| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum k2-base-camp-kazdemu-jego-trekking-w-karakorum,215,188666 | Strona 1 z 1 |
| Autor: | hiszpan [ 07 Wrz 2026 18:53 ] |
| Temat postu: | K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
K2 - drugi, najwyższy szczyt na ziemi; 8611 metrów n.p.m. Niedostępna góra, którą nawet miejscowe plemiona nigdy nie nazwały. K2 pozostała jako nazwa oficjalna po tym jak brytyjski geograf T.G. Montgomerie oznaczył go jako drugi na swojej mapie (po K1 – dzisiejszym Maszerbrumie). Nie tak łatwo go zobaczyć, nie wiedzie do niego żadna prosta droga. Trzeba przedrzeć się przez cały lodowiec Baltoro i zajrzeć w bok z bazy w Concordii aby go dojrzeć, tak dobrze jest ukryty. Ile osób weszło na szczyt K2 w 2026 roku? Odpowiedź brzmi: ZERO. To najtrudniejszy ośmiotysięcznik do zdobycia. Pogoda jest niesamowicie kapryśna na tej górze. Corocznie ginie podczas wspinaczki co najmniej kilka osób. K2 zyskała angielską nazwę „The Savage Mountain” czyli „Dzika góra” lub po prostu „Góra Śmierci”. Moja fascynacja tym szczytem rozpoczęła się od obejrzenia filmu „K2” z 1991 roku z Michaelem Biehnem. Zobaczenie K2 na własne oczy stało się od tej pory moim marzeniem. Stał się dla mnie nawet bardziej pożądany niż sam Mount Everest. Po zeszłorocznym przejściu Annapurna Circuit poczułem wiatr w żagle i chęć zmierzenia się z tym moim górskim nemezis – czyli konkretnie dotarciem do K2 Base Camp, który znajduje się na wysokości około 5100 metrów n.p.m. i ponad 90 kilometrów od pierwszej bazy gdzie da się dotrzeć terenówką. To będzie trekking a nie wspinaczka wysokogórska czyli w moim zasięgu, zwykłego zjadacza chleba, który już liznął trochę chodzenia po górkach i nie boi się wysokości. Oczywiście trzeba wynająć przewodnika, porterów i muły aby dotrzeć na miejsce. Nie ma tam żadnej infrastruktury. Wszystko łączenie z jedzeniem i namiotami trzeba przynieść ze sobą i na dodatek wynieść śmieci. Całość trekkingu odbywa się w Karakorum w Pakistanie, obszarze lekko niestabilnym politycznie i ciągle pod nadzorem wojskowym (do tej części Kaszmiru roszczą sobie prawa Indie). Trudnością nie będą strome podejścia, ale bardzo wyczerpująca wędrówka powyżej 4000 metrów po niestabilnym lodowcu Baltoro. Dziennie trzeba pokonywać odległości rzędu 15-20 kilometrów pod górę i nawet więcej podczas schodzenia. Nie jest to łatwa wycieczka górska typu „Bieszczady” jak się domyślacie. Zebrałem moją zeszłoroczną ekipę „oldbojów” (tylko jeden z kolegów nie mógł jechać ale zgłosił się inny chętny przyjaciel) i ruszamy pod koniec sierpnia na ponad dwa tygodnie do Pakistanu po uprzednim załatwieniu wszystkich formalności i specjalnych pozwoleń połączonych ze zdobyciem „Mountaineering & trekking visa”. Jak prezentuje się K2 o poranku widziany z Broad Peak Base Camp? Ile ośmiotysięczników można na raz zobaczyć z campu Concordia? Jak wygląda baza pod Broad Peakiem po zakończeniu sezonu wspinaczkowego? Czy Grupa Trango wraz ze słynnym Tower wygląda bardziej groźnie przy złej pogodzie? Czy na lodowcu Baltoro występują jakieś inne kolory niż czerń i biel? Jakie ozdoby ma typowa ciężarówka w Pakistanie? Czy zatrzymała nas lawina na Broad Peak? No i kluczowe pytanie – czy zdobyliśmy K2 Base Camp? O tym wszystkim będzie ta relacja. Przygotujcie się na wiele odcinków i bardzo dużo zdjęć. Podsumowanie kosztów i odpowiedzi na pytania zamieszczę na końcu. Miłego czytania 😊. | |
| Autor: | hiszpan [ 08 Wrz 2026 15:36 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Przygotowania do wyprawy zaczynam pół roku wcześniej. Nie ma takiej możliwości aby zdobyć odpowiednie pozwolenia samemu ani zorganizować ten trek na własną rękę więc otwieram mapę google miasta Skardu i wyszukuję sobie lokalne agencje. Znalazłem ich co najmniej pięć i piszę do wszystkich pytanie o wynajem porterów, organizację pozwoleń i przewodnika. Wszystkie co do jednej odpowiadają praktycznie tego samego dnia (komunikatorem przewodnim jest whatsapp). Ceny w zasadzie są podobne. Tylko dwie mają jakieś odpalone ceny w kosmos. Największa różnica wynika z decyzji czy chcemy dołączyć do już zorganizowanej grupy czy wolimy osobną karawanę tylko pod naszą szóstkę. W naszym przypadku liczy się czas. Chcę zmieścić się w dwóch tygodniach ze względów urlopowych i innych zobowiązań. Zgranie sześciu osób to też wyzwanie, więc okazuje się, że pasuje nam tylko jedno okno czasowe – od 22 sierpnia do 6 września. Niestety w tym terminie żadna z agencji nie ma gotowej grupy do której można dołączyć. Robimy więc harmonogram szyty tylko dla nas 😊. Różnica w koszcie to rząd około 200 USD. Wybieram w końcu jedną z ofert, która najbardziej mi pasuje. W dwa tygodnie zrobimy tak zwany Skardu-to-Skardu trek bez przełęczy Gondogoro. Do Skardu dotrzemy na własną rękę pomimo, że agencja oferuje kompleksowe usługi. Abbas jest bardzo pomocny i szybko uzgadniam z nim wszystkie szczegóły. Wpłacamy zaliczkę po 170 USD i dostaję komplet dokumentów wraz z zaproszeniem, skanem licencji biura i przewodników oraz pismem przewodnim agencji do załatwienia tak zwanej „Mountaineering & Trekking Visa”. Abbas doradza aby nie kupować jeszcze biletów lotniczych zanim nie przyznają nam wizy. Musimy wypełnić na stronie www wizowej dość skomplikowany formularz z dokładnym opisem naszego treku, załączyć zdjęcie, opłacić wniosek (35 USD) i uzbroić się w cierpliwość. Nasze wizy przychodzą po 35 dniach, ale jeden z kolegów czeka równo jeszcze jeden miesiąc dłużej. Po interwencji w ambasadzie otrzymujemy w końcu komplet dokumentów. Kupuję bilety lotnicze. Do Islamabadu zawiezie nas z Warszawy Air Arabia plus Fly Jinnah (te linie mają codeshare więc lecimy na jednym bilecie z bagażem nadawanym prosto do Islamabadu). Loty do Skardu odbywają się tylko rano więc przenocujemy w Islamabadzie i rano używając Pakistan Airlines skoczymy do Skardu. Aby trochę zobaczyć więcej Pakistanu, powrót zaplanowałem przez Karaczi. Ze Skardu to też będzie Pakistan Airlines a do Warszawy zabierze nas z przesiadką w Abu Dhabi, Etihad Airways. Wszystko to w całkiem dobrej cenie 😊. W międzyczasie trenujemy, głównie na bieżni ustawionej ze wzniosem oraz podbiegi na wiadukty (lub szybkie marsze pod górkę). W lipcu weekendowo zaliczam jakieś pomniejsze górki rzędu 1300m aby się rozruszać. To powinno wystarczyć (mamy doświadczenie z lat ubiegłych). Czeka nas ponad 190 kilometrów do przejścia po bardzo trudnym terenie, głównie po lodowcu Baltoro. Przewidywane przewyższenia nie są aż tak duże: Pogadałem z Abbasem jak będzie wyglądać nasza logistyka. Bierzemy 11 ludzi w tym przewodnika, porterów i kucharza. Do tego zapas żywności dla wszystkich w tym trochę żywych kur. Dodatkowo do porterów będzie jeszcze 9 mułów oraz osłów. No prawdziwa karawana 😊. Nasz bagaż, który oddamy do noszenia nie może przekroczyć 17 kilogramów. Abbas wysyła mi szczegółową listę rekomendowanych rzeczy do spakowania. Dla mnie to nie pierwszyzna więc pakuję się dość kompaktowo i mieszczę się finalnie w 15 kilogramach: Na lodowcu w nocy będziemy się spodziewać ujemnych temperatur (do -15C) więc śpiwór musi być naprawdę porządny. Kilka bluzek termicznych też się przyda. Lepiej wziąć kilka warstw cieplejszych niż wielką i ciężką kurtkę zimową. Nadchodzi moment wyjazdu, AirArabia zabiera nas w piątek wieczorem bezproblemowo do Szarży, tam mamy 2,5 godziny czekania na lot Fly Jinnah do Islamabadu. Zabukowałem hotel w Islamabadzie względnie blisko lotniska, bo nazajutrz wcześnie rano mamy lot do Skardu. W Islamabadzie działa Yango, apka typu Uber. Za całe 730 rupii (czyli 9,88zł) razy dwa, dostajemy się do hotelu. Jest wczesne popołudnie więc na recepcji pytam o samochód z kierowcą aby nas trochę powoził po Islamabadzie. To oczywiście żaden problem i już za chwilę mamy busika na naszą 6-kę na całe popołudnie (za 18k rupii). Islamabad nie ma czegoś specjalnego do zaoferowania turystom więc po krótkich konsultacjach z „ejajem” prosimy o zawiezienie pod Meczet Króla Fajsala. Jesteśmy jedynymi turystami w okolicy i doświadczamy po raz pierwszy niezwykle miłego kontaktu z miejscowymi. Sporo ludzi podchodzi do nas się przywitać, zapytać skąd jesteśmy i życzyć powodzenia. Nie spotkało mnie takie coś nigdzie jeszcze w takiej skali. Wszyscy dookoła się do nas uśmiechają i czujemy się naprawdę komfortowo i bezpiecznie. Przed meczetem jest sporo straganów z przekąskami i napojami. Korzystamy, zwłaszcza że ceny są śmiesznie niskie. Kolejnym punktem jest Margalla Hill Viewpoint. Taras w górach z widokiem na cały Islamabad. Niestety miasto jest pogrążone w smogu i niewiele widać. Meczet Króla Fajsala z góry: Przyjeżdżają tu całe rodziny z dziećmi na spędzenie miło czasu. Oczywiście już po chwili zdobimy zapewne mnóstwo wpisów z pakistańskich sieciach społecznościowych jako lokalna atrakcja, chyba połowa miejscowych robi sobie z nami fotki. Kolejnym miejscem na liście jest Pakistan Monument. Bardzo ładny pomnik w kształcie otwierającego się kwiatu symbolizuje jedność narodu. Cztery płatki reprezentują wszystkie ludy mieszkające w Pakistanie – Pasztunów, Punjabi, Baloch i Sindhi. Kończymy w fajnej, polecanej restauracji niedaleko naszego hotelu na pakistańskim mutton karachi. Nasz hotel by night. Nie mamy żadnych obaw spacerując po zmroku, czujemy się naprawdę bezpiecznie. Ale przed wejściem do hotelu czuwa ochroniarz z kałachem przewieszonym przez ramię. Rano Pakistan Airlines zabiera nas do Skardu, to tylko godzina lotu z Islamabadu. Skardu leży już wysoko w górach, praktycznie w kotlinie, więc podejście do lądowania (oczywiście jak są warunki, loty dość często są odwoływane) jest też ciekawe: A tak te zakręty wyglądają z kabiny: Lotnisko cywilne dzielone jest z wojskiem. Zrobiłem rezerwację na pierwszą noc w tanim Zimsa Skardu Resort (adres był potrzebny do otrzymania wizy) i chłopaki odbierają nas dwoma samochodami z lotniska. Szybko zaprzyjaźniamy się z miejscowym taksiarzem. Chłopaki z agencji wpadną do hotelu zgarnąć resztę kasy, nasze paszporty i zdjęcia potrzebne do załatwienia trekking permit (150 USD) i opłacenia Environmental fee (190 USD) – takie haracze na początek. Hotel za 120zł za dwuosobowy pokój ze śniadaniem jest bardzo przyzwoity. W oczekiwaniu na dokumenty idziemy się przejść po Skardu. To nie jest turystyczne miasteczko w górach jakby się można było spodziewać tylko zwykła zapchana pakistańska wiocha z milionem sklepików i zakładów usługowych sprzedających wszystko wszystkim. Miejscowy meczet jest nawet ładny: Rano poznajemy Abida, naszego przewodnika. To młody chłopak pochodzący z Askoli, pierwszej wioski na szlaku. Wsiadamy do dwóch terenowych toyotek. Nasz pierwszy cel, właśnie wioska Askoli, leży ponad 140 kilometrów od Skardu i ten odcinek pokonamy samochodami. Będą to już wąskie, górskie dróżki więc terenówki są jedynymi możliwymi pojazdami na ten dojazd. Mamy to oczywiście w pakiecie. Po drodze coraz bardziej górskie krajobrazy. Mijamy mosty i rzeki. Podpatrujemy lokalnych mieszkańców. Pniemy się coraz wyżej, Askoli leży na wysokości 3000m n.p.m. Podróż trwa długo między innymi dlatego, że chłopaki muszą pogadać z każdym napotkanym kierowcą samochodu z naprzeciwka! Jest to bardzo zabawne Na 10km przed końcem trasy psuje się nasza toyotka. Chłopaki robią szybką rozkminę i z pobliskiej rzeki dolewają płynu do chłodnicy 😊 Jedziemy dalej. W końcu po siedmiu godzinach (!) dojeżdżamy do Askoli. To mała mieścina z prostym campingiem. Będzie to nasz pierwszy nocleg w namiotach. Poznajemy naszą ekipę, która uwija się gotując już dla nas obiad. Ale najpierw ważenie bagaży! No tak jak pisali, sprawdzają dokładnie czy któraś z naszych miękkich toreb nie przekracza 17 kilogramów. Mamy chwilkę więc idziemy na spacer po okolicy. W Askoli jest malutkie muzeum miejskie, gdzie można znaleźć artefakty z wczesnych wypraw na K2 sławnych himalaistów i podpatrzeć jak żyło się tutaj 100 lat temu: Wioska jest ładnie położona na zboczu doliny rzeki Braldu. Tutaj właśnie jutro rano rozpoczniemy nasz trekking. Zapowiada się piękna pogoda. Stay tuned… | |
| Autor: | cart [ 08 Wrz 2026 19:21 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Przekozak jesteś. Też odkąd oglądałem K2 to marzył mi się wyjazd tam. Szkoda, że będąc tak blisko nie zobaczę go. | |
| Autor: | hiszpan [ 09 Wrz 2026 11:52 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Abid odwiedza nas tuż po obiedzie na pierwszy briefing. Nasz dzień będzie wyglądał następująco: pobudka zwykle około 5.15-5.30 (robi się wtedy widno), śniadanie w specjalnym żółtym namiocie będziemy mieli o 6 rano i po nim tak około 6.30-6.45 wyruszamy na szlak. Trzeba do tego czasu spakować i oddać bagaże do załadowania do worków jutowych, które będą nosić nasze muły. Po około 8-10 kilometrach będzie serwowany lunch w terenie, zwykle coś na ciepło. Przewidywany termin dotarcia do kolejnego campu to 14-15sta i tam o 18-tej będzie serwowana obiadokolacja na ciepło. I tak codziennie przez dwa tygodnie. Ekipa będzie zawsze gotować dużo wody więc wieczorem i rano będziemy mieli możliwość napełnienia naszych bukłaków, butelek lub camelbacków w zależności kto co niesie. Sugerowana ilość wody do zabrania to około 3 litry na dzień. W podręcznych plecakach warto mieć coś przeciwdeszczowego, dodatkową ciepłą warstwę, batony proteinowe i na początek więcej nie ma co dźwigać. Ja biorę jeszcze moją lustrzankę więc mój bagaż rano z wodą będzie miał lekko licząc około 8 kilogramów. W Askoli nie ma już zasięgu naszych komórek (jest sieć ale nie ma z nią roamingu nikt z nas). I tak na następne dwa tygodnie tracimy całkowitą łączność ze światem – no internet ani komórki 😉 Nasze pierwsze śniadanie wygląda tak: Owsianka lub płatki, omlety, jajka sadzone, tosty i roti. Zawsze jest kawa i herbata, miód, nutella, masło orzechowe i dżem. Głodni na pewno nie będziemy na tym trekkingu 😊. Ale mamy też pierwszy „zonk”! Jeden z kolegów budzi się zziębnięty mocno po nocy w namiocie. Za chwilę wali się dłonią w czoło – wziął nie ten śpiwór na trek. Kardynalna pomyłka przy pakowaniu, ma letni śpiwór z komfortem na +5C. To zdecydowanie za mało. Idę pogadać z Abidem, ten drapie się po głowie i obiecuje coś wymyślić. - Oj zmarzniesz brachu! – pocieszamy na wesoło naszego towarzysza, któremu akurat wcale nie jest do śmiechu. Na szczęście ciągle jesteśmy w Askoli i Abid woła nas gdzieś do wioski, tam jakiś lokales oferuje wypożyczenie ciepłego śpiwora za całe 50 USD na dwa tygodnie. Ufff- kasa do przełknięcia ale poważny problem rozwiązany. Ruszamy w końcu Słoneczko świeci i już po pierwszych 2 kilometrach rozbieram się do krótkiego rękawka. Pierwszą rzeczą, którą musimy zrobić to jest zameldowanie się w biurze parku. Nasza mapa trekkingu: To tylko formalność, więc zaraz idziemy dalej. Abid zapowiedział nam, że pierwsze dwa dni to niewymagający trekking wzdłuż rzeki Braldu z niewielkimi przewyższeniami. Łatwe dwa dni z 40 kilometrami w sumie do przejścia. Na horyzoncie majaczy coś o wiele trudniejszego co nas czeka w następnych dniach. Zaczynamy podziwiać pierwsze widoczki na góry Karakorum. Mija nas helikopter, zakładamy, że leci po kogoś. Jest przepiękna pogoda i bardzo ciepło. Krajobrazy są cudowne a droga łatwa. Spotykamy pierwszą grupę powracającą. To Brytyjczycy. Nosy mają trochę na kwintę jak pytam jak im poszło. Okazuje się, że dotarli do Concordii w bardzo złych warunkach atmosferycznych – wiało, lało i było mega zimno. Na dodatek kilku z nich się pochorowało na żołądek i podjęli decyzję o powrocie bez ataku na bazę przy K2 Miejscowi nie mają oporów z piciem wody prosto z górskich strumyków: Roślinność zanika, oprócz ptaków wronopodobnych widzimy tylko jaszczurki: Spotykamy jednego z naszych porterów. Niesie krzesełka plastikowe, my ubrani w trekkingowe ciuchy a on w starych sandałach… Cały dzień mija nam szybciutko na pięknym „spacerku”. Naszym celem dziś jest camp Jhula. Ostatnie parę kilometrów to ścieżka wykuta w skale. Oraz wąska kładka nad strumieniem. Drugi camp jest w szczerym polu. Mały kamienny budyneczek i pole namiotowe. Jesteśmy sami jak palec. Patrzę jak chłopaki rozbijają obóz, dochodzą nasze muły i osły i cała ekipa sprawie zwija się przy pracy. My siedzimy sobie na słoneczku na przyniesionych przez młodego portera plastikowych krzesełkach i nic absolutnie nie musimy robić oprócz rozłożenia własnej karimaty i śpiwora. Stadko naszych kurek biega sobie swobodnie po obozie. Dziś będzie o jedną mniej po kolacji…. Tak wygląda nasz namiot kuchenny: W bazie Jhula można kupić 2-litrową colę. Kosztuje 1000 rupii (w sklepie w Skardu była za 400 rupii). I teraz ciekawostka – taką colę będzie można kupić praktycznie w każdym campie po drodze tylko za inną cenę. W Paju to będzie 1500 rupii, w Urdukas 2000, a na samym K2 Base Camp przyjdzie do nas lokales oferując ją za 5000 rupii Noc jest o wiele cieplejsza niż w Askoli. Zmrok zapada już o 19-tej. Chłopaki odpalają na godzinkę generator prądu. Mamy możliwość doładowania komórek, zegarków i powerbanków. Codziennie będzie na to około godziny. O 20-tej cały obóz idzie spać. No i my też. Spać mi się będzie znakomicie na tym wyjeździe w namiocie pod ciepłym śpiworem. Rano nasz cykl powtarza się niezmiennie. Po śniadaniu (zestaw prawie taki sam przez całe dwa tygodnie) ruszamy na kolejny łatwy 20-kilometrowy odcinek. Czeka nas 400m przewyższeń, ale mocno rozłożonych na trasie więc bez żadnych wymagających podejść. Teren robi się trochę trudniejszy, więcej chodzimy po kamieniach niż ścieżce. W pewnym momencie dostrzegam coś mega świecącego na biało wśród gór w oddali. Abid objaśnia – Jest super przejrzyste powietrze dziś i to co widzicie to … Broad Peak!!! Mamy do niego jeszcze jakieś 70 kilometrów. Widać go stąd tylko z tego jednego miejsca. Przed campem Paju teren robi się coraz bardziej wymagający ale dalej bez żadnych trudnych podejść. Docieramy do Paju Camp. Jest ciągle bardzo ciepło. W Paju odkrywam w jednej z toalet deskę (wszystkie inne na całym treku to na narciarza). Camp jest fajnie położony wśród oazy z drzew. Spotykamy drugą grupę, Niemców tym razem. Byli na wspinaczce na Trango Towers. Mieli dwa dni dobrej pogody i dwie osoby w grupie osiągnęły szczyt. To są prawdziwi wspinacze. Ale jesteśmy wspólnie na campie więc mamy ten sam status Wieczorkiem zwyczajowa odprawa z Abidem. Mam w moim planie następny przystanek w Urdukas. Abid opowiada, że jutro dochodzimy do Khorbutse. Moment – coś się nie zgadza. Wyciągamy nasz otrzymany od agencji plan a Abid pokazuje swój. No i zonk. Ma zupełnie inny plan niż my, dłuższy o 4 dni! No way- mamy kupione bilety powrotne i nie możemy sobie ot tak przedłużyć. Szybkie konsultacje i wychodzi, że chyba ktoś się rąbnął i to nie raz w naszej agencji. Nie dość, że nasz plan jest kompletnie od czapy (pewnie dla wyczynowców typu Adam Bielecki jest super) to jeszcze nie zgadza się z tym co ma w zamiarze Abid. Idzie gdzieś dzwonić (on ma zasięg, my nie) i wraca z propozycją nowego planu. Kreślę długopisem na kartce nasz nowy routing, zniknął dzień na odpoczynek i na koniec mamy sporo do przejścia w dół: Ale – uprzedzając fakty: ten plan będziemy modyfikować przez najbliższe dwa tygodnie jeszcze …. 6 razy!!! Przed nami czoło lodowca Baltoro, od jutra zaczną się prawdziwe schody. c.d.n. | |
| Autor: | hiszpan [ 10 Wrz 2026 10:09 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Łatwo już było trzeba sobie powiedzieć. Najbliższe cztery dni to wspinaczka do góry prawie w całości po niestabilnym lodowcu Baltoro. Wyruszamy wcześnie rano o czasie i widzimy jęzor lodowca przed sobą. Paju Camp jest na wysokości 3410m n.p.m. a Khorbutse gdzie dziś idziemy na 3830m. Niby niewiele, odległość tylko 12 kilometrów ale jak popatrzyliśmy sobie na profil szlaku to okazuje się, że dziś podejdziemy pod górę 725 metrów a w dół 287m. I to jest prawdziwy obraz naszej trasy na następne dni. Mnóstwo małych górek i podejść kończących się ponownym zejściem bez zyskania wysokości. Na dodatek teren robi się trudny, idziemy po zwałach kamieni niesionych przez lodowiec i gdzieniegdzie wystaje czysty i śliski lód. Na jednej z pomniejszych wzniesień Abid łapie mnie za rękę i pokazuje coś w oddali. Robię zdjęcie na zoomie i….. - Tak, to sam szczyt K2 widziany trochę z boku. Mamy niesamowite szczęście z przejrzystością powietrza. Do K2 jest coś około 50km stąd. Widać go tylko tutaj z tego miejsca, potem dopiero z Concordii – opowiada uśmiechając się. Wow, widziałem już z oddali Broad Peak a teraz czubek K2! Jakby nie było pogody dalej to mam taką namiastkę. Idziemy dalej przez początek lodowca, widać skąd się bierze rzeka. Po paru kilometrach otwiera się nam widok na Trango Towers: Pięknie stąd widać ten strzelisty szczyt Trango II, który ma wysokość 6237m n.p.m. Trango Towers stanowią osobne wyzwanie w Karakorum jako cel wypraw wspinaczkowych. Wcale się nie dziwię – ma gładkie, prawie pionowe ściany o kilometrowych długościach (podobno najdłuższa taka pionowa ściana na świecie) i prawie na pewno jest jednym z najtrudniej zdobywanych szczytów po K2 oczywiście. Ich widok naprawdę zapiera dech! Po ośmiu kilometrach robimy sobie przerwę w campie Liligo, gdzie nasza ekipa serwuje nam zupkę i makaron. Dookoła już wysokie góry. Do Khorbutse zostało już tylko 4 kilometry, które jakoś schodzą dobrze. Idziemy skrajem lodowca podziwiając wielkie zwały lodu. Cały czas coś się tam dzieje, obsypują się skały, słychać trzaski i pomruki. Baltoro zachowuje się jak żywy organizm. Jeszcze jedna rzeczka z mostkiem i już widać niskie budyneczki campu Khorbutse. Czekają na nas oczywiście krzesełka i korzystamy z ostatnich promyków słońca w krótkim rękawku. Jak tylko zachodzi robi się przeraźliwie zimno. Czuć ten mroźny podmuch lodowca. Camp Khorbutse jest położony dokładnie na wprost Trango Castle – czołowej formacji Trango Group. Po kolacji jak zwykle mamy pogadankę z Abidem. Tak jak się spodziewaliśmy ma dla nas całkiem nowy plan na najbliższe dni Wygląda to już o wiele lepiej, ale jak zapowiadałem, będziemy jeszcze sporo tu zmieniać w kolejnych dniach. Abid zapowiada na jutro bardzo trudny technicznie odcinek. Zwłaszcza między Khorbutse a Urdukas musimy przejść przez dwa pola lodowca, gdzie schodzą często lawiny i nie ma jednej ścieżki a jest za to nagromadzenie dużych głazów. Całość na jutro aż do Gore I to 13 kilometrów. Gore I jest już na 4170m n.p.m. ale do góry i w dół będziemy szli odpowiednio 711m i 356m. Niestety w nocy zaczyna padać Wstaję o brzasku pełen najgorszych przeczuć, wyglądam z namiotu a tam…. …. ani jednej chmurki na niebie Ruszamy, Abid uśmiecha się pod nosem – Zaraz za załomem skalnym coś zobaczycie. – zapowiada tajemniczo. Przeszliśmy 2 kilometry i nagle …. BACH! Broad Peak (8051m) w pełnej krasie bez najmniejszej chmurki! A obok – Gaszerbrum IV z wychylającym się zza niego tak zwanym „Hidden Peak” czyli Gaszerbrum I (8068m)!!! Abid śmieje się widząc nasze opadnięte szczęki. – Ten widok będzie nam towarzyszył aż do samej Concordii jak oczywiście utrzyma się dobra pogoda. Ale czas na podziwianie ośmiotysięczników szybko mija bo musimy się uporać z polem wielkich kamieni po drodze. To ciężka wędrówka, gdzie często trzeba pomagać sobie rękami. Sporo czystego lodu wyziera spod kamieni więc miejscami jest bardzo ślisko. Dajemy radę i już po 2,5 godzinie meldujemy się w Urdukas na krótki odpoczynek (i colę za 2k rupii). Tu znajduję też pierwsze tabliczki o zmarłych himalaistach. Najwięcej takich pamiątek jest przypiętych do tzw. Kopca Gilkeya przy K2 Base Camp. Ale i w Urdukas jest polski ślad: Latają tu całymi stadami miejscowe kruki zwane wieszczkami: Tu też po raz ostatni widzimy jakąś roślinność. Urdukas leży wysoko na zboczu, więc są z niego fajne widoczki: Za Urdukas mamy kolejny trudny odcinek tym razem wśród niestabilnych gór lodowych. Jest mniej kamoli ale za to więcej trudnych podejść i zejść po lodowcu. Po prawej odsłania się nam piękny szczyt, nazwany przez Brytyjczyków K1 ale mający swoją lokalną nazwę: Maszerbrum (7821m). Lodowiec Baltoro w tym miejscu to mieszanina brył lodowych przykrytych zwałami gruzu i kamieni. Miejscami widoczki są prześliczne: Kilka kilometrów przed Goro I chłopaki rozkładają nam na lodzie materace i w szczerym polu wśród kamieni pichcą makaronik 😊 Broad Peak i Gaszerbrum widać z każdego miejsca coraz bardziej wyraźnie: Nasze muły i osły też muszą przebrnąć przez ten trudny teren niosąc dodatkowo nasze manatki i wyposażenie obozu. Już niedaleko zaraz za momencik będzie Goro I. Jest! Nasz dzisiejszy obóz rozbity jest w tak zwanym szczerym polu - nie ma żadnej infrastruktury (i nikt nie sprzedaje coli Padamy wyczerpani do namiotów, niby nie było dużo kilometrów, ale teren był bardzo trudny. No i jesteśmy już powyżej 4000 metrów więc w powietrzu zaczęło ubywać tlenu. Jutro już prosta ścieżka do Concordii – tam mam nadzieję zobaczyć K2 w całości. Trzymajcie kciuki za pogodę! Stay tuned… | |
| Autor: | hiszpan [ 11 Wrz 2026 10:19 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Budzę się o brzasku po dość zimnej nocy. Na szczęście ciepły śpiwór i bielizna termiczna robią robotę. Wychylam się za potrzebą, idę w krzaki… wróć, w kamienie 😉. Pogoda będzie przepiękna. Zza ośmiotysięczników pojawiają się pierwsze promienie słońca. Za chwilkę tuż nad szczytem Gaszerbrumu IV pojawia się słońce. Mamy nieziemsko oświetlony obóz. A po drugiej stronie doliny dalej wisi jeszcze księżyc. Do Concordii mamy 16 kilometrów, trzeci ciężki odcinek. Główna baza pod ośmiotysięcznikami położona jest na wysokości 4580m n.p.m. Ale nie ma w planie trasy już takich głębokich dolinek i górek. I rzeczywiście, idziemy po dość równym szlaku z drobniejszymi kamieniami w miarę prosto pod górę. Krajobraz jest księżycowy, co chwila trzeba omijać przepiękne góry lodowe. Ale są też miejscami i trudne odcinki jak trzeba pokonać kilka lodowych rozpadlin. Generalnie odczuwamy, że jest sporo łatwiej niż dzień wcześniej nawet pomimo znacznej wysokości powyżej 4000m. Naprzeciwko niezmiennie Broad Peak i Gaszerbrum. Po bokach inne pomniejsze szczyty Karakorum: Na 10 kilometrze robimy tradycyjną przerwę na makaron. Mam okazję lepiej przyjrzeć się Gaszerbrum I, który wychyla się zza czwórki. A z tyłu ciągle macha do nas Maszerbrum, dziś w "czapeczce". Baza przed nami, której nie ma na mapie to jeszcze nie Concordia ale posterunek wojskowy. Gościnnie korzystamy tylko z kibelka 😉 i to pomimo ostrzeżeń. W bazach panuje bardzo duży rygor zbierania śmieci co do okruszka. Park Narodowy wyznaczył karę 900 USD na organizatora treku jeżeli zostanie przyłapany na zostawieniu choćby papierka. Z tym bardziej zdziwieniem przyglądamy się okolicom posterunku wojskowego – kupa śmieci niesprzątana od lat wala się w promieniu kilkuset metrów od ich campu. No halo! Naczytałem się o Concordii jako o bardzo ruchliwym i zatłoczonym miejscu, gdzie swoje bazy główne robi sporo wypraw do Karakorum. Tym bardziej zdziwiony staję na wzgórzu i …. coś tam jakoś pustawo. No jest to ewidentnie Concordia. Dopiero z tego miejsca można zajrzeć w boczną dolinę, gdzie 12 kilometrów dalej znajduje się K2. Uwierzcie ale nie widać K2 i tej tej doliny z żadnego innego miejsca, dopóki nie wejdzie się do Concordii! Stoi, jest majestatyczny, przepiękny. Wiecznie otoczony chmurkami. Znalezienie momentu kiedy nic go nie otacza graniczy z cudem. Przyglądam się szczytowi, coś tam pewnie mocno wieje dzisiaj. Zapada we mnie jakaś klapka szczęścia, jestem tu, zobaczyłem K2 na własne oczy. Plan minimum zrealizowany Ale z Concordii jest również piękny widok na Broad Peak: I patrzę na sam wierzchołek: A to panorama wszystkich szczytów dookoła: Przyznaję, że co chwila wychodzę z namiotu popatrzeć na K2 Podziwiamy jeszcze piękny zachód słońca nad Baltoro. Jutro ostatni trudny dzień – wspinaczka do K2 Base Camp i nocleg w Broad Peak BC. Pogoda będzie na pewno dobra c.d.n. | |
| Autor: | Legion1 [ 11 Wrz 2026 10:29 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
@hiszpan nawet nie wiem co napisać | |
| Autor: | Yossarian [ 11 Wrz 2026 11:54 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Niezależnie od tego co będzie dalej, gratulacje @hiszpan za świetną wyprawę i zwycięstwo w konkursie na Relację roku | |
| Autor: | brzemia [ 11 Wrz 2026 12:01 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Dokladnie to samo pomyślałem. I kalendarz f4f bedzie w 2027 z górami na bank Wyslane z telefonu przez Tapatalka | |
| Autor: | QbaqBA [ 11 Wrz 2026 15:58 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Super. Jak oceniasz "trudność kondycyjną" w porównaniu do np treku do Everest BC? | |
| Autor: | hiszpan [ 11 Wrz 2026 19:07 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Wstajemy wszyscy w dobrych humorach, zdrowi i co najważniejsze pełni zapału do osiągnięcia celu głównego naszego trekkingu czyli dojścia do K2 Base Camp. Można powiedzieć, że mamy taki mały, własny „atak” na K2 BC 😊. Pogoda jak na zamówienie oczywiście! Teraz trochę od kuchni – Camp Concordia ma żelazne zasady co do toalet. To znaczy są dwa oznaczone miejsca, gdzie należy się udawać w sprawie dwójki. Wszystko musi zostać potem wywiezione. Drugi temat to woda. Na niżej położonych campach takich jak Paju a nawet Khorbutse są lokalne źródełka, gdzie można opłukać ręce i umyć zęby. Już na lodowcu takiego luksusu nie ma. Nasza ekipa przygotowuje nam osobny baniaczek wody tylko do mycia. Zaletą jest, że z samego rana ta woda jest ciepła, wadą, że jest jej niewiele, ale do umycia rąk, twarzy i zębów wystarcza. Trzecia sprawa to nasze kury - rozglądam się i nie ma ani jednej. Dochodzi do mnie, że wczoraj wieczorem zjedliśmy na kolację ostatnią! Jemy śniadanko na bogato – dziś owsianka ma duże wzięcie. Abid zapowiada, że nie będzie dziś lunchu klasycznego. Dostajemy porcje na drogę – gotowane jajko, ziemniaka i jakieś ciastka i orzechy. Czeka nas 12 kilometrów w górę do bazy pod K2 a potem 6 kilometrów zejścia do bazy pod Broad Peak gdzie dziś planujemy nocować. To około 400m w górę, gdzieś pod koniec marszu przekroczymy 5000 m. n.p.m. Czas ruszać, jest 6.30 rano. Zarówno K2 jak i Broad Peak przykryte są czapeczkami z chmurek. Obok K2 mamy mniejszy szczyt wyglądający jak jego miniaturka. Ma „ledwo” 6802 metrów i nazywany jest Angel Peak lub Angelus. Zaraz za Concordią mamy połączenie dwóch jęzorów lodowcowych, naszego Baltoro oraz lodowca spływającego spod K2 zwanego Goldwin-Austen. To niestabilny teren z wieloma szczelinami, który musimy pokonać. Zajmuje to prawie godzinę. Wychodzimy w końcu na główny szlak w górę. Niestety lodowiec Goldwin-Austen to znowu niewygodne kamienie. Rzut oka do tyłu: Ktoś tu zgubił rogi... Ale już po przejściu około 5 kilometrów natykamy się na taką samotną tabliczkę! Wooow, dotarliśmy do Broad Peak Base Camp! Leży ona dokładnie na szlaku na K2. Ale nic kompletnie tu nie ma. Po sezonie wspinaczkowym (który skończył się 15 sierpnia) baza kompletnie opustoszała. Pozostały jakieś elementy namiotu ratowniczego i śmieci (!) Robimy obowiązkową sesję zdjęciową 😊 z naszą flagą narodową oczywiście. Patrzę na Broad Peak. Maciek i Tomek leżą gdzieś tam kilka kilometrów ode mnie Idziemy dalej. Schodzimy z kamieni i Abid kieruje nas prosto na jęzor lodowcowy. - To taka lokalna autostrada – opowiada. I rzeczywiście – lód jest niesamowicie chropowaty i pokryty warstwą małych kamyczków. Idzie się po tym świetnie jak po asfalcie prawie. Nie potrzeba raczków, przyczepność jest doskonała. Mijamy ciekawe głazy wiszące na lodzie. Idę sobie spokojnie i nagle słyszę huk! No jakby jakieś działo ktoś odpalił. Rozglądamy się szybko, ze zbocza Broad Peaku sunie lawina! OMG! Jak ona szybko się przemieszcza. Nagrałem filmik. Patrzę na Abida – stoi spokojnie i ręką daje znak, że nic nam nie grozi. Podchodzę do niego a on opowiada. – Dokładnie tym samym żlebem zeszła lawina 30 lipca. Stałem tu jak teraz z inną grupą. Ale najpierw podziwialiśmy grupę himalaistów wchodzących na Broad Peak. Lawina ogarnęła ich w mgnieniu oka. Mam to też nagrane, pokażę Wam w bazie. Dziś na szczęście nikogo nie ma na zboczu Broad Peaku. Jeszcze chwilkę stoimy wstrząśnięci. 30 lipca zginął tu między innymi słynny Nirmal „Nims” Purja – nepalski himalaista znany ze zdobycia wszystkich ośmiotysięczników w najkrótszym czasie i pierwszego wejścia zimowego na K2. Zdjęcia i filmik nie oddają skali, ale to było potężne zjawisko! Trzeba iść dalej. W którymś momencie zegarek pokazuje mi przekroczenie 5000m 😊 Podchodzimy w końcu pod sam K2. Gdzieś tu jest baza. W końcu doszliśmy – czy to jest ten słynny K2 Base Camp? No najwyraźniej to tu: Niesamowite, zrobiliśmy to. Jesteśmy mega zmęczeni, aż nie ma siły się cieszyć! Zza rogu pojawia się lokales z colą po 5000 rupii Siedzi tu chyba tylko po to aby na niej zarabiać. Mam swoje K2 Base Camp Rozglądamy się, jakiś wodospad leci z góry: Dotknąłem głównej skały K2 - mam Cię czarna góro! Patrzę w górę, są chmurki, ale szczyt co chwila się odsłania: Tak jakby zapraszał mnie do pójścia wyżej – „Chodź, to łatwe, zobacz jaka świetna pogoda, dasz radę, to tylko 3,5 kilometra ….” – kusi. Ale oczywiście zdrowy rozsądek trzyma mnie na miejscu. Trzeba wracać, jeszcze mamy sporo kilometrów do pokonania. Ale na szczęście – tu mnie nachodzi wspaniała myśl – od tego miejsca już wracamy tylko w dół! Pozostał nam jeszcze Kopiec Gilkeya. Tak wygląda z Base Campu. Na miejscu duża szara tablica z nazwiskami Maćka i Tomka. Z polską flagą zatkniętą obok. Ale i wiele innych polskich nazwisk tych co tu zostali na zawsze – „Mrówka”, Wróż, Piotrowski, Syrokomska a nawet Artur Hajzer, który zginął na Gaszerbrum a którego znałem osobiście…. Ale miejsce, ściskające za gardło. Wracamy, już w dół, naszą lodową autostradą. Przed nami hen daleko Concordia. Za mną ciągle K2: Znowu autostrada: Niewiarygodnie, ale bazę pod Broad Peakiem osiągamy w 2,5 godziny. Tam szybki obiad - makaron, dużo makaronu. Jeszcze nam chłopaki przyszykowali deser w postaci puddingu z napisem: Tak – tam jest napisane „Welcome to Broad Peak” jak nam przetłumaczył Abid zdziwiony, że nie znamy angielskiego 😉. Zdejmuję tylko buty i kurtkę i tak jak stoję pikuję do śpiwora, tak jestem zmęczony. Będę dzisiaj spał, cudownie dobrze, prawie 11 godzin! Stay tuned. | |
| Autor: | hiszpan [ 13 Wrz 2026 12:53 ] |
| Temat postu: | Re: K2 Base Camp - każdemu jego trekking w Karakorum |
Budzę się znakomicie wyspany i wypoczęty. Wychlam głowę z namiotu – na niebie ani jednej chmurki 😊. K2 w pełnej krasie na tle naszego obozu w Broad Peak Base Camp. Broad Peak: Robię fotki innych szczytów dookoła o poranku: Zwijamy powoli cały obóz. Przy śniadaniu ustaliliśmy kolejną modyfikacje planu – idziemy dziś prosto do obozu Goro I czyli przed nami około 21 kilometrów. Ale po znanym już terenie i w większości zdecydowanie w dół. Pojawia się więcej chmurek jako zwiastun zmiany pogody. Jeszcze trudne przejście przez skrzyżowanie lodowców. W Concordii tylko krótki odpoczynek i ruszamy lodowcem Baltoro w dół. Mijamy wiele szczelin lodowych, w jednej z nich kilka tygodni temu zaklinował się biedny osiołek. Zamarzł i został tu na zawsze łącznie z bagażem, który niósł. To też otrzeźwienie dla nas, że ciągle znajdujemy się na niestabilnym i niebezpiecznym podłożu. Kolejne upamiętnienia zaginionych himalaistów. Jak wygląda ścieżka? Łatwo ją poznać bo jest upstrzona odchodami mułów i osłów. Jak się człowiek zgubi (a przydarzyło mi się to w okolicach posterunku wojskowego) to należy trochę wrócić i znaleźć nieprzerwany ciąg kupek 😊 Czasami mamy sterty kamyczków ułożone jeden na drugim lub „rzeźby” z opakowań metalowych jako wskaźniki obecności szlaku. Są też miejsca naprawdę śliskie, idziemy przecież po prawdziwym lodowcu. Pogoda psuje się, na szczęście jest to dla nas raczej obojętna wiadomość, bo wszystko już widzieliśmy 😉. Po 11 kilometrach nasza niezawodna ekipa czeka z ciepłym makaronem. Co jakiś czas dostajemy też na lunch „ekstrasy” takie jak serki, ciasteczka czy sardynki. Bardzo nas cieszą te odskocznie smakowe wśród dość monotonnej diety. Mijamy obóz Goro II, rozbiła się tam na noc kolejna ekipa z UK. Tym razem to my jesteśmy ekspertami od dalszej trasy i opowiadamy nasze przygody. Patrząc na mocno zachmurzone niebo chłopaki trochę zazdroszczą naszych fotek. Pogoda to tu najważniejsza rzecz. Ale przed Goro I rozpogadza się ponownie i znowu pięknie widać Maszerbrum. Jeszcze ostatni wysiłek i osiągamy z powrotem znany nam już obóz Goro I. Nasze ośmiotysięczniki zasłonięte całkowicie chmurami. Rzeczywiście te dwadzieścia parę kilometrów nie zmęczyło nas tak bardzo. Już zaczyna się nam tęsknić za ciepełkiem, inną kuchnią, prawdziwą toaletą i prysznicem. Tymczasem śpimy spokojnie kolejną noc w namiocie, ostatnią już bezpośrednio na lodowcu. Późnym wieczorem chmurki znowu sobie gdzieś poszły c.d.n. | |
| Strona 1 z 1 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |