynthos, Keffalonia, Santorini, Majorka, Gruzja, Sardynia, Lanzarote, Fuertaventura i kilka innych o których teraz nie pamiętam. Po jakimś czasie to też przestało wystarczać. Po pewnym czasie orientujesz się że wszystkie te miejsca są do siebie bardzo podobne... Chcesz więcej, czyli dalej i jeszcze bardziej egzotycznie. Z pomocą znowu przyszło Fly4Free: "Brazylia z Europy od 740zł" - Brazylia? Przyznam się że poza RIO i Amazonią nie byłem w stanie za wiele wyobrazić sobie o tym kraju. Nigdy nie myślałem że będę w Brazylii. Po kilku minutach już mieliśmy bilety. To było rok temu. Dokładnie trzy miesiące po powrocie, jak co wieczór studiowanie tablicy na FB i ... RPA+Tajlandia z Europy od 282 Euro... W RPA już kiedyś byłem, i wiedziałem że będę chciał tu wrócić. Mimo że spędziłem wtedy tu ponad miesiąc czasu to nie zobaczyłem za wiele. Do Azji nigdy nas nie ciągnęło, jednak jest to aż nadto zachwalany kierunek, więc może warto spróbować. Po 15 minutach namysłu, a dokładniej wybrania odpowiedniej daty bilety były na naszym mailu Bagaż podręczny górą! Praktycznie na każdy wyjazd jesteśmy w stanie się spakować w bagaż podręczny, często na wyjazd zabieramy również namiot, wtedy też nie mamy problemu z pakowaniem. Tym razem chyba przeszliśmy samych siebie, bo lecąc na 23 dni zostało nam jeszcze trochę nie wykorzystanej przestrzeni Tak wyglądają nasze bagaże ![]() A tu wspomniana wolna przestrzeń. Oby do celu... Nasz wyjazd składa się z dwóch etapów - bardzo szczegółowo zaplanowanego pobytu w RPA oraz mniej zorganizowanej wyprawy do Azjii. Dziwne połączenie to fakt, ale i tym razem zadecydował za nas los: https://www.fly4free.pl/rpa-i-tajlandia-1209-pln/. Na początek czekała nas podróż do stolicy Włoch. W dzisiejszych czasach podróż do Rzymu nie różni się dużo logistyką od wyjazdu do Wrocławia. W Rzymie wylądowaliśmy po 14, a kolejny lot mamy o 23:45 - męczące? Pewnie tak, ale można też wykorzystać ten czas na kolejny spacer po Rzymie, pizze i stopniowe przyzwyczajanie się do wyższych temperatur ![]() Dalej czekał nas nocny 5 godzinny lot liniami Ethipioan Airlines - do Addis Abeba - pierwszy raz mieliśmy okazję lecieć Boeingiem 787 czyli Dreamlinerem. Szczerze mówiąc nie odczuliśmy dużej różnicy pomiędzy innymi samolotami. Bardzo nam się podobał za to zielony wystrój wnętrza samolotu (jesteśmy fanami zielonego). W Addis Abeba mieliśmy krótki transfer i można było wreszcie wsiąść do samolotu lecącego już do stolicy RPA (5 godzinny lot). [mapa WAW,FCO,ADD,JNB] ![]() Na obydwu lotach było bardzo małe obłożenie, przez co mogliśmy się spokojnie wyspać. To ważne bo podczas lądowania w Johannesburgu, minęło ponad 24h od momentu kiedy wyszliśmy z domu a przed nami do przejechania było jeszcze 500km... ![]() Afryka kojarzy się głównie ze zwierzętami. Taki cel również postawiliśmy sobie na początek naszej przygody na czarnym lądzie. Oczywiście dzikie zwierzęta nawet w Afryce nie biegają wolno po ulicy. Aby je zoabczyć trzeba udać się do specjalnych rezerwatów gdzie żyją one własnym życiem z większą lub mniejszą ingerencją człowieka. Parków na terenie RPA jest bardzo dużo. Ten najpopularniejszy to Kruger Park i tam też postanowiliśmy się udać... Bezpieczeńśtwo Wiele osób ostrzegało nas przed wyjazdem do RPA ze względów bezpieczeństwa. Przez cały wyjazd nie mieliśmy żadnej niebezpiecznej sytuacji, nie potwierdza to bezpieczeństwa w tym kraju - jednak przy zachowaniu zdrowego rozsądku jest naprawdę miło i przyjemnie. Ciemnoskórzy mieszkańcy RPA byli zawsze pomocni, uśmiechnięci i chętni do rozmów. Potrzeba tylko chwilę czasu aby przyzwyczaić się do nowej sytuacji kiedy często jako jedyni mieliśmy biały kolor skóry w zasięgu wzroku. Warto też dodać że wszyscy mówią po Angielsku co znacząco poprawia komunikację i szybkość porozumienia się. No to w drogę... Na lotnisku w Johannesburgu odebraliśmy wcześniej zarezerwowane auto. (rezerwowaliśmy przez economycarrentals.com - wynajem na 4 dni kosztował nas 243zł z firmą FirstCarRental). Wynajmując auto trzeba pamiętać że w RPA ruch odbywa się po lewej stronie. Mieliśmy już wcześniej takie doświadczenia z Cypru więc jakoś specjalnie się tym nie przejmowaliśmy. Mniej więcej po 10km można było już poczuć się dobrze za kierownicą. Trochę dziwnie lewą ręką zmieniać biegi ale to też po krótkim czasie nie stanowi problemu. Poruszając się po innych krajach zawsze korzystamy z telefonu z wgraną mapą do nawigacji. Byłem już wcześniej w RPA i wiedziałem że drogi tu są co najmniej odpowiednikiem zachodniej europy, jednak przy drugiej wizycie twierdze że są z przodu. Ruch jest bardzo duży, jednak płynny. Często są 4 pasy, inni kierowcy przewidywalni i zawsze Cię wpuszczą kiedy potrzebujesz. Po kilku godzinach spędzonych w Rzymie, to jakby ktoś przywrócił normalność świata. Przed udaniem się do Kruger Parku (400km na północ od Johhanesburga), postanowiliśmy jeszcze wybrać się do Safari&Lion Park obok Johhanesburga (Lanseria). Jest to coś na kształt ZOO jakie znamy w Polsce jednak zwierzęta oglądasz ze swojego samochodu (w opcji jest również przejazd specjalnym samochodem w którym siedzi się wyżej, dzięki czemu więcej widzisz i bez szyby za to z kratką). Lwy oglądasz z zaledwie kilku metrów co robi niesamowite wrażenie. Były też żyrafy, zebry, strusie czy antylopy. Za dodatkową opłatą 60 randów (~20zł) możesz jeszcze pobawić się z małym gepardem lub małymi lwami. Tą atrakcję polecamy każdemu. Stanąć oko w oko z gepardem (nawet małym) robi niesamowitę wrażenie. Małe lwy były już całkiem wyrośnięte, ciężko było się z nimi "pobawić" ponieważ ich reakcję były mało przewidywalne. Nad bezpieczeństwem panował ich opiekun w parku. Głównie to one bawiły się między sobą, od czas do czasu podgryzając innych uczestników tej atrakcji ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Po tym wszystkim udaliśmy się na północ RPA w kierunku Kruger Park. Do przejechania mieliśmy ponad 400km, dochodziła 18 a nam minęło już 30h od wyjścia z domu. Duża część drogi stanowi autostrada (płatna) przez co podróż mija ekspresowa. O 22:15 meldujemy się w Shoe House. Niestety nie było widać żeby ktokolwiek tuaj jeszcze był na nogach. Domy w RPA są ogrodze drutami kolczastymi, często jest znak TEREN PRYWATNY - Wchodzisz na własną odpowiedzialność i znaczek broni palnej. W sumie już chcieliśmy spać w samochodzie, jednak poszukiwania łazienki pomogły nam zlokalizować odpowiednie wejście i dobudzić właścicielkę która wpuściła nas na naszą kwaterę. Nie spędzimy tu dużo czasu bo już o 7 opuściliśmy nocleg i udaliśmy się w kierunku Kruger Park. Wcześniej jednak przejeżdżamy drogą panoramiczną. To głównie kanion rzeki Blyde który robi dobre wrażenie. Niestety pogoda nam nie sprzyja i jest dość pochmurno. Jesteśmy na wysokości 1400m i podobno trzeba mieć dużo szczęścia żeby trafić tu słoneczną pogodę. Jednak gdyby ktoś miał okazję to warto urozmaicić podróż do Kruger Parku o kanion rzeki Blyde. Kolejną atrakcją na drodze panoramicznej jest God Window - widok na płaskowyż. Jednak z powodu coraz większych chmur odpuszczamy tą atrakcję, chmury są tak nisko że odległość spada do kilkunastu metrów - jest mgła. ![]() Udajemy się do Graskop i popularne naleśniki u Harrego. Potwierdzamy że są całkiem niezłe ![]() Po tych wszystkich atrakcjach mogliśmy w końcu udać się do naszego głównego celu pierwszej części wyjazdu Kruger Parku. To największy (300km x 60km) i najpopularniejszy rezerwat z dzikimi zwierzętami w RPA. Na teren parku można wjechać przez specjalne bramy rozstawione co kilkadziesiąt kilomterów. Cały park jest ogrodzony. Po parku można jeździć swoim samochodem - jednak obwiązuje kilka zasad. Najważniejsze to ograniczenie predkości do 50 km/h na droga asfaltowych i 40km/h na szutrowych, na terenie parku nie można wychodzić z samochodu, oczywisty wydaję się również zakaz karmienia zwierząt, nie można również jeździć po zmierzchu - wszystkie te rzeczy podlegają kosztownym mandatom. Trzeba też pamietać że jesteśmy gośćmi w świecie zwierząt, i musimy się zachowywać tak jakby nas nie było. W końcu! W końcu przekroczyliśmy bramy parku. Czytaliśmy w relacjach z parku, żeby od Safari nie oczekiwać zbyt wiele i należy uzbroić się w cierpliwość. Po kilku kilometrach spotykamy schowane antylopy, stajemy fotografujemy - robią wrażenie! Później okazuje się że Antylopy są wszędzie, są to zwierzęta które zdecydowanie najczęściej spotykamy w parku. Za chwilę widzimy jakiś staw, tam muszą być zwierzęta! Widzimy Hipopotamy, głównie nurkujące, ale mamy szczęście bo dwa spacerują. Później już widzieliśmy je tylko z lekko wynurzoną głową. ![]() Dalej spotykamy słonia, też jest gdzieś schowany, ale spędzamy przy nim trochę czasu. Później okazuje się że słonie też będziemy często spotykać. Odległości do pokonania w parku nie są duże, ale przez wolne tempo i częste przystanki trzeba brać trochę zapasu czasowego. Docieramy do Skukuzy. Na terenie parku znajduje się kilka obozów w których można spędzić noc, coś zjeść, kupić czy nawet zatankować. Drugą opcją jest spanie poza parkiem, i dojeżdżanie do parku. My nie mogliśmy sobie odmówić spania na terenie zwierząt. W zależności od funduszy do wyboru jest miejsce namiotowe, nocleg w obozowym namiocie rozstawionym na stałe (i tą opcje wybraliśmy my), są również zwykłe domki lub nawet wille z basenem. ![]() Wokoło ciągle słychać odgłosy ptaków, a wieczorem odgłosy się nasilają. Każdy camp organizuje wyjazdy ze swoimi przewodnikami (wycieczki fakultatwyne). Do wyboru jest kilka opcji, my na początek wybraliśmy nocne safati specjalnym odkrytym samochodem. #iimg19 W nocy nie można jeździć własnym samochodem więc postanowiliśmy spróbować tej atrakcji. Na Safari jest bardzo ciemno. Do okoła nas w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnej latarni. Drogę rozświetlają nam dwa reflektory skierowane z dwóch stron pojazdu. Jest nas 16 osób więc szanse na przegapienie zwierzęcia są naprawdę małe. Przed wyjazdem przewodnik opowiada o poszukiwaniu zwierząt i porównuje to do gry. Uprzedza że podczas 2 godzinnej jazdy możemy nie spotkać żadnego zwierzaka. W dzień ciężko jest dostrzeć zwierzęta, ale w nocy zadanie to staję się naprawdę wymagające... Nagle widzimy królika... Jedziemy dalej... STOP STOP! To Nosorożec - przedstawiciel wielkiej piątki! Później spotkaliśmy jeszcze kilka antylop oraz ptaków. Niestety podczas naszej jazdy zaczęło mocno padać, wtedy zwierzęta zmniejszają swoją aktywność i można je spotkać głównie leżącę, co dodatkowo utrudnia ich tropienie. Wracamy do campu po 22 i odrazu kładziemy się spać. Rano aktywność zwierząt jest największa, dlatego nas też czeka wczesna pobudka. Słońce wstaje przed piątą, a bramy campu otwierane są o 4:30. Niestety pogoda nie jest najlepsza, przez całą noc bardzo mocno padało. Przynajmniej nasze auto jest czyste jak w momencie odbioru na lotnisku. Będąc w Kruger Parku najbardziej chcesz zobaczyć lwa. Jest to trudne lecz możliwe. Za każdym rogiem, masz nadzieje że uda się go wytropić. Tak naprawdę na zobaczenie zwierząt masz szansę gdy znajduje się on do 10m od drogi. Często występuje wysoka roślinność która ogranicza widoczność. Drugiego dnia udało nam się zobaczyć jeszcze więcej słoni, w tym małych które robią wrażenie. Były też małpy oraz pawiany. Przed ósmą wróciliśmy do obozu by złapać jeszcze 2 godziny snu. ![]() W całym RPA tylko w Kruger Parku występują zagrożenie malarią. To jedyna rzecz przed którą postanowiliśmy się zabezpieczyć przed wyjazdem. Podobno w okresie wiosennym jest największa aktywność owadów (bo to one mogą nas zarazić), my jednak przez cały pobyt w parku nie spotkaliśmy ani jednego komara. Tabletki jednak jedliśmy jak lekarz przykazał. Jest to początek podróży więc woleliśmy nic nie złapać na resztę drogi. Tego dnia za to... ugryzło mnie coś przypominającego naszą pszczołę. Coś zostawiło w ręce i odleciało. Szybko to wyciągnąlem po czym otworzyliśmy google (na terenie campu jest nawet wi fii ![]() My ruszamy dalej do kolejnego obozu - Lower Sabie. Deszcz ustał, temperatura nie dokuczała więc zwierząt też było więcej. Były żyrafy, nosorożec, guziec (Pumba z Króla Lwa), zebry, bawoły, krokodyl, nosorożce i gepard - co prawda śpiący na drzewie tak że bardzo trudno było go dostrzeć ale był! ![]() ![]() ![]() Po południu wyruszyliśmy na kolejną zorganizowaną wycieczkę przez obóz - jazda przy zachodzie słońca. Nad Krugerem dalej były gęste chmury więc o zachodzie słońca nie mieliśmy co marzyć. Naszym przewodnikiem tym razem była kobieta, która przypominała strażniczkę parku jaką znamy z bajek. Trzeba przyznać że miała oko do zwierząt. Mimo iż na samochodzie siedziało 8 osób to ona jako pierwsza zauważała zwierzęta, godząc to z prowadzeniem pojazdu. Zatrzymywaliśmy przy wszystkich napotkanych zwierzętach, a nasz przewodnik chętnie opowiadało napotkanych zwierzętach, ich zachowaniach i cechach charakterystycznych. Widzieliśmy wiele zwierząt w tym kolejnego nowego: Jeżozwierza. Gdy wracaliśmy do obozu, było już całkowicie ciemno. Nagle nasza przewodniczka przyspieszyła, krzycząc przy tym: Leopard! Gwałtowne hamowanie, i naszym oczom ukazał się wędrujący gepard! WOW! W końcu jakiś drapieżnik. Mimo iż widzieliśmy go przez chwilę robi niesamowite wrażenie. Widać jak pewnie czuję się na safari. ![]() Po powrocie do obozu, standardowo szybkie przygotowanie do spania. Kolejnego dnia mieliśmy wkupioną jeszcze jedną atrakcję - poranny spacer po buszu. Na samą myśl o tym tętno szybciej biło. Przez ostatnie dni jeździliśmy po Kruger Parku i ani przez chwilę nie mogliśmy opuścić samochodu. Teraz będziemy tam chodzić na dwóch nogach przez 3 godziny. WOW! Pobudka jak to na safari... 3:45. Wyjazd o 4:15. Wiadomo aktywność zwierząt z rana jest największa - znamy to na pamięć Razem z nami w pieszym safari bierze udział 6 Anglików. Pierwszy raz przewodnikiem jest człowiek o białym kolorze skóry. Pomaga mu strażnik parku. Na początku zasady: Nie rozmawiamy (zwierzęta mają dużo lepszy słuch od nas), idziemy jeden za drugim, nie robimy przerw między sobą, słuchamy przewodnika, i najważniejsze: co by się nie działo nie uciekamy! Na Safari biega tylko pożywienie. Ale nie wiem czy ktoś miałby na tyle silne nerwy żeby nie zacząć biec na widok jakiegoś drapieżnika. Na początek wyjeżdżamy kilka kilometrów od parku terenowym samochodem. W końcu nad Kruger Park widać czyste niebo! Zobaczymy wschód słońca na safari! Juuuhu! Jak zwykle przed każdą atrakcją przewodnik uprzedza że możemy nie zobaczyć zwierząt. My też nie spodziewamy się za wiele, w końcu na nogach pokonamy dużo mniejszy dystans niż samochodem. Po kilku minutach jazdy w oddali widać żyrafy, antylopy i Lwy siedzące na drodze! Jest! Jeszcze się nie obudziliśmy a już taka atrakcja! Emocje w górę! Lwy na nasz widok wstały i zainteresowały się żyrafami które było widać w zasięgu 200 metrów. Nasz przewodnik się rozejrzał, zerknął jeszcze przez lornetkę i wyszedł z samochodu. Lwy ciągle były w zasięgu wzroku. Otworzył drzwiczki uczestników i zaprosił do wymarszu. Myśleliśmy że to żart, przecież lwy są od nas 200 metrów! Przewodnik zaczyna uspakajać, że to najlepsza okoliczność. Lwy już znalazły swoje śniadanie i nie będą nami zainteresowane. Średnio nas to uspokoiło ale głupio teraz zostać w samochodzie. Żyrafy przestały jeść, i zaczęły wpatrywać się co robią lwy... one szły jak prawdziwy zabójca, nie gonią ofiary. Krok po kroku zbliżały się do żyraf. Straciliśmy je z oczu, zobaczyliśmy za to popłoch żyraf i ich galop. Nie wiemy czy którąś dorwały bo było ich co najmniej osiem. My dalej kontynuowaliśmy swój marsz co jakiś czas zatrzymując się przy zwierzętach, ich odchodach czy roślinach. Żadna książka czy film nie przedstawi Ci tyle faktów na temat życia zwierząt co osoba która 24h/7 spędza w parku. Po drodze spotkaliśmy jeszcze słonie, nosorożca, zebry, bawoły, guźca - naprawdę było tego bardzo dużo. Był też jakiś mały zwierz którego nie zidentyfikowaliśmy. Po 2 godzinach zatrzymaliśmy się i był czas na mały piknik. Przed wymarszem przewodnik rozdał nam dwa plecaki - w jednym była apteczka w drugim śniadanie. Bardzo fajny akcent naszej wyprawy. Każdy postój uświadamiał nam ile zwierząt jest w okół nas i ile ich przegapiasz jadąc samochodem. Usiedliśmy na połamanym drzewie, po kilku minutach okazało się że pod korą kryjówkę ma wąż. Przewodnik mówi żeby na niego uważać, po ukąszeniu mamy godzinę aby dostać się do szpitala... nikt już nie siedział do końca postoju O ósmej wróciliśmy do ośrodka po 4 godzinach buszowania w buszu Jeżeli mielibyśmy polecacie atrakcje na terenie parku, to zdecydowanie trzeba zaliczyć piesze safari, i warta przeżycia jest również jazd przy zachodzi słońca - wtedy zaliczamy jazdę za dnia (ok 1,5h), jazdę przy zachodzącym słońcu i na koniec ok. 30 minut w ciemności. Nocne Safari jest dla prawdziwych koneserów. Łatwiej spotkać drapieżniki, ale poza tym bardzo mało widać. W tle widać odchodzącego lwa, wspomnianego przy relacji z pieszego safari. Pierwszy odruch to zwykła obserwacja, dopiero później chwyciliśmy za smartfona ![]() Krótka drzemka, i czeka nas ostatni dzień na safari... Ostatniego dnia pogoda w końcu nam dopisała. Słońca było naprawdę dużo, a widoki przepiękne. Udało nam się jeszcze raz zobaczyć geparda, multum słoni, żyraf, zebr, antylop, bawołów, nosorożców a także... żółwie ![]() ![]() Podsumowanie pierwszego etapu: - Warszawa-Rzym Wizzair 80zł - Lotnisko-Rzym-Lotnisko 8 Euro - Wynajęcia auta w Johannesburgu na 4 dni: 243zł - Nocleg Shoes House: 155zł - Autostrada: ok. 60zł/OW Kruger Park: Rezerwacja: https://www.sanparks.org/ - Nocleg 175zł/dzień/2os. - Nocne safari: 71zł/os - Safari przy zachodzie słońca: 85zł/os - Piesze Safari przy wschodzie słońca: 155zł/os - Spędzona noc na terenie parku: 94zł/os Jedzenie: - Burger z frytkami: 19zł Pozostałe produkty bardzo zbliżone ceny jak w Polsce. Link do części drugiej: Cape Town: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2636 ... cape-town/ Link do części trzeciej: Nurkowanie z rekinami: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2642 ... -rekinami/ Link do części czwartej: Dubai: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2670 ... z-4-dubai/ | |
| Autor: | pierscien [ 09 Gru 2016 15:19 ] |
| Temat postu: | Podróż Marzeń Cz. 2: Cape Town |
Zapraszamy do relacji z drugiej części naszej podróży po RPA oraz Tajlandii. Poniżej relacja z dwudniowego pobytu w Kapsztadzie. Link do części pierwszej: Kruger Park: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2588 ... uger-park/ Link do części czwartej: Dubai: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2670 ... z-4-dubai/ Po opuszczeniu bram Parku Krugera udaliśmy się z powrotem w kierunku Johannesburga, skąd mieliśmy kolejny lot. Planując pobyt w RPA należy pamiętać że mimo iż poruszamy się w obrębie jednego kraju, odległości pomiędzy miastami są dość duże. Krajobraz który podziwiamy zmienia się kilkukrotnie. Do przejechania mieliśmy 400km. Jadąc zgodnie z przepisami, zajęło nam to ok. 4h. Po raz kolejny chcę podkreślić że jazda samochodem po RPA jest naprawdę szybka i przyjemna. Na nocleg przyjechaliśmy standardowo po 22:00... Kolejnego dnia mieliśmy lot z samego rana, dlatego też nocleg zarezerwowaliśmy w pobliżu lotniska. Zapomnieliśmy sprawdzić do kogo (jakiego koloru skóry) należy ta dzielnica. Spaliśmy w Kempton Park. Po zjechaniu z autostrady, do samego noclegu nie spotkaliśmy białego człowieka. Podjeżdżamy pod bramę, muzyka głośno gra chyba jest impreza w hotelu - może jakieś wesele? No nic, musimy się przespać. Parkingowy mówi że nie ma miejsca na parkingu, odpowiadam że nie ma problemu zostawię samochód przy ulicy. Stanowczym tonem odradza takie rozwiązanie i karze wjeżdżać na posesję. Wszystkie domy w RPA są ogrodzone wysokim płotem a na górze dodatkowo jest drut pod napięciem. W sumie idzie do tego przywyknąć ale cały czas robiło to na nas wrażenie, w sumie czuliśmy się jak w Parku Krugera tam ogrodzenia były podobne Noc mija spokojnie, rano nie ma śladu po imprezie. Udajemy się na lotnisko, nie udało nam się znaleźć myjni. Mamy jeszcze zapas czasu, pytamy przy zdaniu samochodu czy jest coś otwatę w pobliżu. Po chwili namysłu, osoba odbierająca samochód mówi że nie ma potrzeby mycia auta - ufff. Przypomnijcie sobie jak wygląda maska waszego auta po przejechaniu 400km latem. Udajemy się na lotnisko, gdzie z linią Fly Safair udamy się w podróż do Kapsztadu(210zł/os)! Johhanesburg i Kapsztad dzieli 1500km. W alternatywie jest 28 godzinna jazda pociągiem, więc wybór samolotu jest oczywisty. [mapa JNB,CPT] ![]() Na pierwszy rzut oka w Kapsztadzie czuć inny klimat. Zdecydowanie jest więcej ludzi o białym kolorze skóry, dużo więcej turystów. Na lotnisku wypożyczamy auto z FirstCar (tym razem rezerwowaliśmy z FlySafair, w cenie wynajmu był określony limit kilometrów który przekroczyliśmy, co wiązało się z dopłatą) i bezpośrednio udajemy się na Przylądek Dobrej Nadziei. Po drodze w miejscowości Seaforth znajduje się rezerwat z plażą na której można spotkać... pingwiny. Wstęp na molo które prowadzi po plaży jest płatny(22 zł), pingwinów są setki! Jedne stoją, inne pływają, pozostałe śpią. W tym miejscu pingwiny obserwuje się zza barierki, ale wystarczy przejść się na sąsiednie plaże aby móc usiąść obok stada pingwinów. Na pewno będąc w Kapsztadzie trzeba odwiedzić to miejsce. Po podziwianiu pingwinów udajemy się dalej w kierunku Cape Point. ![]() Sama droga jest bardzo atrakcyjna. Turkusowa woda Oceanu Atlantyckiego robi wrażenie. Po drodze spotykamy jeszcze małpy które wędruje wzdłuż drogi, nie zbaczając na zatrzymujące się samochody turystów przy drodze. Sam Przylądek Dobrej Nadziei to również teren rezerwatu przyrody za który trzeba dodatkowo zapłacić (42 zł). Sam Przylądek Dobrej Nadziei nie robi jakiegoś dużego wrażenia, lecz kawałek dalej leży Cape Point - to sam kraniec półwyspu przylądkowego. Na samą górę można wejść na pieszo, lub do połowy wjechać kolejką. My oczywiście wybieramy drogę po schodach. Z góry roztacza się fantastyczny widok! A wbity znak z odległościami do różnych miast uświadamia nam jak daleko znajdujemy się od domu... Jest to też miejsce w którym najczęściej na świecie występują wyładowania atmosferyczne - my na szczęście trafiliśmy na słońce. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Do Cape Town wracamy zachodnią stroną półwyspu, droga w dalszym ciągu jest bardzo atrakcyjna widokowo. Ciężko skupić się na prowadzeniu auta. Odcinek pomiędzy Llandudno a Camps Bay jest dodatkowo płatny, ale widoki wszystko wynagradzają. Robi się ciemno (choć o ponad godzinę później niż na Safari), dlatego udajemy się na nasz nocleg. Tym razem trafiamy na dzielnicę zamieszkałą przez białych ludzi. Bardzo szybko kładziemy się spać, bo jutro czeka nas kolejny intensywny dzień... ![]() ![]() ![]() ![]() Mimo że nie tropimy już zwierząt, wstajemy znowu przed 6:00. W planie na dziś mamy wejście na Górę Stołową. To kolejna wizytówka Cape Town. Jest to góra o wysokości 1055m n.p.m. Na górze często zatrzymują się chmury, trzeba mieć dużo szczęścia żeby trafić na bezchmurny dzień. Rano są do tego najlepsze warunki. Nie chcąc tracić tej okazji ruszamy skoro świt. Aby znaleźć się na górze trzeba wybrać jedną z opcji: Wjazd kolejką, lub piesze wejście. My bez chwili zastanowienia wybraliśmy tą drugą opcję. Na samą górę prowadzi bardzo dużo dróg, a którą wybierzecie zależy tylko od was. My wybraliśmy tą najkrótszą... Ale jak się okazało była naprawdę wymagająca. Dystans jaki był do pokonania z parkingu, to ok. 2,5km ale droga prowadziła praktycznie pionowo do góry. Wejście zajęło nam około godziny. Z góry roztacza się fantastyczny widok na miasto oraz Ocean. W bezchmurny dzień jest naprawdę świetnie. ![]() ![]() Na górze jest zdecydowanie chłodniej niż na dole, wieje do tego bardzo silny wiatr. Trzeba pamiętać aby mieć ze sobą coś cieplejszego. Na górze jest kawiarnia, sklep, dużo turystów w klapkach wjeżdżających kolejką - porównałbym to do Kasprowego Wierchu. Po godzinie spędzonej na górze ruszamy w drogę powrotną, z każdym krokiem czuć coraz cieplejsze powietrze. Droga w górę była ciężka, ale zejście okazało się dużo większym wyzwaniem. ![]() Dwukrotnie zaliczyłem bliższe spotkanie z ziemią, a raczej ze skałami w których wykuta jest droga. Za pierwszym razem but ugrzązl mi między skałkami, i klasycznym lotem na szczupaka zaliczyłem kilka obtarć na ciele. Za drugim razem, upadek był mniej groźny - poślizgnęła mi się noga i tylko przysiadłem na prawę biodro... jak się później okazało próby nie wytrzymał mój telefon i przyjął nowy kształt - banana Po zejściu jedziemy znowu odwiedzić Lion Park (Drakenstein Lion Park) - jest to miejsce które zajmuję się lwami uwolnionymi z cyrku czy zamykanych ZOO. Są to zwierzęta które nie poradziłyby sobie już w normalnym świecie zwierząt, a przez lata były źle traktowane. Będąc w Tajlandii należy się 5 razy zastanowić zanim skorzysta się z okazji zrobienia fotki z tygrysem. Wszystkie te zwierzęta są faszerowane odpowiednimi tabletkami. Robi się po południe, wracamy chwilę odpocząć w naszej kwaterze. Cały czas jest słonecznie, dlatego wieczorem udajemy się na Głowę Lwa (Lion's Head) - czyli kolejny szczyt z którego można podziwiać fantastyczne widoki. Jego wysokość to "tylko" 669m n.p.m. Ale zaletą jest że można podziwiać: miasto, Ocean oraz Górę Stołową. My planujemy z góry oglądać zachód słońca. Jednak zmęczeni porannym wspinaniem, nie wchodzimy już na samą górę tylko zostajemy kawałek wcześniej skąd też widać słońce zachodzące od strony Oceanu. Ostatni etap wchodzenia na szczyt, przypomina raczej wspinaczkę, więc przeznaczone jest to dla osób dobrze przygotowanych fizycznie. Jeżeli chcecie z góry oglądać zachód słońca, przyjdźcie wcześniej. Z powodu tłumów na górze, wchodzenie może dłużej potrwać niż planowaliście. Oglądamy zachód słońca, po czym ruszamy na ![]() ![]() Signal Hill - to kolejne wzniesienie nad miastem, z którego już po zmroku podziwiamy rozświetlone miasto. Nas szczęscie na samiutki (płaski) szczyt można wjechać samochodem ![]() Podsumowanie: - Johhanesburg-Cape Town: 210zł/os - Nocleg: 390zł/2 doby/2 osoby - Auto: 209zł/2 osoby - z dopłatą za dodatkowe kilometry - Wjazd na Przylądek Dobrej Nadzieji: 42zł - Beach Penguin Colony: 22zł - Drakenstein Lion Park: 25zł Film: | |
| Autor: | pierscien [ 11 Gru 2016 07:44 ] |
| Temat postu: | Podróż Marzeń Cz. 3: Nurkowanie z rekinami |
Zapraszamy do relacji z trzeciej części naszej podróży po RPA oraz Tajlandii. Poniżej relacja z jednodniowego pobytu w Durbanie i nurkowania z rekinami. Link do części pierwszej: Kruger Park: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2588 ... uger-park/ Link do części drugiej: Cape Town: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2636 ... cape-town/ Link do części czwartej: Dubai: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2670 ... z-4-dubai/ Powoli zmęczenie zaczyna się nawarstwiać. Jesteśmy już tydzień poza domem, a za chwilę czeka nas piąty lot podczas naszej wycieczki. Tym razem przemieszczamy się do Durbanu, od Cape Town mamy do pokonania 1500 km, wybór opcji lotniczej znowu jest oczywisty. Po raz kolejny podróżujemy z Fly Safair (cena biletu w jedną stronę to 180zł). Pewnie nigdy byśmy nie odwiedzili Durbanu, gdyby nie to że kolejny odcinek naszego głównego bilety mamy właśnie z tego miasta. Dziś już wiemy, że był to bardzo przyjemny w skutkach zbieg okoliczności. [mapa CPT,DUR] W Durbanie musimy zagospodarować ok 6 godzin, lądujemy o 10:00, a kolejny lot mamy o 19. W pierwszej chwili planowaliśmy zrobić krótki wyskok na miasto, zobaczyć co ciekawe i wrócić na lotnisko. Po przestudiowaniu google, stwierdziliśmy że nie ma tu nic godnego naszej uwagi. Dodatkowo Durban uchodzi za miejsce mało bezpieczne. No dobra jeżeli nie Durban to może coś jest w okolicy do zobaczenia, może jeszcze jeden park ze zwierzętami na koniec wyjazdu? Wyskakuje: Shark Cage Diving- pierwsza myśl: Ale jak to? Z rekinami? To tak można... to musi być dla prawdziwych kaskaderów, przecież zawsze chodzi o to żeby być jak najdalej od rekinów. Nigdy nie myślałem o nurkowaniu z rekinami, nawet się nie zastanawiałem czy jest taka możliwość, na tyle to wydawało się dla nas abstrakcyjne. Przewertowałem cały internet pod względem bezpieczeństwa, nie znalazłem informacji o wypadkach przy nurkowaniu. Drugi punkt to przekonać Magdę do tej "rozrywki"... Brzmiało to mniej więcej tak: " Wiesz bo w Durbanie to nie jest bezpiecznie, i tam nie ma nic kompletnie ciekawego do oglądania. Ale 100km od lotniska jest podobno fajne miejsce do nurkowania, i można oglądać rybki." Argument o bezpieczeństwie zawsze działa, i się zgodziła W RPA najpopularniejszym miejscem do nurkowania z rekinami są okolice Cape Town i miejscowość Gansbaai. Można tu spotkać Żarłacze Białe (te które znamy z filmu: Szczęki). Jednak woda tutaj jest mniej przejrzysta, najczęściej przypływa tylko jeden rekin, no i to o czym zapomniałem wspomnieć w relacji z Cape Town - mimo turkusowej wody, świetnych piaszczystych plaż - ludzie się tutaj nie kąpią... woda w Oceanie Atlantyckim ze względu na zimne prądy ma 18C. W Durbanie mamy już Ocean Indyjski i woda jest dużo cieplejsza (24C). Są też lepsze warunki do oglądania rekinów pod wodą (przejrzystość wody). Na koniec był jeszcze jeden mały problem, lądujemy o 10:00. A wiecie kiedy aktywność zwierząt jest największa? Wcześnie rano! Nikt nie chciał się zgodzić z nami wypłynąć o 11. Aż w końcu się udało! Na pomoc przyszli: http://bluewilderness.co.za/ Lądujemy w Durbanie, szybko do wypożyczalni - bierzemy już trzecie auto podczas naszego wyjazdu. Przy wypożyczeniu każdego auta, potrzebny jest depozyt na karcie kredytowej ok. 2 tyś zł (w zależności od wypożyczalni, klasy samochodu). Blokada zdejmowana jest po ok. 7 dniach roboczych, więc musimy się trochę nagimnastykować ze środkami na koncie. Udało się, podjeżdża auto, wskakujemy i fru! Oczywiście całą drogę znowu pokonujemy autostradą... Podjeżdżamy do "biura" które zgodziło się na nasze specjalne potrzeby godzinowe. Podobnie jak na Safari, tutaj również nikt nie da nam 100% pewności że uda się zobaczyć rekiny, tym bardziej że robimy to o 11:00, a nie o świcie. Jak twierdzi nasz przewodnik, później rekiny są odstraszane przez surferów, i nie chętnie podpływają. Na początek zostaliśmy przywitani poczęstunkiem (aha! Pewnie chcą nas nakarmić, żeby rekiny miały co jeść!). Później dokładne omówienie planu naszego nurkowania oraz zasad bezpieczeństwa. W międzyczasie ktoś pyta o rozmiar naszych stóp, aby przynieść nam płetwy. Ale jak to!? Płetwy? Po co nam płetwy nurkując w klatce. Coś jest nie tak... Odprawa trwa: "No bo rekiny to jedzą tylko sardynki, wami to kompletnie nie będą zainteresowane. Musicie tylko przestrzegać kilku zasad." Przemiła pani, zaczyna nas oswajać z myślą żebyśmy wyszli z klatki podczas nurkowania... Słyszałem o tym wcześniej, ale w życiu bym nie pomyślał żeby to zrobić. Miałem tych ludzi za kompletnie nie znających wartości swojego życia... ![]() Odprawa skończona, jedziemy na plaże... tam stacjonuje łódka którą wypłyniemy na Ocean w poszukiwaniu rekinów. Jest z nami Jamie - która ciągle kręci film i robi fotki ( trochę dziwnie się czuje, bo to zawsze ja biegam z gopro ![]() Przepłynęliśmy jakiś kilometr w głąb oceanu, ciągle widząc brzeg. Wypatrujemy ptaków, bo to one jako pierwsze wskażą miejsce w którym są rekiny. Są! Widzimy je! Skaczą jak szalone! Płyniemy... a nie, to delfiny. Dla nas też super! Pamiętam że będąc na wyspach kanaryjskich, trzeba płacić duże pieniądze za tropienie delfinów z łódki. Płyniemy dalej, łódka zwalnia. Coś jest pod wodą, to żółw! Wielki żółw! ![]() Płyniemy dalej... Są! Są! To na pewno już rekiny. Nie skaczą, a nad wodą widać charakterystyczną płetwę. JEST JEST JEST! Będzie nurkowanie z rekinami. Są dwa, nie już trzy! Nie cztery, było ich naprawdę dużo... nie do policzenia. Nasz przewodnik zaczyna wrzucać do wody sardynki, łódka zatacza koła. Zaraz się zacznie... ![]() Klatka do wody, a my do klatki! Ciężko się trzymać klatki, bo boimy się że