Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 31 Paź 2026 00:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Mar 2023
Posty: 12
Kiedy jechałem na lotnisko, miałem poczucie, że to wszystko jest trochę nierzeczywiste. Gdzie właściwie jadę? Gdzie spędzę niemal cały najbliższy miesiąc?

Pomysł, żeby wyruszyć do Pakistanu, pojawił się w mojej głowie ponad rok przed wyjazdem. Przez ten czas zdążyłem zbudować wokół tej podróży wiele wyobrażeń i oczekiwań. Czy rzeczywistość sprostała tym oczekiwaniom? Do tego na pewno jeszcze wrócimy, ale poniżej mały przedsmak:

Image

Image

Image

Image

Image


Dlaczego akurat Pakistan? W dużej mierze za sprawą wcześniejszych podróży. W Tadżykistanie zobaczyłem Pamir, a w Nepalu, podczas trekkingu wokół Annapurny, Himalaje. Chciałem wrócić w te rejony, a Pakistan, leżący między tymi krajami, z każdą kolejną godziną poświęconą na planowanie wyjazdu wydawał mi się coraz ciekawszym kierunkiem.
A planowania było całkiem sporo – noclegi, przejazdy, atrakcje i trekkingi… wszystko to w górach, gdzie nie da się przewidzieć każdego szczegółu. Do tego te kilka miesięcy przed podróżą było także czasem na bliższe poznanie pakistańskich kultur czy podstaw tamtejszego języka, urdu. Ostatecznie plan podróży objął ponad trzy tygodnie i trzy pasma górskie: Karakorum, Himalaje oraz Hindukusz.

Aż w końcu przyszła pora wyjazdu. Góry musiały jednak jeszcze poczekać. Pierwszy dzień w Pakistanie należał do Islamabadu, Rawalpindi i tego, że… każdy chciał mieć z nami zdjęcie.


Islamabad i Rawalpindi

Ale od początku – do Pakistanu z przesiadką w Stambule dotarliśmy na pokładzie Turkish Airlines. Drugi samolot, po sprawnej przesiadce w Turcji, nie był nawet w połowie pełny. Leciały nim głównie pakistańskie rodziny, a nieliczni turyści wyglądali raczej na takich, którzy jadą na poważne górskie ekspedycje (choćby na trek pod K2… a relacja właśnie z takiej podróży stosunkowo niedawno pojawiła się na tym forum).
Po wyjściu z lotniska uderzyła nas fala gorąca. Koniec sierpnia, skwar, który w środku dnia przerodził się w odczuwalne 43 stopnie, do tego nieprzebrany tłum ludzi. Na przylatujących czekały całe rodziny, a czekających wydawało się kilka razy więcej niż pasażerów wszystkich samolotów, które wtedy wylądowały.
Jeszcze na lotnisku wymieniliśmy pieniądze. Kiedy zobaczyłem, że najwyższym dostępnym nominałem są banknoty o wartości 1000 rupii pakistańskich (około 14 zł), dotarło do mnie, że w bagażu zabrakło mi jednej rzeczy: podręcznego sejfu :D

Image


Dwa miasta, kilka stuleci

Po krótkim odpoczynku w hotelu ruszyliśmy do dwóch miast – Rawalpindi i Islamabadu, które, choć leżą tuż obok siebie, to dosłownie powstały w zupełnie różnych epokach.
Zaczęliśmy od starszego, głośniejszego i gęstszego Rawalpindi. Miejscowość przez stulecia korzystała z położenia przy Grand Trunk Road, jednym z najstarszych szlaków subkontynentu, który łączył północne Indie z dzisiejszym Pakistanem i dalej z Afganistanem.
Tym szlakiem podróżowali zarówno kupcy, jak i armie, więc Rawalpindi wyrosło na ośrodek handlowy, a w połowie XIX wieku Brytyjczycy ulokowali tu stały garnizon, z czasem największy na północy Indii Brytyjskich. Wojsko zostało do dziś – rzecz jasna pod inną flagą. Obecnie mieści się tu kwatera główna armii pakistańskiej.
Pierwsze zderzenie z „Pindi” (tak lokalsi skracają sobie nazwę tej miejscowości) było… intensywne, choć ten harmider z czasem nabrał uroku.
Raja Bazaar to plątanina uliczek, w których mieszczą się naraz riksze, motocykle, wózki z owocami, sklepy z chyba każdym możliwym towarem (żywym – w postaci zwierząt – również) i tysiące ludzi.

Image

Image

W środku tego wielkiego zamieszania stoi Markazi Jamia Masjid, meczet Rawalpindi z przełomu XIX i XX wieku. Z zewnątrz kopuły i smukłe minarety, w środku ściany pokryte drobiazgowymi mozaikami i mężczyźni modlący się na czerwonych dywanach. Taki meczet, jaki przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o islamskich zabytkach… a o tym, że nie zawsze musi on wpisywać się w te wyobrażenia, przekonamy się już wkrótce. I to niejeden raz.

Image

Image

Islamabad to przeciwieństwo Rawalpindi: szerokie arterie, dużo zieleni i przestrzeń, której tam zdecydowanie brakuje. Stolicę zbudowano od zera w drugiej połowie XX wieku i wyrysowano na siatce niczym w Excelu. Sektory, na które podzielono miasto, mają zresztą oznaczenia jak komórki w arkuszu – na przykład F-9 czy G-11.
To miasto władzy, urzędników, dyplomatów i zamożniejszej części społeczeństwa. Koszty życia należą tu do najwyższych w Pakistanie, a odsetek osób umiejących czytać i pisać jest najwyższy w kraju (średnia krajowa to mniej więcej 6 na 10 osób). Jak wiele innych stolic, Islamabad nie jest więc obrazem całego państwa.

Pierwsza atrakcja w naszym planie to „Pomnik Pakistanu”, który możemy potraktować jako najlepszą ściągę z całego kraju. Cztery duże płatki to symbole czterech kultur: pendżabskiej, beludżskiej, sindhijskiej i pasztuńskiej. Trzy mniejsze to Azad Dżammu i Kaszmir, mniejszości narodowe i religijne oraz Gilgit-Baltistan, nasz główny cel podróży, do którego lecieliśmy następnego ranka.
Na ścianach płatków wyrzeźbiono najważniejsze miejsca kraju, między innymi fort w Lahore, meczet Badshahi i Minar-e-Pakistan – zobaczymy je za trzy tygodnie, na samym końcu podróży.

Image

Image

Jedziemy dalej i zaglądamy do Saidpuru – ponad pięćsetletniej wioski, która dziś leży właściwie w granicach miasta. Stoją w niej dwa budynki, których moglibyśmy nie spodziewać się w Islamskiej Republice Pakistanu: świątynia hinduistyczna i gurdwara, czyli świątynia sikhijska.
Sikhizm to religia jednego Boga, którą na przełomie XV i XVI wieku zapoczątkował Guru Nanak, urodzony niedaleko Lahore. Sikhowie podkreślają równość wszystkich ludzi, niezależnie od kasty i pochodzenia.
Przed podziałem Indii w 1947 roku hinduiści i sikhowie stanowili około jednej piątej mieszkańców dzisiejszego Pakistanu. Dziś hinduistów jest nieco ponad 2%, a sikhów zaledwie kilkanaście tysięcy. Sama świątynia hinduistyczna od podziału nie służy do modlitwy (mimo zabiegów lokalnej społeczności) i jest atrakcją turystyczną.

Image

Image

Image

Image

Image

Największe wrażenie tego dnia zrobił na nas meczet Króla Fajsala i to nie tylko za sprawą architektury, ale też liczby ludzi, których tam spotkaliśmy.
Świątynia zamiast klasycznej kopuły ma ogromną, ostrą, kanciastą bryłę, która nawiązuje do beduińskiego namiotu. Projekt tureckiego architekta Vedata Dalokaya wygrał międzynarodowy konkurs w 1969 roku, budowę w dużej mierze sfinansował saudyjski król Fajsal, a po ukończeniu w 1986 roku przez kilka lat był to największy meczet świata. Cały kompleks może pomieścić około 300 tysięcy wiernych.

Image

Image

Image

Image

Image

Pod meczetem po raz pierwszy zetknęliśmy się z czymś, co potem powtarzało się niemal codziennie. Zaczynało się od kilku pytań: skąd jesteśmy, dlaczego przyjechaliśmy do Pakistanu, czy jesteśmy tu pierwszy raz. Kończyło się prawie zawsze tym samym – wspólnym zdjęciem, a przy większej grupie całą serią zdjęć, bo każdy chciał mieć własną fotografię w pamięci swojego telefonu.
Nie przeciągaliśmy wieczoru. Po nocnym locie i dniu w upale zmęczenie dało o sobie znać, a kolejnego dnia czekała nas wczesna pobudka i dalsza droga do właściwego celu naszego podróżniczego zamieszania.


Karakorum: Baltistan

Aby dostać się w pakistańskie góry, można wybrać blisko dobę w autobusie albo godzinę w samolocie do Skardu bądź Gilgitu. Wybraliśmy samolot – a ściślej: pozwoliła nam na niego pogoda. Odwołane loty to niestety dość powszechny scenariusz, szczególnie w przypadku Gilgitu.
Airbus A320 Pakistan International Airlines do Skardu, choć był już dość wiekową maszyną, oferował niesamowity system rozrywki pokładowej – górskie widoki. Mimo drobnych, pochmurnych zakłóceń na początku podróży, za szybą już w połowie lotu pojawiły się Himalaje i Karakorum, a wśród nich Nanga Parbat. Ośmiotysięcznik wydawał się na wyciągnięcie ręki, a ponieważ góruje nawet nad sąsiednimi szczytami, które same mają ponad 6-7 tysięcy metrów, trudno było go przeoczyć.

Image

Image

Image


Skardu

Samo Skardu, choć jest stolicą całego Baltistanu, na pierwszy rzut oka składa się głównie ze sklepów i straganów. Nie dla nich jednak tu przyjechaliśmy.
Miasto leży w dolinie Indusu otoczonej Karakorum i jest jednym z głównych punktów wypadowych w pakistańskie góry: stąd wyrusza się między innymi w stronę lodowca Baltoro i bazy pod K2. Dla nas było bazą na kolejne dni, z której jeździliśmy na Deosai i do doliny Shigar.

Region bywa nazywany Małym Tybetem ze względu na tybetańskie korzenie jego ludności i kultury, a zanim w XIV wieku dotarł tu islam, większość mieszkańców była buddystami. Ślady tamtych czasów przetrwały do dziś – jednym z nich jest Budda z Manthal, wioski kilka kilometrów od centrum Skardu. To samotny granitowy głaz wysoki na ponad osiem metrów. W VIII–IX wieku wykuto na nim siedzącego Buddę, a wokół niego około dwudziestu mniejszych postaci.

Image

Niedaleko głazu zaczyna się szlak na Ringchan Rock, skalisty szczyt nad Manthal. Zaplanowaliśmy na niego 2-3 godziny, a nagrodą za strome podejście jest widok na całe Skardu i dolinę Indusu.

Image

Image

Image

Wracamy do miasta, aby wspiąć się na kolejne, trochę niższe wzgórze z fortem Kharpocho, czyli w języku balti „królem fortów”. Zbudował go pod koniec XVI wieku władca z dynastii Maqpon, który zajął Leh, stolicę Ladakhu, a jego wyprawy sięgały aż po Chitral.
Fort był jednocześnie siedzibą władców i punktem, z którego pilnowano dróg prowadzących do miasta.

Image

Image

Image

Image


Kraina Gigantów

Pierwszy pełny dzień w Skardu poświęciliśmy na płaskowyż Deosai. Za kierownicą jeepa zasiadł niezawodny Muhammad. Najpierw minęliśmy jezioro Satpara, sunąc po kilkanastu kilometrach asfaltu. Potem asfalt się kończy, a zaczyna żwir, po nim piasek, następnie błoto i inne odmiany niezwykle solidnej nawierzchni.

Image

Image

Image

Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, która powtarzała się przez cały wyjazd, byłaby to klasa kierowców. Doskonale znali swoje trasy i świetnie radzili sobie na drogach, które komuś z Europy mogłyby się wydać dość niepokojące.
Oczywiście jeździli przy tym brawurowo, więc żołądek nieraz potrafił podejść nam do gardła 😅

Image

Z ich pomocy korzystaliśmy zresztą punktowo. Nie zdecydowaliśmy się na jednego kierowcę na całą trasę, bo przed nami były naprawdę różne warunki drogowe, całkiem sporo dni, kiedy nie potrzebowaliśmy samochodu, ale też spory dystans do pokonania (łącznie na czterech kółkach przejechaliśmy blisko 2 500 km).

Image

Większość płaskowyżu leży na wysokości około czterech tysięcy metrów, dzięki czemu Deosai uchodzi za drugi najwyżej położony płaskowyż świata, po Wyżynie Tybetańskiej.
Za wjazd do parku płacimy około 20 dolarów. Większość atrakcji w Pakistanie kosztuje niewiele (w granicach 500–1000 rupii, czyli 7–14 złotych), ale parki narodowe, takie jak Deosai czy później Khunjerab, są wyjątkiem od tej reguły. Ten wyjątek dotyczy głównie zagranicznych turystów.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nazwa parku ma pochodzić od „Deo Sai”, czyli „Kraina Gigantów”: według miejscowych legend latem pojawiały się tu olbrzymy. Niestety nie było nam dane ich zobaczyć, ale za to – z pomocą Muhammada – dość szybko dostrzegliśmy złote świstaki.

Image

Żyją tu rodzinami w norach, a kiedy któryś wypatrzy drapieżnika, ostrzega resztę – na nasz widok były zresztą bardzo, bardzo płochliwe. Czujność ma o tyle sens, że świstaki są głównym źródłem mięsa dla niedźwiedzi brunatnych, dla których utworzono park Deosai. Aktywne są tylko przez cztery i pół miesiąca w roku, a resztę przesypiają w norach.
Po kolejnych dwóch godzinach jazdy docieramy do celu naszej dzisiejszej podróży – jeziora Sheosar na zachodnim krańcu płaskowyżu. Jego nazwa pochodzi z języka szina i znaczy „Ślepe Jezioro”. Ma ponad dwa kilometry długości i leży na wysokości ponad 4100 metrów, co stawia je wśród najwyżej położonych jezior świata. Od listopada do maja cały płaskowyż przykrywa śnieg i dojechać tu można tylko latem. Pogoda dopisuje, więc w oddali widać Nanga Parbat, a my mamy wrażenie, że naprawdę dotarliśmy na koniec świata.

Image

Image

Image

Image


Pałac na skale

Dzień później ruszamy do doliny Shigar, przez którą prowadzi droga do Askole, jednej z ostatnich osad przed K2.

Image

Fort Shigar jeszcze na początku lat 90. był ruiną. Dziś to miejsce z nieco innego świata: zadbane wnętrza, muzeum i ekskluzywny hotel, który finansuje utrzymanie całości. Fong Khar, czyli „pałac na skale”, powstał w XVII wieku jako rezydencja dynastii Amacha, władców tamtejszej doliny.
Odbudowała go Fundacja Aga Khana rękami miejscowych rzemieślników i starymi technikami. Fundację stworzył Aga Khan, duchowy przywódca muzułmanów ismailitów, a jej dziełem są też odnowione forty Baltit i Altit w Hunzie.

Image

Image

Image

Image

Po beduińskim namiocie w Islamabadzie, pora na kolejny meczet, który odbiega od typowej wizji islamskiej świątyni. Amburiq, najstarszy zachowany meczet doliny, z XIV wieku, to drewniana, przysadzista, kwadratowa bryła z piętrowym daszkiem – brak kopuły, zero minaretów.
Islam dotarł do Baltistanu właśnie w XIV wieku, głównie z kaznodziejami wędrującymi z Persji przez Kaszmir, ale nikt nie przywiózł tu gotowej architektury z Bliskiego Wschodu. Meczety budowali miejscowi cieśle, tymi samymi technikami, którymi wcześniej stawiali buddyjskie świątynie.

Image

Image

Image

Na obiad tego dnia zjedliśmy yak karahi. Karahi to danie nazwane od naczynia: głębokiej patelni przypominającej wok, w której mięso smaży się i dusi z pomidorami, czosnkiem, imbirem, zielonymi papryczkami i masą innych przypraw.
Zwykle na patelnię trafia kurczak albo baranina, ale w Baltistanie, gdzie w wysokich partiach gór hoduje się jaki, można spróbować również jaka. Jak smakuje jak? Podobnie jak wołowina, ale jest dużo delikatniejszy, a nawet słodkawy.

Image

Image

Image

Dzień zamknęła pustynia Sarfaranga, w przewodnikach występująca jako Sarfaranga Cold Desert. Leży niecałe pół godziny jazdy od Skardu, tam, gdzie dolina Shigar otwiera się na dolinę Indusu. Przy pogodzie gorszej niż dzień wcześniej okazała się nieco mniej spektakularna, niż sobie wyobrażałem.

Image

Image

Image

Image

Skąd piasek w krainie lodowców? Właśnie z lodowców: mielą skałę na bardzo drobny pył, który rzeki znoszą do dolin, a wiatr usypuje z niego wydmy.

Image

Image

Image

To relacja z zaledwie pięciu pierwszych dni 24-dniowej podróży. Ciąg dalszy już wkrótce :)
Na koniec całej relacji dorzucę też krótkie podsumowanie kosztów i logistyki, a z chętnymi podzielę się (dość szczegółowym) planem tripu.


Ostatnio edytowany przez mikowhyy, 31 Paź 2026 06:34, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
puhacz uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#2 PostWysłany: 31 Paź 2026 04:37 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Maj 2012
Posty: 1216
Loty: 270
Kilometry: 582 111
Krajów: 84 / 39.1%
Świetne zdjęcia, zacny kierunek, czekamy na więcej,

p.
_________________
Moje relacje:
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: jaszon oraz 5 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group