Jak Flip i Flap albo Bolek i Lolek zawsze wymieniani są razem, tak samo jest z Maras i Moray. Nie ma zatem co kombinować, tylko trzeba kolejne kroki skierować do Moray właśnie.
Tarasy rolnicze, bo dla nich się tu przyjeżdża, mają w Moray szczególny układ - wszystko wygląda mniej więcej jak olbrzymi, obejmujący całą dolinę - stadion. Spece od historii przypuszczają, że całość pełniła rolę laboratorium rolniczego Inków. Zmieniające się wraz z wysokością warunki nasłonecznienia i temperatura miały pomóc w ocenie co i gdzie uprawiać. Podobno temperatura pomiędzy górnym a dolnym tarasem może różnić się nawet o 15 stopni.


Rzecz wymagała weryfikacji. Droga na sam dół zajęła mi niewiele ponad kwadrans. Z początku żadnej różnicy temperatur nie czułem, ale potem, po półgodzinnym gramoleniu się z powrotem, zrobiło się wyraźnie gorąco.

Od Moray druga biegła już tylko wyłącznie w dół - przez blisko godzinę zjeżdżaliśmy do Świetej Doliny w ścisłym znaczeniu słowa "dolina". Chwilami myślałem, że nasz taksówkarz zabłądził, bo wg mojego pojęcia nikt przy zdrowych zmysłach Toyotą Yaris kombi na taką drogę by się nie wybrał. No chyba, że marzy o nowym samochodzie i chce sobie stworzyć pretekst do zakupu. Kierowca miał jednak minę pewną i nie sprawiał wrażenia zaskoczonego wertepami, urwiskami ani zakrrrętami. A wsteczny bieg wrzucił tylko raz, już na samym dole: na wiszący most, przez który mieliśmy przejechać wtoczył się wielki kamień i trzeba było poszukać innej przeprawy przez Urubambę. Atrakcja, przede wszystkim ze względu na niezapomniane widoki i szczyptę adrenaliny była zupełnie niespodziewana.
Jeżeli nie liczyć mijanych torów kolejowych i wspomnianego mostku, ślady cywilizacji pojawiły się dopiero na przedmieściu Ollantaytambo.
Ernesto, który wielkim pasjonatem historii chyba nie był, twierdził, że jeżeli już koniecznie musimy jakieś ruiny oglądać, to najlepiej zrobić to w Ollantaytambo.

I tym razem Ernesto nie zawiódł. Twierdza jest monumentalna, zupełnie inna charakterem niż Machu Picchu. Zupełnie nie pojmuje, dlaczego przewodniki i relacje traktują to miejsce marginalnie. Na dobrą sprawę o Ollantaytambo do tej pory wiedziałem tylko tyle, że jest. A tu proszę, może przesadzam, może to efekt nakręcenia całodziennymi przeżyciami - ale wydaje mi się, że to atrakcja na dużą skalę.




Przed 17.00 opuściliśmy ruiny i pożegnali taksówkarza.

Pociąg do Aquas Calientes był około 19.00. Na dworcu, wkoło dworca - ludzi było pełno. Pomimo niewczesnej pory, gwarno, tłoczno. Pociąg też wypełnił się do ostatniego miejsca, dobrze, że miejscówki kupiliśmy jeszcze w Polsce.