rekin odgryzie nam palce ![]() Po 5 minutach stwierdzam że nie chce być jak zwierzęta w zoo i też chce wyjść z klatki. Ciężko się skupić na oglądaniu, jestem kilometr od brzegu na Oceanie Indyjskim, jakieś 10 tysięcy kilometrów od Polski, a dookoła pływa co najmniej 10 rekinów. Praktycznie nie wykonuję żadnych ruchów, tak aby nie zainteresować rekinów, ręce cały czas mam mocno ściśnięte przy sobie, zgodnie z zaleceniami. ![]() Po kolejnych 5 minutach, zaczynam przekonywać Magdę żeby wyszła z klatki. Że to nie jest takie straszne. Zgadza się! WOW! Będziemy razem nurkować poza klatką ![]() Nie wiem ile czasu minęło, może z 20 minut. Podpływam do Magdy i pytam czy kończymy. Zaprzecza, zafascynowana tym co widzi dookoła. Zawsze to ona pyta mnie czy już wychodzimy z wody, albo sama wychodzi a ja zostaje. Po kolejnych 5 minutach znowu podpływam i mówię że ja już muszę wyjść... Mam chorobę morską, blisko 30 minut dryfowania na falach z głową pod wodą, oddychając przez rurkę, co chwilę popijając słoną wodę zrobiło swoje. Wyszliśmy, jesteśmy na górze, w końcu można odetchnąć... cały czas widzimy rekiny wokół łódki. Robią piorunujące wrażenie. Pakujemy cały sprzęt i zbieramy się do wyjazdu, ja w tym czasie nie wytrzymuje... zaczynam wymiotować. Nie pamiętam kiedy ostatni raz piłem słoną wodę, w zestawieniu z falami i ciepłą wodą dało to wspominany wcześniej efekt. Dokładnie kiedy choroba mi zaczyna ustępować, Magda zaczyna wymiotować (ona trochę później wyszła z klatki). Nikt nie mówił że będzie łatwo. Wracamy na ląd, na koniec jeszcze jedna atrakcja - wyskakiwania łódką na brzeg. Wracamy do naszej bazy. Możemy się wykąpać, dostajemy cole która leczy wszystko Wsiadamy do samochodu... Za nami kolejne mega doświadczenie Cały czas nie mogliśmy uwierzyć w to że się udało! W RPA harmonogram mieliśmy bardzo napięty, więc fizycznie również wymęczyła nas ta podróż. Praktycznie codziennie spaliśmy w innym miejscu, co chwilę odwiedzając lotnisko, wypożyczalnie samochodów, i przejeżdżają masę kilometrów. Przyszedł ten moment, kiedy wszystko się powiodło, plan został zrealizowany a organizm wyłączył tryb czuwania. Minął tydzień od rozpoczęcia naszej przygody, poczuliśmy pełne usatysfakcjonowanie z wyjazdu a jednocześnie zmęczenie. Wieczorem mamy kolejny nocny lot, tym razem do Dubaju. Przed nami jeszcze 17 dni wycieczki, a przeżyliśmy już tyle że moglibyśmy wracać do Warszawy. Dobra pora otrzeźwieć... Cola szybko stawia nasze głowy do pionu, mamy jeszcze trochę czasu jedziemy zobaczyć czy w Durbanie faktycznie jest tak strasznie jak wszyscy piszą... Każde miasto które do tej odwiedziliśmy jest zupełnie inne. Tak samo jest i tym razem. Główna droga prowadząca na plaże ma z 6 pasów, ogromny korek, cały życie toczy się przy straganach wzdłuż ulicy, ludzie non stop przechodzą przed maską. To chyba taki mały wstęp do tego co nas później czeka w Bangkoku. Rozglądamy się do okoła i znowu przychodzi ten dziwny moment, nie ma żadnych białych ludzi. Dojeżdżamy na plażę, planujemy coś zjeść. To samo co wcześniej, tylko my jesteśmy biali. Często poruszamy ten wątek, ale to naprawdę dziwne uczucie... Durban nie zachwyca, ciężko ocenić kwestie bezpieczeństwa nam nic się nie przytrafił. Po obiedzie udajemy się na lotnisko. Już widać że czeka nas kolejne zderzenie z inną kulturą. Czas odwiedzić świat Islamu... Ciąg dalszy nastąpi... | |
| Autor: | pierscien [ 21 Gru 2016 14:41 ] |
| Temat postu: | Podróż Marzeń Cz. 4: Dubai |
Zapraszamy do relacji z czwartej części naszej podróży po RPA oraz Tajlandii. Poniżej relacja z 20 godzinnej przesiadki w Dubaju. Link do części pierwszej: Kruger Park: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2588 ... uger-park/ Link do części drugiej: Cape Town: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2636 ... cape-town/ Link do części trzeciej: Nurkowanie z rekinami: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2642 ... -rekinami/ Z Durbanu wylatujemy w środę (30.11) wieczorem. W Dubaju lądujemy ok. 5 nad ranem czasu lokalnego, za nami 8 godzinny lot. Kolejny odcinek do Bangkoku mamy o 22:30, nie pozostaje nam nic innego jak wyjść na miasto. Kupując bilety lotnicze specjalnie wybraliśmy opcję z długim postojem - była to idealna okazja sprawdzić czy warto tu kiedyś wrócić.... [mapa DUR,DXB,BKK] Ze względu na wczesną godzinę (5:30), przed wyjściem na miasto spędzamy (dosypiamy) jeszcze krótki czas na lotnisku aby wytrzymać cały dzień na nogach. W Dubaju możesz robić tak naprawdę wszystko: Skok na bungee, jazda na nartach po śniegu(!), snowboard na pustyni czy safari na wielbłądzie - co tylko chcesz. My zdecydowaliśmy się na dwie atrakcję: Burj Khalifa -czyli wjazd na największy budynek na świecie oraz wizytę w Aquparku (Aquawenture Dubai). ![]() Jadąc z lotniska do najwyższego budynku na świecie, mamy wrażenie jakbyśmy jechali przez jeden wielki plac budowy. Poza wieżowcami, ukończonymi lub wykańczanymi dopiero, widać fundamenty pod kolejne budynki. Co ciekawe na ulicach kompletnie nie ma ludzi.... Ze stacji metra (Burj Khalifa) dojście pod Burji Khalife, zajmuje 30 minut. Idziemy cały czas jakimiś przejściami nad ulicami - oczywiście z maksymalnie ustawioną klimatyzacją. Ciekawym pomysłem w metrze jest podział pociągu na dwie strefy: Standard oraz Gold Class. Zamiast siedzeń są tam fotele. Bilet dobowy kosztował nas ok. 20zł. ![]() Pierwsze skojarzenie z Dubajem które kojarzy nam się w głowie, to wysokie temperatury oraz inne obyczaje ze względu na religie Islamu. Większa część czasu którą spędzamy w Dubaju ma miejsce w klimatyzowanych pomieszczeniach, a na zewnątrz wcale nie jest tak gorąco jak mogłoby się wydawać. Na ulicach spotykamy wiele kobiet w krótkich spódniczkach, czy z odsłoniętymi ramionami. Pewnie udając się w głąb lądu można odczuć większe różnice, jednak w Dubaju jest dość "normalnie". Wróćmy do Burji Khalifa - to budowla o wysokości 829 metrów (163 piętra). Na górę wjeżdża się w ciągu 60 sekund (najszybsza winda na świecie - to stwierdzenie często słyszymy w Emiratach). Na górze jest taras, sklepik jakaś kawiarnia. Roztacza się szeroka panorama miasta, morze oraz pustynia. Spędzamy tam niecałą godzinę i wracamy na ziemie. A dokładniej do centrum handlowego... Jeszcze tylko 30 minut marszu i wrócimy na stację metra. ![]() Kolejnym punktem naszej rozrywki w Dubaju był Park Wodny Aquaventure. Wyposażony w liczne zjeżdżalnie, baseny, wiry, dostęp do plaży i takie tam. Zbudowany jest na Palm Beach (czyli sztucznie usypanych wyspach które z lotu ptaka wyglądają jak palma). Aquapark ciągnie się na długości 1,7km. Aquaventure jest na pewno warte odwiedzenia, jednak 300zł za wejście to chyba trochę dużo. Dla miłośników mocnych wrażeń, są dwie pionowe zjeżdżalnie, w których można poczuć dużą prędkość i lekko starte plecy ![]() Na Palm Beach prowadzi kolej jednoszynowa (Monorail). Sama przejażdżka tym pojazdem określana jest w Tripadvisorze jako atrakcja godna polecenia. Faktycznie za oknem można podziwiać fajne widoki, ale nas Dubai już zmęczył i określiłbym to jako zwykły środek transportu. Podobna kolejka prowadzi na lotnisko w Rzymie do 5 terminala. Tutaj za 5km odcinek trzeba zapłacić 25zł (w dwie strony). ![]() Na koniec dnia, wróciliśmy pod Burji Khalifa gdzie od godziny 18:00 (po zmroku), odbywa się co 30 minut pokaz fontann (podobne do tych Warszawskich, tylko oczywiście odpowiednio większe). Ludzi jest bardzo dużo, a pokaz połączony z muzyką robi wrażenie. To pierwsza rzecz w Dubaju która robi na nas duże wrażenie. W tle widać też podświetlone budynki co daje fajny widok. ![]() Podsumowując, Duabi nas rozczarował. Widzieliśmy pewnie tylko mały ułamek co jest do zobaczenia w Emiratach, jednak miasto nas przytłoczyło swoją wielkością i jednocześnie pustością. Dodatkowo wszystkie atrakcje są dość drogie, ale trzeba przyznać że obsługa jest aż nad wyraz miła. Zagaduje, pyta o wrażenia, czy wrócimy. Na dalszym etapie podróży spotkaliśmy Czechów którzy pokonywali tą samą trasę co my, ich spostrzeżenia były podobne: "Jak można tu spędzić wakacje?" - ale kto czego szuka. Standard hoteli, pogoda i ciepłe morze na pewno brzmi zachęcająco. Po tym wszystkim wracamy na lotnisko, gdzie mamy kolejny nocny lot z Emirates do Bangkoku. Tym razem podróż odbędziemy dwupoziomowym Airbus A380. Jednorazowo na pokład mógłby zabrać nawet 800 osób (przy podziale na jedną klasę). Z zewnątrz robi duże wrażenie,a w środku i podczas lotu tak jak można byłoby się domyślać... nie różni się niczym od lotu tanią linią po Europie. Pewnie jest więcej miejsca na nogi, ale nam rzadko to przeszkadza. W systemie rozrywki pokładowej są Polskie filmy oraz muzyka. Zawsze to fajny akcent w podróży (na wcześniejszym locie Emirates (Boeing 777) też były Polskie filmy). ![]() Zmęczenie daje się we znaki. Zasypiamy od razu po zajęciu miejsc w samolocie zasypiamy. Ostatni raz w hotelowym pokoju byliśmy w Cape Town (od tego czasu minęło 40 godzin). Chwile przed zaśnięciem, udało się przykleić naklejkę nad głową: "Wake me up for meal", fajny gadżet na długiej trasie. Wcześniej zdarzało nam się przesypiać serwis pokładowy, co było trochę irytujące. Magda chwile przed wyjazdem stwierdziła u siebie uczulenie na gluten. Zaznaczyliśmy to w rezerwacji biletów i mogła się cieszyć spersonalizowanym jedzeniem - to ten moment kiedy stewardesy roznoszą pojedyncze tacki z jedzeniem do różnych ludzi na pokładzie - przed rozpoczęciem serwisu. Obudziliśmy się jak przejeżdżał wózek gdzie panie zawsze pytają Fish or Chicken. Magda jeszcze nie miała swojej tacki i pyta panią czy pamięta o jedzeniu Gluten Free - pan siedzący obok, uspokaja nas że ten posiłek próbowali nam wręczyć już trzykrotnie bez skutku (nie dało się nas dobudzić). Wtedy uświadomiliśmy sobie że nasz pierwszy kontakt z Bangkokiem to będzie minimum 24h w hotelu. ![]() W Bangkoku lądujemy nad ranem, nasz samolot zrobił olbrzymią kolejkę do odprawy paszportowej. Szybko przemieszczamy się do metra i udajemy się do hotelu na odpoczynek..... W kolejnej części relacja z Bangkoku! Podsumowanie: • Burji Khalifa 130 AED (~150zł) • Aquawenture 310 AED (~315zł) • Monorail 25 AED (~28zł) • Bilet dobowy 20 AED (~22zł) Ceny picia, ciastek etc. w sklepach bardzo zbliżone do tych z Polski. Droższe są owoce. Stołowaliśmy się w supermarkecie gdzie serwowane było jedzenie do plastikowych pojemniczków. Za 15zł można było się najeść do syta. htps://www.youtube.com/embed/fycY7_GlQ0s PS. Zdjęcia Palm Beach, Monorail oraz Airbusa wzięte z internetu dla zobrazowania treści. | |
| Autor: | pierscien [ 30 Gru 2016 16:05 ] |
| Temat postu: | Podróż Marzeń Cz. 5: Tajlandia |
Zapraszamy na relacje z piątej części naszej podróży po RPA oraz Tajlandii. Poniżej relacja z 2 tygodniowego pobytu w Tajlandii Link do części pierwszej: Kruger Park: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2588 ... uger-park/ Link do części drugiej: Cape Town: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2636 ... cape-town/ Link do części trzeciej: Nurkowanie z rekinami: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2642 ... -rekinami/ Link do części czwartej: Dubai: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2670 ... z-4-dubai/ [mapa WAW,FCO,ADD,JNB,CPT,DUR,DBX,BKK] W poprzedniej części opisywaliśmy zwiedzanie Dubaju podczas 20 godzinnej przesiadki. Za nami kolejny długi lot i lądowanie w Bangkoku. Od momentu wyjścia z hotelu w Cape Town minęło już 48h. Od tamtego momentu można powiedzieć że prowadziliśmy koczowniczy tryb życia (spanie, jedzenie, mycie zębów w samolocie). Ostatni tydzień przysporzył nam niesamowicie dużo atrakcji. Wszystko to razem wzięte spowodowało że pierwszy dzień w Bangkoku spędziliśmy w hotelu... Czas było się zregenerować. Plan na RPA mieliśmy zaplanowany co do minuty. Do Tajlandii podeszliśmy bardziej spontanicznie. Planowanie zaczęliśmy będąc na miejscu. Podczas całej podróży po Azji spotykamy bardzo dużo Polaków. Choć trochę dalej niż Egipt, to jednak bardzo popularny kierunek z Polski. Wiedziałem że Tajlandię trzeba odwiedzić z podróżniczego obowiązku... ale muszę szczerze przyznać że tą częścią wyprawy byłem najmniej podekscytowany przed wyjazdem. Bangkok Wróćmy do właściwej relacji. Pierwsze zetknięcie z Tajlandią i dwa pierwsze spostrzeżenia: Ale tu gorąco! Temperatura w Dubaju może się schować, w porównaniu z tym co daje wilgotność w Tajlandii. Dookoła setki samochodów, skuterów, ludzi - wszystkiego. Na początku było to strasznie męczące, ale po kilku dniach się przyzwyczailiśmy. W Bangkoku spędziliśmy 3 dni... W sumie trochę dużo, ale dobrze się złożyło - z braku alternatyw większość czas spędzonego w Bangkoku poświęciliśmy na odpoczynek. Podjęliśmy próbę zwiedzania świątyń - jednak wszystkie które odwiedziliśmy były do siebie bardzo podobne i po trzeciej stwierdziliśmy że to nie ma większego sensu. Próbowaliśmy się jeszcze pokręcić po mieście ale nic specjalnie nas nie zachwyciło, do tego temperatura ciągle utrudniała nam poruszanie się po mieście. Podobno w życiu na wszystko przychodzi czas, na podziwianie takich atrakcji też kiedyś przyjdzie ![]() To co zachwyca w Bangkoku, a czego nie doświadczyliśmy na kolejnych etapach podróży po Tajlandii (w tak dużym stopniu) to jedzenie - a dokładniej jego smak, dostępność i cena. Owoce te które lubimy, i te o których wcześniej nie słyszeliśmy, soki prosto z tych owoców - tak zapamiętam Bangkok. Magda swoje królestwo odnalazła w straganach z ubraniami, torebkami, butami i wszystkimi innymi rzeczami bez których mężczyzna mógłby żyć i być taka samo szczęśliwy ![]() Śmieszną sytuację mieliśmy podczas pierwszej przejażdżki Tuk Tukiem (taksówką). Uczulano nas wcześniej żeby nie godzić się na odwiedzanie sklepów, do których koniecznie będzie chciał nas zawieźć kierowca...ulegliśmy, wsiadamy do Tuk Tuka, mówimy dokąd chcemy jechać, ustalamy cenę i w drogę... Po 10 minutach jazdy, podjeżdżamy na coś w stylu postoju taksówek - podchodzi jakaś osoba i pyta dokąd chcemy jechać - hmmm ale jak to? Przecież już ustaliliśmy cenę, miejsce - wszystko! Mówimy jeszcze raz nasz cel, osoba z postoju proponuje połowę stawki na którą się umówiliśmy w zamian za 5 minut chodzenia po sklepie z garniturami - nie musimy nic kupować. Kierowca w zamian dostanie talon na paliwo. Mamy czas, niech będzie to kolejną atrakcją. I faktycznie... w sklepie spędziliśmy 5 minut, nic nie kupiliśmy a za przejazd zapłaciliśmy połowę Ostatnią atrakcją w Bangkoku było spotkanie z naszą znajomą Karoliną i jej mężem (pozdrawiamy!) w China Town. Fajnie tak daleko od domu, spotkać kogoś z kim można swobodnie porozmawiać po Polsku i wymienić się doświadczeniami ![]() Czwartego dnia mieliśmy zaplanowany lot na Phuket z AirAsia, a później transfer na Phi Phi Island. Tym razem lecimy z drugiego lotniska - Don Mueang. Lotnisko nie jest tak obrośnięte w luksusu jak to na którym lądowaliśmy kilka dnia wcześniej (Bangkok-Suvarnabhumi), jednak statystyki robią wrażenie: W 2015 roku lotnisko obsłużyło: 30 mln pasażerów, dla porównania Lotnisko Chopina w Warszawie - 11mln. [mapa DMK,HKT] Lot mieliśmy wcześnie rano - jak zwykle pojawił się standardowy problem przy porannej godzinie odlotu, Komunikacja miejska jeszcze nie rozpoczęła działalności, więc pozostaje taxi. Sprawdziliśmy ile powinna kosztować nasz podróż. Wyszliśmy odpowiednio wcześnie aby móc negocjować bez pospiechu. Po kilku próbach ustalamy cenę przejazdu na 200 batów (22zł). Co ciekawe wcześniej 5km Tuk Tukiem po mieście kosztowało 150-200 batów, a na lotnisko mamy 25km. Pierwszy został włączony licznik... po dojechaniu na miejsce wyskoczyło 170 batów - lekko w szoku zostawiamy ustaloną wcześniej kwotę i lecimy na Phuket! ![]() Skorzystaliśmy z opcji biletu łączonego który oferuje AirAsia - Phi Phi to mała wyspa na którą da się tylko dopłynąć, wcześniej trzeba dojechać do portu z lotniska - jednym kliknięciem kupujesz bilet na samolot, bus oraz prom (177zł/os). Wszystko poszło bardzo sprawnie, a cenowo bardzo podobnie gdybyśmy załatwiali to samodzielnie. Po południu byliśmy już