| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Kwestia wyboru - Kambodża kwestia-wyboru-kambodza,215,119069 | Strona 2 z 2 |
| Autor: | pestycyda [ 06 Lis 2017 02:08 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
@ambush, dziękuję. Idealnie ubrałeś w słowa to, co myślę. To naprawdę nie jest łatwy temat... Dobrze, ma być szczerze, więc będzie. Do tej pory niezbyt chciałam się angażować w dyskusję na temat ludobójstwa. Przede wszystkim dlatego, że ten kraj to nie tylko Pola Śmierci czy Muzeum... To jest relacja z pobytu w Kambodży, kraju, który ma mnóstwo do zaoferowania. Piękne miejsca, historia, cudowni ludzie... Nie chciałam, żeby wątek został zdominowany tym jedynym tematem. Ważnym i strasznym, owszem, nie można go przemilczeć, ale nie jest tak, że Kambodża = tylko i wyłącznie terror Pol Pota. Relacje nigdy nie są obiektywne. Możesz się nie wiem, jak starać, ale i tak dany kraj postrzegasz przez pryzmat własnej wiedzy/doświadczeń/rozmów z miejscowymi/albo (to już moja własna teoria) - trochę z własnego wyboru (ja zazwyczaj decyduję się, owszem, pewnie z egoizmu, nie brać bardzo do siebie prób oszustw czy niemiłych sytuacji. Uważam, że źli ludzie są wszędzie i robię, co mogę, żeby to nie rzutowało na moją ocenę danego miejsca. Bo w przeciwnej sytuacji najbardziej stratna będę właśnie ja - niepotrzebne mi nerwy i złość na wakacjach). Nawet wybór określonych zdjęć do relacji obiektywny nie jest - konkretne obrazy rzutują na sposób widzenia kraju przez ludzi, którzy tam jeszcze nie byli...W przypadku tak trudnego tematu jak ludobójstwo, starałam się nie przekazywać tego, co myślę, a skoncentrować się wyłącznie na tym, czego dowiedziałam się od miejscowych osób. Owszem, może się tu rodzić podejrzenie, że obraz, który otrzymałam, nie jest w 100% zgodny z prawdą (tak, jak w przypadku szwedzkiej delegacji za czasów Pol Pota), ale nie mam innego.... Oprócz tego, mam tylko to, co myślę, coś, co jest zupełnie i całkowicie subiektywne. A myślę (choć trudno tu się wypowiedzieć, bo nie jestem na miejscu Khmerów i, mam nadzieję, nigdy nie będę), że gdybym była w takiej sytuacji, tu i teraz, i miałabym do wyboru - zemsta i rozliczenie albo przyszłość moich dzieci, którym mam szansę dać wykształcenie i przygotować je do życia bez nienawiści, bez mrugnięcia oka wybrałabym to drugie. Właśnie dlatego, żeby nie nakręcać zła. Kolejna sprawa - @kumkwat_kwiat, nie mogę z Tobą polemizować w kwestii zdjęć w Tuol Sleng. Możliwe, że były tam tabliczki z zakazami. Ja po prostu ich nie widziałam - owszem, mogło to wynikać z faktu, że wizyta w tym miejscu była dla mnie bardzo emocjonalna i strasznie trudna. Mogłam nie zwrócić na nie uwagi. Jeśli były, to faktycznie, złamanie przez nas zakazu nie było fair. I tak, zrobiło mi się głupio. Natomiast, w oderwaniu od zakazu, zupełnie prywatnie uważam, że nie pokazywanie takich obrazów, niestety nie spowoduje, że ta tragedia zniknie.... I jeszcze jedno pytanie @ambush. Masz całkowitą rację, co do używania słowa "Khmer". Jednak nie zauważyłam, żeby w tym wątku zostało użyte niezgodnie ze znaczeniem. Coś przeoczyłam? Prawie coming out Miłej nocy. | |
| Autor: | ambush [ 06 Lis 2017 10:07 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
@pestycyda tutaj lekkie sprostowanie, bo faktycznie nie napisałem precyzyjnie - w Twojej relacji nie było żadnego błędu związanego z Khmer. Ten błąd zauważyłem tutaj w 1 czy 2 w komentarzach ludzi komentujących i to do nich był ten tekst | |
| Autor: | pestycyda [ 10 Lis 2017 20:22 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
Kolejnego ranka pobudka mogła być dużo później, przynajmniej w porównaniu do dnia poprzedniego Pan Lom Lam. Dużo można by o nim napisać. Dobry, serdeczny i uczciwy człowiek. Można zamieszkać w domu z jego rodziną, proponuje też wycieczki po Angkor, do pływającej wioski, a także po rodzinnej miejscowości własnym tuk-tukiem. Ponieważ Angkor już zwiedziliśmy ("zwiedziliśmy" :/ to zdecydowanie nadużycie :/ ![]() Punktualnie o 8.00 pod hostelem czekał na nas drobny, nieśmiało uśmiechnięty mężczyzna. Zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w stronę jego domu. Wioska, w której mieszka Lom Lom, znajduje się pod Siem Reap - jakieś 40 minut tuk-tukiem. Krajobraz zmieniał się bardzo szybko, a asfaltowa droga przemieniła się w piaszczystą ścieżkę. Pola ryżowe, puste przestrzenie...Miły widok ![]() W końcu dojechaliśmy do wioski. Lom Lam zatrzymał się na środku drogi i zaproponował zwiedzenie targu. "Koniecznie teraz, bo później nikogo tu nie będzie." Hmmm, uwielbiamy targi i zawsze próbujemy jakiś znaleźć. Im mniej turystyczny, tym lepiej. Ale powiem Wam, że na tak "prawdziwym" targu to chyba jeszcze nie byłam - kobiety z wioski robiły zakupy na obiad, mnóstwo dziwnych produktów, wyłożonych często bezpośrednio na kawałkach foliowych worków, rzadziej na stoiskach i ani jednego turysty. Wszystkie spojrzenia zwrócone tylko na nas, czasem pojawiające się nieśmiałe uśmiechy, ale żadnych zachęcań do kupna...Mieszkańcy Kambodży, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, nie są bardzo śmiali do "obcych". Owszem, są uprzejmi, ale często, początkowo przynajmniej, zachowują dystans. My też do szczególnie śmiałych w tym temacie nie należymy (zupełnie inny typ, niż ludzie, którzy biegają wszędzie, zaglądają do każdego garnka i nachalnie dopytują ![]() ![]() Wiadomo, inny kraj, inna, kultura, ale trochę żołądek mi się ściskał, gdy widziałam taką ilość różnorodnych podrobów, nie do końca dla mnie wiadomego pochodzenia. ![]() Jednak, jak się okazało, najgorsze było jeszcze przed nami... ![]() Żołądek w supeł i jedyne, czego chciałam, to opuścić targ.... ![]() Dosyć szybko targ opuściliśmy. Humory - poniżej zera. Człowiek gdzieś jedzie, szuka i goni za dotknięciem "prawdziwości" kraju, w którym jest. Natomiast gdy wreszcie tej prawdy dotknie, to, ech, szkoda gadać....Nie umiem być obiektywna w tym temacie.... ![]() Lom Lam spojrzał nam w oczy i, myślę, że wiedział. Nie poruszyliśmy tego tematu - on, bo dlaczego miał się nam tłumaczyć z czegoś, w czym wzrastał i co stanowi element jego kultury. My - bo jakie mamy prawo mówić, że jego kultura jest zła?...Dlaczego mają przestać robić coś, co robili "od zawsze"? Myślę, że jedynym rozwiązaniem jest edukacja - od małego. Tylko to mogłoby cokolwiek zmienić...Ale myślę, że wiedział, dlaczego przestaliśmy się odzywać i uśmiechać... W domu Lom Lama przyjęto nas bardzo serdecznie. Gdy wjeżdżaliśmy na podwórko po suszącym się na słońcu ryżu, na zewnątrz wybiegła jego żona, ojciec, dziadek, dzieci, dzieci siostry, sąsiadów i sami sąsiedzi.... Dom Lom Lama, pewnie jak większość domów w Kambodży, składał się z czegoś w rodzaju werandy, która pełniła rolę pokoju dziennego, publicznego - tam się przesiadywało, jadło, rozmawiało, spędzało czas. Poza tym była też część bardziej prywatna, klasyczna - sypialnie, łazienka, kuchnia. Z werandy wchodziło się do naszego pokoju. Niesamowicie rozczuliła nas troskliwość gospodarzy - po przywitaniu, seniorzy rodu wnieśli do naszego pokoju dodatkową, małą kanapę ("żeby nam było wygodniej" - tak zrozumiałam czytając z gestów i ciepłych uśmiechów Zostawiliśmy plecaki i wyruszyliśmy tuk-tukiem do Kampong Phluk, pływającej wioski. Lom Lam zatrzymał się przy kasach przed przystanią - trzeba było załatwić formalności. Tam przeżyłam dosyć mocne zaskoczenie Od kas do miejsca, z którego odpływają łodzie, trzeba jeszcze przejechać około kilometra wałem. Wał jest dosyć piaszczysty, żeby nie powiedzieć - "jeden wielki piach w powietrzu" ![]() Pomogło ![]() Na przystani, a właściwie - przy końcu wału, gdzie stało mnóstwo większych i mniejszych łodzi ![]() Podobno w porze suchej do Kampong Phluk można dojechać po prostu tuk-tukiem, bezpośrednio po wale. Pewnie tak, ale dla mnie sam rejs łodzią jest dodatkową atrakcją. Powoli z oddali zaczynały wyłaniać się pierwsze budynki wioski... ![]() ![]() ![]() Naprawdę niewiele potrafię tu napisać...Bo jak można to skomentować? Banalnym : "ciężko"? Albo opisem "tu trudno żyć" z wizerunkiem smutnej buźki? :/ Słowa nie oddają, po prostu.... ![]() Pierwszy przystanek w restauracji na wodzie. Obowiązkowy punkt każdej pewnie wycieczki. W restauracji obsługują miejscowi - więc pewnie pieniądze dają im szanse na przetrwanie najtrudniejszych okresów. Dodatkowo nikt nachalnie nie namawia do zakupu niczego. Lom Lam spytał tylko, czy chcemy zjeść. Po odpowiedzi odmownej przeskoczył z nami na kolejną platformę na wodzie, na której mieściło się coś w rodzaju biura. Tam kłębiły się tłumy innych turystów, niezbyt wiedzieliśmy, o co chodzi. Dopiero gdy wytłumaczył nam, co się tu odbywa, zgodnie uznaliśmy, że koniecznie musimy z tego skorzystać. Otóż kolejna platforma znajdowała się na terenie zalanego lasu. Miejscowe kobiety, które nie mają szans na żaden inny zarobek, założyły coś w rodzaju spółdzielni - na płaskich, tradycyjnych łódkach oferują turystom przejażdżkę pomiędzy zatopionymi koronami drzew. Koszt - 5 USD od osoby. Zarobione pieniądze wkładają do wspólnej kasy, a na koniec dnia dzielą się nimi po równo. ![]() Większość kobiet na łódkach ma dzieci. Pewnie z dwóch powodów - po pierwsze, nie maja ich z kim zostawić. A po drugie, no cóż, nie oszukujmy się - dziecko znacznie łatwiej potrafi chwycić za serce turystę z grubym portfelem.... ![]() Zwłaszcza, że częścią wycieczki jest podpłynięcie do łódek innych pań, które sprzedają różne towary - napoje, drobne przekąski oraz...przybory szkolne. Sprzedawczynie zagadują turystów takimi samymi, wyuczonymi zdaniami po angielsku, próbując nawiązać jakąś więź - jak masz na imię? Skąd jesteś? Czy masz dzieci? Później przechodzą do konkretów - Może chcesz colę/piwo itp? Później następują cięższe argumenty - Może kupisz colę dla pani, która dla ciebie tak ciężko wiosłuje...? Albo dla jej córki...? A potem najgorsze - Może kupisz dla niej zeszyty do szkoły? Długopisy? Kredki?......Spróbuj odmówić, patrząc w twarz dziecku, zerkającemu na ciebie z nadzieją....Kurczę, ciężki temat. Kupiliśmy cole (1,5 USD sztuka), przyborom szkolnym powiedzieliśmy nie, tłumacząc sprzedawczyni, że mamy rzeczy dla naszej dziewczynki. Popatrzyła na nas nie rozumiejąc - takiego zdania po angielsku nikt jej nie nauczył...Trudne, smutne momenty. Dla mnie jednak te działania to nie próba "oskubania turysty do końca", to raczej akt ogromnej desperacji...Prawdopodobnie zarobione w ten sposób pieniądze, są jedynymi, jakie mają. Dlatego tak mocno o nie walczą....Ech... ![]() I, prawdopodobnie, każde dziecko, które otrzyma od turysty zeszyt/kredki/długopisy, zaraz po jego wyjeździe oddaje je do wodnego sklepu, żeby te przedmioty mogły zarobić raz jeszcze. I jeszcze. Dlaczego tak myślę? Ponieważ wybierając się do pływającej wioski faktycznie zapakowaliśmy cały plecak rzeczami dla dzieci. Dziewczynka z naszej łodzi otrzymała kredki, zeszyty i bańki mydlane. I tak mocno się cieszyła, że prawie wypadła z łodzi, krzycząc z radości i pokazując je innym dzieciom...Bo prawdopodobnie będą to jedyne rzeczy, jakie pozwolą jej naprawdę zatrzymać - trudno sprzedać w kambodżańskim sklepiku polskie produkty.... ![]() Gdy wysiadaliśmy z łódki, Lom Lam spytał, czy mamy jakieś drobne - 1-2 USD - żeby dać pani, jako napiwek. Pieniądze za przejażdżkę idą do wspólnej kasy, a napiwek będzie rzeczywiście tylko dla niej - tłumaczył... ![]() Kolejny punkt wycieczki, to wpłynięcie na jezioro Tonle Sap. Ogromna przestrzeń. Cisza. Wodna pustynia... ![]() Tylko czasem pojawiała się jakaś łódka - a to turyści, a to kolejny pływający sklepik. Jednak wszystko odbywało się w prawie idealnej ciszy, przerywanej od czasu do czasu chlupotaniem wiosła... I wracamy - ponownie do pływającej wioski. ![]() Tym razem przybiliśmy do brzegu i mogliśmy przejść się przez Kampong Phluk. Okazało się, że przez środek prowadzi piaszczysta droga, a domy zbudowane są w ten sposób, że stoją zarówno na lądzie, jak i nad wodą (ich druga połowa). Podobno w porze suchej wioska przestaje być pływającą, a las - zalanym. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy desperacko walczą o zarobek w tym krótki czasie, kiedy stanowią "atrakcję" dla turystów. ![]() ![]() W środku wioski są jakieś restauracyjki, turyści bardziej turystyczni (tzn. tacy z prawdziwych wycieczek, wieloosobowych, którzy na przystań przyjechali autokarami z klimatyzacją i na pewno nie potrzebowali chirurgicznych maseczek, żeby przetrwać drogę po wale ![]() ![]() ![]() Dzieci wracające ze szkoły. ![]() Zastanawia mnie tylko jedno - kto i dlaczego inkasuje 20 USD za wejście do wioski. Nie sądzę, żeby mieszkańcy, w których prywatność się ingeruje, na tym zarabiali. Nie wydaje mi się też, żeby była to w całości opłata dla sternika. Kto i dlaczego zarabia na innych ludziach i ich trudnym życiu?.... ![]() ![]() C.D.N. | |
| Autor: | namteH [ 13 Lis 2017 15:00 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
@pestycyda A wiesz coś może o przeszłości tej pływającej wioski? Z czego żyli 50 lat temu? Czy ta wioska istniała 50 lat temu? Strasznie dziwne miejsce... Z jednej strony kasują 20$ za wjazd (co jest pewnie kupą kasy) a z drugiej "łapią za serca" zeszytami dla dzieci... Albo te kobiety kręcą albo są bardzo wykorzystywane. | |
| Autor: | pestycyda [ 13 Lis 2017 19:01 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
@namteH , mam wrażenie, że cała wioska jest wykorzystywana. Bardziej wyobrażałam sobie, że podjedziemy na przystań, znajdziemy jakąś łódź i zapłacimy sternikowi. On nas zawiezie do wioski, a tam się zapłaci np. nie wiem, komuś w rodzaju sołtysa, coś takiego (że już nie wspomnę, że w swojej naiwności myślałam, że pieniądze pójdą na rozwój wioski :/ Myślałam, że to będzie bardziej coś w stylu "datku na rozwój") Tu podjeżdżasz pod normalne kasy, kupujesz bilet od osób w mundurach (nie mam pojęcia jakich - może to po prostu uniformy stylizowane na militarne) i własny transport podwozi Cię na wał, gdzie stoi mnóstwo łodzi. Dziwna sytuacja. Wioska, wg. Lom Lama, bo jedyną wiedzę mam od niego (nikt inny nie mówił po angielsku, z wyjątkiem pań z pływających sklepów, ale one miały konkretny zasób zdań "handlowych"), raczej nie istniała 50 lat temu. Została zbudowana przez Kambodżan, którzy odłączyli się od innej pływającej wioski (w której mieszkali z Wietnamczykami. Podobno Wietnamczycy nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni - ani do innych mieszkańców, ani do turystów, którzy co jakiś czas próbowali się im szlajać po terenie). Mam wrażenie, że odkąd powstała, żyje trochę z turystów (a raczej z tego, co ewentualnie zostawią bezpośrednio w wiosce - wycieczki na łodzi z kobietami, jakieś restauracyjki itp.), trochę z rybołówstwa. Być może niektórzy mieszkańcy zarabiają jakieś pieniądze na podwożeniu turystów łodziami z wału do wioski, choć nie sądzę, żeby to były ich własne łodzie, więc to raczej na pewno są grosze... Pytałam Lom Lama, czy mieszkańców nie denerwuje fakt, że ciągle ktoś obcy się im po wiosce plącze. Odpowiedział, że się z tego cieszą, bo zawsze jest szansa, że ktoś coś od nich kupi. Trudno powiedzieć, jaka jest prawda. Ale poważnie interesuje mnie kto na tym zarabia i dlaczego ci ludzie się na to zgodzili (pewnie jest jakieś prawdopodobieństwo, że dostają część pieniędzy z biletów, ale szczerze? Nie sądzę. A 20 USD to w Kambodży naprawdę duża stawka). | |
| Autor: | Margita [ 14 Lis 2017 13:12 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
Byłam w Kambodży mniej więcej w tym samym czasie. Wycieczkę do pływającej wioski kupiłam w Siem Rap w biurze za 16 USD od osoby. Był to zachód słońca nad jeziorem, zabrali nas z hotelu, przejazd do przystani, łódka, zwiedzanie świątyni, wioska, restauracja i kobiety na łodziach, podziwianie zachodu słońca ( i ta sama dziewczyna sprzedając z łodzi w różowej bluzce) i powrót. Dodatkowo nic nie płaciliśmy i nie słyszałam o 20 USD za wejście do wioski. Nasz przewodnik był fantastyczny i bardzo szczerze i dużo opowiadał. W wiosce jest prąd, maja tv i życie jest trochę na pokaz dla turystów. Byliśmy w szkole i ze smutkiem muszę stwierdzić, że wszędzie po ziemi walały się porozrzucane zeszyty, ołówki i długopisy. Dzieciaki chcą już czegoś innego, tego mają dosyć. W Kambodży wcale tanio nie jest, wszędzie płaci się w dolarach, dla nas to niekorzystny przelicznik. W Siem Rap jedzenie jest drogie, jedynie ciuchy da się wytargować po 1 USD i hotele są tanie w dobrym standardzie. | |
| Autor: | pestycyda [ 14 Lis 2017 21:53 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
@Margita , a w której wiosce byłaś? Wychodzi na to, że jest gorzej, niż myślałam - skoro Ty za całą wycieczkę w agencji zapłaciłaś 16 USD (z dojazdem na przystań, łodzią, przewodnikiem itp), to chyba znaczy, no właściwie nie wiem, co znaczy :/ Po zwiedzeniu Kampong Phluk wróciliśmy do domu Lom Lama. Nocleg w dwuosobowym pokoju ze śniadaniem kosztował 9 USD. Nasz gospodarz zarządził odpoczynek, jednak uznaliśmy za trochę niegrzeczne położenie się na chwilę w naszym pokoju (ale kusiło, oj kusiło Wyszliśmy więc do części dziennej - na zadaszony taras bez ścian, gdzie stały fotele i stół oraz siedziała cała rodzina. Początki naszej znajomości były trochę nieporadne - starszyzna wpatrywała się w nas z uśmiechem, a dzieci...uciekły do środka domu :/ ![]() Przed domem, jak przed większością domów w wiosce Lom Lama, suszył się ryż. Natomiast przy ogrodzeniu, zupełnie inaczej niż w większości domów, zaczęli zbierać się sąsiedzi ![]() I wtedy zrobiło się całkowicie rodzinnie. Z wioski zaczęły zbiegać się kolejne dzieci, nasze uśmiechy stały się zupełnie szczere, sąsiedzi rozmawiali (nawet z nami - szkoda tylko, że mówiliśmy w dwóch albo i więcej językach...:/ ![]() Dużo można by pisać o tym popołudniu. Dla nas to była jedna z przyjemniejszych i prawdziwszych chwil podczas pobytu w Kambodży. Czuliśmy się na tej werandzie zupełnie jak członkowie wielkiej rodziny - ciepło, spokój i serdeczność, jakimi nas otoczono, spowodowały, że zupełnie zapomnieliśmy o naszym "turystycznym" pochodzeniu. Patrzyliśmy w uśmiechnięte oczy dzieci, śmialiśmy się razem z nimi...Magiczne momenty.... Po odpoczynku Lom Lam zabrał nas i swoich dwóch synków na wycieczkę po wiosce. ![]() Oglądaliśmy pola ryżowe, wioskową pagodę, którą właśnie rozbudowywano... ![]() ![]() ...krematorium. Podglądaliśmy zwykłe, wiejskie życie - dla nas tym ciekawsze, że po prostu prawdziwe. Chłopcy pokazywali nam palcami co ważniejsze, wg. nich obiekty Później nadeszła pora na odwiedzanie rodziny Dalej pojechaliśmy więc już całkowicie zapełnionym tuk-tukiem (+ dodatkowo wielka, dmuchana piłka ![]() Jedną z nich była młockarnia do ryżu. Drugą - najlepszy w wiosce rozpłodowy byk. Był faktycznie piękny i okazały, ale jego zdjęcia, a szczególnie zdjęcia jego wyjątkowo dużych atrybutów, raczej Wam oszczędzę Miał też przy domu jeszcze jedną interesującą rzecz - otóż prowadził coś w rodzaju mini-sklepiku. Szybko rozstawił mały stoliczek, na którym stanęły lokalne przysmaki (dziwne chrupko-ciastka, smaczne) i piwo. Usiedliśmy wokół na zdezelowanych krzesełkach i, ponieważ okazja sprzyjała, wreszcie mogliśmy zadać Lom Lamowi pytanie, które nurtowało nas od rana. Niestety, odpowiedź pozbawiła mnie zupełnie złudzeń ![]() Dzień powoli zmierzał do końca, ruszyliśmy więc w kierunku wioski. Musieliśmy się trochę pospieszyć, dziś czekała nas jeszcze jedna atrakcja - wspólna wizyta na targu, pani domu uczy nas wybierać produkty, a następnie wspólnie gotujemy kolację. Lom Lam zapytał, co mamy ochotę zjeść. Szczerze mówiąc, po tej ciężkiej rozmowie, nie mieliśmy ochoty jeść w ogóle, ale szkoda nam było tego "wspólnego gotowania". Stanęło więc na rybie. Okazało