Przejazd nocny żadną atrakcją nie był, ot półtora godziny drzemki. Stacja w Aquas Calientes okazała się zaprzeczeniem naszych wyobrażeń o małym miasteczku zgubionym w górach: tłum, wrzask, ścisk, dziesiątki czekających osób z tabliczkami reklamującymi noclegi lub nazwiskami - jak na lotnisku. Hotele i inne kwatery w większości ułożyły się zaraz obok dworca.
================
Wszystko co z Machu Picchu związane, czy to bilet wstępu, pociąg, czy nocleg - jest bardziej kosztowne niż inne peruwiańskie atrakcje. Nocleg w A.C. był najdroższy i najsłabszy zarazem z dotychczas zaliczonych, jakkolwiek do przyjęcia. Portier w hostelu musiał być obdarzony nadzwyczajnym talentem: Co dzień, od rana do wieczora miał przecież kontakt z turystami. Mimo to udało mu się nie przyswoić ANI JEDNEGO słówka po angielsku, nawet takich trudnych jak "one", "two" albo "three". Można było za to sprawić sobie u niego "agua con gas" za "seis soles". Taka sama "water with gas" w sklepie za ścianą kosztowała trzykrotnie mniej, co i tak było zdzierstwem, bo przeciętna cena butelki wody mineralnej to jedna sola.
Na M.P. chcieliśmy się wybrać skoro świt. Po pierwsze - bo podobno ładny wschód słońca, po drugie - poranne pociągi z Cuzco nie zdążą jeszcze dojechać i powinno być mniej ludzi. Niestety budzikowi, który odezwał się przed piątą, wtórował szum ulewy. Co gorsza, po kwadransie wahań co do dalszych planów wyglądało, że deszcz wzmógł się jeszcze bardziej. Żona wprawdzie twierdziła, że podobno w rejonie A.C. deszcz jest na porządku dziennym, bo tu taki klimat, ale marne to było pocieszenie.
Kiedy wystrojeni w pałatki, peleryny, plandeki i parasole wyszliśmy przed hotel, okazało się, że owszem, pada - ale kropi tylko trochę. Potok przewalający się przez środek miasteczka do złudzenia symuluje odgłosy ulewnego deszczu.

Do miejsca z którego odjeżdżają autobusy na M.P. trudno nie trafić. Rano, z każdego zakątka miasteczka, wszyscy, jak jeden mąż idą "na autobus". Na miejscu są trzy a czasem i więcej długie ogonki: do kas i do wsiadania. Bilet w obie strony kosztuje aż 20 $, znów wydawało mi się, że ktoś nas naciąga. Później jednak, zważywszy pokonywaną różnicę wysokości, niezliczoną ilość zakrętów - doszedłem do wniosku, że to uczciwie zarobione pieniądze. Autobusy podjeżdżają non stop, jeden za drugim i długa kolejka nie oznacza długiego czekania.
Machu Picchu niczym nas nie zaskoczyło. Miało być cudem świata, nadzwyczajne i niepowtarzalne. No i takie właśnie było.
Nie spodziewałem się tylko, że teren w obrębie którego można zwiedzać jest aż tak rozległy. Czas od 7.00 rano do 14.00 zagospodarowaliśmy bez problemu a gdyby było go jeszcze trochę więcej, to też by nie zaszkodziło.
Poranne mgły miały swój urok, choć obawa, czy nie przyniosą deszczu trochę psuła nastrój.

Później jednak pogoda dopisała. Wraz ze słońcem zjawili się też i ludzie.

Momentami robiło się ciasno, ale bez problemu da się znaleźć zaciszniejsze miejsca.


Na Wayna Picchu nie wybieraliśmy się. Bardzo przyjemny okazał się natomiast szlak do Mostu Inków. Po drodze jest budka, która straszy perspektywą kupowania biletów, ale to tylko punkt rejestracji wychodzących na ścieżkę. Pewnie ze względu na bezpieczeństwo. Ciekawe widoki zapewni też trasa do Bramy Słońca. Na oko wygląda, że zajmie ona około godziny. Niestety, wybraliśmy się tam z samego rana - i z drogi przegonił nas deszcz, więc do celu nie dotarłem.
Jedna z ekologicznych kosiarek do trawnika bardzo interesowała się moim aparatem no i teraz mam fajne zdjęcie.

Pociąg powrotny do Cuzco rezerwowaliśmy jeszcze z kraju. Bilety Ollantay-Aguas Calientes-Cuzco kosztował niemało: 140 $ / os. Warunki podróżowania są jednak bardzo dobre a po całym dniu na M.P. możliwość odpoczynku okazała się cenna.
|