na Phi Phi. Wieczór wcześniej zarezerwowaliśmy nocleg przez booking.com - za 3 dni przy samym Oceanie zapłaciliśmy 332zł. Na Phi Phi spodziewaliśmy się olbrzymich rzeszy turystów - tak nam wszyscy reklamowali to miejsce. Dodatkowo imprezy, imprezy i jeszcze raz imprezy. Muszę przyznać że byliśmy miło zaskoczeni bo wyspa ani nie była przepełniona, ani zbyt głośna. Na wyspie nie ma żadnych dróg, można się poruszać tylko pieszo. Wcześniej będąc w Brazylii odwiedziliśmy Ilha Grande która miała podobny klimat (choć faktycznie tam było bardziej pusto). Miejsce na relax idealne: jest co zjeść, woda bardzo ciepła, jest kilka plaż i fajny punkt widokowy. To miejsce spełniło moje oczekiwania związane z Tajlandią. ![]() Jeden dzień poświęciliśmy na opłynięcie okolicznych wysp. Chodziliśmy po biurach oferujących wycieczki jednodniowe. Negocjację nie poszły za dobrze i za 60zł/os ruszyliśmy na 7 godzinną wycieczkę z pełnym wyżywieniem. Po drodze nurkowanie z rybkami - których ilość naprawdę była imponująca. Kolorami też dawały radę. Później Monkey Beach czyli plaża zamieszkała przez małpy. Później popłynęliśmy na Phi Phi Lee i najpopularniejszą w okolicy Maya Bay. Wcześniej o niej nie dużo słyszałem ale podobno jedna z najładniejszych na świecie. Na pewno by tak było gdyby nie setki ludzi dookoła... Choć to jeszcze nie było najgorsze - cały widok psuły łódki (speedboaty) parkujące przy brzegu. Leżąc na plaży mogłeś podziwiać głównie łódki. Ale nie czepiając się sama plaża i wyspa bardzo ładna. Później w ramach naszej wycieczki był zachód słońca na Oceanie i nurkowanie po ciemku z planktonem. Ciekawe zjawisko (będąc w wodzie i machając rękami zaczyna coś świecić), jednak po 5 minutach już wszyscy chcieli wracać ![]() Na wyspie jest bardzo duża ilość kotów. Z jednym na tyle się zakolegowałem, że ostatniego dnia będąc już pod hotelem wróciłem do sklepu po kocie jedzenie. Gdy wróciłem mój kot miał już innego przyjaciela... gdy podszedłem, okazało się że inną Polkę też urzekł ten kot i częstowała go kurczakiem Na Phi Phi mieliśmy spędzić trzy dni, finalnie przedłużyliśmy nasz pobyt o jeszcze jeden nocleg. Nie mając głębszego planu na resztę podróży stanęliśmy przed wyborem - płynąć na Ko Samui lub wrócić na Phuket, tam pokręcić się skuterem i popłynąć na Similan Island. Wybór padł na drugą opcję, wróciliśmy na Phuket gdzie spędziliśmy kolejne 3 noce. Promy pływają bardzo często, a bilet można dostać praktycznie wszędzie. Jak się okazało noclegi na Phuket wcale nie są takie tanie jak nam się wydawało. Niczym enklawa na mapie świata widniało miasto Patong z przystępnymi cenami. Mało wcześniej czytałem o Tajlandii ale akurat tą nazwę zapamiętałem i zapamiętam na długo. Przedrostek PATO na pewno nie jest tu przypadkowo. W miasteczku standardowo - ludzi, więcej niż miejsca. Wszędzie samochodu, skutery i tuk tuki przerobione na wozy imprezowe. Nawet fajnie wyglądały. Nasz nocleg przy samej plaży - Time Out Hotel kosztował 387zł/3 dni. Co ciekawe z ulicy nie było żadnych wskazówek jak do niego dotrzeć, z pomocą przyszli tubylcy którzy wysyłali nas do Subway-a, dwukrotnie lekceważyliśmy ich rady, odpowiadając że nie jesteśmy głodni. Jak się okazało żeby wejść do hotelu, najpierw trzeba było wejść do Subway-a, wcześniej przejść przez lodziarnie i można było się zameldować. Następnego dnia wypożyczyliśmy skuter i w ten sposób objeżdżaliśmy okolicę. Jazda na skuterze na początku przerażała, ale później już było całkiem swobodnie - całe szczęście nic nas nie rozjechało:) - Pierwszego dnia zwiedzaliśmy wszystko co na południu od Patong, drugiego wszystko co na północy i w sumie nic spektakularnego nie zobaczyliśmy. Plaże są duże i piaszczyste, długo jest płytka woda, są fale - nawet próbowałem surfingu. Ale nie było nic na co moglibyśmy powiedzieć WOW! ![]() W Patong główny deptak który w dzień jest normalną ulicą, wieczorem zamienia się w istną imprezownię. Trudno to opisać, ale ilość rozrywek, ludzi i wszystkiego dookoła robi wrażenie. ![]() Do końca pobytu w Tajlandii zostały nam 3 dni... Ostatnim punktem wyjazdu była podróż na Similan Island. Rezerwat przyrody, czynny tylko przez pół roku. Można tu przyjechać na jeden, dwa lub trzy dni. My wybraliśmy opcję trzydniową, aby do końca wykorzystać czas spędzony w Tajlandii. Co ciekawe była to najdroższa z wycieczek oferowanych na Phuket. Nam się udało wynegocjować opcję trzydniową za 500zł z pełnym wyżywieniem i noclegiem pod namiotem. Z pod hotelu zgarnia nas bus, który zawozi do portu. Tam wsiadamy na Speedboat i po 1,5h dopływamy do Similan Island. Podróż do przyjemniejszych nie należała, przez cała drogę mocno podskakujemy co przyprawia o ból głowy (przed rejsem rozdawane są tabletki na chorobę morską). Similan Islands to zespół kilku wysepek. Tylko na jednej z nich toczy się życie (jest kilka miejsc noclegowych). Przy innych można tylko nurkować. Po 90 minutach płynięcia łódka zatrzymuje się i można skakać! Oczywiście jak najszybciej chce się znaleźć w wodzie... Do tej pory wiele razy w życiu podczas nurkowania wydawało mi się że woda jest przezroczysta - w okolicach Phi Phi, na Wyspach Kanaryjskich czy Zakynthos. Nie wiem czym było to spowodowane, ale tak przezroczystej wody jak tutaj nie widziałem nigdzie, nawet w basenie. Po tym nurkowaniu, wiedziałem że było warto tu przypłynąć. ![]() Podpłynęliśmy na miejsce naszego noclegu... oczywiście nie ma mowy o żadnym molo, czy jakimś innym komfortowym zejściu na ląd. Łódka staje kilkanaście metrów od brzegu i trzeba się wydostać. Nie ma w tym nic dziwnego gdy jesteś w samych kąpielówkach. Nie wiem czy ktoś tu przypływa ze swoim bagażem na cały pobyt (najczęściej jest to fakultatywna wycieczka dla turystów na zorganizowanych wczasach), my z całym dobytkiem i rękami w górze udaliśmy się na ląd. Nasze bagaże chwile wcześniej zaliczyły małe zalanie przez zderzenie z innym speedboatem. Tak jak na Maya Bay tutaj też łódek jest więcej niż miejsca co psuje krajobraz... ![]() Przy rozdzielaniu noclegów, stanowimy dość dużą atrakcję dla tubylców: "Wy chcecie zostać tutaj trzy dni?!", "Wiecie że tutaj nie ma WiFi, nie ma zasięgu telefonicznego" - no w końcu! W końcu jakieś ciekawe miejsce Ostatniego dnia pobytu na Similan Island stwierdziłem że będę siedział tyle w wodzie ile będzie potrzebne do wytropienia żółwia! Po 40 minutach z głową pod wodą, udało się! Żółw został wytropiony, po raz pierwszy pływałem z żółwiem co było mega przeżyciem. Po udanym nurkowaniu można było powoli wracać. Przed nami kolejny prawdziwy maraton podróżniczy.... Musimy popłynąć speedboatem na ląd, później busem na lotnisko, lot do Bangkoku, przejechać na drugie lotnisko w Bangkoku, nocny lot do Addis Abeba, tam spędzamy cały dzień, nocny lot Rzymu tam spędzamy pół dnia i wreszcie lot do Warszawy... ![]() Załadunek na łódkę przysporzył sporo atrakcji. Wejście przez falę na pokład wyglądało komicznie. Niektóre osoby przy jednodniowej wycieczce nie wychodziły z łódki, bo bały się że nie dadzą rady na nią później wejść. Nam się udało nie zamoczyć naszych bagaży, jednak nie dało się uniknąć zalania ciał. Nie byłoby nic w tym złego gdyby nie fakt... że przed nami długa podróż z piaskiem i ciałem pokrytym słoną wodą Podsumowując pobyt w Tajlandii... Z dwóch tygodni zapamiętam dobre jedzenie, owoce oraz soki - szczególnie w Bangkoku, olbrzymią ilość ludzi na każdym kroku, przezroczyste wody na Similan Island i setki pytań na ulicy: Taxi Boat, Halo taxi!, Halo Massage!, kup to, kup tamto - bleeee mnie to męczyło strasznie. Magdzie Tajlandia podobała się strasznie, mi też się podobało - ale są takie miejsca do których wiesz że wrócisz, i takie do których nie ciągnie po raz kolejny i chyba Tajlandia jest takim miejscem do którego nie będę chciał za wszelką cenę wrócić. Mimo wszystkich wspaniałości które oferuje. Przed nami 9 godzinny lot Ethiopian Airlines z Bangkoku do Addis Abeba - stolicy Etiopii. Tutaj spędzimy cały dzień na przesiadce i o tym opowiemy w kolejnej ostatniej już części naszej relacji... [mapa HKT,DMK,ADD] | |
| Autor: | pierscien [ 12 Lut 2017 23:47 ] |
| Temat postu: | Podróż Marzeń Cz. 6: Powrót przez Etiopię... |
Zapraszamy na relacje z szóstej i ostatniej części naszej podróży po RPA oraz Tajlandii. Poniżej relacja z podróży powrotnej, podczas której mieliśmy całodniową przesiadkę w Addis Abeba oraz podsumowanie całego wyjazdu. Link do części pierwszej: Kruger Park: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2588 ... uger-park/ Link do części drugiej: Cape Town: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2636 ... cape-town/ Link do części trzeciej: Nurkowanie z rekinami: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2642 ... -rekinami/ Link do części czwartej: Dubai: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2670 ... z-4-dubai/ Link do części piątek: Tajlandia: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2684 ... tajlandia/ To już 22 dzień naszego wyjazdu jest 14 grudnia. Własnie wylądowaliśmy w Bangkoku po krótkim locie z Phuket. Air Asia ląduje na lotnisku Don Mueang, więc czeka nas krótki transfer do portu Suvarnabhumi. Pomiędzy lotniskami (45km) kursuje bezpłatny shuttle bus. Tempo narzucone przez kierowcę przysparza sporo emocji, autobus jest w bardzo złym stanie, ciągle wydaje odgłos jak Jumbo Jet przy starcie. Żeby jeszcze lepiej zobrazować sytuacją - cały czas jedziemy autostradą którą tworzy jeden wielki wiadukt nad miastem - wysokość mniej więcej 2-3 piętra. [mapa HKT,BKK,ADD,FCO,WAW] Przed nami ostatni etap podróży: kolejny nocny lot - tym razem 9 godzinny do stolicy Etiopii - Addis Abeba. Tam spędzimy cały dzień. Przy przesiadkach trwających ponad 10h Etiopskie linie zapewniają bezpłatny nocleg wraz z transferem do hotelu oraz pełnym wyżywieniem. (rok wcześniej podobną sytuację mieliśmy z Turkish Airlines i noclegiem w Stambule). Po wylądowaniu mozolna odprawa paszportowa i transfer do hotelu oddalonego o mniej więcej o 3km. Jadą z nami Czesi którzy pokonują tą samą trasę co my (RPA + Tajlandia). Co ciekawe na wizie, a dokładnie karcie pobytu celnicy do Czech dopisali Słowację i nasi przyjaciele figurowali jako obywatele Czechosłowacji Po przyjeździe do hotelu (8 rano), zjedliśmy szybkie śniadanie i ... poszliśmy spać ![]() Po tym jak w RPA czuliśmy się dziwnie gdy dookoła przeważali czarni, tak tutaj spotkanie białego na ulicy to totalny szok. Każdy kto nas widział, dwa razy sprawdzał czy mu się nie przewidziało. Werbalnie również nie kryli zdziwienia: co chwile słyszeliśmy: "WOW!" "White People!". Magda jako blondynka dodatkowo budziła większe zainteresowanie. Addis Abeba nie ma za wiele do zaoferowania (nie dorośliśmy jeszcze do zwiedzania muzeów - podobno są tu jakieś super zachowane szczątki poprzednich cywilizacji). Postanowiliśmy wybrać się na największy targ w mieście - opcji transportu było kilka: Taxi, pociąg lub busik. Największą atrakcją oczywiście była ta ostatnia: 30 minut jazdy kosztowało nas 1,5zł (tubylcy jechali za złotówkę). Pojazd ledwo co jechał, non stop był przepełniony, a drzwi rozsunięte przez które wystawał nasz konduktor który nagabywał ludzi z ulicy do jazdy. Co ciekawe ludzie nie za bardzo chcieli obok nas siadać ![]() ![]() Po krótkim spacerze, kilku prośbach dzieci o coś do jedzenia i ogólnym zmęczeniu postanawiamy wrócić do hotelu. I wtedy zaczęły się przygody Stojąc przy ulicy, widzimy biegnącą kobietę za jednym z dzieciaków który przy nas był przed chwilą. W pierwszej chwili myśleliśmy że to kolejna ofiara - jak później się okazało widziała jak ten chłopiec przekazywał mój telefon do samochodu który odjechał. Wychodzę na ulicę czekając aż dziecko do nas dobiegnie, zanim to się stało ktoś przed nami przejął dzieciaka - dyskusji nie było... kilka ciosów i sprawca leżał już na chodniku. Po chwili dobiegła owa pani (ok. 40 lat), również rozmowę rozpoczęła od kilku wychowawczych "kopów"... byliśmy świadkami publicznego linczu. Dokoła leżącego dziecka było już z 10 osób. Kompletnie nie wiedzieliśmy co się dzieje, bo nikt w pobliżu nie mówił po Angielsku, wszyscy coś wykrzykiwali. A język Etiopski przypomina w mowie "wzdychanie". ![]() Nastąpiła chwila dezorientacji... po chwili zjawili się funkcjonariusze- dwóch panów w mundurze wojskowym i karabinem w ręku. Na początku poczuliśmy się trochę bezpieczniej - publiczny lincz zrobił na nas wrażenie - tym bardziej że ciągle byliśmy jako jedyni o białej skórze w okolicy. Funkcjonariusze podobnie jak przechodnie zaczęli od argumentu siły... znowu poczuliśmy się mniej pewnie. Spędziliśmy tam jeszcze dobre 2 godziny czekając aż oskarżony przyzna się do winy. Co ciekawe przechodnie widząc nas i funkcjonariuszy co chwile zatrzymywali się i pomagali w tłumaczeniu rozmowy z nimi. Dzieciaka przejęła policja, i zaprosili nas na komendę... Po chwili padło pytanie czy mamy pieniądze - tak mamy. "na posterunek są 3 kilometry... my nie mamy samochodu to pojedziemy taksówką ale wy musicie zapłacić". I tak w przepełnionej taksówce w której kierowca nogą musiał podtrzymywać kierownicę żeby nie wyleciała pojechaliśmy na komendę: Ja, Magda, dwóch policjantów, oskarżony i kierowca. Co ciekawe oddzielną taksówką, na własny koszt pojechało dwóch świadków zdarzenia którzy chcieli nam pomóc. To co widzieliśmy na ulicy, to nic w porównaniu z tym co działo się na posterunku. Mówiąc krótko - teraz argumenty siły były jeszcze większe. Złożyliśmy zeznania - co ciekawe w arkuszu policyjnym pada pytanie jakiego jesteś wyznania.... Kolejna pozycja- narodowość: Poland - nie mówi za wiele policjantowi który nas przesłuchuje. Co chwilę dopytuje się skąd jesteśmy.... Po raz czwarty odpowiadamy Poland - on kwituje "aaa Portugal", poprawiamy na Poland - ale ciągle nam nie dowierza. Na koniec chce skserować nasze paszporty... aha na komendzie nie ma żadnego komputera, drukarki i takich tam innych normalnych urządzeń do których jesteśmy przyzwyczajeni. Tam nie było nic oprócz, ławki i krzesełek. Musimy pojechać do hotelu z policjantem - oczywiście na nasz koszt i jeszcze opłacić taksówkę z powrotem która odwiezie go na posterunek Wieczorem udaliśmy się na lotnisko i i ruszyliśmy w nasz ostatni (piąty) nocny lot Dreamlinerem do Rzymu. W Rzymie lądujemy o 5:00, kolejny lot mamy po 15:00. W planie mieliśmy wyjść pochodzić po Rzymie, jednak była to nasza piąta wizyta w Rzymie i postanawiamy udać się do strefy relaxu w hali odlotów i przeleżeć na leżakach pół dnia. I tak po 15 udaliśmy się w nasz dwunasty lot podczas tej podróży. Przez ostatnie 24 dni przeżyliśmy fantastyczną przygodę - zwiedziliśmy dwa kontynenty, 5 krajów. Byliśmy na Safari, nurkowaliśmy z rekinami, byliśmy pod najwyższym budynkiem świata i określanych jako rajskie wyspy Tajlandii, na koniec liznęliśmy środkowej Afryki w stolicy Etiopii. Łącznie nasza podróż drogą powietrzną to 37 846km. Gdy dodamy do tego podróże autem to można powiedzieć że udało nam się okrążyć Ziemie - 40 072km. W powietrzu łącznie spędziliśmy ponad 2 dni (52 godziny i 10 minut). Nigdy nie robiliśmy całościowego podsumowania bo Marzenia nie mają ceny, i po co psuć sobie humor po powrocie No dobra... mały wyjątek - koszta liczone na osobę: 1. Loty •Warszawa-Rzym-Warszawa: 148zł • Rzym-Afryka-Tajlandia-Rzym: 1350zł (https://www.fly4free.pl/rpa-i-tajlandia-1209-pln/) • Johannesburg-Cape Town: 205zł • Cape Town-Durban: 144zł • Bangkok-Phi Phi-Bangkok: 170zł Razem: 12 odcinków lotów: 2024zł - co daje 5 groszy za kilometr. 2. Wynajem Auta • Łącznie 270zł /osobę 3. Noclegi • ~1200zł 4. Atrakcje • Kruger Park 500zł • Cape Town : 100zł (Przylądek Dobrej Nadziei, Plaża z pingwinami, lwy) • Nurkowanie z rekinami: 300zł • Dubaj: 380zł (Burji Khalifa , Aquawenture, Monorail, Bilet dobowy) Razem: 1280zł Razem powyższe 4 punkty: 4774zł Do tego należy oczywiście dodać ceny posiłków - których nie podejmę się zsumowania, zakupów w Tajlandii i innych drobnych wydatków (taksówek, pamiątek etc.) PS. Zdjęcia z google dla zobrazowania opowieści. | |
| Strona 1 z 1 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |