| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Rapa Nui? Tak, przy okazji. rapa-nui-tak-przy-okazji,212,172205 | Strona 2 z 3 |
| Autor: | benedetti [ 23 Wrz 2023 22:05 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Kolejnego dnia mam wycieczkę na Sierra Negra. O poranku, w Villamil ładują nas na ciężarówkę. Pogoda niestety słaba, pochmurno i pada. Na miejscu rozdzielają nas na dwie grupy - angielsko i hiszpańskojęzyczną. Są Brytyjczycy, Duńczycy i Amerykanie w rozmiarze XXL. Już dostaję objawów reakcji alergicznej na obecność w wycieczce zorganizowanej i myślę sobie - pewnie będzie trzeba ciągle czekać na tych Amerykanów, no ale dobra, fajnie jest. ![]() Ruszamy. I tu mnie nieźle zaskoczyli. Dochodzimy do krateru. Widok zza chmur nie poraża. Amerykanie żartują sobie z tego mlecznego widoku. ![]() Dalej trasa prowadzi wzdłuż kaldery. Po dwóch minutach nasza przodowniczka znowu kilkaset metrów z przodu. ![]() ![]() W końcu przy kolejnym postoju mówię przewodnikowi, że chyba nie tak to powinno wyglądać, bo chciałbym zobaczyć wulkan a nie bić rekord prędkości przejścia trasy. W odpowiedzi słyszę, że to ja mam problem, bo wszyscy inni są zadowoleni. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() W drodze powrotnej powtórka z rozrywki. Moja grupa popędziła, a ja wracałem sobie swoim tempem w okolicy grupy hiszpańskiej. Wtedy zrozumiałem, że to rzeczywiście ja miałem problem. Trzeba było do tego od początku podejść na luzaka. Tak właśnie działają różnice kulturowe. ![]() ![]() ![]() W ostatni wieczór na Isabeli postanowiłem połazić po kamienistym wybrzeżu wokół Villamil. Jest pięknie i znowu spotykam pingwiny. ![]() ![]() ![]() Przycupnąłem sobie obok jednego i posiedzieliśmy tak sobie do zachodu słońca. ![]() ![]() Kolacja jak zwykle w Albicie. Tym razem ryba guaju. Znowu dobry posiłek. | |
| Autor: | benedetti [ 30 Wrz 2023 22:07 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Pobudka tuż po 4:00 ponieważ o 5:30 odpływa prom na Santa Cruz. Miał być New Ocean jak w drodze tam, ale tym razem trafiam na Neptuna i jest kiepsko. Zamiast wygodnych foteli, ławeczka wzdłuż burty, łódź pełna i siedzimy w ścisku. Na domiar złego, Holendrzy mieli rację. Bardzo rzuca. Co jakiś czas ekipa musi przesunąć się do przodu, bo wszyscy zsuwają się w kierunku rufu. Siedzący z tyłu dostają płaszcze przeciwdeszczowe, bo woda niemalże się na na nich leje. Przeprawa była okropna do tego stopnia, że po przybyciu do Puerto Ayora odechciało mi się wszystkiego, łącznie ze zwiedzaniem i jazdą do tuneli. Dobrą godzinę trwało, zanim do siebie doszedłem. ![]() Wczesnym popołudniem płynę do Puerto Baquerizo Moreno. Ciekawy jestem jaka łódź tym razem. Nazwy nie pamiętam, ale jest zdecydowanie większa niż te do tej pory, co napawa mnie optymizmem. Niestety wchodząc na pokład, większość miejsc była już zajęta i wolne zostały tylko te z przodu. No trudno. Wielkość łodzi niestety nie pomogła. Ten odcinek był absolutnie najgorszy. I nie chodzi nawet o to, że bujało. Najbardziej nieprzyjemne były uderzenia łodzi o taflę wody, które wywracały wszystkie wnętrzności, doprowadzając wręcz do bólu. Choroby morskiej nie doświadczyłem, ale miałem wrażenie, że mój żołądek zamienił się miejscem z sercem a płuca z nerkami. Nigdy więcej! Gdybym wcześniej wiedział jak to będzie wyglądało, to nie zastanawiałbym się ani sekundy by dopłacić do samolotu. IMHO po prostu szkoda własnego ciała, by nim tak poniewierać. ![]() Pierwsze wrażenie Baquerizo Moreno - dość turystycznie, ale całkiem przyjemnie. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Kolację jem w Rincon del Sebas. Jest ciut drożej niż na Isabeli. Niestety dostaję jakichś sensacji żołądkowych. Trochę dziwne, bo jedzenie było bardzo smaczne. Może coś nie halo było z baniakową wodą. Trudno powiedzieć. ![]() | |
| Autor: | benedetti [ 01 Paź 2023 22:39 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
W Puerto Baquerizo Moreno śpię w Casa Alexita. Jest dobrze i tanio, a właścicielka jest wyjątkowo przyjazna. Przy śniadaniu uskuteczniamy małą pogawędkę z Aleksandrą i jej kilkuletnią córką Nataszą. Zaciekawił mnie ten niezbyt “hispanico” dobór imion. Już wcześniej zauważyłem, że w Ameryce Południowej zdarzają się takowe dość często i zastanawiało mnie jaka jest tego geneza. Mówię, że Natasza brzmi słowiańsko (chciałem być bardziej precyzyjny, ale słowo to nie przeszło mi przez gardło) i zapytałem skąd taki pomysł. Aleksandra odpowiedziała, że po prostu zobaczyła je w internecie i jej się spodobało. To wiele wyjaśnia. Na kwaterce rezydował też francuskojęzyczny Kanadyjczyk, nauczyciel fizyki. Typ takiego “backpackersa trzeciego wieku” ![]() Droga do plaży biegnie wzdłuż pasa startowego. ![]() ![]() Co ciekawe, lotnisko nie jest ogrodzone i tym samym zabezpieczone przed wejściem osób postronnych. Do samej plaży prowadzi asfaltowa droga. Pogoda w końcu znakomita. Trzeba tylko uważać na słońce, bo praży niemiłosiernie. Na San Cristobal zwierzyniec wydaje się być nieco inny niż na Santa Cruz i Isabeli. W oczy rzuca się zdecydowanie mniejsza ilość iguan, za to lwów morskich jest wszędzie pełno. Loberia nie jest szczególnie ciekawa. Trochę lwów morskich, trochę pluskających się turystów. ![]() ![]() Idę dalej w kierunku Piedras Negras. Dochodzę dom klifu, gdzie kończy się szlak i dalej iść nie można. A na klifie zatrzęsienie różnego rodzaju ptactwa. Jest sporo głuptaków niebieskonogich i fregat. W wodzie z kolei widać co najmniej kilka żółwi morskich. Rewelacja. Siedzę tam dobre pół godziny. ![]() ![]() ![]() ![]() W drodze powrotnej próbowałem szukać ścieżki na Mirador la mina, ale takowej nie znalazłem. Może trzeba było szukać z drugiej strony. ![]() Przy szkole kilka całkiem fajnych murali. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Wracam do swojej casy, żeby się nieco odświeżyć i w drogę na drugą stronę (Tijeretas). Mijam plaże Mann. Dużo ekwadorskich turystów, kolejki do obwoźnych lodów z automatu i tego typu sprawy. ![]() W Visitors Centre kilka całkiem ciekawych wystaw. Zatrzymałem się na chwilę przy planszy, przy której przewodnik opowiadał o tajemniczej historii dotyczącej Floreany. ![]() Pierwszymi osadnikami na wyspie byli Niemcy, dentysta - dr Friedrich Ritter i jego pacjentka Dore Strauch, którzy zaczęli nowe życie w odizolowaniu od cywilizacji. Prędko dołączyło do nich małżeństwo - Hans i Margaret Wittmer marzący o budowie hotelu. Jedną z ciekawostek jest to, iż ich syn, widoczny na jednym ze zdjęć jest pierwszym człowiekiem urodzonym na Galapagos. Trzecią grupą osadników była tajemnicza austriacka baronowa, która przypłynęła na wyspę w towarzystwie dwóch kochanków - niewolników. Sielanka życia w “raju” nie trwała jednak długo. Część pionierów zmarła w tajemniczych i do dziś niewyjaśnionych okolicznościach, a część dała dyla do Europy. Na Galapagios jednak nadal żyją niektórzy ich potomkowie, jak również do dziś stoi hotel Wittmer. Zainteresowanych szczegółami tej historii odsyłam do innych źródeł: https://podroze.onet.pl/ciekawe/nie-tyl ... ie/4s4v9cs https://podroze.onet.pl/ciekawe/seks-ch ... os/kb3tf5t Jest w tym coś, że Niemcy darzą Galapagos szczególnym zainteresowaniem. Jak już wcześniej pisałem, nacja ta, spośród narodów europejskich była tam przeze mnie zdecydowanie najczęściej spotykana. Z kolei to, jak mało “skażone” ludźmi jeszcze do niedawna były wyspy, pokazują poniższe zdjęcia satelitarne. ![]() ![]() ![]() ![]() Dziś, w zasadzie nadal, poza portami, duża część wysp pozostaje niemal niezamieszkała. Podczas ostatniej erupcji Sierra Negra na Isabeli kilka lat temu, gdy lawa kierowała się w stronę północnej, niezamieszkałej części wyspy konieczna była ewakuacja 50 (!) osób. Idę na Mirador Cerro Tijeretas ![]() ![]() i dalej w kierunku plaży Baquerizo. ![]() ![]() ![]() Klimaty podobne jak na Isabeli, jest super. Idę jeszcze po kamolcach kawałek za plażę, do najbliższego cypla, gdzie spotykam pelikany kamuflujące się “na Kicker Rock”. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Wracam do Tijeretas. Widoki bajka. ![]() ![]() ![]() Przy Muelle Tijeretas stoi dość kiczowaty pomnik Darwina, ![]() ![]() a kawałek dalej zardzewiała obrona wybrzeża. ![]() Punta Carola - plaża, jak plaża, nie zrobiłem nawet zdjęcia. Wracam do portu na zachód słońca. ![]() ![]() ![]() Między kamieniami przemyka szczur, jeden z przywleczonych gatunków, z którym bardzo intensywnie walczą ekolodzy. Trzeba teraz coś zjeść. Od kilku dni jem rybę z ryżem. Smakuje mi to, ale mam chęć na odmianę, więc udaję się do polecanej na forum knajpki Millenium. ![]() Zamawiam burgera, który jest bardzo taki sobie. Żołądek jeszcze od wczoraj nie wydobrzał, a do tego dostaję go na talerzu wielkości podstawka. Moja zgrabność sprawia, że po użyciu sztućców, większość frytek ląduje na stole. Skumulowana irytacja powoduje, że wyrzucam z siebie mało wyszukany i sążnisty wulgaryzm. Cóż, pech sprawił, że dokładnie w tym momencie chodnikiem przechodziła pewna dziewczyna, która słysząc moje słowa odwróciła się i zrobiła taką minę, że mogę jedynie być pewny, że albo była Polką, albo doskonale wiedziała co owe słowa znaczą. Ze skonfundowania nie zdążyłem przeprosić, także droga koleżanko - być może jesteś Polką i być może czytasz fora podróżnicze. Jeśli więc jakimś cudem przeczytasz tę relację, to przepraszam za słownictwo. Wracam na nocleg. Ponownie zachwycam się chilloutowym życiem lokalsów, które bez problemu można dojrzeć, oddalając się tylko nieco od centrum. Słyszę odgłosy niedzielnej mszy i na chwilę włażę do kościoła. ![]() Przeurocze są te galapagoskie kościelne malowidła wychwalające stwórcę. Na myśl przychodzą mi jednak cytaty z książki Henry’ego Nichollsa. Amerykański odkrywca Benjamin Morrel tak relacjonował swoją wyprawę z 1825 roku: Cytuj: Wrząca zawartość ogromnego kotła napęczniała po brzegi i przelała się przez krawędź kraterów w kaskadach płynnego ognia. Rzeka roztopionej lawy pędziła teraz w dół zbocza góry, zmierzając serpentynami ku morzu. Płonąca rzeka w kilku miejscach przełamała brzegi, kierując swe ogniste odnogi wszędzie wokoło, a każda z nich runęła w dół, jakby pragnąc ostudzić swój temperament głęboki grotach pobliskiego oceanu. Kiedy zaś lawa spotkała się z wodą, powstała doprawdy koszmarna wrzawa. Demon ognia zdawał się pędzić w ramiona Neptuna. Ocean zawrzał, zagrzmiał i zawył, jak gdyby w zatoce Tartaru rozgorzała wojna domowa. Cytuj: W 1954 r. pewien rybak dostrzegł wzdłuż linii brzegowej biały pas, którego wcześniej tam nie było, a po bliższym przyjrzeniu się odkrył straszliwy pejzaż usiany rozkładającymi się stworzeniami, gdzie panował niemożliwy do wytrzymania smród. Uważa się, że w wyniku pojedynczego zdarzenia wulkanicznego dno oceanu podniosło się – niemal natychmiast – mniej więcej o 5 metrów, odsłaniając jakieś 6 kilometrów rafy, a przy okazji wyrzucając wody rozmaite morskie stworzenia. Cytuj: Wyspy, które znamy pod nazwą Galapagos, pewnego dnia zanurzą się pod falami. Najpierw Española, następnie San Cristobal i dalej, ze wschodu na zachód, kolejno zajmując poczesne miejsce w podmorskim grzbiecie Carnegie. Mało jednak prawdopodobnie by flora i fauna Galapagos zapłonęły wraz z nimi. Do tego czasu bowiem plama gorąca wypuści nowe wyspy – nagie zbocza, tylko czekające na zasiedlenie przez rośliny i zwierzęta z wysp położonych na wschód od nich. Jak zobaczymy, ten proces następowania po sobie jest kluczem do zrozumienia Galapagos. W wielu przypadkach protoplaści współczesnych gatunków z Galapagos od dziesięciu tysięcy lat przeskakiwali z wyspy na wyspę. Obecnie wyspy to zaledwie tymczasowe domostwa dla tych wyewoluowanych i cennych gatunków. W przyszłości ich potomkom przyjdzie skolonizować wyspy, które na razie są jedynie błyskiem w rozognionym oku gorącej plamy Galapagos. | |
| Autor: | tropikey [ 01 Paź 2023 23:06 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Co do tego fragmentu: "Jest w tym coś, że Niemcy darzą Galapagos szczególnym zainteresowaniem. Jak już wcześniej pisałem, nacja ta, spośród narodów europejskich była tam przeze mnie zdecydowanie najczęściej spotykana", nie kwestionując tego, że Niemcy mogą faktycznie mieć jakiś szczególny sentyment do Galapagos, muszą oni czuć to samo z grubsza do 3/4 świata, bo gdziekolwiek bym nie dotarł, to właśnie gości z Niemiec zawsze jest najwięcej I jeszcze słówko a propos poprzedniego odcinka - podejrzewam, że mieszkałem u autora tej mozaikowej rzeźby z marlinem i orką gnam-se-sam,219,144662?start=100#p1262091 | |
| Autor: | benedetti [ 01 Paź 2023 23:29 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
@tropikey W moim odczuciu, na Galapagos odsetek Niemców - turystów był jednak zdecydowanie większy niż w innych rejonach świata, ale może to przypadek. Moje wrażenie jest takie, że w odległych od Europy lokacjach dominują Francuzi, ale nie jest to wyraźna dominacja. Niemcy, bądź co bądź też sporo kolonizowali. Na Samoa spotkałem swego czasu, takiego starszego jegomościa, który opowiadał o swoim dziadku, który był Faktycznie odpustowymi mozaikami Baquerizo Moreno stoi. A Twój hotel przypomina nieco hotel Wittmerów. https://www.tripadvisor.com/Hotel_Revie ... lands.html | |
| Autor: | tropikey [ 01 Paź 2023 23:45 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Z tymi Francuzami to nigdy nie ma pewności, bo mogą to być też "Quebecczanie" (ja ich w każdym razie nie odróżniam Na Fidżi, gdy na jednej z wysepek Yasawa spałem w 10-osobowym "dormie", oprócz mnie i jednego chłopaka z Kolumbii, resztę stanowili Niemcy Tak, czy inaczej, ta historia z pierwszymi osadnikami wielce interesująca | |
| Autor: | benedetti [ 01 Paź 2023 23:50 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
@tropikey Tak dokładnie miałem z nauczycielem fizyki. Nie przyszło mi do głowy, że to Kanadyjczyk, a zważywszy na lokalizację powinno. Aż z ciekawości spojrzałem na dane (2019 r.) dotyczące nacji, które najwięcej wyjeżdzają za granicę i czołówka zestawienia wygląda tak: 1. Stany Zjednoczone 2. Chiny kontynentalne 3. Niemcy 4. Wielka Brytania 5. Francja 6. Korea Południowa 7. Japonia 8. Kanada 9. Rosja 10. Tajwan więc Twoje odczucia są bliższe prawdy. | |
| Autor: | benedetti [ 08 Paź 2023 00:25 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
To był ostatni pełny dzień na Galapagos. Muszę przyznać, że żal to miejsce opuszczać. Trudno porównywać odizolowane wyspy pełne dzikiej przyrody do spektakularnych punktów widokowych czy miast. Nie ulega jednak wątpliwości, że Galapagos zrobiły na mnie spektakularne wrażenie i z pewnością stanowią one miejsce wyjątkowe i prawdopodobnie jedyne w swoim rodzaju. Zastanawia mnie jaka będzie turystyczna przyszłość wysp. Czy masowa turystyka stopniowo zadepcze ich dziewiczość, czy wprowadzone zostaną limity lub drastycznie podniesione zostaną i tak niemałe koszta podróży, (już mówi się o podniesieniu opłaty za wjazd do parku nawet do 300 USD) czy może uda się wespół z naukowcami i władzami wypracować jakieś wyważone standardy współżycia człowieka z naturą - czas pokaże. Podpisuję się jednak wszystkimi kończynami pod rekomendacją tych wysp. Warto. Bardzo warto. I raczej lepiej wcześniej niż później. Rano udaję się na lotnisko San Cristobal. Mam lot łączony do Santiago, z niemal 24-godzinnym stopem w Guayaquill. ![]() ![]() ![]() Jako, że lecę tylko z podręcznym, to do tej pory udawało mi się unikać stanowiska check-in i odprawiać on-line. Tym razem odprawiony jestem na lot SCY-GYE (Avianca), ale nie mogę odprawić się na lot GYE-SCL, bo LATAM ma inny PNR niż ten od Lufthansy i takowego nie posiadam. Idę więc do agenta LA i voila - dostaję PNR. Odprawić się jednak nie udaje, bo na lotnisku nie ma wi-fi i kompletny brak zasięgu GSM. No nic, jest czas. ![]() ![]() ![]() Standard AV taki jak locie BOG-UIO, czyli odpowiednik FR i W6. ![]() ![]() Adios San Cristobal! ![]() ![]() Lot bezproblemowy i o czasie. ![]() Terminal lotniska jest całkiem przyjemny i znajduje się dość blisko centrum. Kolega @mmaratonczyk, który kilka dni wcześniej był w Guayaquill radził, by odpuścić sobie zbiorkom, bo wprawdzie tani, ale ani dobrze zorganizowany, ani szczególnie bezpieczny, a Uber kosztuje 3-5 USD. Tak też robię. Podwozi mnie sam Lenin, który okazuje się być wyjątkowo sympatycznym Wenezuelczykiem. ![]() ![]() ![]() Przejazd bardzo dobry, kierowca jeździ stylem europejskim ![]() ![]() Nie czas jednak na zwiedzanie hotelu. Staram się szybko ogarnąć i idę na miasto, by zdążyć coś zobaczyć przed zmrokiem. Ruszam najpierw w kierunku Malecon. Pierwsze wrażenie psują nadużywający klaksonu kierowcy. Ewidentnie mają tu inne zwyczaje niż w stolicy. Nabrzeże odgrodzone jest od reszty miasta wysokim stalowym płotem a porządku pilnuje sporo policji. Promenada jest bardzo przyjemna. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Następnie kieruję się w stronę ratusza, parku Seminario i katedry. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Zaczyna się zmierzchać, ale miasto żyje, jest dużo ludzi na ulicach, nikt mnie nie zaczepia i zero turystów. Podoba mi się! ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() W tym momencie zrobiło się już całkiem ciemno i pomimo, że czułem się raczej komfortowo uznałem, że dalej już nie idę. Pokręciłem się jeszcze po okolicy i przysiadłem na ławeczce koło kościoła św. Franciszka chłonąc chwile i obserwując prozę życia mieszkańców. Ulice powoli pustoszały i w pewnym momencie uznałem, że jest to dobry moment na powrót do pobliskiego hotelu. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() | |
| Autor: | benedetti [ 09 Paź 2023 13:17 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Celem kolejnego dnia jest Las Penas. Czasu sporo, bo lot do Santiago mam o 14:30. ![]() Wymeldowuję się z hotelu, zostawiam bagaż i w drogę. ![]() ![]() Zaglądam do pobliskiego kościoła. Ciekawe, czy w środku też mają fioletowe światła. ![]() Idę do promenady, tylko tym razem ruszam w przeciwnym kierunku. Ta część Malecon jest ewidentnie ciekawsza. Widać też, że Ekwadorczycy ewidentnie bardzo lubują się w stawianiu pomników. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Po kilku minutach spaceru wyłaniają się dwa wzgórza - Santa Ana i del Carmen. ![]() ![]() Przy wyjściu/wejściu z Malecon taki monitoring, że o bezpieczeństwo nie ma się co martwić. ![]() Od tego momentu szedłem trochę “na czuja” i skręciłem w pierwszą uliczkę w prawo. Cisza, spokój, prawie brak ludzi, ładne kamieniczki i murale. ![]() ![]() ![]() ![]() Tym sposobem doszedłem do nabrzeża, z eleganckimi wieżowcami i restauracjami. Całość robiła naprawdę dobre wrażenie. ![]() ![]() Po drugiej stronie promenady wyłoniło się Cerro del Carmen, z charakterystyczną wieżą nadawczą. ![]() No ale dobra, celem bya Santa Ana, a ja nie mam całego dnia. Zawijam więc w stronę wzgórza docelowego i po chwili znajduję wejście na szczyt. Wygląda całkiem legitnie. ![]() ![]() ![]() Doszedłem jednak do pierwszych, nawiasem mówiąc bardzo zaniedbanych zabudowań, z których wyszli lokalsi i wymownie machając palcem zakomunikowali, że jest peligroso i dalej iść nie powinienem. Pomimo, że wzgórze wydawało się być tuż tuż, a chwilę wcześniej szła tą drogą jakaś kobieta, to wiedziałem, że panują tu tego typu zwyczaje i grzecznie zawróciłem na drogę którą przyszedłem. Kawałek dalej zobaczyłem schody, który wyglądały jeszcze bardziej legitnie i turystycznie, a więc w górę. ![]() Ponownie doszedłem do zabudowań. Jedna pani robiła właśnie pranie w plenerze. Zatrzymuje mnie i pokazuje, że nie tędy i każe iść na około. No dobra, idę gdzie pokazała i w końcu dochodzę do głównych schodów, gdzie pojawiają się turyści, knajpki, suweniry, monitoring i security. ![]() ![]() Nie wiem na ile rozsądne było to kluczenie, ale przechadzka między żyjącymi swoim życiem lokalsami była całkiem ciekawa, a atmosfera raczej sympatyczna. Tuż pod szczytem znajduje się muzeum poświęcone obronie miasta przed najazdami piratów. ![]() ![]() ![]() Na szczycie widoki całkiem zacne, a przyjemny nastrój lekko zakłóca mi tylko bardzo głośna grupka Amerykanów. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Czas na powrót. Po drodze mijam kolejny bardzo przyjemny rejon w okolicy centrum. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Wracam do hotelu, zabieram graty i zamawiam Ubera. Tym razem przejazd to już typowy "latino style", czyli nadmierna prędkość, jazda slalomem, telefon w ręce i trąbienie na stojące w korku auta. Kierowca nie krył też irytacji spowodowanej dużym natężeniem ruchu. Zasugerowałem więc, że może “tranquillo” i że trąbienie nie spowoduje, że auto stojące przed nami w korku w magiczny sposób ruszy. Przytaknął, ale pomogło na tylko na jakieś 30 sekund…Ostatecznie na lotnisko dotarłem cały i zdrowy. Pomijając szaleńczą jazdę, zastanawia mnie stan umysłu ludzi, którzy jeżdżąc Uberem nie zaopatrzą się w plastikowy chwytak do telefonu za pół baksa. Naszła mnie myśl, że na przyszłość wezmę takie ze sobą i będę rozdawał... ![]() ![]() ![]() Opuszczam więc Ekwador i muszę przyznać, że nie spodziewałem się, iż ten kraj zrobi na mnie aż tak dobre wrażenie. Mam nadzieję , że tam wrócę, a szanse na to są dość spore, bo “w szulfadzie” leży i czeka na dogodny termin bilet z dealu SN/AV przez NY. Lot do SCL bez większej historii, jednak wrażenie zrobiła mnie zaserwowana na pokładzie kanapka. Bułka z serem i szynką o smaku soli. Nie szynka tylko cała kanapka... Pomimo sporego głodu z trudem to zjadłem. Całe szczęście, że można było zagryźć owocami i czekoladką. ![]() ![]() ![]() Późnym wieczorem ląduję w stolicy Chile. Sporo czasu zajmują mi formalności z wypożyczeniem auta w Chilean. To nie działa jedna karta, to trzeba opłacić zaliczkę na poczet autostrad, to znowu umowę trzeba podpisać w mailu i takie tam. Ostatecznie jest spoko, bo dostaję up’a z najmniejszego malucha do VW Voyage (Polo sedan w wersji latino). Po 23:00 dojeżdżam do hostelu Providencia. Martwiłem się nieco jak będzie z parkowaniem. Wcześniej na street view obczaiłem przyległe uliczki i doszedłem do wniosku, że powinno się udać. Tak też było. W nocy wiele osób chowa auta do garaży, więc na ulicach więcej wolnych miejsc. W oczy rzucają się przede wszystkim wszechobecne bohomazy, które na myśl przywiodły mi miasta w Brazylii, ale więcej o Santiago w już w kolejnym odcinku. | |
| Autor: | benedetti [ 14 Paź 2023 23:37 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Jako, że pogoda piękna, to zwiedzanie Santiago rozpoczynam od wzgórza Santa Lucia. Na szczycie wyłania się wielka metropolia, zatopiona w gęstym smogu. Andy ledwo widoczne, a niezbyt odległa dzielnica biznesowa z Costanera Center tonie we mgle. Wszystko wygląda dla mnie jakby przykryte grubą warstwą kurzu i pyłu. Miasto wydaje się być szarą i nieco ponurą, betonową dżunglą. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Muszę zakupić lokalnego SIMa i peso, więc kieruję się w stronę Plaza de Armas, gdzie wg relacji z forum powinno być zatrzęsienie kantorów. Mijam teatr miejski. ![]() Następnie dochodzę do głównego placu, łażę dookoła i żadnego kantoru. Szukam w bocznych uliczkach i nadal nic co powoduje u mnie sporą irytację. Handel uliczny i straganowy oczywiście kwitnie, ale zazwyczaj jest własnie tak, że wszędzie kupisz każdy duperel, ale akurat tego co potrzebujesz - nie ma. Z SIMem nie było żadnego problemu, wszędzie tego pełno. Wziąłem WOMa, który sprawdził się dobrze przez cały pobyt, w tym na Rapa Nui i Atacamie. ![]() ![]() ![]() ![]() Idę w kierunku pałacu prezydenckiego ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() i dalej przez Plaza Bulnes w kierunku Barrio Paris-Londres. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Na koniec zwiedzania powrót główną arterią Av Alameda Libertador Bernardo O'Higgins i dalej do dzielnicy Lastarria. ![]() ![]() ![]() ![]() Tego dnia próbowałem też wjechać na jedno ze wzgórz z widokiem na Costanerę. Znajdują się one przy ładnej willowej dzielnicy. Autem wjechać sie nie da, konieczne płatne parkingi i wjazd kolejką linową. Do tego duży smog i mało czasu do zachodu słońca. Wszystko to spowodowało, że ostatecznie sobie odpuściłem. Santiago nie zrobiło na mnie zbyt dobrego wrażenia. Rzeczywiście zwiedzając centrum, trudno nie napotkać zapachu moczu i trawki, o czym wspominano w innych relacjach, ale generalnie czułem się całkiem bezpiecznie. Po prostu IMHO, miasto jest delikatnie mówiąc średnio ładne. Może nie było aż tak źle jak na załączonym obrazku, ale do zachwytu daleko. ![]() Poruszanie się po mieście autem jest niezbyt wygodnym rozwiązaniem, choć dla mnie to atrakcja sama w sobie. Ileż można dowiedzieć się o kraju, biorąc pod uwagęto, jak wygląda ruch uliczny. Na pewno jest on bardziej uporządkowany niż w Ekwadorze, a tym bardziej niż w Peru, co szczególnie objawia się w dużej ilości sygnalizacji świetlnej. Skrzyżowania bywają bardzo pogmatwane i nie znając terenu i kierując się nawigacją łatwo o pomyłkę. Kierowcy jak to latynosi. Nie robią tak debilnych manewrów jak Peruwiańczycy, ale to nadal gorąca krew. Często jeżdżą brawurowo i agresywnie. Można zapomnieć o współpracy i o tym, że ktoś cię wpuści. W krótkich słowach - jak to w Ameryce - dostosuj się albo giń. | |
| Autor: | marek2011 [ 15 Paź 2023 15:13 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Jedną z najfajniejszych części Santiago jest IMO Barrio Italia - gdzie jest niska, kameralna zabudowa, dużo fajnych knajpek, designerskich kawiarni, barów itp. Można tam niespiesznie spędzić trochę czasu z dala od wielkomiejskiej dżungli. Warto też odwiedzić Museo de la Memoria y los Derechos Humanos - wstęp jest darmowy - zwłaszcza jeśli ktoś słabo zna historię Chile, bo tam pozna jej najbardziej ponury rozdział. | |
| Autor: | benedetti [ 21 Paź 2023 22:06 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Kolejnego dnia chciałem wykorzystać auto. Myślałem o wypadzie w góry albo do Valparaiso. Posprawdzałem prognozy pogody, czasy dojazdów i jest decyzja - jadę do Valparaiso. Czuję się jak ryba w wodzie, bo bardzo lubię zwiedzanie za pomocą samochodu. Pogoda piękna, nowe widoki, myślę - może by sobie włączyć jakieś latino w radiu. Przeszukuję stacja po stacji i wszędzie tylko gadają. I tak przez całą drogę w tę i z powrotem. Zdumiewające. Jedyna muzyka, jaką wyszukało radio było jakieś daremne italiano amore i to w jakości takiej, jakby to nadawał z garażu jakiś pasjonat. No trudno. Droga jest bardzo dobra, dwupasmówka w standardzie ekspresówki. Pasy nieco wąskie, w stylu ekspresówek na południu Europy. Będąc już pod samym miastem z lekkim zdumieniem zobaczyłem, że całe wybrzeże pokryte jest białym pierzem (czyt. chmurami) także ładna pogoda była niestety tylko wyżej. Pierwsze wrażenie - miasto bardzo zaniedbane. ![]() Zatrzymuję się w pobliżu Plaza Sotomayor. ![]() ![]() W tym miejscu jest punkt zbiórek free toursów. Spotykam akurat przewodników, którzy mówią, że niedługo startują. Wolę jednak samodzielne zwiedzanie i konsultuję tylko z nimi punkty, które mam w planie. Zaczynam od ulicy Urriola, gdzie spotykam turystów przy samochodzie z wypożyczalni. Wybita szyba, torby z dokumentami wyparowały. Pytają mnie czy mogę im jakoś pomóc. Współczuję, bo sam kiedyś znalazłem się w podobnej sytuacji i od tego czasu wiem, że w aucie nie można zostawiać nic wartościowego. Po tej przykrej akcji zapewne też będa już o tym pamiętać. ![]() ![]() ![]() Sprawdzam zabezpieczenie mojego podręcznego dobytku i idę dalej. Jest przed południem i póki co pustki, lecz stopniowo zaczynają pojawiać się turystyczne grupki. Lokalsi niezbyt widoczni. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Odmiana obskurnej dzielnicy poprzez graffiti i murale bardzo fajnie ją odmieniło. Doświadczyć można też wątpliwej wartości atrakcji, takich jak zjeżdżanie na tyłku/kartonie. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Warto dodać, że niektóre murale ukazują burzliwą historię Chile, o czym słyszę od przewodników oprowadzających wycieczki. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Wracam do auta i podjeżdżam jeszcze do kilku punktów. ![]() Cerro Cárcel z fajnym widokiem na miasto. ![]() ![]() Plaza De La Victoria. ![]() ![]() Mirador Barón. ![]() ![]() ![]() Jeżdżąc po mieście nie raz wjechałem w uliczkę, w której nie chciałbym się znaleźć poza autem nawet w środku dnia. Podsumowując - wyjazd do Valparaiso uważam za udany, na pewno było warto. Miasto jest jednak generalnie bardzo obskurnym, zaniedbanym i nieprzyjemnym portem. Bardzo dobrze podsumowuje je ten oto pomnik (Monumento al cable de cobre) znajdujący się na głównej wlotowo/wylotowej arterii. ![]() ![]() W drodze powrotnej zastanawiałem się jeszcze nad zatrzymaniem się przy winnicach w okolicy Curacavi, ale nie jest to dla mnie jakaś szczególnie interesująca atrakcja. Nie pomogły też bilbordy w okolicy, zachęcające do zakupu/konsumpcji lokalnego wina, które dostępne jest bez problemu w każdej Biedrze. ![]() ![]() Po powrocie do Santiago pochodziłem jeszcze trochę po “Sanhattanie”, a przy okazji doświadczyłem santiagowskich korków. ![]() | |
| Autor: | benedetti [ 22 Paź 2023 20:45 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Kolejnego dnia lecę na Wyspę Wielkanocną. Powinienem być podjarany jak pochodnia ![]() ![]() ![]() Po wejściu do samolotu mały zgrzyt. Podchodzę do swoich miejsc, a tam kobieta i kilkuletni chłopiec. Grzecznie przepraszam, bo mam miejscówkę pod oknem. Na to zbulwersowana matka wezwała stewkę, żeby im znalazła inne miejsca, bo chłopak lubi siedzieć przy oknie. No cóż, moje lekkie zakłopotanie prędko zmieniło się w radość. Świadkiem sytuacji był siedzący w poprzedzającym rzędzie facet w stylu “na nomada” i sympatycznie, z ewidentnym hamerykańskim akcentem skomentował, że ktoś tu chyba lubi miejsca przy oknie. Dość szybko wykorzystał też rozrzedzenie sardynek w okolicy i dosiadł się do mnie. Jako, że Amerykanin, to od razu pomyślałem, że nudzić się nie będę i na rozpoczęcie "small talk" nie trzeba było długo czekać. Cytuj: - Where are you from? - From Poland. - O, a ja się urodziłem we Wrocławiu! Tak więc tym “Amerykaninem” był Bogdan, od 30 lat mieszkający w Chicago. Boguś okazał się wyjątkowo fajnym człowiekiem, który przy okazji był prawie wszędzie. “Sprzedał” mi kilka fajnych tipów podróżniczych, szczególnie związanych z Afryką. W obecnej podróży wybierał się jeszcze do Brazylii i Rio, więc w tej jednej kwestii mogłem też co nieco podpowiedzieć mu ja. Tak więc "small talk" zmienił się w "big talk" i 6 godzin lotu minęło w oka mgnieniu. Na koniec stwierdził, że jestem nietypowy jak na Polaka, bo zwykle od rodaków słyszy głównie “ku*wa i narzekanie”. Cóż, lubię “po naszemu” pomarudzić, ale staram się z tym walczyć, więc być może widać już jakieś efekty. Jedzonko może szczególnie dobrze nie wygląda, ale jest smaczne. ![]() ![]() ![]() ![]() Ciekawostką jest, że w przypadku tego lotu lotniskiem zapasowym jest SCL. Na forum o lotnictwie pisali, że kwestie bezpieczeństwa i ilości paliwa rozwiązuje się tak, że na podstawie prognoz pogody i danych historycznych ustala się punkt podjęcia decyzji, po którym nie ma powrotu. Ponadto, po minięciu tego miejsca, kontrola ruchu nie puszcza już nic w pobliże IPC, by nie narażać lotniska na zablokowanie pasa. Po 6 godzinach lotu lądujemy na Mataveri. Pas lotniska ma ponad 3 km długości. Został on specjalnie wydłużony na mocy umowy Chile i USA, aby mógł być zapasowym lądowiskiem dla promów kosmicznych. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Z lotniska odbiera mnie host, pokazuje główną ulicę Hanga Roa i odwozi do kwaterki. Szybkie ogarnięcie się i ruszam na “miasto”. ![]() ![]() Najważniejsza sprawa to kupić bilet do parku. W centrum turystycznym stoją banery z kodem QR przekierowujące do strony internetowej, gdzie można bilet kupić. Cena to 80 USD lub równowartość w CLP. Ponieważ mam peso, to chcę kupić na miejscu. Pokazują mi na kalkulatorze inną cenę niż na stronie, bo inaczej przeliczają USD. Mówię, że chciałbym zapłacić tyle co na oficjalnej stronie i wzywam kierownika. Nie są to oczywiście jakieś drastyczne różnice, ale chodzi o zasady. W międzyczasie pracownicy wykonali kilka telefonów. Kierownik nieugięty. No i po chwili śmieją mi się w twarz i pokazują, że właśnie zmienili cenę na stronie i że teraz już nie mam argumentów. No cóż, oczywiście zapłaciłem, ale niesmak pozostał. Następnie zaglądam do sklepu spożywczego. Rzeczywiście jest drogo, nawet 2-3x drożej niż na lądzie i asortyment typowo wyspowy - bardzo ubogi. Wiele osób zabiera jedzenie ze sobą (LA pozwala na zabranie bagażu 2x32 kg). Ja tylko na dwa dni i z samym plecakiem (walizka została w hostelowej skrytce w Santiago), więc na kolację musi wystarczyć mi chińska zupka za kilkanaście złotych (nie żebym narzekał). Pogoda taka sobie, dość chłodno i wietrznie, ale się rozpogadza. Idę na wulkan. Trasa z centrum Hanga Roa liczy ok. 8 km. ![]() ![]() Wiem, że głupie, ale mnie ta nazwa nieco bawi. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Hmm, chyba to już widziałem. Ale nie, to Rano Kau, a nie Quilotoa. ![]() ![]() Do Orongo dochodzę ok. 30 min. przed zamknięciem. Pytam czy mogę wejść. Niestety bez przewodnika się nie da i żadne negocjacje nie wchodzą w grę. ![]() ![]() Cóż, pozostaje zrobić jeszcze kilka ujęć temu wyjątkowo malowniczemu kraterowi. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() W drodze powrotnej, lokalsi jadący pickupem zatrzymali się i zaproponowali podwózkę. ? ![]() Następnego dnia miałem jeden jedyny pełny dzień na wyspie. Planując Rapa Nui, zdecydowanie przydałby się jeszcze jeden, ale rozkład lotów był taki, że do wyboru miałem albo 2 albo 5 nocy na miejscu. Biorąc pod uwagę wielkość wyspy, ostatecznie zdecydowałem się na dwie. Duuużo wcześniej umówiłem sobie z polecanym na forum przewodnikiem - Nelsonem, całodzienny trip z uwzględnieniem wszystkich najważniejszych atrakcji. No i jest godzina 19:00-20:00, a Nelson pisze, że miał wypadek, rozwalił auto i nie da rady mnie jutro obwieźć. W zamian podał numer do innego przewodnika. Był on już jednak zajęty i jedyne co zaproponował, to wycieczkę po 12:00 i za cenę 3x taką jaką miałem ustaloną z Nelsonem. Napisałem też do hosta czy może coś poradzić. Stwierdził, żebym bez stresu szedł spać, a rano “uratujemy moją wycieczkę”. Ja jednak nie byłem tak wyluzowany, szczególnie w tych okolicznościach. Zaproponowałem więc Nelsonowi, że spróbuję wypożyczyć samochód na własną rękę i zabiorę go na zwiedzanie. Przystał na tę propozycję, podrzucił linki do lokalnych grupek fejsbukowych i dość szybko udało mi się załatwić samochód. Uff, chyba wycieczka uratowana. To jednak nie koniec problemów, ale o tym w następnym odcinku. | |
| Autor: | tropikey [ 22 Paź 2023 21:04 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Od tego "Rano Kau" aż na ekran naparskałem Chciałoby się rzec "wyborne!", ale chyba nie do końca pasuje | |
| Autor: | benedetti [ 02 Gru 2023 23:54 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Następnego dnia rano sprawdzam, czy na pewno tu jestem i czy to wszystko mi się nie przyśniło. ![]() Niestety kolejnym problemem okazała się pogoda. Burza… i to taka, że nie szło wyściubić nosa z kwaterki. Prognoza mówiła, że poprawi się około 12:00-13:00. Nie pozostawało mi nic innego jak powiadomić Nelsona i właściciela auta, że ruszę jak tylko przestanie lać. Prognozy na szczęście były trafne i po 12:00 zaczęło się poprawiać. Samochód wypożyczony “na gębę” i jadę po Nelsona. Ewidentnie nie był on zachwycony koniecznością rozmawiania po angielsku, ale na szczęście nasz poziom był zbliżony, toteż całkiem dobrze się rozumieliśmy. Spytał, czy ma prowadzić. Mówię, że nie. Jak już się dorwę do kółka, to nie oddam. Później generowało to wielkie oczy zdziwienia u innych przewodników, którzy pytali Nelsona - “czemu on cię wozi?” Pierwszym punktem było stanowisko archeologiczne z rekonstrukcją wioski. Na wstępie sprawdzanie biletu, spisywanie danych z paszportu i sprawdzanie czy mam przewodnika. ![]() Jedziemy dalej do Rano Raraku. Na wejściu te same procedury. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że do Rano Raraku można na bilecie do parku wejść tylko raz. ![]() Zapytałem Nelsona o niedawny pożar w tym miejscu. Mówił, że spowodowało go bezmyślne wypalanie traw przez miejscowych. Wiele moai zostało podobno uszkodzonych, ale nie było to dla mnie widoczne. Nelson oczywiście w międzyczasie opowiadał o wyspie, walkach plemiennych, przewracaniu i ponownym stawianiu posągów, ale nie była to wiedza, która nie byłaby dostępna w sieci, więc nie będę się na ten temat rozpisywał. ![]() W oddali widać już majaczące moai. Wreszcie są - jest magia. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Tu z kolei, w zboczu kamieniołomu znajdują się moai niewygrzebane do końca. Ten jest ponoć największy ze wszystkich i ma ok. 25 metrów wysokości. ![]() ![]() ![]() Na końcu szlaku znajduje się piękny widok na plażę Tongariki (ech, cholerna pogoda ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Jedziemy do Tongariki. Coś tam się zaczyna przez chmury przebijać, ale nie chce się przejaśnić. ![]() ![]() ![]() Na razie tylko tyle zdjęć z Tongariki. Dlaczego? O tym później. Następnym miejscem do którego jedziemy jest plaża Anakena. Tu można wejść bez biletu i przewodnika. Zapytałem Nelsona, z jakiego kraju jest najwięcej turystów. Odpowiedział, że Japończyków. Okazuje się, że mają oni fioła na punkcie moai. Ciekawostką jest też fakt, że rząd Chile współpracuje z rządem Japonii przy restauracji posągów. Zapytałemn też o to jak miejscowi czują się pod rządami Chilijczyków. Odpowiedź nie była zaskakująca - wielu mieszkańców Rapa Nui chciałoby autonomii, ale zdają sobie sprawę, że ze względów gospodarczych jest to absolutnie niemożliwe. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() I kolejno - Puna Pau, czyli jedyny kamieniołom na wyspie, z którego wydobywano scorię - czerwoną skałę, z której wyrabiano pukao - kapelusze moai. ![]() ![]() Ostatnim punktem wycieczki miało być Ahu Akivi, ale widząc, że pogoda bardzo się poprawiła poprosiłem Nelsona, abyśmy jeszcze raz podjechali na Tongariki. Nie miał nic przeciwko. Ruszyliśmy zatem ponownie na plażę i dlatego właśnie wcześniej nie wrzuciłem większej liczby zdjęć. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Jeszcze rzut oka na pożyczoną Toyotę i wracamy do Hanga Roa. ![]() Jeśli chodzi o Nelsona, to generalnie okazał się on być bardzo sympatycznym gościem. Gadało się nam na tyle fajnie, że podczas powrotu powiedział, że jeśli mam auto, to bez dodatkowej opłaty rano możemy jeszcze podjechać do Orongo. A w ogóle to wieczorem robią ze znajomymi grilla i mnie zaprasza. Jako, że nie miałem w planie żadnej innej imprezy, to chętnie na tę propozycję przystałem. Umówilismy się, że nieco poźniej da znać o której zaczynamy i prześle lokalizację. Stay tuned… | |
| Autor: | benedetti [ 03 Gru 2023 20:08 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Po powrocie tankowanie. Ceny ewidentnie regulowane (było taniej niż na kontynencie). ![]() ![]() Na zachód słońca wybrałem się do Ahu Tahai. Tu również można wejść bez biletu. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Jako, że głupio byłoby przychodzić na grilla z pustymi rękami, a jednocześnie będąc turbo cebulą zakupiłem za miliony monet najtańszego dostępnego winiacza. | |
| Autor: | benedetti [ 03 Gru 2023 22:45 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Następny dzień zaczynam znowu od znajdującego się w Hanga Roa Ahu Tahai. ![]() Kilka fotek w innym świetle: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Następnie podjechałem do muzeum Rapa Nui. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Tu jeden z około 20 zachowanych artefaktów z pismem w języku rapanui nazywanym rongorongo. Ciekawostką jest fakt, że alfabet ten powstał całkowicie niezależnie od innych. Żaden ze rdzennych mieszkańców go nie zna i do dziś pozostaje nieodszyfrowany. Badaniem rongorongo zajmują się m. in. polscy naukowcy. https://naukawpolsce.pl/aktualnosci/new ... ocnej.html ![]() Kolejnym punktem było Hanga Kioe: ![]() Postanowiłem, pomimo braku przewodnika wybrać się jeszcze do Ahu Akivi licząc na to, że będzie coś widać z zewnątrz. Próbowałem jechać wzdłuż wybrzeża, jednak w pewnym momencie natrafiłem na teren prywatny i trzeba było wrócić się do Hanga Roa. Na miejscu trochę poudawałem Greka, trochę ponegocjowałem i choć nie było łatwo, to ostatecznie udało się nakłonić strażnika do wpuszczenia mnie. ![]() ![]() ![]() Miejscówka ta nie jest szczególnie spektakularna i gdybym poprzedniego dnia zamiast jechać ponownie na Tongariki, zdecydował się przyjechać tu, byłoby mi nieco przykro. Jako, że zostało mi jeszcze trochę czasu do umówionej godziny zwrotu auta, postanowiłem podjechać jeszcze raz do Orongo. Nie próbowałem już wchodzić na krzywy ryj na zamknięty teren. Sam widok krateru był dla mnie wystarczający. ![]() ![]() Zdanie auta bezproblemowe. Jeszcze kilka fotek z mojego lokum - Hostal Petero Atamu. Mogę śmiało polecić. Tanio i wszystko czego potrzeba. Właściciel pomocny i podwożący z i na lotnisko. Śniadania bardzo dobre, złożone z różnych produktów w tym owoców. Housekeepingiem zajmuje się również bardzo sympatyczna i pomocna osoba transseksualna. Wspominam o tym tylko dlatego, że była to dla mnie ciekawostka, bo z wyglądu fizycznego był to typowy, wielki Polinezyjczyk (wyraźnie zaznaczam, że nie chcę nikogo urazić i nie mam absolutnie nic przeciwko takim osobom). ![]() ![]() ![]() ![]() Host o umówionej godzinie podwozi mnie na lotnisko. ![]() ![]() ![]() W wielu miejscach na wyspie można napotkać loga Rotary Club. ![]() Cysterny też już w gotowości. ![]() Jest i lotniskowy moai. ![]() ![]() ![]() ![]() A tu tabliczka dedykowana współpracy z NASA: ![]() Poczekalnia przy gejcie: ![]() I ponownie Rotary Club: ![]() Skusiłem się jeszcze na zakup małej pamiątki, czego zwykle nie czynię. ![]() Boarding wyjątkowo szybki, bo lot na oko miał obłożenie nie większe niż 20-30%. ![]() Mauruuru! Iorana! ![]() Lot przy takim LF, był to najprzyjemniejszy lot jaki odbyłem. Wiem, że to co teraz napiszę, u wielu forumowiczów spowoduje zapewne uśmiech politowania, ale w tych warunkach nazwa Dreamliner nabrała dla mnie sensu. Jedzenie bardzo smaczne, nastojowe i przyjemne światełko, bardzo cicho! Mam ostatnimi czasy fetysz na mierzenie hałasu i nadal nie wiem od czego jest to zależne. Do tego przy pomocy kocyków i poduszeczek udało się spreparować całkiem wygodne wyrko. Taki mój mały first. ![]() ![]() I na koniec krótka poverty parade po biznesiku. | |
| Autor: | benedetti [ 05 Gru 2023 22:12 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Powrót do Santiago jedynie celem przepakowania i przenocowania. Wczesnym popołudniem lecę do Calamy. Wysypiam się do oporu, idę na miasto coś zjeść i ponownie na lotnisko. ![]() ![]() Lot LA na A321. ![]() W sumie lot bez historii, ale moją uwagę zwróciło, że załoga przeszła do porządku dziennego nad tym, że niektórzy pasażerowie nie odsłonili okiem przy lądowaniu. Wychodząc z samolotu zapytałem o to stewkę, a ta zrobiła tylko minę pt. “ale o co ci chodzi?”. Może nie kumała za bardzo po angielskiemu. ![]() Auto wypożyczone z Chileana. Po SCL miałem już przećwiczone ich procedury i poszło sprawniej. Pani z wypożyczalni, sama z siebie powiedziała, że w San Pedro jest bezpiecznie, natomiast w Calamie nie i mam uważać i pod żadnym pozorem nie zostawiać nic w samochodzie. A więc w drogę do San Pedro. Ta nagła zmiana krajobrazu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Bardzo podobnie jak w Death Valley, z tą tylko różnicą, że widać spektakularne stożki wulkaniczne. Generalnie krajobraz - rewelacja! ![]() ![]() Tuż przed zachodem słońca dojechałem do punktu widokowego na Valle de la Luna. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Pierwsze wrażenie San Pedro było dla mnie nieco zaskakujące. Nie spodziewałem się nieutwardzonych dróg i wszechobecnych tumanów kurzu. Melduję się w Hostelu Tuyasto. Niby wszystko co potrzeba, ale łazienka na zewnątrz, ogrzewania/klimy brak, a po zmroku zrobiło się zimno jak diabli. Pierwszy raz pomyślałem, że jestem już trochę za stary na takie noclegowanie. | |
| Autor: | marek2011 [ 05 Gru 2023 22:29 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
Bez ogrzewania to tam raczej ciężko w nocy | |
| Autor: | QbaqBA [ 05 Gru 2023 23:10 ] |
| Temat postu: | Re: Rapa Nui? Tak, przy okazji. |
A propos tego odsłaniania okien, to zarówno w AmS jak i AmN nie przywiązują do tego większej wagi. Inne przepisy najwidoczniej | |
| Strona 2 z 3 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |