DZIEŃ 7. Dotarliśmy do najciekawszej części relacji El Nido czyli tego dnia wsiedliśmy na łódkę i ruszyliśmy z grupą 10 osób na podbój wodnych atrakcji. W przeddzień naszej wyprawy umówiliśmy się z pomocnikiem gospodarza na zapisanie Trip D. Uznaliśmy, że jest to najbardziej przyjazna opcja dla półtorarocznego dziecka gdyż nie ma w planie ani kajaków ani zbyt wielu snoorkowań. Schodząc po śniadaniu do recepcji na 5 min przed planowanym odjazdem kolejny raz doświadczamy filipińskiego nieogaru. Okazało się oczywiście, że nie udało nas się już zapisać na wybranego tripa i łaskawie możemy się zdecydować na opcję A pomieszaną z B (wtf). Nikt wcześniej nas nie poinformował o zaistniałej sytuacji więc mocno się tym faktem wkurzyliśmy. Po krótkiej i szorstkiej wymianie zdań uznaliśmy, że przeprosiny gospodarza na tą chwilę wystarczą a my nie damy sobie popsuć dnia czymś takim. Ostatecznie jak można się domyślać przystaliśmy na jedyny możliwy wybór. Spod kwatery zabrał nas trójkołowiec na Corong, gdzie czekała na nas łódka. Ze względu na niemożliwość przybicia łodzi do samego brzegu grupa przedostawała się na nią albo kajakiem albo spacerem w wodzie po szyje ? Po załadowaniu wszystkiego i wszystkich ruszyliśmy w otwarte wody. Na dzień dobry nasza trip menager przedstawiła każdego z osobna zarówno uczestników jak i załogę a następnie przedstawiła plan działania. Na pokładzie od razu została też odpalona muzyczka co by nudno się nie robiło. Trip menagerką była filipińska dziewczyna na oko 20-30 lat, która z wielką pasją i entuzjazmem wszystko dokładnie nam opowiadała a do tego robiła rewelacyjną atmosferę na łodzi. Tak więc z każdą kolejną minutą czuć było rosnącą integracje zespołu. Nasza klasyczna, filipińska łódź też była niczego sobie w porównaniu do tego typu podobnych. Była trochę szersza niż większość przez co można było wyprostować nogi bez obawy dotknięcia osoby z naprzeciwka – a to naprawdę tam jest rzadkością. Pierwszy punkt wyprawy to Pinagbuyutan Island. Mi wystarczyło z oddali zobaczyć do czego się zbliżamy i kopara już opadła. Jest to mała wysepka w większości z litych skał. Część „chodzona” dzieli się na dwie część – mniejszą gdzie znajduje się domek z częścią prywatna i większa gdzie wszyscy mogą chodzić. Niestety ta prywatna część jest niedostępna ale sam widok z boku to totalna miazga. Pozostała część to plaża, skały, palmy, krystaliczna woda. Tak mało a tak wiele. Na miejscu zabawiliśmy około pół godziny a w międzyczasie natrzaskaliśmy masę zdjęć - a w zasadzie to nasza menagerka nam zrobiła – oraz… oparzyła mnie meduza. Pierwszy raz zostałem oparzony w życiu więc jak poczułem pieczenie i szczypanie lekko się zestresowałem. Na szczęście na Filipinach nie ma groźnych meduz i tak mniej więcej po godzinie, dwóch ślad po oparzeniu zszedł.
Drugim punktem była Cathedral Cave. Jest do wielka jaskinia na wodzie wydrążona w jeszcze większej skale po środku niczego. Generalnie poza wpłynięciem do niej i wydzieraniu się by usłyszeć echo to niczym specjalnym nie zaskakuje. Czas spędzony w tym miejscu był adekwatny do jakości i po kilkunastu minutach ruszyliśmy dalej. Tym razem dystans, który nas dzielił do kolejnego checkpointu był długi i zanim dopłynęliśmy ustaliliśmy wspólnie, że robimy tam lunch. Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy to Snake Island. Jest to wyspa, która łączy się z lądem cienkim i zawijającym się pasem piasku. Było tu dosyć płytko i dzięki temu woda na całym obszarze wyglądała tak rajsko, że zdjęcia wychodziły rodem z Polinezji Francuskiej. Sama wyspa niczym szczególnym się nie wyróżniała ale biorąc pod uwagę całokształt otoczenia to jest to typowe must see. Reorganizacja łodzi na stołówkę zajęła kilkanaście sekund. W mgnieniu oka pojawił się stół idący wzdłuż pokładu a po chwili wylądowały na nim apetycznie pachnące dania. Serwowane były owoce morza – zielone małże, krewetki i ryby – owoce, ryż, mięso i sałatki. Bezdyskusyjnie wszystko było pyszne i w ilościach wykraczających poza nasze możliwości. Z uwagi na nasze wcześniejsze, kulinarne doświadczenia uznaliśmy, że to było najlepsze co do tej pory na Filipinach jedliśmy. Palce lizać. Po lunchu od razu ruszyliśmy na snoorkling point, który znajdował się przy bardzo przyjemnej plaży, której nazwy niestety sobie nie przypomnę. Muszę z bólem przyznać, że rafa w Porcie Barton jest zdecydowanie lepsza niż tutaj więc nie będę jej opisywał. Nieopodal znajduje się Secret Lagoon, do którego chwilę później popłynęliśmy. Jest to laguna, do której wpływa się miedzy skałami na kajakach a my z początku mieliśmy obawy czy damy rade z Kacperkiem. Jest tam stosunkowo płytko więc po krótkiej naradzie wsiedliśmy w trójkę w wodny pojazd i ruszyliśmy. Całość do opłynięcia w 15 minut a my akurat mieliśmy pecha bo słońce się schowało więc mieliśmy mniej kolorów do zobaczenia. Mimo tego połączenie przezroczystej wody z rafą i tymi wszystkimi odcieniami turkusu i zieleni zapada w pamięć na długo. Kacper przy okazji oswoił się z kajakiem i razem z nami zaciekawiony pływał od jednej ściany skalnej do drugiej. Był to nasz przedostatni przystanek i zebraliśmy się po niedługim czasie w drogę powrotną. Jako ostatnie odwiedzone miejsce w tym dniu było 7 Commando Beach. Przypłyneliśmy tam idealnie na zachód słońca. Jest to kolejne miejsce tych z obrazków czyli plaża porośnięta palmami w cieniu wielkich skał spoczywających na tyłach. W związku z bliskością do miasta była już trochę bardziej oblegana. Znajduje się na niej bar, restauracja oraz boisko do gry w siatkę. Chociaż widać na niej było ingerencję człowieka to dalej sprawiała wrażenie dzikiej. I tak po odsiedzeniu na niej pół godziny wróciliśmy do miejsca startowego – zmęczeni, zjarani słońcem a przede wszystkim zachwyceni naszą wycieczką. Jak to mawiają „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Prawda jest tak, że ile słów nie przelałoby się na papier to nie da się odzwierciedlić zafundowanych nam widoków, posiłkowanie się zdjęciami też nie odda tego w 100 procentach. To było coś na co od wielu lat czekałem ? Po powrocie moja partnerka podczas robienia kolacji zagadała z dwoma lokalesami pracującymi w hotelu i w ten sposób zapewniła mi alkoholową integrację do późnych godzin. Panowie raczyli mnie swoim popularnym trunkiem, czyli coś w stylu bimber, trochę wody i sok z limonki. Dyskusje schodziły na coraz to różniejsze tematy a wszystko w bardzo przyjemnej atmosferze. W związku z tym, że kolejnego dnia znowu mieliśmy wycieczkę z rana zaplanowaną to po północy zostawiłem nowych kolegów samych i poszedłem spać. Oni ciągnęli dalej – do tego stopnia, że jeden z nich nie wstał rano do pracy a był odpowiedzialny za robienie śniadań 


























|