Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 03 Sty 2016 22:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2015
Posty: 633
Loty: 120
Kilometry: 257 736
Krajów: 38 / 17.7%
niebieski
W ostatnich latach, na forum fly4free relacji z Gruzji jest więcej niż z niejednego europejskiego miasta. Nic w tym dziwnego, bo to wspaniały i piękny kraj, który z roku na rok odwiedza coraz więcej Polaków.

Gruzja była na naszej liście miejsc obowiązkowych do zobaczenia od dłuższego czasu, a po przeczytaniu na forum kilku relacji z Gruzji wiedzieliśmy, że musimy się tam wybrać. Na wstępie chciałbym podziękować i polecić relację użytkownika @Klapio, która jeszcze bardziej zainspirowała nas do wyjazdu. http://klapio.fly4free.pl/blog/685/inte ... ktycznych/

Bardzo długo zbierałem się do napisania naszej relacji. Mimo wielu innych, dostępnych w sieci,
zdecydowałem się na stworzenie własnego sprawozdania, chcąc przekazać wam kilka pożytecznych
informacji, których sam nie znalazłem w poprzednich relacjach. Ponad to pragnę podzielić się z wami
naszymi niezaplanowanymi przygodami, które przeżyliśmy w czasie siedmiu dni spędzonych w Gruzji.

Plan był prosty. Jedziemy z Magdą na majówkę do Gruzji. Niestety bilety w tym terminie były znacznie droższe, więc o tydzień przyspieszyliśmy wyjazd, co okazało się niezbyt dobrym pomysłem, ale o tym później. Chcieliśmy w tydzień zobacz jak najwięcej, ale nie tylko monastyrów i cerkwi, których w Gruzji pięknych nie brakuje, lecz zwłaszcza śliczne krajobrazy, Kaukaz, Morze Czarne i wiele więcej innych...

Przejechaliśmy ponad 1500 km zwiedzając Gruzję, czyli odległość jak z Warszawy do Paryża w tydzień. Miało być więcej, ale pogoda pokrzyżowała niektóre plany :(

Image

Dzień 1

Ruszamy z Okęcia Wizzairem o 23.55. Lądujemy zgodnie z planem o 5.20 czasu miejscowego w Kutaisi. Na dworze ciemno, chłodno i trochę pada, nie takiej pogody się spodziewaliśmy, ale trudno.

Lotnisko w Kutaisi

Image

Gruzja zniosła paszporty i wizy dla Polaków wjeżdżających do ich kraju (do 365 dni), dlatego też przejście przez bramki nie zajmuje zbyt wiele czasu. Po kontroli udajemy się do kantoru (po lewej stronie od wejścia na lotnisko), aby wymienić kilka euro na lari (1lari = ok 1,7 zł). Po wyjściu przed terminal natychmiast zaczepia nas kilkunastu taksówkarzy, którzy chętnie zawiozą przybyłych podróżnych za 20 GEL do Kutaisi. Grzecznie odmawiamy każdemu i idziemy na drogę przy lotnisku, aby złapać marszrutkę jadącą z Batumi do Kutaisi. Czekamy kilka minut, nie przejechał ani jeden samochód ;/. Jest ciemno i pada. Zaczynamy się zastanawiać, czy o tej porze w ogóle coś złapiemy? Po kilku minutach podjeżdża do nas taksówkarz Waho, z którym wcześniej rozmawialiśmy. Tym razem proponuje, że zawiezie nas za 15 GEL, dalej odmawiamy, więc schodzi na 10 GEL za dwie osoby, ale podjedziemy jeszcze pod lotnisko na 10 minut, bo ma nadzieję, że jeszcze kogoś wraz z nami zabierze. Nikogo nie znalazł i ruszamy pod McDonalda w Kutaisi skąd ruszają marszrutki do Tbilisi. Podczas tygodnia w Gruzji skorzystaliśmy z usług taxi pierwszy i ostatni raz.

W Kutaisi jesteśmy przed 7.00. Magda zajmuje miejsce w marszrutce (busie) do Tbilisi (10 GEL od osoby), a ja idę poszukać sklepu. Marszrutki bardzo rzadko mają określony rozkład jazdy, ruszają jak się zbierze odpowiednia ilość chętnych.

Kutaisi na pierwszy rzut oka to mało przyjazne miasto i dopiero budzi się do życia.

Image

Image

Około 10 jesteśmy na dworcu Didube w Tbilisi. Dworzec ten, jest nie tylko miejscem odjazdów marszrutek praktycznie w każdą część kraju, ale także stacją metra oraz targiem miejskim.

Image

Bardzo popularnym smakołykiem w Gruzji są czurczchele - nawleczone na sznurek orzechy zanurzone w gęstym soku, najczęściej z winogron, a następnie wysuszone na słońcu. Czurczchele nazywana jest gruzińskim snikersem. Niestety nam nie przypadły do gustu.

Image

Po zakupieniu chaczapuri - najbardziej gruzińskiego dania, czyli cienkiego ciasta nadziewanego delikatnie solonym serem, (nam najbardziej smakowała odmiana z mięsem, nie polecamy z fasolą) udajemy się do pobliskiej stacji metra Didube, aby dostać się do centrum. Jeden przejazd metrem kosztuje 0,5 GELa. Warto kupić kartę magnetyczną, na którą można wcześniej nabić kilka przejazdów. http://www.info-tbilisi.com/usefulinfos/underground/

W planie założyliśmy, że pierwszym miastem do którego się udamy będzie Tbilisi, a później zobaczymy czy pogoda pozwoli zrealizować resztę planu, dlatego też pierwszy nocleg zarezerwowaliśmy przez booking.com w Hostelu Freedom Square za 15 GEL od osoby. http://www.booking.com/hotel/ge/freedom ... al;ucfs=1& Wybraliśmy go ze względu na cenę i świetną lokalizację. Jak się później okazało Pan z recepcji, który jest sporadycznie w hostelu chciał nam zaoferować dużo większy pokój z 6 łóżkami za większą cenę, ale po naszej odmowie, dał nam nasz pokój, który nie był jeszcze posprzątany, więc zostawiliśmy plecaki, przebraliśmy się w suche ubranie i poszliśmy w miasto.

Fortepian do użytku gości w salonie

Image

Poznani w hostelu Polacy, których serdecznie pozdrawiamy, zarezerwowali za dodatkową opłatą nocleg ze śniadaniem. Rano czekał na Nich wielki gar owsianki i bochenek chleba, którym się z nami podzielili. Nie pamiętamy dokładnie ile dopłacili za śniadanie, ale była to mało korzystna transakcja.

Pogoda nie zachęcała do zwiedzania, ale nie przyjechaliśmy do Gruzji siedzieć w hostelu. Zaczęliśmy zwiedzać Tbilisi od alei Szoty Rustawelego, głównej ulicy miasta.

Plac Wolności przy którym mieszkaliśmy z kolumną Św. Jerzego - głównego patrona Gruzji. W tle ratusz miejski.

Image

Dawna siedziba parlamentu w Tbilisi.

Image

Muzeum Sztuki Gruzji - były budynek seminarium duchownego, w którym uczył się Józef Stalin.

Image

Spacer w deszczu ulicą Rustawelego ma w głównej mierze jeden cel. Odnalezienie biura turystycznego Next Travel i zakup biletów na lot starym helikopterem z Tbilisi do Mestii. Niestety okazało się, że loty zostały zawieszone do odwołania :( z powodu złego stanu śmigłowca. Obecnie odbywają się loty małymi samolotami, ale ceny są znacznie wyższe niż śmigłowcem. Polecam relację @Suszka http://www.fly4free.pl/forum/helikopter ... ,215,37364

Po południu, gdy już trochę zgłodnieliśmy, nadszedł czas na spróbowanie chinkali - pierożki w kształcie sakiewek wypełnione mięsem i bulionem, pycha. Cena około 0,6-0,7 lari za sztukę.

Image

Po posiłku czas na dalsze zwiedzanie.
Przez Tbililisi przepływa rzeka Mtkwari (Kura). Na lewym brzegu rzeki Kury znajduje się park europejski (Rike Park). Jest to miejsce wypoczynku dla wielu Gruzinów. Nad parkiem znajduje się Pałac Prezydencki.

Image

Obok Rike Parku przez Kurę można przejść Mostem Pokoju. Kawałek dalej jest dolna stacja kolejki linowej jeżdżącej do Twierdzy Narikala. Wjazd 1 GEL, warto mieć ze sobą kartę magnetyczną z metra, na którą w kasie nabijemy wjazd.

Image

Image

Image

Ruiny Twierdzy Narikala. Z punktu widokowego w twierdzy jest świetny widok na całe miasto, niestety nie w taką pogodę ;/

Image

Idąc dalej szczytem wzgórza dojdziemy po kilku minutach do pomnika Kartlis Deda (Matki Gruzinki)

Image

Następnie podążając dalej dojdziemy do ogrodu botanicznego. Robi się już późno, pogoda nie sprzyja, więc postanawiamy, że do niego nie wejdziemy i schodzimy schodkami do miasta.

Image

Ciekawym miejscem do odwiedzenia są łaźnie siarkowe (carskie banie)

Image

Choć jesteśmy już bardzo zmęczeni po nocnym locie i całodniowym zwiedzaniu idziemy jeszcze popróbować gruzińskiego winka i czaczy, aby lepiej się spało w naszym chłodnym hostelu...

Dzień 2

Dalej pada :(
Trudno, trzeba zbierać się do drogi. Wsiadamy do metra na stacji Tawisuplebis Moedani (Plac Wolności) i jedziemy na dworzec przy stacji Didube. Mijamy naciągaczy oraz kierowców taxi i kierujemy się na plac z którego odjeżdżają marszrutki "rozkładowe". Dzisiaj planujemy pojechać do skalnego miasta Wardzia. Niestety szybko nasz plan legł w gruzach ;/ Okazało się, że nie w "sezonie" marszrutki tam nie jeżdżą :( Podróż samochodem z kierowcą byłaby zbyt droga dzieląc cenę tylko na dwie osoby. Trzeba było wymyślić szybko jakąś alternatywę. Może pojechać do Gori? Nie to głupi pomysł, żeby marnować czas na zwiedzanie muzeum Stalina. W takim razie decydujemy się, pojechać do dawnej stolicy Gruzji Mcchety. Bilet kupujemy w okienku niby kasy za całe 1 lari, a nie jak zwykle u kierowcy.

Podróżujących marszrutką więcej niż miejsc w niej, ale to Gruzinom nie przeszkadza. Wyprzedzanie pod górkę na łuku też im nie przeszkadza. Ogólnie przejażdżki marszrutkami pozostają na długo w pamięci ;p

Image

Mccheta to siedziba władz Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Znajduje się tam Katedra Sweti Cchoweli z XI w. i Monastyr Dżwari z VI w. Są to najważniejsze zabytki sakralne w Gruzji.

Katedra Sweti Cchoweli

Image

Image

Monastyr Dżwari znajduje się na wzniesieniu do którego nie jest łatwo dojść, więc dobroduszni taksówkarze proponują, że nas zawiozą i poczekają aż ją zwiedzimy za 15 GEL. Jak już na wstępie napisałem, nie zakładaliśmy, że będziemy zwiedzać obiekty sakralne, więc dziękujemy grzecznie kierowcom za propozycję

Image

Postanawiamy, ze pójdziemy w stronę ruin (zamku?) znajdujących się niecałe 500 m od Katedry.

Image

Po drodze spotykamy prawdziwą, tradycyjną gruzińską piekarnię. Za 80 tetri (0,8 GEL) kupujemy dopiero co upieczony, gorący chleb. Jest przepyszny :) Szkoda, że w Polsce w taki sposób piekarze nie wypiekają chleba...

Image

Deszcz dalej pada, więc postanawiamy, że nie ma co tracić tutaj czasu i wracamy na przystanek. Ponownie za 1 GEL jedziemy na dworzec Didube w Tbilisi.

W Tbilisi jesteśmy ponownie przed południem, więc decydujemy od razu się przesiąść na dworcu Didube w marszrutkę do Stepancmida (Kazbegi) za 10 GEL od osoby, aby być na miejscu przed wieczorem (przejazd zajmuje około 3h) i w spokoju znaleźć jakieś kąt do spania. Z samego zaś rana, wypoczęci mieliśmy wyruszyć do Monastyru Cminda Sameba. Miejsca dla którego tak naprawdę przyjechaliśmy do Gruzji.

Po drodze mała wymuszona przerwa, jak się później okaże nie ostatnia ;/

Image

Druga przerwa niestety była znacznie dłuższa, ale tym razem nie z przyczyn technicznych marszrutki.

Image

Jadąc coraz dalej na północ, a tym samym wjeżdżając w Kaukaz Wielki wita nas śliczna zima. Ekscytacja widokiem ośnieżonych gór, po chwili zmienia się w mały niepokój...

W miejscowości Gudauri znajduje się najlepszy w Gruzji kompleks narciarski. Śniegu dookoła po pachy :)

Z rozmowy z policjantami dowiaduje się, że kilka kilometrów dalej zeszła lawina, zasypując drogę i dopóki jej nie odkopią, nigdzie nie pojedziemy. Ile czasu przyjdzie nam czekać? Nie wiadomo... ;/

Image

Image

Image

Image

Image

Mija pierwsza godzina, dalej nic się nie zmienia. Na dworze kilka stopni poniżej zera. ;/ Na szczęście nie pada jak wcześniej w Tbilisi, pogoda się poprawiła, więc można czas przeznaczyć na podziwianie przepięknych widoków. Widoków Kaukazu dla których właśnie do Gruzji przyjechaliśmy ;)

Image

Image

Image

Image

Mijają wolno godziny, a tu dalej nic. Zaczynamy się już po mału niepokoić, czy nie przyjdzie nam spędzić nocy w marszrutce prawie 2200 m n.p.m ;/ Mamy nadzieję, że w końcu wszyscy uwięzieni na gruzińskiej drodze wojennej dostaniemy jakąś informację, albo kierowca zawróci do Tbilisi.

Najlepszym sposobem na zabicie czasu jest sen. Nam się jednak nie udaje się usnąć, bo przed nami jedzie młode małżeństwo z Rosji z kilkumiesięcznym dzieckiem.

Image

Podczas naszego wymuszonego postoju nasz kierowca piąty raz zabiera się do założenia łańcuchów. Nie udaje mu się to i tym razem i nasza marszrutka jest jedynym pojazdem na trasie bez łańcuchów ;/

Image

Gdy już zaczyna się ściemniać, po około 7h czekania, w końcu gruzińscy drogowcy odśnieżyli drogę. Hip hip hura. Jesteśmy uratowani :D Nasz szalony kierowca oczywiście musiał to wykorzystać i zaczyna pod górę na zakrętach wyprzedzać auta osobowe. Gdy dojeżdżamy do miejsca, które było zasypane, dostrzegamy, że droga na tym kawałku jest pokryta cała lodem. Policja pomaga wpychać auta pod górkę, które nie mogą podjechać same. Nasz szalony driver bez łańcuchów ślizga się na prawo i na lewo, ale udaje mu się podjechać pod oblodzoną górę. Po drodze wytrąbił wszystkich wyprzedzanych maruderów. Gdy ponownie wjeżdżamy na czarny, nieoblodzony asfalt zaczyna się walka z czasem. Kierowca wydaje się mieć tylko jedno założenie, wyprzedzić wszystkich, którzy spowalniają jego jazdę.

Dojeżdżając do Kazbegi zastanawiamy się, gdzie o tej porze znajdziemy jakiś pokój? Gdzie przyjdzie nam spać? Na miejsce dojeżdżamy gdy jest już całkiem ciemno, po 21. Gdy wychodzimy jako ostatni z marszrutki naszym oczom ukazuje się dziwne zbiorowisko ludzi. Po drodze kierowca kilka razu do kogoś dzwonił, ale mówił po gruzińsku, a nie po rosyjsku, więc nic nie zrozumiałem. Musiał zadzwonić, do miejscowych, że w marszrutce wiezie dwójkę turystów i o której będzie na miejscu. Nie możemy uwierzyć w to co się dzieje, jak miejscowi się przekrzykują, ciągną nas za ręce, żeby pójść z nimi do z ich guest house. Decydujemy, że zostaniemy na noc u starszej babuszki, która mówi, że mieszka 3 minuty od przystanku, a pokój ma być za 10 GEL od osoby. Rzeczywiście mieszka bardzo blisko, ale pokój za 10 GEL, okazuje się trochę słaby, więc daje nam oddzielne mieszkanie, z sypialnią, przedpokojem, kuchnią i łazienką za 15 GEL od osoby.

Image

Image

Pozostaje jeszcze kwestia czegoś na kolację. Siedząc tyle czasu w marszrutce zjedliśmy wszystko co mieliśmy, czyli trochę chleba, chaczapuri i resztkę czekolady. хозяйка (gospodyni) oferuje nam, przygotowanie kolacji. Pytamy czy jest jeszcze otwarty sklep? Odpowiada, że jest otwarty jeszcze 10 minut (była 21.50), ale w sklepie jest bardzo mały wybór, nie ma praktycznie w nim niczego ciekawego. Prowadzi nas do niego, wchodzimy do środka i okazuje się, że miała rację, półki prawie puste jak za komuny. Nic dziwnego, od kilku dni nie było dostawy. Kupujemy wodę i wychodzimy zgadzając się na dzisiejszą kolację i jutrzejsze śniadanie za 15 GEL od osoby. Babuszka obiecuje, że всё будет (wszystko będzie), herbata, chleb, sery, jajka, itp. Mówi, żebyśmy poszli do siebie, a ona nam wszystko przyniesie. Po chwili wraca i pyta się czy nie chcemy zupy. Ale jakiej? Tłumaczy, że to zupa z kartoflami, kaszą, marchewką, itp. Pewnie krupnik, niech będzie. Naprawdę po całym dniu w marszrutce, nic lepszego nie może nam się trafić jak talerz gorącej zupy. Ogólnie nie przepadam za krupnikiem, ale ten, tego dnia był pyszny. Pytam się jeszcze, czy babuszka nie robi własnego winka. Oczywiście, że robi, jakby inaczej. :) Proszę o troszkę, chce nam sprzedać całą butelkę, ale jesteśmy tak zmęczeni, że nawet nie damy rady jej wypić. Pytam, czy nie możemy dostać po szklaneczce na spróbowanie. Po chwili przynosi nam słoik wina.:D Tak, słoik. Przelała trochę do słoika, zresztą zobaczcie sami. :)

Image

Tak właśnie skończył się nasz drugi dzień w Gruzji. Dzień bardzo męczący, ale szczęśliwy. Cali i zdrowi dojechaliśmy do Kazbegi, mamy gdzie spać i co jeść. Pomoc Gruzinów jest nieopisana. :)

Dzień 3

Wstajemy rano. Czeka na nas już chleb, ser i herbata. Po chwili wchodzi do naszej części budynku babuszka z jajecznicą :) Wczorajszego dnia ustaliliśmy o której chcielibyśmy śniadanie, była bardzo punktualna.

Z okna widzimy cel dzisiejszego dnia, czyli Monastyr Cminda Sameba (Świętej Trójcy). Cerkiew z XIV w. usytuowana jest na wysokości 2170 m. n.p.m. Podczas wojny w Gruzji, w monastyrze tym przechowywano skarby narodowe, m. in. Krzyż Św. Nino. W tle widać majestatyczny Kazbek. Drugą co do wysokości górę w Gruzji (5033 m. n.p.m.).

Image

Po drodze wchodzimy do Marketu Google, tego samego który odwiedziliśmy wczoraj. Wyboru zbyt dużego nie ma, ale w miejscowości jest piekarnia, więc kupujemy świeży chleb i coś do picia.

Image

Drogi do monastyru są dwie. Z rynku w Kazbegi trzeba przejść przez rzekę Tergi i wioskę Gergeti, a następnie dojść do cmentarza. Później trzeba iść wzdłuż rzeczki na lewo od widocznego na górze monastyru. Jest to krótsza trasa, ale bardziej stroma. Przejście jej zajmuje około godziny. My tą trasą wróciliśmy, bo idąc pod górę nie udało nam się jej odnaleźć. ;/

Dłuższa trasa prowadzi drogą, która wije się wokół wzgórza. Drogą tą można podjechać pod monastyr terenówką z napędem 4x4. W miasteczku Gruzini oferują podwiezienie pod monastyr Ładą Nivą za około 20-30 GEL. Idziemy trasą łatwiejszą. Idąc po koleinach terenówek nie musieliśmy zapadać się w śniegu, jednak wejście zajęło nam prawię godzinę. Jak się okazało pod szczytem, pod koniec kwietnia terenówki nie wjeżdżały pod sam monastyr. Dojeżdżały do około 3/4 trasy i ostatnie 0,5 km osoby wybierające taki środek transportu, musiały przejść pieszo.

W 1988 r. władze sowieckie wybudowały kolejkę linową z Kazbegi pod Monastyr Cminda Sameba. Mieszkańcy Kazbegi potraktowali kolejkę jako profanację ich świętego miejsca i ją zniszczyli.

Rzeka Tergi

Image

Kilka zdjęć z drogi do monastyru.

Image

Image

Image

Image

Prawie całą drogę pod górę towarzyszyły nam dwie sabaczki.

Image

Image

Image

Image

Image

Po prawie godzinie marszu ujrzeliśmy w całej okazałości nasz cel wędrówki na tle przepięknego Kaukazu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Podchodzimy pod monastyr. Wokół cisza, brak żywej duszy. Upajamy się pięknem Kaukazu. W dole miasteczko Kazbegi.

Image

Przed wejściem leży kosz z długimi spódnicami dla kobiet. Magda zakłada jedną z nich i wchodzimy do środka. Wewnątrz jest dość ciemno, ale po chwili oczy przyzwyczajają się do półmroku. Dostrzegamy w rogu Popa, pilnującego porządku w Świątyni, który również zajmuje się sprzedażą dewocjonaliów i podkładaniem drzewa do małej kozy ogrzewającej wnętrze. W środku nie można robić zdjęć, wystrój raczej ubogi, kilka ikon na ścianach, świeczniki na długie wąskie świeczki. Wnętrze nie powala, ale nie dla niego tutaj dotarliśmy, weszliśmy na wzgórze dla scenerii w jakiej znajduje się monastyr. Dla majestatycznego Kaukazu.

Z zewnątrz monastyr prezentuję się o wiele ciekawiej.

Image

Image

Image

Po chwili do monastyru zbliża się grupka młodych turystów. Oczywiście okazuje się, że to Polacy. Pozdrawiamy i dziękujemy za zrobienie nam kilku zdjęć ;)

Image

Gdy mamy już się zbierać w drogę powrotną pod monastyr podchodzi kolejna grupka turystów. I tym razu to turyści z Polski, turyści których już znamy z hostelu w Tbilisi. W 5 osób plus kierowca zapakowali się do Łady Nivy i podjechali pod wzgórze. Można i tak...;p

Mamy trochę niedosyt, że tak mało czasu zajęła nam droga do monastyru, ponieważ nie możemy oderwać wzroku od otaczających nas Gór Kaukazu. Nie chcemy jeszcze wracać, przepiękne widoki zachwycają i postanawiamy spędzić tu więcej czasu.

Image

Postanawiamy, że pójdziemy w stronę Kazbeku. Oczywiście mamy świadomość, że na niego nie wejdziemy, nie bez sprzętu, nie bez aklimatyzacji w stacji meteo, po prostu chcemy pójść jeszcze trochę w jego stronę.

Image

Mamy po cichu trochę nadziei, że może uda się nam dojść do miejsca, z którego zobaczymy lodowiec Gergeti, który ma prawie 8 km długości i około 7 km szerokości. Kierujemy się w jego stronę, zostawiając za plecami Monastyr.

Image

Po kilku minutach dochodzimy do bramy (oraz schroniska?). Niestety brama jest zamknięta :( Nie ma przejścia...;/

Image

Image

Tu się kończy nasza podróż do lodowca ;/ Smutni i zawiedzeni postanawiamy wrócić do miasteczka maszerując wąwozem płynącej rzeczki.

Image

Image

Jeszcze kilka ostatnich zdjęć Monastyru z drogi powrotnej.

Image

Image

Image

Image

Po południu jesteśmy ponownie w miasteczku. Idziemy do babuszki pożegnać się i zabrać pozostawione rzeczy. Wracamy na przystanek autobusowy. Dowiadujemy się za ile mniej więcej odjeżdża marszrutka do Tbilisi i idziemy coś zjeść do pobliskiej karczmy. W środku spotykamy Polaków poznanych pod Monastyrem. Dzięki za czaczę ;)

Po szybkim obiedzie wsiadamy do marszrutki i jedziemy ponownie za 10 GEL od osoby do Tbilisi. Po drodze kierowca zatrzymuje się w pobliskiej wiosce na pogaduchy z kolegami. A my siedzimy i czekamy ;/

Image

Na szczęście rozmowa trwała tylko z 5 minut i jedziemy dalej. Mamy nadzieję, że dzisiaj uda nam się przejechać gruzińską drogą wojenną bez wczorajszych przygód.

Wyprzedzamy setki tirów uwięzionych od wczoraj na drodze z Władykaukazu do Tbilisi.

Image

Na szczęście dzisiaj udało nam się przejechać całą drogę bez większych przeszkód i po około 3h jesteśmy kolejny raz na dworcu Didube w Tbilisi. Przy okazji robimy zakupy na pobliskim targu.

Image

Image

Image

Image

W planie mamy dostać się jeszcze dzisiaj do Batumi. Dowiadujemy się, że marszrutki do Batumi odjeżdżają spod dworca kolejowego. Wsiadamy do metra i jedziemy na dworzec. Dworzec kolejowy połączony jest z galerią handlową. W podziemiach galerii odbywa się wielka jubilerska giełda.

Image

Image

Na tyłach dworca odnajdujemy plac z którego odjeżdżają marszrutki do Batumi. Koszt przejazdu 15 GEL od osoby, ale najbliższa marszrutka odjeżdża dopiero o 18. Stwierdzamy, że jazda nią nie ma sensu, bo przejazd do Batumi zajmuje około 5h, więc na miejscu bylibyśmy około północy i przyszłoby nam jeszcze szukać jakiegoś pokoju do spania...;/

Szybko trzeba wymyślić plan B.

Jesteśmy pod dworcem kolejowym to czemu nie pojechać do Batumi pociągiem, a dokładniej do Makhindjauri (stacja kolejowa pod Batumi). Pamiętałem, że kursują nocne pociągi na tej trasie, wyjazd około 21.30 i nad ranem jest się na miejscu. Udajemy się do informacji biletowej przy kasach dworca. W okienku nikogo nie ma, ale widzę, że w środku pomieszczenia siedzi starszy pan. Okazało się, że jest to główny zarządca dworca (ktoś w stylu głównego dróżnika, w Polsce już chyba nie ma takiego stanowiska?) i wytłumaczył mi, że pociąg nocny obecnie jeździ o 1.30 i na miejscu jesteśmy po 7 rano. Koszt 18 GEL od osoby. Nie ma wagonu z kuszetką, są tylko 3 otwarte wagony, jak w pendolino, z tą różnicą, że po 3 miejsca w rzędzie.

Bardzo przyjemnie się z tym panem rozmawiało, gdy dowiedział się skąd jesteśmy, opowiedział jak kiedyś był przed laty w Białymstoku. Wiedział bardzo dużo o Piłsudskim, a na koniec dodał "хорошо вы знаете русский язык. Язык врага нужно знать" :D

Do pociągu mamy w takim razie jeszcze trochę czasu, więc trzeba jakoś zagospodarować ten wieczór. Postanawiamy, że wjedziemy kolejką jak na Gubałówkę na wzgórze na którym znajduje się wieża telewizyjna i wesołe miasteczko.

Image

Image

Po drodze do stacji kolejki na straganie kupujemy za 3 lari czaczę w plastikowej butelce po 0,5l coca-coli oraz litr winka za 2 lari. Oczywiście trunki były domowej roboty :) W Polsce nigdzie nie kupimy pół litra bimbru za niecałe 6 zł...;p Gratis dostaliśmy jeszcze po jabłku na drogę :)

Wjazd kolejką kosztuje 5 GEL od osoby, ale niestety nie można nabić tego biletu na kartkę z metra (jak w przypadku kolejki gondolą) i trzeba zakupić nową kartę. Kolejka jeździ do 4 rano. Górna stacja kolejki jest również bardzo elegancką i ekskluzywną restauracją dla wyższych gruzińskich sfer :]

Image

Ze wzgórza rozpościera się piękna panorama miasta. Dostrzec można Cerkiew Cminda Sameba, Pałac Prezydencki, Rike Park oraz Most Pokoju.

Image

Na wzgórzu znajduje się wesołe miasteczko z licznymi atrakcjami dla dzieci, ale także kluby i dyskoteki dla dorosłych.

Image

Image

Siadamy na ławce i podziwiamy zachód słońca nad Tbilisi rozkoszując się czaczą i winem... :)

Image

Dochodzi 22, więc czas zbierać się na ostatnie metro. Na dworcu jesteśmy trochę po 22, siadamy na ławce i czekamy na pociąg. Na przeciwko nas siedzi 6 policjantów. Nic nie robią tylko siedzą, ale sama ich obecność sprawia, że na dworcu jest bardzo bezpiecznie.

O 1.20 wychodzimy z dworca na peron. Podjeżdża pociąg z 3 wagonami, odnajdujemy swoje miejsca i czekamy na odjazd.

Image

Ciąg dalszy: http://geotrip.fly4free.pl/blog/1687/od ... i-czesc-2/

Image Image
_________________
Relacja z wyprawy na wulkan Yake Dake w Alpach Japońskich

Relacja z Gruzji
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#2 PostWysłany: 05 Sty 2016 00:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2015
Posty: 633
Loty: 120
Kilometry: 257 736
Krajów: 38 / 17.7%
niebieski
Dzień 4

W pociągu jest bardzo bezpiecznie. Kilka razy podczas podróży przez cały skład przechodzą policjanci z konduktorami. Dodatkowo na każdej stacji na której się zatrzymujemy służby porządkowe sprawnie sprawdzają porządek wewnątrz pociągu. O godzinie 7 rano jesteśmy na dworcu kolejowym w Makhinjauri.

Po wyjściu z pociągu oczywiście zaczepia nas kilkunastu taksówkarzy, którzy chętnie zawiozą przybyłych podróżnych do Batumi. Pytają się, czy mamy zarezerwowany hotel, itp. Jeden z taksówkarzy pyta się gdzie chcemy jechać. Odpowiadam, że na ulicę Puszkina. Stwierdza, że to bardzo daleko i zawiezie nas tam za 20 GEL. Jakoś mu nie wierzę i próbujemy się przebić przez nich do wyjścia. Przed wejściem na dworzec stoją 2 marszrutki, które jadą do Batumi. Przejazd 0,5 GEL od osoby. Taksówkarze mają niezłą przebitkę ;p. Kierowca marszrutki wysadza nas w centrum Batumi i tłumaczy, że mamy do przejścia już tylko jedną ulicę, aby dostać się na poszukiwaną przez nas ulicę Puszkina.

Chcemy się tam dostać, bo wcześniej zarezerwowaliśmy pokój w Hotelu Lavro za 15 GEL od osoby z możliwością odwołania rezerwacji 2 dni wcześniej: http://www.booking.com/hotel/ge/lavro.p ... al;ucfs=1&
Podczas naszych niezaplanowanych przygód w Gaudari odwołaliśmy rezerwację, bo nie wiedzieliśmy, czy uda nam się za 2 dni dotrzeć do Batumi. Zastanawiamy się, czy zarezerwowany przez nas wcześniej pokój jeszcze będzie dostępny? I tak nie mamy gdzie się podziać, więc w ciemno udajemy się do Hotelu Lavro. W hotelu jesteśmy przed 8 rano. W recepcji widzimy, że na kanapie śpi mężczyzna. Pukamy w drzwi i próbujemy go obudzić. Gdy wstał, pokazałem mu kartę z rezerwacją z bookingu. Jedyne co odpowiedział, zaspanym, wkurzonym głosem było: "деньги" (pieniądze). Odpowiadam, że najpierw chcę obejrzeć pokój. Pokój był z łazienką, taki sam jak na zdjęciu z rezerwacji, wszystko się zgadzało. Zapłaciliśmy, a Pan wrócił dalej spać.

Image

Zmęczeni po wczorajszym dniu i nocnej podróży pociągiem, w którym nie udało nam się usnąć, postanawiamy, że prześpimy się przynajmniej 3h. Nie ma sensu zaczynać zwiedzania Batumi o 8 rano...:)

Po 11 wychodzimy z hotelu i kierujemy się w stronę portu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W Batumi jak i w większości gruzińskich miast jest kolejka gondolowa na wzgórze z którego można podziwiać panoramę miasta. Wjazd 5 GEL od osoby. Mimo chęci z powodu długiej kolejki do kasy, rezygnujemy z wjazdu.

Image

Batumi leży na terytorium byłej Adżarskiej Republiki Autonomicznej. Adżaria była jednym z najlepiej prosperujących regionów kraju. W 2004 r. Micheil Saakaszwili doprowadził do upadku rządów Asłana Abaszydzego i wcielił Adżarię do terytorium Gruzji. Przez ostatnie 10 lat władze miasta dołożyły wszelkich starań, aby uczynić z Batumi miasto bardzo atrakcyjne dla turystów.

Wzdłuż całego wybrzeża w Batumi ciągnie się 6 km promenada z licznymi rzeźbami i atrakcjami dla turystów

Image

130 m Wieża Gruzińskiego Alfabetu, która ma swoim wyglądem przypominać spirale DNA

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Batumi przez liczne wpływy europejskie zatraciło klimat prawdziwej Gruzji. Jeśli ktoś chciałby poznać ten kraj i odwiedziłby tylko Batumi, to go wcale nie pozna. Liczne wieżowce oraz ekskluzywne hotele powodują, że Batumi bardziej przypomina miasto zachodnioeuropejskie, niż gruzińskie. Nastawione jest bardzo na turystów, a co za tym idzie powszechna komercja oraz chęć zysków przesłaniają dobroć, sympatię i bezinteresowną pomoc Gruzinów, którą można doświadczyć w innych częściach kraju.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Gdy już trochę zgłodnieliśmy postanawiamy, poszukać knajpki w której podają chaczapuri adżarskie. Jest to odmiana chaczapuri z płynnym jajkiem. Niestety nie udaje nam się znaleźć nigdzie restauracji, która podaje taką odmianę chaczapuri, nigdzie też nie znajdujemy knajpki w której można zjeść chinkali. Spowodowane jest to bliskim sąsiedztwem Turcji. Z Batumi jest tylko 20 km do granicy, dlatego też w mieście jest sporo tureckich restauracji. Nic nam innego nie pozostaje jak pójść na kebab...;/

Image

Po obiedzie wracamy do zwiedzania.

Jednym z symboli Batumi jest plac Europejski, na którym znajduje się pomnik mitycznej Medei trzymającej złote runo.

Image

Image

Image

Wczoraj w Kazbegi temperatura oscylowało koło zera, dzisiaj po południu w Batumi jest ponad 20°C. Pierwszy raz w Gruzji możemy spacerować na krótki rękaw. Choć woda w Morzu Czarnym nie wydawała się ciepła, to jednak miejscowym dzieciom zupełnie to nie przeszkadzało.

Image

Plaża w Batumi niestety jest plażą kamienistą, dopiero na północ w okolicach miasta Poti plaże są piaszczyste.

Image

Image

Wieczorem kupujemy piwko i idziemy nad morze podziwiać zachód słońca.

Image

Batumi nocą

Image

Image

Image

Image

Ruchoma rzeźba miłości Alego i Nino

Image

Tak kończy się nasz kolejny dzień w Gruzji. Jutro mamy w planach pojechać do Mestii. Kierowcy na dworcu powiedzieli, że w Mestii jest sporo śniegu. Czy warto tam pojechać? Czy drogi są przejezdne? Czy nie czeka nas powtórka z rozrywki? Takie pytania sobie zadajemy siedząc nad Morzem Czarnym i popijając piwko. Co przyniesie jutrzejszy dzień? Zobaczymy...

Dzień 5

Wstajemy rano i udajemy się na dworzec autobusowy. Jedyny sposób, aby dostać się dzisiaj do Mestii to podróż do miasta Zugdidi za 12 GEL od osoby i tam próba złapania marszrutki jadącej na północ. Czy jakaś marszrutka obecnie w ogóle tam jeździ? Na to pytanie, nikt w Batumi nie potrafi nam odpowiedzieć...;/

Obawiamy się powtórki z Gudauri, ale nie po to przylecieliśmy do Gruzji, aby nie zobaczyć swaneckich wież rodowych, więc postanawiamy zaryzykować. Raz się udało to i drugim razem mamy nadzieję, że się uda bezpiecznie i szczęśliwie dojechać do celu.

Droga do Zugdidi biegnie krętymi drogami wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego, aż do miasta Poti, a później odbija trochę w głąb lądu.

Image

W Zugdidi odnajdujemy marszrutkę, która jeździ do Mestii, super. :) Nasza radość szybko się kończy :( Kierowca (Kanci) z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy (ale o tym później) powiedział, że 3 dni temu ostatni raz był w Mestii i drogi były przejezdne, ale od tamtej pory nie było chętnych na podróż i nie wyjeżdżał w trasę...;/ Trochę słabo, mamy nadzieję, że ktoś może tak jak my będzie chciał odwiedzić to urokliwe miasteczko. W lecie na pewno jest wielu chętnych, ale teraz oprócz nas, nie ma zapaleńców, którzy chcieliby zwiedzać Swanetie. Kurs do Mestii kosztuje 20 GEL od osoby. Kanci proponuje, żeby pojechać do niego do domu, trochę odpocząć, napić się kawy i wrócić za godzinę na dworzec, sprawdzić czy nie ma innych chętnych. Na ten moment trochę się go obawiamy, więc dziękujemy za propozycję i stwierdzamy, że przejdziemy się po mieście, poszukamy kantoru i za 1h wrócimy.

W Zugdidi oprócz Pałacu Dadianis nie ma nic ciekawego do zwiedzenia. W pałacu znajduje się muzeum w którym zebrano zabytki od czasów epoki kamiennej do XIX w., m. in. maskę pośmiertną Napoleona Bonaparte.

Z miasta rozpościera się przepiękny widok na wyniosłe szczyty Kaukazu

Image

Gruzini jeżdżą czym się tylko da. Jeśli samochód ma sprawny klakson jest dopuszczony do ruchu :D

Image

Image

Image

Po godzinie wracamy na dworzec, nie ma nikogo chętnego...;/ Jesteśmy zawiedzeni, że nie uda nam się pojechać do Mestii...:( Po chwili namysłu Kanci mówi, że zawiezie nas samych za 30 GEL od osoby. Jak to? Przecież mu się to w ogóle nie opłaca. Tyle to przynajmniej na paliwo będzie musiał wydać. Mimo tego zgodził się więc jesteśmy uradowani. Dodał, że musimy podjechać do jego domu, bo musi zabrać kurtkę. Po drodze za otrzymane od nas 60 lari tankuje busa i w pobliskim sklepie kupuje kawę. Gdy podjeżdżamy pod jego dom, bardzo serdecznie nas zaprasza, abyśmy weszli coś zjeść i wypili kawę lub herbatę.

Image

Zaparzył Magdzie i sobie kawkę, a mi herbatkę. Poczęstował nas jeszcze domowym czaczapuri i konfiturą :)

Image

Kanci jak większość Gruzinów produkuje własne winko (pycha) oraz pędzi czaczę.

Image

Image

Posileni, możemy ruszać w drogę. Choć do Mestii jest tylko 130 km, droga zajmuje 3h, ze względu na liczne serpentyny na górskiej drodze.

Image

Image

Image

Po drodze Kanci zatrzymuje się w bardziej urokliwych miejscach, abyśmy mogli zrobić kilka zdjęć.

Image

Image

Image

Image

Image

Marszrutka Kanciego

Image

Tym razem na szczęście nie przeszkodziła nam w trasie lawina śnieżna, po drodze mijamy jedynie rumosze i zwietrzeliny skalne utrudniające w mniejszym lub większym stopniu jazdę...

Image

Image

W końcu naszym oczom ukazują się swaneckie wieże rodowe na tle Kaukazu. Miejsce nr 2 na naszej liście do zobaczenia w Gruzji.

Image

Image

Image

Najwięcej wież jest w miejscowości Uszguli. Niestety można się tam dostać jedynie samochodem z napędem 4X4.

Wjeżdżając do Mestii zastanawiamy się gdzie dzisiaj przyjdzie nam zostać na noc. Powiedzieliśmy Kanciemu, że musimy poszukać jakiegoś pokoju, odparł "nie ma problemu" i podwiózł nas do swojej znajomej. Pokój 20 GEL od osoby, za drugie 20 GEL wyżywienie, z którego rezygnujemy. Do tej pory za nocleg płaciliśmy trochę mniej, ale pokój jest ładny, więc w nim zostajemy. Jest jeszcze widno, więc postanawiamy, że zwiedzimy miasteczko i zjemy coś w knajpce przy rynku.

Image

Komenda policji

Image

Rynek miasteczka

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Gdyby nie liczne krowy na ulicach, Mestia przypominałaby bardziej miasteczko położone wysoko w Alpach niż w Gruzji. Po raz kolejny przekonujemy się o znacznym zróżnicowaniu kraju. Część zachodnia jest znacznie bardziej bogata niż wschodnia.

Image

W miasteczku nie brakuje akcentów polskich, głównie na knajpkach, które mają zachęcać Polaków do wybrania danej restauracji.

Image

Image

Wchodzimy do restauracji przy rynku z zamiarem zamówienia chinkali. W karcie chinkali jest, ale niestety już się skończyły. Kelnerka zachęca nas do wybrania dań mięsnych, z których słynie Swanetia. Miała rację. Zamówiona wieprzowina i wołowina są przepyszne. :)

Image

Image

Po kolacji wracając do pokoju, wstępujemy jeszcze po piwko na dobry sen. Jutro czeka nas ciężki dzień - kilku kilometrowa wyprawa do lodowca Czalaadi...

Dzień 6

Wstajemy przed 8 rano i szybko pakujemy niezbędne rzeczy na dzisiejszy trekking do lodowca. Wstępujemy po drodze na szybkie śniadanie do Cafe Baru Wschód Słońca w rynku.

Image

Pomimo tak wczesnej pory w restauracji spotykamy ekipę z Polski. Dzięki za mapkę z szlakami do lodowca i porannego kielicha :)

Wybaczcie za zdjęcie mapy, a nie skan, ale gdy ją zeskanowałem jej rozmiar był zbyt duży i nie mogłem jej dodać. Zmniejszenie rozdzielczości powodowało, że mapa była bardziej nieczytelna niż ta ze zdjęcia .;/

Image

W rynku spotykamy Kanciego w marszrutce. Okazało się, że wczoraj nikogo nie znalazł, kto chciałby wyjechać z miasta i musiał zostać w Mestii na noc. Zrobiło nam się strasznie głupio i przykro z tego powodu :( Umawiamy się, że koło 15 planujemy wrócić spod lodowca i jeśli nikogo nie znajdzie wcześniej to poczeka na nas.

Wychodząc z miasteczka kierujemy się w stronę małego lotniska im. Królowej Tamary w Mestii, z którego odbywa się więcej lotów w miesiącu niż z Radomia odbyło się w ubiegłym roku ;p

Image

Image

Droga do lodowca biegnie przez około 8 km wzdłuż rzeki Mestiaczala, następnie trzeba przejść przez wiszący nad nią mostek i wejść w las. Od mostku do czoła lodowca jest jeszcze przynajmniej z 2 km.

Image

Image

Image

Dochodząc już do wiszącego mostu, musieliśmy jeszcze pokonać lawinę, która schodząc po zboczu zasypała całą dróżkę.

Image

Kawałek dalej stoją dwa domki, pierwszy przypomina schronisko, które oczywiście było zamknięte. Drugi dużo mniejszy, który był otwarty. Jest to prawdopodobnie prowizoryczne schronieniem dla turystów schodzących z gór, w którym można się ogrzać.

Image

Image

O czystość w nim trudno, ale jest koza w której można rozpalić ogień. Jest też stelaż łóżka, ale bez materaca...;/

Image

Image

Po przejściu przez mostek spotykamy gruzińskiego żołnierza, który przyszedł do nas z leśniczówki po drugiej stronie rzeczki. Pyta się skąd jesteśmy, co tu robimy i gdzie idziemy?

Image

Image

Po krótkich wyjaśnieniach, pozwala nam pójść dalej i ostrzega, że szlak jest obecnie mało uczęszczany, cały czas schodzą po zboczach lawiny i łatwo wpaść w przepaść idąc doliną... ;/ Spotkany żołnierz najprawdopodobniej strzeże wodociągu, który znajduje się przy mostku i zaopatruje Mestię w czystą, górską wodę.

Image

Podążamy dalej wzdłuż dopływu głównej rzeczki. W niektórych miejscach odnajdujemy znaczki szlaku na kamieniach. Gdzie indziej pojedyncze ślady wydeptane przez poprzednich turystów.

Image

Image

Idziemy dalej U-kształtną doliną polodowcową

Image

Image

Idąc po morenie dennej uważamy stawiając każdy kolejny krok, aby nie wpaść w szczelinę między głazami przykrytymi śniegiem.

Jesteśmy sami, wokół nas cisza i strome zbocza z lewej i z prawej strony. W pewnym momencie rozlega się straszny huk! Kamienie, głazy zaczynają zjeżdżać po stoku. Co robić? Uciekać? Ale gdzie? Może nie dotoczą się do nas? Zastygnięci w bez ruchu, czekamy na przebieg wydarzeń. Na szczęście wszystkie większe bloki skalne zatrzymują się na lasku brzozowym, który osłania nas od zbocza. Tylko pojedyncze, małe głaziki przelatują koło nas, nie robiąc większych szkód, oprócz kilku siniaków na nogach...;/

Image

Jak się za chwilę okazuje lawina nie była samoczynna. O to jej sprawcy...

Image

Po otrząśnięciu się z przygody jaka nam się przytrafiła idziemy dalej w stronę naszego celu - lodowca górskiego Czalaadi

Image

Image

W końcu docieramy do czoła lodowca :) Kilkunastometrowej bryły martwego lodu.

Image

Image

Jest już po 12, pogoda zaczyna się pogarszać, niebo robi się pochmurne, więc postanawiamy wracać, aby dojść do miasteczka przed 15. W drodze powrotnej, koło 13, spotykamy rodzinkę z Rosji z dwójką dzieci w wieku 12-15 lat. Trochę już późno, a oni mają do przejścia jeszcze 1,5 km do lodowca, ale postanawiają iść dalej. Następnie spotykamy dwóch Francuzów, ale Ci są profesjonalnie przygotowani, więc raczej planują spędzić noc pod lodowcem, a jutro pójść dalej.

Image

Do miasta dochodzimy koło 16. Na rynku odbywa się jakaś zabawa, na scenie dzieci wystawiają teatrzyk.

Image

Zauważamy zaparkowaną przy rynku marszrutkę Kanciego. Ucieszeni idziemy w jego stronę. W marszrutce siedzi para z Rosji i dwóch Popów. Pasażerowie już dawno chcieli aby Kanci ruszył, ale odparł im, że bez nas nie odjedzie. :) Szybko idziemy do naszej gospodyni po pozostawione rzeczy i wracamy na rynek do Kanciego.

Do Zugdidi docieramy pod wieczór. Kanci zaprasza nas do siebie na noc. Nie możemy mu odmówić, tym bardziej po tym wszystkim co dla nas zrobił. Gdyby odjechał wcześniej, na pewno tego dnia, a może nawet dnia następnego, nie udałoby nam się opuścić Mestii.

Na podwórku Kanciego stoją dwa domy. Starszy należą do jego mamy, a nowy, dopiero co wybudowany jest jego. W nowym wynajmuje pokoje turystom. Mama Kanciego przygotowała nam kolację i śniadanie u siebie. Za nocleg i jedzenie Kanci poprosił tylko 20 GELi od osoby, więc chcemy zostawić mu znacznie wyższą kwotę próbując odwdzięczyć się za pomoc jaką od niego otrzymaliśmy. Nie zgadza się jej przyjąć twierdząc, że 40 lari w zupełności wystarczy :)

Do kolacji otrzymujemy butelkę domowego, pysznego winka, które umila nam wieczorną rozmowę z Kancim.

Image

Zmęczeni trekkingiem do lodowca i rozluźnieni po winku szybko zasypiamy...;)

Dzień 7

Wstajemy o 8 i idziemy na przygotowane już śniadanie. Po śniadaniu Kanci podwozi nas na dworzec, żegna się z nami i wskazuję marszrutkę do Kutaisi. Koszt 7 GEL od osoby, a droga zajmuje 1,5h.

Jest to nasz ostatni dzień w Gruzji, a że w Kutaisi nie ma nic ciekawego do zwiedzania, więc postanawiamy na początku spróbować dostać się do Jaskini Sataplia. O Jaskini Prometeusza czytaliśmy mało przychylne relację, więc wybieramy Jaskinię Sataplia.

Jaskinia ta znajduje się około 10km od Kutaisi w kierunku północno-zachodnim w Rezerwacie Sataplijskim. Rezerwat zajmuje około 350ha i w 98% tworzą go lasy subtropikalne. Założono go na wysokości około 500 m n.p.m. na wygasłym wulkanie.

Aby dostać się do rezerwatu wsiadamy w marszrutkę nr 31 z ulicy przy głównym dworcu w Kutaisi i jedziemy nią za 0,3 GELa od osoby na mały przystanek na obrzeżach miasta. Tam przesiadamy się w bardzo starą marszrutkę nr 45, która zawozi nas za 2 GEL od osoby pod bramę rezerwatu z trudem podjeżdżając pod wzniesienie...:) Marszrutką jedziemy tylko my i dwie młode Japonki.

Ulgowy bilet wstępu na teren rezerwatu kosztuje 3 GEL. W kasie pozwalają nam zostawić plecaki i informują, że o pełnej godzinie rozpocznie się zwiedzanie z przewodnikiem. Ku naszemu zdziwieniu młody mężczyzna opowiada wszystko po angielsku. Na początku wchodzimy do budynku w którym na skale odciśnięte zostały tropy dinozaurów z przed 120 mln lat.

Image

Image

Image

Następnie wchodzimy do jaskini krasowej z mnóstwem stalaktytów i stalagmitów. Jaskinia ma długość 800 m. W jaskinie jest dość chłodno, więc warto mieć ze sobą bluzę lub kurtkę.

Image

Image

Image

Jaskinia ta, nie może się równać z Jaskinią Postojną w Słowenii, ale jak na realia gruzińskie jest całkiem fajnie przygotowana dla zwiedzających.

Po wyjściu z jaskini, przewodnik prowadzi nas na bardzo fajny taras widokowy ze szklaną podłogą, zawieszony nad rezerwatem, z którego rozpościera się fantastyczna panorama Kutaisi.

Image

Image

Image

Przed 12 wracamy ponownie za 2 GEL od osoby marszrutką nr 45 na przedmieścia Kutaisi, a następnie przesiadamy się w marszrutkę nr 22, którą za 0,3 GEL od osoby jedziemy na przystanek przy moście na rzece Rioni, z którego jest najbliżej do Katedry Bagrati.

Katedra znajduje się na wzgórzu, a wejście na nie zajmuje nam około 20 minut.

Image

Image

Katedra została wpisana na listę UNESCO w 1994r, czyli w czasach gdy była ruiną, w 2012 przeprowadzono konserwację katedry wbrew zaleceniom UNESCO, za co zabytek został wpisany na Listę Dziedzictwa Zagrożonego.

Image

Image

Image

Po zwiedzeniu katedry schodzimy ze wzgórza i kierujemy się w stronę centrum.

Image

Image

Image

Image

Nad brzegiem rzeki Rioni napotykamy starą kolejkę, którą można wjechać na wzgórze na którym, jak to zwykle w Gruzji bywa, założono park rozrywki. Wjazd 0,5 GEL od osoby.

Image

Image

Image

Spędzamy popołudnie odpoczywając w wesołym miasteczku.

Image

Image

Resztę wieczoru spędzamy w parku miejskim.

Image

Image

Po 20 łapiemy marszrutkę, którą jedziemy za 0,4 GEL od osoby na dworzec autobusowy przy McDonalds, z którego odjeżdżają marszrutki do Batumi. Uczynni taksówkarze wskazują nam odpowiednią marszrutkę i mówią, że kurs na lotnisko to 5 GEL od osoby. Odpowiadam, że za tyle to taksówką z lotniska przyjechaliśmy. Oni, że to nie możliwe i się targujemy. Mówię, że 5 GEL to za 2 osoby mogę dać, w końcu kierowca się zgadza i wsiadamy do marszrutki.

Koło 22 kierowca zatrzymuje się na wysokości lotniska i życzy nam udanego lotu. Na lotnisku spotykamy kilku Polaków oczekujących na poranny lot. Noc na lotnisku nie jest bardzo męcząca dzięki miękkim materacom, na których razem z innymi oczekującymi się rozłożyliśmy...

Image

I tak się kończy nasza przygoda w Gruzji. Przygoda niezapomniana, bogata w niezaplanowane wydarzenia, także bardzo wymagająca, przez co momentami także męcząca. Było to jednak zawsze przyjemne zmęczenie. Jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się poczuć ogrom Kaukazu, być i w Kazbegi i w Mestii, a najważniejsze, że cali i zdrowi wróciliśmy do kraju.

Podsumowanie kosztów (1 osoba)

Transport:

- Lot Wizzair z WAW-KUT i KUT-WAW -300 PLN
- Taxi lotnisko KUT - Kutaisi dworzec - 5 GEL
- Marszrutka Kutaisi - Tbilisi - 10 GEL
- Metro Tbilisi - 6 x 0,5 GEL
- Marszrutka Tbilisi - Mcheta - 1 GEL
- Marszrutka Mcheta - Tbilisi - 1 GEL
- Marszrutka Tbilisi - Kazbegi - 10 GEL
- Marszrutka Kazbegi - Tbilisi - 10 GEL
- Pociąg Tbilisi - Makhinjauri - 18 GEL
- Marszrutka Makhinjauri - Batumi - 0,5 GEL
- Marszrutka Batumi - Zugdidi - 12 GEL
- Marszrutka Zugdidi - Mestia - 30 GEL
- Marszrutka Mestia - Zugdidi - 20 GEL
- Marszrutka Zugdidi - Kutaisi - 7 GEL
- Marszrutki po Kutaisi - 0,3+0,3+0,4 = 1 GEL
- Marszrutka Kutaisi - Jaskinia Sataplia - 2 GEL
- Marszrutka Jaskinia Sataplia - Kutaisi - 2 GEL
- Marszrutka Kutaisi - Lotnisko - 2,5 GEL
Razem = 300 PLN i 135 GEL

Noclegi:
- Hostel Freedom Square w Tbilisi - 15 GEL
- Pokój u babci w Kazbegi - 15 GEL
- Hotel Lavro w Batumi - 15 GEL
- Pokój w Mestii - 20 GEL
- Nocleg u Kanciego z wyżywieniem w Zugdidi - 20 GEL
Razem: 85 GEL

Atrakcje turystyczne:
- Tbilisi kolejka gondola - 1 GEL
- Tbilisi kolejka wagonik- 5 GEL
- Kutaisi kolejka gondola - 0,5 GEL
- Ulgowy bilet wstępu do Jaskini Sataplia - 3 GEL
Razem: 9,5 GEL

Wyżywienie: około 150 GEL

Wszystko razem: 300PLN + około 380 GEL
_________________
Relacja z wyprawy na wulkan Yake Dake w Alpach Japońskich

Relacja z Gruzji
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 10 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group