się jednak, że przed targiem jedziemy zwiedzić jeszcze jedno miejsce, dumę wioski...Bilet wstępu - 3 USD. ![]() Farma krokodyli. Mostki wznosiły się jakieś dwa metry nad wybetonowanymi basenami, w których, w ogromnym ścisku, tłoczyły się krokodyle. Sama farma była dosyć duża - składała się z około czterech kompleksów, w których umieszczone były zwierzęta, mniej więcej zgodnie z ich wiekiem - osobno małe, osobno większe. ![]() Pobyt w takim tłoku raczej na pewno wzmaga agresję i autoagresję tych zwierząt - niektóre miały odgryzioną łapkę, a jeden z nich nie miał nawet połowy górnej szczęki. Dla mnie okrucieństwo takiego chowu nie podlega żadnej dyskusji. Natomiast pojawia się tu jeszcze jeden problem. Otóż jeśli kupujesz w Europie bilet na jakąś "atrakcję", to wiesz, że atrakcja owa, nim dopuszczono do sprzedaży biletów, została sprawdzona w każdy możliwy sposób pod kątem bezpieczeństwa. Tworzenie "atrakcji" w Kambodży wygląda trochę inaczej :/ Wymyślasz sobie coś, co wg. ciebie może przyciągnąć klientów i już. Sprzedajesz bilety, po prostu. Natomiast ty, kliencie, nie licz na to, że skoro bilet kupiłeś, to z tego tytułu jesteś w jakiś sposób chroniony. Po mostkach ochoczo oprowadzały nas dzieci pani sprzedającej bilety, radośnie biegały i przeciskały się między barierkami wznoszącymi się niezbyt wysoko nad stłoczonymi, sfrustrowanymi, cierpiącymi olbrzymami...Nadmienię tylko jeszcze, że były to jedne z groźniejszych krokodyli - krokodyle różańcowe. Które podczas polowania SKACZĄ. ![]() I uważam, że tu na pewno się nie mylę w mojej opinii, gdyż chyba w Phnom Penh widziałam reklamę podobnego przybytku, na której jak byk było napisane : "BEZPIECZNA farma krokodyli" :/ Wymiękłam, gdy pani prowadząca farmę, postanowiła nam uatrakcyjnić pobyt (obserwując nasze niezbyt zadowolone miny) i przyszła z koleżanką i z dużym wiadrem mięsa... ![]() Im bardziej się od niej odsuwaliśmy, tym bardziej się przysuwała i zachęcała gestami do podziwiania... ![]() To była moja ostatnia chwila pobytu na mostku i w tym ośrodku w ogóle. Tzn. tak myślałam, bo uradowane dzieci obsługi za rękę zaciągnęły nas do (jakżeby inaczej) najważniejszego miejsca na farmie - sklepiku z pamiątkami. Tu się skończyła moja jeszcze jaka-taka uprzejmość, zdecydowanie odmówiliśmy wejścia. Oszczędzę też Wam widoku cudownych pamiątek - gustowne czaszki, łapki, torebki ze skór, buty i najgorsze : małe, wypchane krokodyle w różnych kolorach, przyklejone do podstawek, z łapkami złożonymi jak do modlitwy. Były też zupełnie malutkie, wypchane, wychodzące z jajek. Też na podstawkach. Gdyby ta farma miała jakieś ściany, to mogłabym napisać, że wyszliśmy trzaskając drzwiami. Niestety, nawet na tak niewinne odreagowanie, z przyczyn budowlanych nam nie pozwolono... ![]() Zakupy na kolację zrobiliśmy na szczęście na samym brzegu targu. Kolejnego widoku spoza mojego kręgu kulturowego chyba już bym nie zniosła. Żona Lom Lama wybrała dużą, zupełnie zwyczajną, tłuściutką rybę (1 USD) i jakieś liście. W pęczku. Czyli OK. Niestety, nieopatrznie zerknęłam do jednego z wiader stojących na targowym stoisku :/ ![]() To już było trochę za dużo na dziś :/ Do domu wróciliśmy bardzo zmęczeni. Trochę staraliśmy się "wspólnie gotować", ale gdy uświadomiliśmy sobie, że bardziej przeszkadzamy, niż pomagamy przemiłej gospodyni - poszliśmy wziąć prysznic. Zresztą już się zdążyliśmy nauczyć robić prawdziwą kambodżańską zupę. Nie jest to trudne. Przepisem mogę się z Wami podzielić Dom powoli usypiał, my siedzieliśmy z Lom Lamem na tarasie przy piwie, które przywieźliśmy z Siem Reap (nie uwierzycie ![]() Wczesnym rankiem Lom Lam odwiózł nas ponownie pod hostel w Siem Reap. O 6.00 rano musieliśmy czekać pod wejściem, bo miał przyjechać po nas kolejny transport. To, że przyjechał o 7.30, to zupełnie inna sprawa ![]() Z całego serca i jeszcze bardziej polecam! | |
| Autor: | pestycyda [ 19 Lis 2017 22:30 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
Jeszcze przed wyjazdem do wioski Lom Lama zakupiliśmy w recepcji naszego hostelu bilety na łódź z Siem Reap do Battambang. Są dwa rodzaje takich łodzi - szybkie (i droższe) oraz wolniejsze. Zdecydowaliśmy się na wolniejszą, która miała wypłynąć o 7.00. W cenie było też podwiezienie na przystań i to był właśnie powód, dla którego musieliśmy stawić się pod naszym hostelem o tak nieludzkiej porze ![]() I wreszcie można było ruszyć. Łódź była całkowicie wypełniona, niestety głównie turystami. Szkoda, ale właściwie mogliśmy się tego spodziewać - chyba za bardzo nie ma co liczyć na coś innego, kupując bilet w recepcji hotelu. ![]() Podobno łodzie szybkie różnią się od "wolnych" tym, że po drodze nigdzie się nie zatrzymują. Natomiast te "wolne" pływają od miejsca do miejsca, przewożąc przesyłki, czasami podrzucając miejscowych do pobliskich wiosek. Co jakiś czas do naszej łodzi podpływała mała łódka z któregoś z domów - odbierając towar lub po prostu podwożąc "krótkodystansowego" pasażera. ![]() Podróż do Battambang jest właściwie jak zwiedzanie wszystkich pływających wiosek naraz. Płynęliśmy, no może nie z "nosem przy szybie", bo się nie dało ![]() ![]() Przeróżne budynki - niektóre drewniane, inne z blachy falistej - masa kolorów, zapachów... ![]() ![]() ![]() Mijaliśmy sklepiki, malutkie restauracyjki, cały czas nie mogąc się napatrzeć. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to rejsem do Battambang będzie zachwycony. Jeśli nie - no cóż, to będzie dla niego ciężka przeprawa, bo cała podróż trwa ok. 7 godzin (wyruszyliśmy ok. 8.00, na miejscu byliśmy ok. 15.00), a ławeczki na łódce nie są zbyt wygodne. ![]() ![]() Dzieci wracające ze szkoły. ![]() Boisko w szkole na wodzie. I tak jak widoki "za oknem" były dla nas przecudne, tak widoki wewnątrz łodzi, niestety, dużo gorsze. Odnieśliśmy wrażenie, że z wszystkich pasażerów tylko my lubimy takie widoki :/ Wiem, to nie jest obowiązek ani żaden wymóg. Po prostu ich nie polubiłam ![]() ![]() Ale nie tak do końca bez powodu. W łodzi było bardzo gorąco, słońce grzało niemiłosiernie i każdy, jeśli tylko miał wolne siedzenie koło siebie, rozkładał się na dwóch, próbując się wygodniej ułożyć. I to jest ok. Jednak ok już dla mnie nie jest, gdy do łodzi dosiada się staruszka, podwieziona malutkim czółnem i próbuje znaleźć dla siebie miejsce, a rozłożony na dwóch siedzeniach młody, silny chłopak po prostu odwraca wzrok... ![]() OK nie jest, jeśli ktoś wrzuca do jeziora plastikowe butelki, foliowe worki i pety po wypalonych wcześniej papierosach. ![]() ![]() ![]() Dach łodzi zapewniał nieco schronienia przed palącym słońcem, można tez było wspiąć się na niego i, z dużo lepszą widocznością, oglądać mijane krajobrazy. Trudno jednak było na nim długo wytrzymać - słońce paliło naprawdę niemiłosiernie. W łodzi ciągle następowały roszady - parę osób na dachu, powrót, potem znowu ktoś wspinał się na niebieski brezent rozpięty na drewnianych belkach. ![]() Podczas jednej z moich dachowych wycieczek zauważyłam kolejnego pasażera - starszy, miejscowy mężczyzna rozsiadł się wygodnie na dachu. Do podróży przygotowany był wyjątkowo dobrze - miał ze sobą duży talerz z jakimiś rybkami i turystyczną lodówkę wypełnioną puszkami z piwem. Z ciekawością popatrywał na paru turystów, którzy akurat mieli porę "dachową". Zagadał z uśmiechem do młodego chłopaka - ten zbył go niesympatycznym słowem. Zagadał do dwóch dziewczyn - odwróciły wzrok. W końcu, aby przełamać barierę, zaczął częstować Europejczyków piwem. I wtedy się zaczęło... ![]() Nagle okazało się, że jest otoczony nowymi przyjaciółmi. Na łodzi momentalnie rozniosło się, że "facet na dachu rozdaje piwo". Ta informacja poruszyła nawet tych, którzy byli zbyt słabi, aby przesunąć się kawałek i pozwolić usiąść staruszce, a dach zaczął niepokojąco trzeszczeć pod ciężarem chętnych na "darmowe piwo". Zadowolony pan siedział otoczony nowymi, europejskimi znajomymi. Częstował z serdecznością, uśmiechał się, ćwiczył angielski. Spotkanie przerodziło się w prawie rodzinną imprezę - radosne pokrzykiwania, śmiechy i poklepywanie się po ramionach. Pan próbował nawet nauczyć towarzyszy paru słów w swoim języku, jednak tym nikt jakby nie był zainteresowany. ![]() Gdy piwo się skończyło, zaczęła się też kończyć serdeczność. Nowi znajomi powoli schodzili do łodzi, żeby ukryć się przed słońcem pod dachem. Pan, przed chwilą niezmiernie pożądany towarzysz, został w końcu sam. Gdy i jemu zbyt mocno zaczęło doskwierać słońce (lub chciał przywrócić atmosferę radości i braterstwa, która tak nagle się skończyła), zszedł również na łódź, z pustą lodówką i talerzem i chciał gdzieś przysiąść. Napotkał jednak tylko puste spojrzenia. Przeszedł przez całą długość łodzi i żaden z jego "przyjaciół" go "nie poznał", nie przesunął się, żeby zrobić mu miejsce. Pan przysiadł w końcu koło sternika, zadowoleni turyści rozkładali się na podwójnych ławkach, a o powrocie rodzinnej atmosfery nie było co marzyć. Nikt już nie był tym zainteresowany - w końcu pan stracił swój główny (i widać, że jedyny) atut w oczach podróżników z europejskich krajów. ![]() Wstyd mi było za tych ludzi, tak po prostu. Za ich lekceważenie, egocentryczność brak skrupułów. Jednak okazało się, że powodem nie była narodowość pana i traktowanie go, jak gorszego niż oni. Nie, nie. Prawdziwym powodem był ich naturalny charakter (co ciekawe, WSZYSCY na łodzi byli tacy sami. Interesujące, jak agencji udało się dobrać na jeden rejs, obcych, a tak podobnych sobie ludzi) (i trochę mnie przeraża fakt, że właściwie, to nas też dobrali do tej grupy :/ ![]() Staraliśmy się ją ochłodzić nawilżanymi chusteczkami, podaliśmy wodę. Kamień spadł mi z serca, gdy zobaczyłam, że z dachu schodzi jej towarzyszka - ona na pewno wie, jak się nią zaopiekować (Frajer! Nieuleczalny frajer! :/ - stukam głową w twardą ścianę). Moja szczęka chyba wybiła dziurę w podłodze łodzi, gdy zobaczyłam, że przyjaciółka, z którą wybrała się w podróż ("Tak, mamo. Będziemy bezpieczne. Przecież jedziemy RAZEM") widząc ją w takim stanie, po prostu przeszła nad nią śmiejąc się i ...rozłożyła się na dwóch miejscach, które akurat się zwolniły, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie koleżanką :/ ![]() ![]() Nasza łódź wpływała w mniejsze, wodne "ścieżynki". Czasami trzeba było się dosłownie przedzierać przez rosnące w wodzie krzaki. ![]() Gałęzie wdzierały się do łodzi i chlastały nieostrożnych podróżnych po twarzach i ciałach. ![]() Choć przyznam szczerze, że gdy tylko słyszałam (a nie - czułam ![]() Silnik naszej łodzi wplątał się w sieć rybacką - sternik wskoczył do wody i, z pomocą rybaka, umożliwił nam dalszą podróż. ![]() Wiem, więcej tu użalania się nad współtowarzyszami podróży, niż opisów samej drogi. Ale, po pierwsze, to było naprawdę wstrętne doświadczenie i chciałam się z Wami nim podzielić, a po drugie - naprawdę nie mam już sił do używania epitetów w stylu "przecudowne", "niesamowite" itp, a opisując rejs po Tonle Sap, tylko takich mogłabym użyć ![]() Poważnie, uważam, że wizyta w Kambodży bez tego rejsu, byłaby niepełna. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że warto przepłynąć tę trasę, zamiast wizyty w którejś z pływających wiosek. Tu się po prostu ma ich mnóstwo. A żeby nie było zbyt grafomańsko, mam dwie informacje praktyczne ![]() P.S. Za to jako ciekawostkę mogę Wam podać skład osobowy łodzi. Nie licząc paru miejscowych, tym rejsem płynęło 98% Francuzów (pozostałe 2% to Marcin i ja C.D.N. | |
| Autor: | pestycyda [ 21 Lis 2017 21:39 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
Na przystani w Battambang czeka na podróżnych całe mnóstwo różnej maści tuk-tuków, którymi można dojechać do centrum. Ale zapewniam Was, że nie ma potrzeby, odległość nie jest duża. Na piechotę to 15 min..no pół godziny...godzina ![]() Na szczęście zaraz przy głównym placu znajduje się dosyć chwalone "w internetach" miejsce - Chhaya Hotel. I na szczęście ma duży szyld, widoczny z daleka - inaczej pewnie byśmy go przegapili. Sił starczało już tylko na mozolne stawianie noga za nogą, a nie na podziwianie świata ![]() Battambang jest lekko sennym miasteczkiem. Takim, co się nie narzuca ze swoimi atrakcjami, nie mówi natarczywie o własnych "must see", tylko pozwala na spokojne spacerowanie i chwilę oddechu (zwłaszcza, jeśli się ma pokój z klimatyzacją ![]() Zwiedziliśmy targ, spacerowaliśmy po nadbrzeżu, oglądaliśmy osiągnięcia lokalnych krawców, którzy swoje najciekawsze wyroby prezentowali przed małymi sklepikami, a dla ochrony przed kurzem i słońcem co chwilę przysłaniali foliowymi workami...Wstępowaliśmy do lokalnych sklepików, przyglądaliśmy się zabawom dzieci...Błogostan...Jak dla mnie, to miasto ma fantastyczny klimat, takie trochę "zatrzymania się w czasie". Jeśli zechcecie go odwiedzić, to jedno Wam tylko odradzę - przy rzece znajduje się parę restauracji, takich bardziej "turystycznych" - z kelnerami, pięknym menu itp. Nie idźcie tam Z panem od tuk-tuka umówiliśmy się pod hotelem na 8.00 rano (i żeby nie było - my chcieliśmy o 11.00 :/ pan jednak, przez tłumacza - pana od innego tuk-tuka - powiedział, że jedziemy o 8.00). Wiedział jednak, co robi, bo, po pierwsze, jechał bardzo wolno i ostrożnie :/ i pokonanie ok. 4 km. zabrało nam ponad pół godziny :/ (no dobrze - raz się zgubił ![]() Miejsce, które było głównym powodem dla którego chcieliśmy przyjechać do Battambang. Stacja bambusowych pociągów, "norry", jak mówi się o nich w Kambodży. Norry ma bardzo nieskomplikowaną budowę - na dwa zestawy osi nakłada się bambusową platformę, na to jakieś poduszki, maty i już można jechać. Bilet - 5 USD od osoby (tuk-tuk też 5 USD). ![]() Gdzieś wyczytałam, że to podobno zabawa głównie dla dzieci. Osobiście uważam jednak, że to zabawa głównie dla mnie ![]() Podróż w jedną stronę trwała ok. 20 minut, potem 10-minutowy postój na "końcowej" stacyjce i powrót. ![]() Norry jest efektem praktycznego pomysłu mieszkańców tych okolic. Postanowili ułatwić sobie lokalny transport, wykorzystując prawie nieużywane tory. Teraz norry pełni już prawie wyłącznie rolę atrakcji turystycznej, dodatkowo, podobno niedługo zupełnie zniknie - w poprzek budowane jest coś w rodzaju autostrady (?), więc w którymś momencie budowa będzie musiała też przejść przez tory i je zniszczyć. ![]() Ponieważ bambusowe pociągi jeżdżą wzdłuż pojedynczego toru, gdy jeden z nich jedzie "do", a drugi wraca, nie ma możliwości się minąć. Jedyne rozwiązanie, to szybkie rozmontowanie konstrukcji, przepuszczenie kolegi i ponowne zmontowanie całości. ![]() I tak, jak rozpoczynaliśmy naszą przejażdżkę samotnie, tak gdy wracaliśmy, pojawił się już tłum turystów, więc podróż przerywana była wielokrotnie przez takie mijanki Kolejnym punktem naszego zwiedzania miała być leżąca poza miastem świątynia Phnom Sampeau (wiem, trudne trochę, ale można też powiedzieć "bat caves" W przerwie zdążyliśmy więc jeszcze skoczyć na obiad. O nie, nie. Tym razem trzymaliśmy się z daleka od restauracji z ładnymi widokami i poszukaliśmy lokalnej garkuchni. Właściwy wybór - wprawdzie musieliśmy wybierać z kilkunastu garnków wyłącznie kierując się wyglądem (trochę podejrzeliśmy też, co zamawiają inni ![]() Ok. 17.00 byliśmy pod świątynią (10 USD za dowóz). Mieliśmy więc godzinę, żeby ją zwiedzić, bo o 18.00 koniecznie musieliśmy być ponownie w tym samym miejscu. Te wszystkie krzesełka i stoliczki czekają na turystów, którzy przyjechali tu w identycznym celu. Otóż przy zachodzie słońca z jaskiń w skałach na których wzniesiona jest świątynia, zaczynają wylatywać nietoperze, tworząc na niebie magiczny spektakl. Godzina czasu? Trochę wyzwanie. Zakupiliśmy bilet - 2 USD od osoby (i, niestety, na tym skończyła się usługa agencji opiekującej się świątynią, a przynajmniej czerpiącej z niej zyski, gdyż nawet początek drogi na szczyt, musieliśmy znaleźć sami. Po kupnie biletu wszyscy przestali się nami interesować :/ ![]() Tak więc, bieg po schodach. ![]() Oglądanie w pośpiechu kolorowych figur... ![]() ![]() I samej świątyni. ![]() Trochę nam było szkoda, że wszystko tak szybko-szybko. Trzeba jednak było posłuchać naszego pana i wybrać się tu wcześniej. Może nie zaraz po norry, ale np. o 14.00. ![]() No dobrze, w tym akurat miejscu trochę zwolniliśmy :/ ![]() W przewodniku wyczytaliśmy, że wzgórze jest również miejscem pamięci osób zamordowanych przez Czerwonych Khmerów. Ciała były strącane do poszczególnych jaskiń, a jakiś czas temu stanął tu szklany pomnik upamiętniający ofiary. Bardzo chcieliśmy go zobaczyć. Niestety, każda z zapytanych osób wskazywała nam zupełnie inny kierunek. Szliśmy (a raczej biegliśmy) więc raz w lewo, raz w prawo - z szaleństwem w oczach i tykającym zegarkiem w dłoni :/ ![]() Wreszcie musieliśmy powiedzieć sobie : dość. Pomnika nie znajdziemy, a w końcu nie zobaczymy też i nietoperzy, o które awanturujemy się od rana. Z poczuciem porażki zaczęliśmy więc schodzić ze wzgórza. ![]() U podnóża góry znaleźliśmy się przed 18.00 z językami na brodach ze zmęczenia. Wybraliśmy punkt obserwacyjny (i obserwacyjny napój Wrócił po jakichś 20 minutach, rzucił aparat na stolik i wydyszał - obejrzyj sobie, ja muszę się doprowadzić do porządku :/ Okazało się, że chyba faktycznie znalazł miejsce pamięci, co do którego wcześniej mieliśmy obiekcje, czy w ogóle tu jest. ![]() Najpierw natknął się na scenki okrucieństwa... ![]() Później na wejście do jaskini, do której najprawdopodobniej zrzucano ofiary. Niewiele zobaczył, bo zaczynało robić się ciemno. W jaskini za siatką wyeksponowano szczątki zamordowanych. Co do szklanego pomnika pewności nie mamy - może tam był, może nie. A może w ogóle nie istnieje? ![]() Gdy trochę ochłonął, zaczęłam się lekko niepokoić. Na skale pod którą siedzieliśmy znajdowała się jeszcze ogromna głowa Buddy. Można było do niej podejść, wspinając się po miliardzie (!!!) schodów (a mi w głowie kołatało ostatnie motto Marcina "Nie po to tu przyjechałem, żeby dokładnie nie zwiedzić..." :/ ![]() Zauważył :/ ![]() I wreszcie się doczekaliśmy...Faktycznie, mimo, że zdjęcia tego nie oddają - zdecydowanie było warto. W pewnym momencie z jaskini zaczął wylatywać sznur nietoperzy. Wił się i skręcał na niebie oświetlonym zachodzącym słońcem, a kolejne nietoperze wylatywały ze środka, jakby była ich nieskończona ilość... ![]() Gdy czoło sznura ginęło za horyzontem, z jaskini nie przestawały wylatywać kolejne zwierzęta. Trwało to jakieś 15 - 20 minut, aż w końcu jaskinię opuścił ostatni nietoperz i wszystkie poleciały daleko, szukać pożywienia. ![]() Niesamowite, magiczne wrażenie... C.D.N. | |
| Autor: | pestycyda [ 25 Lis 2017 20:43 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
W recepcji naszego hostelu kupiliśmy bilet do Phnom Penh na kolejny poranek. Niestety, nasza podróż dobiegała końca, więc zależało nam na tym, żeby w autobusie spędzić jak najmniej czasu. Wybraliśmy zatem "szybki autobus", który drogę Battambang - Phnom Penh miał przebyć w 5 godzin (niestety. Nie przebył :/ ![]() W Phnom Penh byliśmy po 14.00 i zaczęliśmy szukać noclegu. Właściwie, oprócz oczywiście odpowiedniej ceny, jedynym naszym wymogiem była działająca klimatyzacja w pokoju (żaden wentylator, wiatrak, nic z tych rzeczy - nie dawały sobie rady z duchotą i upałem). I, dosyć szybko, znaleźliśmy miejsce, które nam odpowiadało. Rachana Hotel. Same plusy - ładny, czysty, klimatyzacja i nawet działający telewizor w pokoju (co, zaskakująco, okazało się przydatne (przynajmniej ja zamierzałam ![]() A o czym to ja...a, no tak ![]() W centrum Phnom Penh znajduje się dosyć dużo targów, jednak najbardziej znanym i największym jest targowisko Psar Thmei. Od niego rozpoczęliśmy nasze obowiązkowe zwiedzanie miasta (według mnie ![]() Tu akurat sektor z biżuterią. Złoto, brylanty i inne takie. Tym akurat nie byliśmy zainteresowani - nasze myśli zaprzątały w pierwszej kolejności właśnie smażone pająki. Dziwna sprawa, jakoś do tej pory nie udało się nam ich nigdzie spotkać, a bardzo chcieliśmy. Próbowaliśmy nawet upchnąć w naszej podróży przynajmniej kilkugodzinny pobyt w Skuon, mieście, które słynie z najsmaczniejszych pająków (jakoś szczególnie nie zależało nam na "najsmaczniejszych". Raczej na pewno nie bylibyśmy w stanie tego rozpoznać ![]() Targ był więc naszą ostatnią szansą. Chodziliśmy, szukaliśmy, dopytywaliśmy się, jednak sprzeczne odpowiedzi ("są. W lewym skrzydle", "już nie ma", "będą jutro/w przyszłym tygodniu/miesiącu") uświadomiły nam, że chyba nic z tego. Na pociechę zakupiliśmy mnóstwo pamiątek (choć później odkryliśmy, że znacznie taniej można je kupić w zwykłym hipermarkecie. Nie szkodzi ![]() Odkryliśmy też miłą panią, która sprzedawała na targu papierosy. Głównie w całych kartonach i głównie turystom Przy okazji odkryłam nową metodę nakłaniania mojego towarzysza podróży do zwiedzania miejsc, na które niekoniecznie może miał ochotę ("MUSIMY teraz pojechać na targ nocny. Czytałam, że tam zawsze są pająki" ![]() Odległość nie jest duża, a ze względu na ruch uliczny jednak lepiej, a na pewno szybciej, przejść się tam na piechotę. ![]() Niestety. Ten widok skutecznie odarł nas ze złudzeń, że znajdziemy tu jakiekolwiek pająki, z wyjątkiem wolno żyjących Targi tego typu lubię tylko w jednym przypadku - gdy kupuję pamiątki i prezenty dla bliskich. Jeśli o to chodzi, to "night market" spełnił swoje zadanie. Natomiast przebywać i napawać się klimatem zdecydowanie się tu nie da. Na szczęście, tuż obok znajduje się "prawdziwy", zupełnie nie-turystyczny targ, na który zaraz się przenieśliśmy. ![]() ![]() Nie znajdziesz tu markowej bielizny czy koszulek. Znajdziesz za to klimat, prawdziwość i uśmiech. Stoiska wepchnięte są na siebie na niewielkim obszarze targowiska, wlewają się też w otaczające je wąskie uliczki. Przepychasz się między kobietami robiącymi zakupy na kolację, starasz się nie nadepnąć na rozłożone bezpośrednio na chodniku owoce...Cudowny klimat... ![]() Niestety, czasem możesz też zobaczyć coś, czego nie chcesz zobaczyć. W dodatku, choćbyś nie wiem jak próbował, nie da się tego "odzobaczyć"... ![]() Nie nie, to nie to. To akurat całkiem niewinne zdjęcie - mięso żab, przygotowane do wbicia na patyczek i zrobienia "żabiej przekąski". Tego, o czym mówię, nie mamy na żadnym zdjęciu. Nie chcieliśmy i nie byliśmy w stanie. Natomiast sam obraz wypalił mi się niestety na mózgu...Przed siedzącą na niewielkim stołeczku panią stały dwie miski. W jednej, większej, prezentowała swój towar. Druga przeznaczona była na "wadliwe" sztuki...Większa miska wypełniona była oskórowanymi żabami. Sposób obdzierania ze skóry można było łatwo rozpoznać - wszystkie miały ścięty czubek pyszczka, czerwoną ranę. Pani miała dobry towar, najlepszy na targu. Bo najświeższy...Żaby cały czas żyły....Miska wypełniona była białymi, obdartymi na żywca ze skóry żabami, które pełzały po sobie, próbowały skakać, łapiąc spazmatycznie powietrze w okaleczone pyszczki.....Gdy któraś wreszcie zdychała - z bólu, szoku i cierpienia - momentalnie przerzucana była do drugiej miski. Wadliwy towar...Nie za to klient chce zapłacić..... To był moment, w którym skończyła się dla nas chęć próbowania miejscowych przysmaków. Od tej chwili żaden czas - pół godziny, godzina - nie był za długi na poszukiwanie zwykłej pizzerii. Żadna cena za zwykłą pizzę z serem (bo najbezpieczniej) nie była za wysoka (w okolicach 6 USD, nieważne). Dodatkowo wzrosły nam wydatki na wieczorny alkohol z powodu zwiększonego zakupu. Na szczęście odkryliśmy, że na dachu naszego hotelu znajduje się śliczny bar z widokiem na miasto. ![]() W tym momencie nie potrzebowaliśmy "prawdziwości" kraju. Ostatnia noc w Kambodży upłynęła więc nam na dyskusjach o różnicach kulturowych i moralności, ale za to z ładnym widokiem Ostatni poranek obudził nas paroma niepożądanymi rzeczami ![]() Wieczorem mieliśmy samolot, jednak wynajęliśmy pokój na dwie doby, żeby spokojnie się spakować i wykąpać przed podróżą (i, według mnie, spokojnie dokończyć zakupy I dobrze się stało, że ulegliśmy intuicji i po raz kolejny poszliśmy w to samo miejsce. Bo zaraz w pierwszej alejce targu znaleźliśmy stoisko, co do którego straciliśmy już nadzieję ![]() Przeróżne smażone insekty i wymarzone pająki ![]() Postanowiliśmy się więc na wszelki wypadek pospieszyć z zakupami Po powrocie do hotelu rozłożyliśmy nasze skarby na łóżku i zasiedliśmy do konsumpcji. Na targu zbytnio wstydziliśmy się spróbować (niezbyt byliśmy pewni co do reakcji naszych organizmów Na pierwszy ogień poszły larwy. Smak : trawno-mączysty-dziwny. ![]() ![]() Z pająka zjadłam nóżkę - nie była zła, bo cała oblepiona przyprawami, więc samego pająka nie było chyba czuć ![]() Smak tego był początkowo nie najgorszy. Później...no później zaczął się jakby rozwijać....:/ ![]() Ochotę na tego jegomościa skutecznie zepsuł mi jego poprzednik, więc już zupełnie nic nie mogę powiedzieć na ten temat :/ I to już całkowicie nie jest wina naszych niezdrowych nawyków, tylko wyższa konieczność spowodowała, że natychmiast musieliśmy pobiec do baru na dachu, żeby spłukać czymś ten paskudny smak ![]() Potem jeszcze tylko tuk-tuk na lotnisko (7 USD) i musieliśmy pożegnać się z Kambodżą. Dziękuję wszystkim, którzy dotarli ze mną do końca relacji i pozdrawiam P.S. Dla palaczy. Parę paczek Marlboro z targu w Phnom Penh zostało ze mną do dziś | |
| Autor: | pestycyda [ 27 Lis 2017 18:21 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
I jeszcze krótkie podsumowanie finansowe : Transport : ok. 308,11 zł (w tym wynajem skutera i paliwo) Noclegi : ok. 268,62 zł Atrakcje : ok. 435,6 zł Jedzenie : ok. 406,56 zł Czyli w sumie ok. 1 418,89 zł na osobę + 30 USD wiza i ok. 200 zł na pamiątki i prezenty. | |
| Autor: | maginiak [ 03 Gru 2017 03:00 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
Cytuj: Wychodzi na to, że jest gorzej, niż myślałam - skoro Ty za całą wycieczkę w agencji zapłaciłaś 16 USD (z dojazdem na przystań, łodzią, przewodnikiem itp), to chyba znaczy, no właściwie nie wiem, co znaczy :/ @pestycyda Może Cię pocieszę... Byliśmy w Kampong Phluk wczoraj i zapłaciliśmy za łódź po 25 $ od osoby :/ Cena zależy podobno od ilości osób, większe grupy płacą po 15 $. My byliśmy we trójkę z dzieckiem i Młody niby nic nie płacił ale tylko niby. Kupowaliśmy wycieczkę w hotelu i mam wrażenie, że istnieje jakiś układ między hotelami, kasjerami i sternikami... W każdym razie jestem niemal pewna, że ludzie z wioski nie dostają z tej kasy nic. Żeby tego było mało, sternik po zakończeniu wycieczki zażądał dodatkowych pieniędzy dla siebie. Odmówiliśmy. Za przejażdżkę po zalanym lesie z kobietą z wioski zapłaciliśmy dodatkowo 10$. Kobieta, która prowadziła sprzedaż zeszytów i napojów na łodzi była niestety dość natarczywa, wzięliśmy dwa napoje i mango, ona nalegała byśmy kupili coś dodatkowo dla Pani, która nas wiozła i za wszystko policzyła nam 16$. Kiedy powiedziałam, że to za dużo, tłumaczyła że koszty dowiezienia tych towarów do wioski są bardzo wysokie i że to przecież dla wnuków tej Pani a ja sama mam dziecko i powinnam rozumieć. Ale jakoś mnie nie przekonała. Ostatecznie wymieniła paczkę ciastek na mniejszą i bardzo stanowczo nalegała bym zapłaciła 11$, co w końcu zrobiłam z nadzieją, że nikt jej tych pieniędzy nie odbierze. Pani która nas wiozła, jeszcze podczas przejażdżki dałam dodatkowe pieniądze a ona czym prędzej ukryła je na dnie koszyka... Generalnie po wizycie w pływającej wiosce nie mogę się za bardzo otrząsnąć i pół nocy mi się to wszystko śniło. Do tego jedyny moment, który mógł być naprawdę miły i relaksujący - czyli wypłynięcie na jezioro Tonle Sap podczas zachodu słońca - zakończył się po minucie. Moje dziecko oświadczyło że chce kupę :/ | |
| Autor: | pestycyda [ 03 Gru 2017 17:24 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
@maginiak, wiem. Po pobycie tam miałam podobne uczucia, jak Ty. I już olać te 20 USD, bardziej chodzi o to, kto i dlaczego to dostaje. W wiosce z jednej strony duża bieda (sama widziałaś), z drugiej - kobiety na łodziach sprzedające produkty, co, moim zdaniem, świadczy o próbie zdobycia pieniędzy za wszelką cenę. Z braku innych możliwości właśnie (chyba, że muszą je komuś oddawać????) Mnie chyba najbardziej zasmuciły "zachęcające" do zakupu teksty - zawsze te same, wymawiane głosem robota, według tego samego schematu. Tak, jakby ktoś je przeszkolił, kładąc nacisk na najbardziej łapiące za serce elementy. A gdy odpowiesz cokolwiek innego, coś, co nie mieści się w "standardowej" rozmowie - patrzące na ciebie bez zrozumienia i powracające do znanych sobie zdań. Strasznie to smutne... Natomiast po : maginiak napisał(a): Do tego jedyny moment, który mógł być naprawdę miły i relaksujący - czyli wypłynięcie na jezioro Tonle Sap podczas zachodu słońca - zakończył się po minucie. Moje dziecko oświadczyło że chce kupę :/ Przepraszam, ale muszę wstawić przynajmniej cztery moje avatary Udanego dalszego pobytu w Kambodży!!! | |
| Autor: | Marta76 [ 20 Gru 2017 19:21 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
Pestycyda, długo się zastanawiałam, czy napisać, ale... Rozważ, proszę, usunięcie z tego wątku dwóch zdjęć - zdjęcia fotografii skatowanego więźnia (z celi w Tuol Sleng)... I - inny kaliber, ale mimo wszystko - zdjęcia z targu z rozczłonkowanymi, pobitymi na śmierć psami. Zawartość tych zdjęć jest drastyczna. Napisałaś, że niepublikowanie takich zdjęć niczego nie zmieni - ja uważam nieco inaczej, publikacja takich zdjęć wywołuje - a przynajmniej może wywołać bardzo silną reakcję, szok, wstrząs u odbiorców. Dlatego ich publikacja powinna być poprzedzona ostrzeżeniem. Zwykle tak silnym przekazem operuje się świadomie, chcąc uzyskać określoną reakcję, sprowokować... no właśnie, co?... dyskusję, dążenie do zmiany? Tu nie ma przecież mowy o żadnej możliwości zmiany. U Europejczyka możesz spowodować co najwyżej potworną frustrację. Pozdrawiam, | |
| Autor: | Pabloo [ 20 Gru 2017 20:18 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
No bez przesady, mnie dreszcze przeszły na widok krokodyli, bardzo proszę o niezamieszczanie na forum zdjęć krokodylków. Zdjęcie ze sklepu mięsnego drastyczne? Czas wyjść z domu i zobaczyć, że świat tak wygląda. Relacja na tym forum ma to do siebie, że ma możliwie najlepiej pokazać odwiedzane miejsce, a chyba taka właśnie jest Kambodża, czy się to komuś podoba czy nie. A na zdjęciu ze skatowanym człowiekiem przecież prawie nic nie widać. | |
| Autor: | pestycyda [ 25 Gru 2017 17:04 ] |
| Temat postu: | Re: Kwestia wyboru - Kambodża |
W jednych relacjach piszą człowiekowi, żeby dodać zdjęcia, bo zniknęły, w innych - żeby usunąć. No nie dogodzisz @Marta76 - nie jest to łatwy temat i na pewno nie na rozmowę przez sieć, gdzie słowa czasem umykają i bardzo brakuje kontaktu niewerbalnego. Przykro mi, że zdjęcia spowodowały u Ciebie frustrację. Nie jestem z tego dumna i nie taki był cel ich zamieszczenia. Dla mnie to też nie były łatwe momenty, a emocje tkwią we mnie do dziś. Jadąc do Kambodży mniej więcej wiedziałam, czego się mogę spodziewać, jednak "spodziewać się" a "zetknąć z" to dwie różne rzeczy. Uważam, że jednym z celów relacji jest, jak powiedział @Pabloo, przygotowanie potencjalnych odwiedzających do tego, aby wiedzieli z czym mogą się zetknąć. A Kambodża pod względem elementów spoza naszego kręgu kulturowego jest bardzo rozbudowana... Psy. Zdjęcie nie różni się od zdjęć martwych ryb na targu, kur czy świń. Różni się natomiast sposobem "uboju" - i to jest według mnie drastyczne. Niestety, niewiele osób o tym wie i stąd sytuacje, w których Europejczyk jedzie gdzieś do Azji, chce przeżyć/spróbować czegoś "egzotycznego" i zamawia psa. Na talerzu dostaje kawałek ładnie wyglądającego mięsa i poczucie "jestem twardy, zrobiłem to". Nie wie natomiast/nie ma świadomości/nie interesuje się, że w pewien sposób nakręca cały ten krwawy biznes. Czasami jedno zdjęcie z opisem potrafi zmienić myślenie paru osób. I jak najszczerzej życzę tego właśnie temu zdjęciu. Tuol Sleng. Miejsce straszne. Nie potrafię znaleźć słów, żeby to opisać. Chyba zresztą większość osób odwiedzających tak ma - to przeżywa się "do wewnątrz", o tym się nie da rozmawiać. Pozostaje wyjście - przemówić obrazami. Takich zdjęć wisi tam bardzo dużo i każdy odwiedzający ogląda je w milczeniu. Są niestety częścią i historią tego miejsca. I nie da się zamknąć oczu i udawać, że to się nie zdarzyło, choć tak pewnie byłoby dla psychiki najwygodniej.......Pokazywanie takich obrazów jest ważne - żeby pamiętać, żeby wiedzieć, do czego pewne działania mogą doprowadzić..... @Marta76 , cóż mogę Ci więcej napisać? Cieszę się, że powiedziałaś o swoich emocjach, choć pewnie dla Ciebie też to nie było łatwe. Piszę teraz relację z Nepalu - zapraszam. Zaręczam Ci, że tam nie ma żadnych zdjęć, które mogłyby być emocjonalnie ciężkie. Pozdrawiam. | |
| Strona 2 z 2 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |