| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. cien-gory-borneo-pamietnik-grafomanki,215,103061 | Strona 3 z 4 |
| Autor: | pestycyda [ 25 Gru 2016 21:53 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
O 9.00 rano wyjechaliśmy spod schroniska Jacka - do Parku Narodowego podwoził nas chłopiec Jacka. Przed wyjazdem Jack dał każdemu z naszej trójki (my + Camilla, Kambodżanka) prowiant na drogę, a nas pouczył, że w hotelu mają nam dać pokój VIP (zupełnie nie wiem, dlaczego Ze schroniska Jacka do bram Parku Narodowego jest bardzo blisko - w 10 minut można przejść na piechotę. ![]() Pierwszy przystanek to biuro parku. Tu chłopiec Jacka załatwił ostatnie formalności, pouczył nas, żeby zezwolenie na wspinaczkę zawsze nosić na wierzchu i zaprosił do auta naszą przewodniczkę - Magarrat z plemienia Kadazandusun. Od tej pory miała się nami opiekować i dbać o nasze bezpieczeństwo. Na Kinabalu, pomimo że droga jest dobrze oznakowana i naprawdę człowiek nie może się zgubić, nie można wejść bez przewodnika. Przewodnikami są członkowie plemienia "ludzi chmur", w większości mieszkający na zboczach Góry. Trekking trwa dwa dni, później schodzą do wioski, krótki odpoczynek i ponownie w górę. Magarrat wchodzi na Kinabalu średnio dwa razy w tygodniu (!!!), więc jest doświadczoną przewodniczką. Lubi tę pracę, choć, być może problemy zdrowotne niedługo zmuszą ją do rezygnacji. Za tak częste wchodzenie na szczyt, trzeba płacić - wyjaśniała nam, pokazując swoje napuchnięte i pokryte nabrzmiałymi żyłami nogi.... ![]() Z biura parku, do pierwszej bramki, na której trzeba wpisać się do specjalnej księgi, jest dosyć daleko. Oczywiście można przejść tę trasę na piechotę, jednak auto bardzo się przydaje. Droga jest asfaltowa i kręta, mało ma wspólnego z przyjemnym trekkingiem, poza tym, odbiera siły przed rozpoczęciem "właściwej" wędrówki. Nas na szczęście podwiózł chłopiec Jacka - tu wysłuchaliśmy ostatnich życzeń powodzenia i musieliśmy się pożegnać. Gdy spotkamy się ponownie, będziemy już innymi ludźmi - dumnymi zdobywcami pierwszego czterotysięcznika w naszym życiu ![]() Do noclegu na wysokości 3272 m n.p.m. od pierwszej bramy, jest dokładnie 6 km. Na trasie, równiutko co kilometr, znajdują się wiaty odpoczynkowe - z toaletą, ochroną przed wiatrem i bieżącą wodą (podobno pitną - wiele osób uzupełniało tam swoje zapasy. My się nie odważyliśmy). Wyobrażacie sobie? Sześć domków na sześciu kilometrach? Po co? Niby to w górach, ale przecież tylko sześć kilometrów, to naprawdę nie jest dużo. No nic, przecież nie trzeba w każdej odpoczywać...Tak, drogi Kinabalu. Jedno, co muszę ci przyznać, to to, że nauczyłeś mnie pokory... ![]() W górę idzie się po czymś w rodzaju stopni - naturalnych kamiennych, lub stworzonych przez przecinanie zbocza drewnianymi deszczułkami. Początkowo na drodze ustawione są też barierki, a idzie się w długiej kawalkadzie turystów. Z każda kolejną minutą, w zależności od kondycji współwspinaczy, odległości między poszczególnymi osobami powiększają się na tyle, aby każdy spokojnie mógł iść własnym tempem. Jeszcze później - przestajesz w ogóle ich widzieć. Zarówno z powodu oddalenia, jak i tego, co dzieje się z samym tobą :/ Wilgoć. Walka o oddech. Każdy krok boli. Trudno w takich warunkach oglądać się na innych ![]() Oprócz innych turystów, na drodze mijali nas tragarze Kadazandusun, za każdym razem wzbudzając nasz niesamowity podziw. Szli powoli, stałym tempem, nie zatrzymując się ani na chwilę. Gdy konieczność zmuszała ich do przystanięcia, przebierali dalej nogami w miejscu, ani na moment nie tracąc rytmu. Bardzo ergonomiczny, profesjonalny sposób wchodzenia. Nie wyglądali na szczególnie zmęczonych - nie wiem, czy to kwestia wprawy, czy jakichś szczególnych uwarunkowań członków tego plemienia. W każdym razie efekty były zdumiewające - gdy my dyszeliśmy na drugim (sic!!!!) kilometrze, niektórzy z nich już zbiegali (tak, tak) z góry, po odstawieniu ciężkiego ładunku... ![]() Nie wiem, jak można wchodzić na tę piekielną (tak. Koniec z uprzejmościami, Kinabalu ![]() Pierwszy kryzys. O ile pamiętam, w drugiej (choć równie dobrze mógł być w pierwszej ![]() A gdy masz przed sobą taki widok, zaczynasz się zastanawiać, co właściwie tak bardzo cię pociągało w wejściu na Kinabalu? Skąd takie marzenie? Przecież najbardziej na świecie kochasz płaskie przestrzenie i morze. O, właśnie, morze! Można by leżeć na plaży, a potem rzucać się w jego głębiny i pływać...Pływać? :/ Wróć...właściwie, to nie masz już marzeń...:/ ![]() Z każdym metrem wyżej, zmieniała się roślinność. Początkowa bujna, zielona dżungla, ustąpiła miejsca bardziej rachitycznym drzewkom, próbującym trzymać się skał. ![]() Dzbanecznik. Trochę poprawił mi humor (ale tylko trochę ![]() Im wyżej, tym mniej roślinności i tym większa nadzieja, że ta gehenna niedługo się skończy Nasza przewodniczka natomiast wyglądała, jakby wcale się nie męczyła. Szła powolutku, równym krokiem, zagadując z uśmiechem tragarzy. Nas przestała zagadywać dosyć szybko. Nie dziwię się jej - gdy człowiek musi czekać na odpowiedź 5 minut, aż ustanie sapanie, wzdychanie i jęki, to może mu się odechcieć kulturalnej rozmowy ![]() Standardowy czas podejścia do miejsca noclegowego od bramy startowej wynosi około 6 godzin (6 kilometrów!) - czyli w bazie powinniśmy być w okolicach 16.00. Nie mam pojęcia, jak ktoś może zdobyć sam szczyt w ciągu jednego dnia :/ Jeśli kiedyś spotkam człowieka, który to zrobił, ucałuję przed nim ziemię z szacunku. Poważnie. Jest tylko jeden wyczyn, który może to osiągnięcie zdetronizować - raz w roku odbywa się bieg (B I E G) na szczyt Kinabalu...:/ i są ludzie, którzy to robią...:/ ![]() Pomimo, że wlekliśmy się noga za nogą i dyszeliśmy okrutnie (tzn. ja, bo Marcin oczywiście nie ![]() Hotel, w którym mieliśmy nocleg. Laban Rata. To, wbrew pozorom, był chyba najtrudniejszy odcinek drogi. Niby jesteś blisko, już widzisz cel, a coraz trudniej zmusić się do każdego kroku. Zawsze dziwiły mnie wypowiedzi ludzi wchodzących na Mount Everest, którzy mówili, że najgorzej jest, jak gdzieś przysiądziesz. Jest ci wtedy wszystko jedno i nie obchodzi cię, czy zamarzniesz, czy tu zostaniesz. Nie jesteś w stanie się ruszyć i wszystko jest ci obojętne...Oczywiście skala tego porównania jest zupełnie nie trafiona, natomiast jeśli chodzi o sam proces psychiczny, to mogę powiedzieć, że teraz zaczęłam go rozumieć... ![]() Drzwi (wreszcie!!!wreszcie!!!!) do hotelu. Przeżyłam duże zaskoczenie, gdy okazało się, że dotarliśmy (doczołgaliśmy, dowlekliśmy i inne ![]() Pokój VIP był na prawdę ekskluzywny - z piękną łazienką, wszystkimi łazienkowymi akcesoriami (była nawet suszarka do włosów, ale jakoś z niej nie skorzystałam ![]() 3/4 drogi zrobione. Do szczytu zostały dwa kilometry...Tym razem już z nieco większą pokorą zaczęłam podchodzić do tych niewielkich odległości... Około 15.00 zaczęto wydawać lunch. Wszyscy schodzili do dużej jadalni na parterze i mogli korzystać z ogromnego wyboru potraw na szwedzkim stole i gorącej płycie. Po zgłębieniu wszystkich porad dotyczących wchodzenia na takie wysokości, bardzo poważnie podeszłam do pouczenia, żeby dużo zjeść. Nie wydawało mi się to trudne - potrawy wyglądały bardzo pięknie. Podeszłam z talerzem do gorącej płyty i ...(ostrzegam. Teraz będzie część, no może nie dla dorosłych, ale nieprzyjemna :/ Marcin zjadł więcej, ale, jakby to powiedzieć, jego klątwa (no może nie faraona - nie ta część świata, ale kogoś w tym rodzaju ![]() Jadalnia była ozdobiona mapami, wycinkami z gazet, zdjęciami. Leżało tam też mnóstwo gier planszowych, żeby oczekujący na wyjście na szczyt mieli czym zabić czas. Jakoś na spacery po okolicy chętnych nie było. ![]() Droga, którą będziemy przemierzać w nocy. Zbiórka na dalsze wyjście zarządzona była na 2.00 w nocy, zaraz po "śniadaniu", tak, żeby zdążyć na wschód słońca. Pora szalona, nie czuliśmy się dobrze, więc już po 17.00 poszliśmy spać (:/) Ze spania i z kąpieli, jedna po drugiej, nic nie wyszło (przepraszam, Jack, nie wykorzystaliśmy twojego daru w pełni, ale naprawdę mieliśmy inne problemy :/ Na tej wysokości ciężko się zasypia, nawet będąc w pełni sił fizycznych, a co dopiero w takim jak my stanie :/ Biegaliśmy na zmianę do łazienki - Marcin z dobrym skutkiem, ja niestety tylko "pro forma" (bardzo źle. Wiadomo, że jak się człowiek pozbędzie tego, co chce wyjść, to potem mu tylko lepiej). Nie wyobrażam sobie takiej aktywności w wieloosobowym pokoju, gdzie najpierw człowiek musi spełznąć z łóżka piętrowego, w otoczeniu obcych osób, a później dobiec do wspólnej łazienki, modląc się, że będzie akurat wolna. Po pierwszej zeszliśmy już do jadalni. Marcin czuł się dużo lepiej, ja niestety zostałam na diecie arbuzowej. Punktualnie o 2.00, razem z Maggarat i Camillą, byliśmy gotowi do wyjścia. ![]() Całkowita ciemność, a zimno tak, że prawie głowy urywało. Żołądek wariuje. Nic to, idziemy. Po to tu przyjechaliśmy. Jesteśmy twardzi, damy radę... Pierwszy etap trasy prowadził drewnianymi schodami w górę, więc ponownie, noga za nogą, byle do przodu... I oto mój szczyt Kinabalu..... ![]() (ale przyznajcie, że ubrałam się ładnie W pokoju znalazłam się o 4.00, równo dzieląc czas pomiędzy czekanie z niepokojem na resztę grupy, bieganie do toalety (z nadzieją, że może się uda...:/) i ....płakanie. Nie chcę dodawać nic więcej................. Tak więc, nie jestem osobą upoważnioną do tego, żeby w jakikolwiek sposób komentować poniższe zdjęcia. ![]() ![]() ![]() ![]() Ale mogę dodać, że jakieś 15 minut po mnie do hotelu zaczęły wracać kolejne osoby. Z równie niewyraźnymi minami, co ja. ![]() ![]() Wiele bym dała, żeby być na tym zdjęciu.... ![]() ![]() Po powrocie do domu próbowałam się zorientować, co takiego dopadło mnie dwa kilometry od szczytu. I już wiem. Nie pokonał mnie brak tlenu, kondycja, czy nawet choroba wysokościowa. Zabił mnie, jak się okazuje, inny klimat. Wilgotność w dżungli sięgała prawie 100%, więc organizm miał problemy z utrzymaniem wody i pozbywał się jej w każdy z możliwych, dostępnych sposobów. Wiem już też, jak można było sobie pomóc. Sól i banany....Po prostu sól i banany............................... ![]() ![]() ![]() Po zejściu Marcin opowiadał, że na skale mijał parę osób z podobnym problemem - łapały się za linę, przechylały trochę poza szlak i tak sobie radziły. Na nikim nie robiło to większego wrażenia. ![]() ![]() I jeszcze jedną rzecz opowiadał - podobno było diabelsko zimno. Jedyną szansą na chwilowe ogrzanie się, było ukrycie się za jakimś głazem. Nie było to jednak bezpieczne, bo natychmiast włączał się schemat psychiczny : "wszystko mi jedno. Zostanę tu. Nigdzie nie idę". ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Moja grupa do hotelu wróciła jako jedna z pierwszych (przynajmniej z tego mogę być dumna ![]() Nasz hotel to ten z żółtym dachem. Popatrzcie, jak dużo nowych miejsc noclegowych się buduje. ![]() Schody, na których poległam. ![]() ![]() Przepraszam za dużą ilość zdjęć. Robię to głównie dla siebie. W końcu są na nich miejsca, których i ja nie widziałam... ![]() Wspólne śniadanie w hostelu (dla jednych śniadanie, dla innych arbuzy ![]() Kijki bardzo się przydawały. ![]() I, około 13.30, pojawiliśmy się pod punktem startowym. Chłopiec Jacka już na nas czekał i oznajmił, że do pokoju VIP w pakiecie dołączony jest lunch w restauracji na terenie parku. Bardzo luksusowej restauracji. Faktycznie - takiej ilości dań i tak pięknie wyglądających, to naprawdę dawno nie widziałam. Jednak w moim przypadku to była zwykła strata pieniędzy (arbuzów nie było Spotkaliśmy natomiast kilku turystów, którzy razem z nami spali w Laban Rata i wchodzili na szczyt - wszyscy wyglądali, jakby przez noc postarzali się o 10 lat. Jednej z kobiet nogi zupełnie odmówiły posłuszeństwa - gdy próbowała wstać od stołu, przewróciła się i nie mogła podnieść. Tak, ta Góra, to wbrew pozorom nie przelewki. Jest turystyczna, owszem (w biurze parku można nawet wykupić certyfikat zdobycia szczytu za 10 MYR), ale ma też różne środki obrony i potrafi zaatakować z niespodziewanych stron. ![]() Stojąc u jej podnóża, nie mogliśmy uwierzyć, że jeszcze parę godzin temu niektórzy z nas tam byli. Camillo, Marcinie - jestem z Was bardzo, bardzo dumna... C.D.N. | |
| Autor: | sranda [ 26 Gru 2016 11:59 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
Z ciekawości spytam - chodziłaś wcześniej po górach? Np. choćby po Tatrach? Miałaś jakieś przygotowanie kondycyjne? Chodzi mi o to, czy poszłaś z marszu na Kinabalu, czy też rzeczywiście ta góra jest aż tak wymagająca + wilgotność, co powoduje te problemy wydolnościowe. | |
| Autor: | zuzanna_89 [ 26 Gru 2016 14:01 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
O kurczę, ale smutna końcówka! Potrafię sobie wyobrazić Twoje rozgoryczenie, ale to była jedyna racjonalna decyzja. Wspaniałe zdjęcia i świetna relacja - Borneo podskoczyło do pierwszej trójki na mojej liście miejsc do zobaczenia | |
| Autor: | olus [ 26 Gru 2016 14:56 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
O nie! Czuję się jakbym wykrakała, że się nie uda | |
| Autor: | Anonymous [ 26 Gru 2016 15:33 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
Nie przejmuj się @pestycyda tym rzyganiem w górach na przyszłość. Kiedyś na kacu zrobiłem trasę z Doliny Kir na Kasprowy Wierch. Dopadło mnie to samo | |
| Autor: | Japonka76 [ 26 Gru 2016 17:22 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
O jejku jak mi przykro. Ale .... masz po co tam wrócić. | |
| Autor: | dj3500 [ 26 Gru 2016 18:49 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
Oj szkoda... Ale przynajmniej w relacji znalazły się zdjęcia ze szczytu więc nie jest aż tak źle Na pocieszenie (i w ramach podziękowania za wszystkie świetne relacje - przy czym ta najlepsza) zrobiłem Ci avatar, bo nie masz Załącznik: ava.png [ 4.87 KiB | Obejrzany 7770 razy ] | |
| Autor: | Maxima0909 [ 26 Gru 2016 20:37 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
szacunek, że podjęłaś taką decyzję! wbrew pozorom podjęcie jej wymagało pewnie większej siły niż decyzja o kontynuowaniu trekkingu | |
| Autor: | bozenak [ 26 Gru 2016 20:45 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
szkoda........... | |
| Autor: | Kalispell [ 26 Gru 2016 22:59 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
@pestycyda Jebal Tubkal czeka - Myślę, że to będzie godny rywal Kinbalu. Świetnie czyta i ogląda się Twoją relację. Wysłane z mojego SM-G935F przy użyciu Tapatalka | |
| Autor: | pestycyda [ 27 Gru 2016 01:05 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
Kochani, wiedziałam, że można na Was liczyć. Dziękuję :* Wbrew pozorom, to dla mnie bardzo emocjonalny wpis i długo biłam się z myślami, jak to zrobić. I czy mogę się tu aż tak odsłonić. Dziękuję za to, że mogłam.... @sranda, trudno mi odpowiedzieć na pytanie. Nie jestem typem sportowca, ale przed wyjazdem zrobiłam, co mogłam. Na Kinabalu nie wchodziłam "z marszu". Chodzę po górach, po Tatrach też. Przed wyjazdem biegałam, robiłam treningi wytrzymałościowe, starałam się lepiej odżywiać i, wbrew pozorom, faktycznie ograniczyłam palenie. Spałam na 3500 m n.p.m. i nie było żadnych problemów. Po prostu myślę, że jednak każdy organizm reaguje inaczej. Ale czegoś takiego zupełnie się nie spodziewałam. Pewnie mogłam się lepiej przygotować - zawsze można "lepiej" i "więcej"... @zuzanna_89, @olus, @bozenak, @Japonka76 - dzięki za słowa wsparcia. Byłam i w jakiś sposób nadal jestem tym, hmmm, "załamana" to może nie jest odpowiednie słowo. Bardziej - siedzi gdzieś to we mnie w środku, znacie to uczucie, prawda? Chciałam tam wejść bardziej, niż wielu innych rzeczy w życiu. Jednak pocieszam się jednym - po powrocie, ktoś mądry (dziękuję :* ) powiedział tak : jeśli jeden członek wyprawy wszedł na szczyt, to wyprawa jest udana... @Don_Bartoss - @dj3500 - jesteś cudowny @Maxima0909 - dziękuję... Masz rację, to było mega trudne. Miło mi rozmawiać z kimś, kto to rozumie... @Kalispell - dziękuję. Po prostu bardzo miło poczuć wsparcie... | |
| Autor: | BrunoJ [ 27 Gru 2016 15:08 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
@pestycyda Na szczyt zawsze jeszcze można spróbować się kiedyś wybrać. A nieostrożni bohaterowie w górach potrafią kończyć na pierwszej stronie newsów. Jest dobrze. Byłaś tam, zaszłaś tak wysoko jak się dało. I potrafiłaś poprawnie ocenić swoje siły. Na dodatek potrafisz o tym otwarcie napisać, co - myślę - jest bardzo cenną informacją dla innych, którzy może planują podobne wyprawy. Brawo! | |
| Autor: | pestycyda [ 28 Gru 2016 16:03 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
@BrunoJ - dziękuję :* ![]() Wróciliśmy do hostelu Jacka na piechotę - ja trzymając się nieco z tyłu. Wstyd mi było przyznać się temu wspaniałemu człowiekowi, że, no, że zawiodłam...Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Jack wyściskał nas serdecznie i szczególnie interesowało go, czy podobał się nam pokój ("O, tak, Jack. Kąpałam się i kąpałam" Ponieważ autobusy do Kota Kinabalu odjeżdżają rano, jeszcze przed wyjściem w góry Jack oznajmił, że do miasta zawiezie nas jeden z jego chłopców. Za darmo. Przy próbie zapłaty za nasz nadprogramowy nocleg - tylko machnął ręką. Właśnie taki jest Jack - pieniądze są dla niego mniej ważne, niż ludzie. Miło było przebywać w jego towarzystwie i, gdybym kiedykolwiek miała tam wrócić (ciężko z tym wracaniem. Wszędzie by się chciało, a na świecie jeszcze tyle nowych miejsc...), to nie dla "Borneo". Marzę o tym, żeby wrócić dla Jacka ![]() Po smutnym pożegnaniu chłopiec Jacka zawiózł nas do Kota Kinabalu, prosto pod nasz hostel (bilety autobusowe kosztują podobno 20 MYR ). W Masada Backpackers Hostel mieliśmy zarezerwowane dwie ostatnie noce - w sumie 190 MYR. Hostel jest bardzo przyjazny - do dyspozycji gości jest pralka (oj, przydała się Kolejnego poranka poszliśmy na przystań promową. Wokół Kota Kinabalu znajduje się mnóstwo małych wysepek, na których można nurkować, snoorkować i uprawiać chyba każdą wodną aktywność. To był nasz plan na ten dzień - porządnie wymoczyć w wodzie obolałe mięśnie (i żadnych schodów, nie ma mowy! ![]() Cena za wycieczkę - 43 MYR od osoby. Potem się jeszcze okazało, że trzeba dopłacić 10 MYR podatku, ale i tak zrobiliśmy dobry interes, bo w nagrodę pan pokazał nam panią, która sprzedaje przemycane papierosy (no co? Nie musiałam już ograniczać palenia, więc postanowiłam, że teraz nadrobię sobie wszystkie stracone dni, kiedy tęsknie spoglądałam w stronę otwartej paczki. Ale za każdym razem gdy już-już chciałam sięgnąć po papierosa, ukazywał mi się Kinabalu grożący palcem ![]() Pan od wycieczek wręczył nam karteczki-bilety i gdy zakupiliśmy już artykuły pierwszej potrzeby, mogliśmy wsiadać na łódź. Okazało się, że każdy dostaje wycieczkę "skrojoną na miarę" - tzn. wybierasz wyspy, pomiędzy nimi kursuje twoja łódka - jednych dowożąc, innych odwożąc przy okazji gdzie indziej. Mistrzowie logistyki - naprawdę, ogarnąć tylu turystów i ich odmienne kierunki i godziny płynięcia, to duże osiągnięcie. Ale działa. ![]() Do pierwszej wyspy płynęliśmy około pół godziny. Sternik umówił się z nami ponownie na przystani za dwie godziny i popłynął dalej, rozwozić gdzie indziej wielbicieli wodnego wypoczynku. I oto wyspa pierwsza (a teraz postaram się wprowadzić trochę ładu i praktyczności, w moich emocjonalnych wypocinach 1. Mamutik. ![]() ![]() Wyspa bardzo przez pana zachwalana. Ale chyba zachwalał ją z równą intensywnością wszystkim wokół, bo jej centralna część wyglądała tak : ![]() Bardzo ładna, bardzo turystyczna wyspa. Mnóstwo restauracji, strzeżonych kąpielisk i innych udogodnień. Mnóstwo wycieczek turystycznych, hałas, porozrzucane wszędzie jedzenie, takie tam. Woda, zwłaszcza przy brzegu, mocno zmulona. Natomiast głębiej, tam, gdzie nie dochodziły już rozbawione dzieci - snoorkowanie bardzo przyjemne. Wprawdzie pewnie dla znawców tematu szału by nie było, natomiast ja cieszę się z każdej rybki zobaczonej pod wodą Jeśli natomiast odeszło się kawałek dalej od najbardziej atrakcyjnej (według chińskich turystów) części wyspy, można było znaleźć i takie miejsca : ![]() A pośrodku wyspy spacerowali jej naturalni mieszkańcy. Nie wiem, jakim cudem warany przetrwały - nie zadeptane i nie zagłaskane na śmierć. ![]() Podsumowując - to bardzo miła wyspa dla rodziców z dziećmi (bezpiecznie, dużo płycizn itp), na romantyczny obiad (nie no, trochę przesadziłam - siedzenie w tłumie turystów raczej nie ma wiele wspólnego z romantyzmem ![]() 2. Sulug. Pan sternik nie był zbytnio zadowolony, gdy dowiedział się, że płyniemy na Sulug. "Po co? - dopytywał uparcie. - "Tam nic nie ma". My jednak, gdy tylko zobaczyliśmy wyspę na horyzoncie, poczuliśmy, że to jest dokładnie to, o co nam chodzi. ![]() Na Sulug rzeczywiście nic nie było - nawet pomostu. Trzeba wyskoczyć z łodzi prosto do wody, przy akompaniamencie przeklinającego pod nosem sternika, który próbuje utrzymać łódkę uderzaną mocnymi falami. ![]() Prawdziwa bezludna wyspa. Piękna, Tylko ty, piach i woda. To miejsce ma tyle uroku, że śmiejesz się w głos, jak dziecko - ze szczęścia. ![]() Cała dla nas. Tylko na chwilę zawitało do nas dwóch chłopaków (ich łódź czekała przy wyspie). Jednak chyba szukali innych wrażeń, bo przeszli raz wzdłuż plaży i odpłynęli. Na szczęście ![]() Według mnie - jedno z najpiękniejszych miejsc. Jeśli chodzi o snoorkowanie, to zabijcie mnie, nie pamiętam ![]() Miejsce, w którym możesz poczuć się całkowicie wolnym. Możesz nawet pływać bez stanika i nikomu nic do tego ![]() Standardowy scenariusz dotyczący bezludnych wysp ![]() Przepiękna wyspa. Polecam z całego serca. Ma tylko jeden minus. Bardzo mały (dosłownie 3. Manukan. ![]() Kolejna wypoczynkowa wyspa. Przypłynęliśmy do niej dosyć późno, więc turystów nie było już tak wielu, jednak patrząc po ilości restauracyjnych stolików, można się domyślać, jak duży tłum jest tu w ciągu dnia. ![]() Jeśli chodzi o snoorkowanie, to tu chyba było najgorzej. To również zdanie grupy mężczyzn, którzy płynęli z nami łodzią, ale oni ujęli to chyba dosadniej "Widziałem tu wielkie g..." ![]() Pomost dla turystów. ![]() Pewnie również dobre miejsce dla rodzin z dziećmi - odgrodzone kąpielisko, ratownicy, duże zaplecze gastronomiczne. Nas szczególnie ucieszyła olbrzymia łazienka, gdzie pod prysznicem można było spłukać z siebie morską sól. Na wyspie można też było wynająć domki na noc. Szczerze mówiąc, ja niezbyt miałabym tam co robić, ale może to atrakcyjna oferta dla osób, które lubią spędzać czas na kąpieliskach. ![]() Pora wracać. O 18.00 odpływały ostatnie łodzie na stały ląd, więc wszyscy jednodniowi turyści zmierzali na przystań. ![]() Jeszcze ostatnie pamiątki ![]() I wracamy. Warto zobaczyć każdą z wysp, każda jest inna. Jednak moim numerem jeden jest zdecydowanie Sulug. A potem długo długo nic Gdy przybiliśmy do brzegu Kota Kinabalu, czekała nas ogromna niespodzianka. Otóż przystań wieczorem wygląda zupełnie inaczej, niż za dnia. Na całym terenie rozkłada się olbrzymi targ - z rybami, owocami, daniami obiadowymi itp. Czyli coś, co kochamy ![]() ![]() Targ, z niesamowitym klimatem i doskonałymi cenami - talerz pysznej zupy, 4 MYR, mrożona herbata - 2 MYR. ![]() Nie do końca wiem, z czego robią te napoje. Każdy jest, hmmm, no niebo w gębie. Trzeba tylko uważać na jedno - Malezyjczycy wszystko przesadnie słodzą - na dnie każdego kubka czeka już przygotowany syrop cukrowy (mniej więcej 1/4 kubka :/ ![]() ![]() Posiłek z takim widokiem - nie ma lepszej restauracji na świecie C.D.N. | |
| Autor: | pestycyda [ 28 Gru 2016 23:22 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
I nadszedł, niestety, nasz ostatni dzień pobytu na Borneo. Jedyną pociechą był fakt, że przy przesiadce spędzimy jeszcze kilkanaście godzin w Szanghaju. Samolot mieliśmy mieć o 1.30 w nocy, natomiast hostel trzeba było opuścić do 12.00. Nie było to jednak żadnym problemem - w hostelu działa bezpłatna przechowalnia bagażu. Bez żadnego obciążenia więc (jeśli nie liczyć bolących po spotkaniu z Kinabalu mięśni, piekącego i swędzącego ciała - tym razem po spotkaniu z piaskowymi diabłami i lejących się z nas hektolitrów potu) wyruszyliśmy na zwiedzanie Kota Kinabalu. ![]() Kota Kinabalu to miasto o dwóch twarzach. Przy głównych ulicach znajdują się duże sklepy i eleganckie restauracje - czyli według mnie, naprawdę nic ciekawego. Natomiast wystarczy wejść w którąś z bocznych uliczek, żeby natychmiast przenieść się w zupełnie inny świat. ![]() ![]() Na dziś nie mieliśmy żadnych konkretnych planów. Chcieliśmy się po prostu powłóczyć, ponapawać klimatem, kupić pamiątki i prezenty dla bliskich...Taki dzień totalnego "nicnierobienia". I ten zamysł udało się nam zrealizować w stu procentach. Najpierw wybraliśmy się na poszukiwanie pamiątek. Ponieważ była dosyć wczesna pora i targi dopiero zaczynały się rozstawiać, na pierwszy rzut poszły po prostu sklepy z pamiątkami dla turystów. Nie mieliśmy najmniejszego zamiaru nic w nich kupować, chcieliśmy się tylko, ot tak, porozglądać i zorientować, co i za ile można kupić. Przy okazji odkryliśmy, że w dzień na nocnym targu, w długiej hali, porozstawiane są miliony stoisk z wszystkimi niepotrzebnymi rzeczami, jakie tylko możesz sobie wymarzyć Postanowiliśmy też "podarować sobie odrobinę luksusu" i skorzystać z oferty eleganckiej, chińskiej restauracji (nie bez znaczenia był fakt, że miała klimatyzację ![]() I jednak Jack miał, jak zawsze rację, gdy mówił : "Wy nie zamawiacie. Ja zamówię. Ja wiem, co dla was dobre". Szkoda, że go tu teraz nie było - może przestrzegłby nas przed tą ogromną pomyłką ![]() A tak wyglądała nasza "odrobina luksusu" po paru minutach - roztopiła się w jakąś okropną breję :/ Niestety, była to bardzo elegancka restauracja, wypełniona szczęśliwymi Chińczykami, którzy z olbrzymią przyjemnością zajadali swoje potrawy. Na nas patrzyli z dużą podejrzliwością - dlaczego nie jemy tych smakołyków? Głupio nam było bardzo, ale nie mieliśmy wyjścia - po prostu po szybkim uregulowaniu rachunku ...uciekliśmy z niej. Biegiem Żeby zabić paskudny smak w ustach (trochę jednak tego spróbowaliśmy), postanowiliśmy pocieszyć się w jednej z bocznych uliczek. ![]() Wprawdzie bez klimatyzacji, ale za to smacznie i klimatycznie ![]() Taka porcja - 4 MYR. Spacerowaliśmy wąskimi uliczkami i podglądaliśmy życie miejscowych. ![]() Ryby suszące się na słońcu. ![]() Dzieci pomagające rodzicom przygotować się do wieczornego handlu. ![]() Czekaliśmy, aż do końca rozłoży się targ na jednym z bocznych placów. Liczyliśmy, że właśnie na nim kupimy wszystkie pamiątki - bo będą "prawdziwe", bez "tradycyjnych" i "oryginalnych" przedmiotów. Niestety, przeżyłam ogromny szok, gdy wreszcie się rozłożył :/ Każdy, ale to każdy sprzedający był Chińczykiem, a na swoich straganach miał dokładnie te same rzeczy, które można kupić w sklepach "wszystko za 2.50" :/ Trochę głupio byłoby przywieźć z końca świata np. "plastry, które oczyszczają organizm" (w dodatku dosyć za nie przepłacając :/ W końcu stanęło na tym, że jeśli nic nie znajdziemy gdzie indziej, to po prostu po przyjeździe wybierzemy się na zakupy do jednego z tych sklepików w Polsce ![]() ![]() Rozrywka dzieci sklepikarzy - ponad ich głowami wisiał telewizor, do którego zbiegały się wszystkie maluchy z okolicy. Patrzyły w mieniący się ekran, jak urzeczone. ![]() Na "nicnierobieniu" wbrew pozorom czas dosyć szybko mija. Zaczął się zbliżać wieczór, więc ruszyliśmy w kierunku nocnego targu. To miejsce dawało gwarancję, że zjemy coś smacznego. ![]() Jeśli będziecie w Kota Kinabalu, pamiętajcie - odwiedzenie nocnego targu jest absolutną koniecznością ![]() A cały czas towarzyszą nam takie widoki. Bajka. ![]() ![]() ![]() Obładowani zakupami, przysiedliśmy na nadbrzeżnym murku. Po raz ostatni chcieliśmy ponapawać się klimatem i chłonąć, jak najwięcej. Obserwowaliśmy więc całe otoczenie i bawiące się na nadbrzeżu dzieci. ![]() ![]() A bawiły się naprawdę znakomicie - nawzajem wciągały się po tym murku, żeby za chwilę zepchnąć się ponownie z głośnym chichotem. ![]() Nadbrzeże jest znakomitym punktem obserwacyjnym, żeby podziwiać zachód słońca. A naprawdę jest co podziwiać. ![]() Można skorzystać z punktu obserwacyjnego na mostku. ![]() My jednak woleliśmy korzystać z własnego punktu obserwacyjnego, na który, za pomocą baniek mydlanych, zwabiliśmy sobie najlepsze na świecie towarzystwo ![]() Rodzice zaczęli powoli zabierać dzieci z nadbrzeża i odpływać z nimi do swoich statko-domów, stojących na morzu. ![]() Było pięknie. Ale było też trochę smutno i nostalgicznie. Ostatni wieczór na Borneo. Coś się kończy... ![]() ![]() I ta uparta myśl, że się nie udało, że nie zrealizowałam tego, po co właściwie przyjechałam... ![]() Nie wiem, co mogę tu więcej dodać. To był chyba dla mnie taki bardzo "do środka" moment... ![]() Do hostelu wróciliśmy po 22.00. Szybka kąpiel i pani recepcjonistka zamówiła nam taksówkę na lotnisko (30 MYR). I tak pożegnaliśmy się z Borneo - wyspą, która ma tak wiele do zaoferowania, że pewnie miesiąc pobytu nie starczyłby, żeby poznać jej wszystkie tajemnice. ![]() Samolot był opóźniony niecałą godzinę, więc mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby wydać ostatnie ringgity. ![]() Taki zestaw w sklepiku na lotnisku - 25 MYR (na drugą buteleczkę już nam nie starczyło C.D.N. | |
| Autor: | BrunoJ [ 29 Gru 2016 14:15 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
Podoba mi się ta relacja, w szczególności jej główny wątek - JEDZENIE !!! | |
| Autor: | Gollum [ 29 Gru 2016 16:26 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
No superhiper! Początek i koniec Freya Stark, a w środku Agatha Christie... | |
| Autor: | Grzegorz40 [ 29 Gru 2016 16:57 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
Musisz skończyć do soboty, bo to będzie relacja 2016 r. | |
| Autor: | bozenak [ 29 Gru 2016 17:43 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
Zła | |
| Autor: | pestycyda [ 30 Gru 2016 20:55 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
@BrunoJ, @Gollum, @Grzegorz40, @bozenak - bardzo dziękuję za miłe słowa W Szanghaju wylądowaliśmy około 6.00 rano. Kolejny samolot, do Pragi, mieliśmy 00.45 - więc całkiem dużo czasu na zwiedzanie (tylko co jeszcze moglibyśmy zobaczyć? W końcu w ogrodzie Yuyuan, według nas, już byliśmy, a skoro tak, to zwiedziliśmy też Stare Miasto - całkiem z resztą skromne Wiza tranzytowa (gdy ma się bilet na dalszy lot) jest wydawana za darmo. Niestety, do końca nie wiem, na jak długi czas - słyszałam o 24, 36 i nawet 72 godzinach. Cieszyliśmy się, że w ogóle ją dostaliśmy (a na pewno nie w głowie było mi dopytywać się miłego, wróć - strasznego służbisty w okienku Pierwsze kroki skierowaliśmy do stacji metra. Za 80 yuanów kupiliśmy bilet, uprawniający na przejazdy koleją magnetyczną przez siedem dni i wszystkimi numerami metra - ale tylko przez dobę. Bardzo chcieliśmy przejechać się Maglevem, który osiąga 431 km/h. A, ponieważ na ogół z pobytu w tych samych miejscach, ludzie pokazują takie same zdjęcia, my będziemy wyjątkowo oryginalni ![]() Nie mamy zdjęcia samego Magleva (nie zrobiliśmy z podniecenia podróżą ![]() Nie mamy też zdjęcia z momentu, gdy pociąg osiągnął 431 km/h (a osiągnął - na krótką chwilę) - też z przejęcia ![]() Natomiast minusem tej szybkości jest to, że człowiek prawie nic nie może zdążyć zrobić - ani sfotografować widoków, ani tablicy z podaną prędkością ![]() Na ostatniej stacji znajduje się muzeum Magleva. Wstęp darmowy + dodatkowa zachęta w postaci klimatyzacji ![]() Do centrum nie da się dojechać Maglevem. Trzeba się przesiąść do metra. Stacje są dobrze oznakowane, postanowiliśmy więc kierować się na dobrze już nam znaną Yuyuan Garden. ![]() Trochę nam jednak nie wyszło, bo wylądowaliśmy w bardzo nowoczesnej i mocno handlowej części miasta. Jednak, klucząc ulicami, weszliśmy ponownie na ulubiony przez nas szlak - czyli trasę wąskich uliczek i małych sklepików. ![]() Raj dla palaczy. Średnio - 4,5 yuana za paczkę. A jakie miały piękne opakowania - małe dzieła sztuki ![]() ![]() ![]() Naprawdę wolę wchodzić w takie kąty, niż zwiedzać galerie handlowe, choćby były nie wiem jak ekskluzywne i nowoczesne. W Szanghaju na każdym kroku rzucają się w oczy kontrasty. Obok wystylizowanych ślicznotek, niosących torby z zakupami od znanych projektantów - takie zaułki. Jeśli miałabym wybrać, co jest piękniejsze - nie musiałabym się długo zastanawiać. ![]() I, jakimś cudem (to był naprawdę cud ![]() O, i jest Stare Miasto! Ale tu już przecież byliśmy. To może wejdźmy w tę małą uliczkę i zobaczymy, co jest dalej? Tak. Takiego rozwoju sytuacji się nie spodziewałam :/ ![]() Hmm, do naszych olbrzymich już zalet musimy dodać jeszcze jedną - znakomitą orientację w terenie :/ ![]() Niestety, inni ludzie nie mieli problemów z tym, żeby tu trafić :/ ![]() Z resztą, nie ma się co dziwić - to chyba jedna z największych atrakcji turystycznych w Szanghaju. I tak, pomimo tłumów, pomimo tego, że pewnie to trochę "fałszywe" (folklor robiony dla turystów, coś, jak Sukiennice) - warto zobaczyć. Dla Europejczyka to miejsce i tak jest bardzo interesujące, a, zazwyczaj, nie ma odpowiedniej wiedzy (przepraszam, jak kogoś uraziłam. Po prostu ja nie mam odpowiedniej wiedzy), żeby odróżnić "udawane" od "prawdziwego". Na środku głównego placu swoje kramy rozstawiają rzemieślnicy różnego rodzaju. Można ich zobaczyć przy pracy, może też zakupić któryś z ich wytworów. ![]() Naszyjnik, który mnie zachwycił. Zapisaną na nim sentencję można przeczytać tylko korzystając z lupy. ![]() Piękne, ręcznie malowane wachlarze. ![]() Pan malujący obrazki przy pomocy specjalnie zapuszczonego, wyjątkowo długiego paznokcia. Maczając go w tuszu tworzy takie arcydzieła. ![]() Chińscy Trzej Królowie. Nie, po prostu nie wiem, ale tak mi się skojarzyło Nagle w oczy rzuciła nam się tablica turystyczna, która wdzięczną strzałką wskazywała kierunek :"Do ogrodu Yuyuan"...No tak, znając nas, tego mogliśmy się spodziewać...:/ ![]() Poszliśmy więc karnie za strzałką, przepychając się przez tłumy turystów uskuteczniających najważniejszą czynność turystyczną, czyli karmienie karpi koi chlebem (szczerze - to nawet nie były karpie. To były boje karpiowe, karpiowe piłki plażowe i kule ziemskie :/ Nie mam pojęcia, jak one jeszcze pływały - tak okrąglutkich ryb to jeszcze nie widziałam - z wyjątkiem nadymki ![]() I wreszcie ogród Yuyuan (dopiero teraz byłam w stanie uwierzyć w opis z naszej przewodnikowej kserówki - jeden z najpiękniejszych ogrodów w Chinach). Cena biletu - 30 yuanów. Faktycznie - był piękny. W cieniu zadbanych drzew ukrywały się strumyki i pawilony o wdzięcznych nazwach. ![]() Uwagę zwracało wszystko. Każdy detal ogrodu był wykonany z ogromną pieczołowitością i dbałością o najmniejszy szczegół. ![]() ![]() ![]() Nie dało się nie zachwycać. Myślę jednak, że jeszcze większą przyjemność z oglądania ogrodu ma ktoś, kto doskonale orientuje się w chińskiej symbolice. Mam wrażenie, że cały ogród pełen był ukrytych znaczeń - niestety, dla mnie niedostępnych. ![]() ![]() ![]() Upał (i, niestety, ogromna ilość turystów) w końcu wygonił nas z tego miejsca. Wybraliśmy się więc na spacer uliczkami Starego Miasta. Podziwialiśmy ogrom atrakcji przygotowanych dla turystów - poprzez pamiątki, aż do różnorodnych aktywności. Większość z nich była dla nas dość egzotyczna i przyglądaliśmy się im tylko zza pleców innych. ![]() Na przykład taki teatrzyk (?). Nie wiem, co widziało się przykładając oczy do tych otworów. Kolejka do atrakcji była bardzo długa, a my słyszeliśmy tylko muzykę dobiegającą z urządzenia i głośny śmiech obserwatorów z biletami. Co ciekawe - w kolejce nie było żadnych dzieci. Sami dorośli, przebierający z niecierpliwością nogami ![]() Można też było przeistoczyć się w mafiosa z początku XX wieku i uwiecznić to na fotografii. Stałam dość długo przy stanowisku fotografa i niesamowite było to, że każdy, ale to każdy mężczyzna, przebierając się w ten strój "bossa i twardziela" natychmiast sam się zmieniał - zaczynał inaczej chodzić, zmieniała się jego postawa, wzrok się "utwardzał"... Oni się nie "przebierali", "stawali" się mafiosami. Ciekawe... ![]() I ponownie na promenadzie Bund. Tym razem mieliśmy znakomitą pogodę (no, odnośnie temperatury, to mogłabym się kłócić, ale jakoś, po pobycie na Borneo, mniej nam to trochę doskwierało ![]() ![]() Promenada jest chyba jednym z najbardziej znanych miejsc spacerowych i celem wszystkich wycieczek turystycznych. Powiem tak - okazało się, że tłum, który widzieliśmy na Starym Mieście, nie był tłumem :/ To były jedynie przedbiegi. W stronę Bund zmierzały takie ilości ludzi, że nie było wyjścia, nie dało się iść w przeciwnym kierunku. Tłum pchał cię, napierał i jedynym wyjściem było pozwolić mu się unieść. Ale miało to też dobre strony - można było przestać się przejmować ruchem drogowym. Poważnie - coś takiego widziałam po raz pierwszy w życiu. Gdy światła na przejściu zmieniły się na czerwone, tłum nie przestawał płynąć. Samochody trąbiły, próbowały omijać przechodniów jakimiś dziwnymi slalomami, między ludzi zaczęli wbiegać policjanci, starając się choć trochę opanować ten chaos, jednak szybko się wycofali. I nie mówimy tu o jakiejś małej, drugorzędnej drodze. Mówimy o dwupasmowej, głównej ulicy...Tłum to jednak siła nie do opanowania... ![]() Jakoś, bocznymi przejściami, udało nam się uciec w mniej turystyczne rejony. ![]() Tu popełniłam też faux pas, które mogło zachwiać przyjaźnią polsko-chińską ![]() ![]() ![]() Dzień, niestety, powoli miał się ku końcowi. Jeszcze zdążyliśmy kupić piwo w sklepie (4 yuany), wypić je w pod osłoną ciemności w parku, obserwując mieszkańców tańczących na placu. Niesamowite wrażenie - plac, na którego czterech rogach stały odtwarzacze z innego rodzaju muzyką. Chcesz tańczyć tango? Zapraszamy do lewego kąta. A może tradycyjne tańce? Cały prawy jest dla ciebie:) Na środku placu muzyka, jak i tańczące pary, mieszały się ze sobą, tworząc kakofonię dźwięków i niezwykłą mieszankę ruchów... ![]() Jeszcze zdążyliśmy odwiedzić Bund nocą i zatopić się w jego światłach. ![]() I, na szczęście, zdążyliśmy na ostatnie metro na lotnisko ![]() Potem już został nam tylko lot do Pragi i LuxBus do Krakowa. I to był, niestety, całkowity koniec naszej wycieczki. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wytrwali tu ze mną. Dziękuję za komentarze, słowa otuchy i polubienia A żeby zakończyć z całkowitym grafomańskim przytupem, powiem Wam, że Kinabalu padł cieniem na moją duszę. I pewnie zostanie tam do końca. Natomiast, ponieważ tak dobrze mi idzie z górami, mam już bilety na następny wyjazd! Jedziemy w Himalaje! Pozdrawiam | |
| Autor: | pestycyda [ 31 Gru 2016 16:22 ] |
| Temat postu: | Re: Cień Góry - Borneo. Pamiętnik grafomanki. |
I jeszcze krótkie podsumowanie finansowe : Transport : ok. 655,71 zł - wliczyłam tu też dwa loty wewnętrzne. Jedzenie : ok. 261,05 zł - ale przez prawie trzy dni karmił nas "big boss" Atrakcje : ok. 2108,52 zł - tu miałam największy problem. Dwie najdroższe atrakcje, czyli wspinaczka na Kinabalu (1380 MYR) i pobyt w dżungli nad Kinabatangan (546 MYR) w cenie miały też zawarte i noclegi, i wyżywienie. Nie wiedziałam, jak to podzielić, więc kwoty w całości dołączyłam do działu "atrakcje". Noclegi : ok. 471,42 zł. Czyli w sumie : ok. 3496,10 zł na osobę. Oczywiście bez skradzionej kwoty | |
| Strona 3 z 4 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |