| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Chile - północ i południe w jednej podróży chile-polnoc-i-poludnie-w-jednej-podrozy,212,104066 | Strona 1 z 1 |
| Autor: | novaq64 [ 28 Lis 2016 11:51 ] |
| Temat postu: | Chile - północ i południe w jednej podróży |
![]() Drodzy Czytelnicy, zapraszam Was dziś do lektury pierwszego wpisu poświęconego naszej ostatniej wyprawie do Chile. Podróż do Ameryki Południowej była prostą konsekwencją przyjętych przez nas założeń, którymi się kierujemy gdy wybieramy kolejną destynację. Po pierwsze chcielibyśmy odwiedzić wszystkie kontynenty, po drugie wyjazdy mają być możliwie jak najbardziej różnorodne, dlatego nigdy nie wracamy bezpośrednio po zakończonej podróży w ten sam region świata. Dlaczego akurat Chile ? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć, ale prawdopodobnie decydującym bodźcem okazała się chęć odwiedzenia Patagonii i Torres del Paine. Wielkie lodowce, dryfująca kra, pingwiny, egzotyczna z naszej perspektywy roślinność w tym m.in. wysmagany przez patagoński wiatr las bukanowy, świetne trasy trekkingowe, bliskość Antarktydy to wszystko działało na wyobraźnię. Ekscytowała nas również wynosząca ponad 14 tys. km odległość do pokonania, mieliśmy się wybrać bardziej na południe niż sięga RPA i Australia. Po długich poszukiwaniach udało mi się w końcu kupić z bardzo dużym wyprzedzeniem bilety hiszpańskich linii Iberia z wylotem z Mediolanu na listopad 2016 r. i tym samym zaczęło się planowanie 3 tygodniowego wyjazdu. Po lekturze przewodnika i internetu powstał w mojej głowie olbrzymi mętlik bo okazało się, że praktycznie każdy region Chile ma do zaoferowania coś niesamowitego. Odległość 5.000 km dzieląca północ od południa logistycznie wydawała się początkowo nie do ogarnięcia. W 3 tygodnie nie ma mowy o przejechaniu całego kraju drogą lądową bez utknięcia w autobusie na dobre. Gdzieś na dalekim horyzoncie podróżniczej fantazji myślałem nieśmiało również o Wyspie Wielkanocnej, ale tutaj monopol ma linia Lan Airlines, która do tanich nie należy. Ostatecznie z pomocą przychodzi lokalny przewoźnik lotniczy w postaci Sky Airline z biletami do niemal każdego zakątku kraju w cenach od 30 do 50 dolarów. Idziemy na całość i decydujemy się na zakup czterech dodatkowych biletów, a nasz wyjazd dzielimy na skrajną północ i południe, czyli dwa regiony gdzie natura przejawia swoje najbardziej ekstremalne oblicze w zupełnie różnych formach. Pierwszy tydzień spędzamy w San Pedro de Atacama, resztę w południowej Patagonii. Relację czas zacząć ! ![]() Z Santiago de Chile o 6:00 rano półprzytomni z niewyspania wylatujemy do miejscowości Calama, która leży nieopodal San Pedro de Atacama. San Pedro de Atacama to malutka mieścina skupiona wokół oazy na pustyni Atakama, która pokrywa obszar północnego Chile. Jest to jedno z najsuchszych miejsc na naszej planecie, które wbrew pozorom nie jest tylko monotonnym pustkowiem. Ekstremalny klimat i kilka innych czynników takich jak m.in. obecność wulkanów sprawiły, że na Atakamie występuje wiele niespotykanych nigdzie indziej fenomenów przyrodniczych. Wycieczka tutaj to jak lądowanie na Marsie ! Dokładnie tak się poczułem gdy po dwóch godzinach w całości przespanego lotu wyjrzałem przez okno samolotu. Na zdjęciu największa na świecie odkrywkowa kopalnia rudy miedzi - Chuquicamata. To tutaj być może po raz pierwszy w głowie pewnego młodego argentyńskiego studenta medycyny pojawiły się radykalne lewicowe myśli, gdy podczas swojej motocyklowej wyprawy przez Amerykę Południową ujrzał wyzysk ciężko pracujących górników (mowa oczywiście o "Che", gorąco polecam przed wyjazdem obejrzeć film Dzienniki motocyklowe z 2004 r., scena z kopalnią też tu jest). Chuquicamatę można zwiedzać. Z centrum Calamy organizowane są ponoć darmowe wycieczki, a rezerwacji można dokonać tu: visitas@codelco.cl (na mojego e-maila nie dostałem odpowiedzi). Niestety my mieliśmy pecha, bo akurat było Wszystkich Świętych, co oznacza dzień wolny od pracy. Wydobycie surowców i przemysł kopalniany odgrywają niemal od zawsze wielką rolę w gospodarce Chile. Nagromadzenie różnego rodzaju złóż w rejonie Atacamy jest bardzo duże, wiele tutejszych miast to po prostu osady górnicze. Chile uzyskało władzę nad tymi terenami po zaciekłych bojach z sąsiadami w tzw. wojnie o saletrę (1879-1884) kiedy to Boliwia ostatecznie straciła dostęp do morza (będę jeszcze o tym pisał). Niektóre kopalnie w tym przede wszystkim saletry są już nieczynne, a tętniące niegdyś życiem ośrodki całkowicie się wyludniły zamieniając się w miasta widma. Dwa z nich Humberstone i Santa Laura trafiły nawet na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Swoim wyglądem przypominają scenerię jakiegoś postapokaliptycznego filmu. Niestety z uwagi na znaczne odległości musieliśmy je odpuścić. Pamiętacie może historię 33 górników uwięzionych przez 70 dni pod ziemią ? To też było na Atakamie w Copiapó. Ich historia jest w Chile traktowana niemal jak mit narodowy. ![]() Samolot Sky Airline i lotnisko w Calamie. Odniosłem wrażenie, że wszystkie lotniska w Chile zostały wybudowane według dokładnie tego samego projektu. Bardzo funkcjonalne i nowoczesne, wszystkie wyposażone w kołnierze do wsiadania pasażerów. ![]() Z lotniska w Calamie bez najmniejszego problemu wsiadamy do łączonej taksówki (taxi colectivo), która wiezie nas prosto do hotelu w Sand Pedro. Łączone taksówki to w Chile standard i występują wszędzie. W miastach mają swoją numerację, jeżdżą po ustalonych trasach i są stosunkowo tanie. Śmieszne uczucie gdy wbijasz się komuś do auta i nagle jedziesz z kimś zupełnie obcym w samochodzie osobowym. ![]() ![]() Przyjechaliśmy do San Pedro de Atacama. Na zdjęciu główna ulica Caracoles. Ludzie zamieszkiwali tu od zamierzchłych czasów z uwagi na bliskość oazy, przechodził też tędy szlak pasterzy z Argentyny, którzy zatrzymywali się w San Pedro jak zmierzali na zachód w celu sprzedaży swoich towarów. Obecnie jest to w 100 % enklawa turystyczna, pełno tu hoteli, restauracji, agencji turystycznych itd. Ceny wszystkiego są bardzo wysokie, a nocleg trzeba rezerwować ze sporym wyprzedzeniem. Mimo to miasteczko jest bardzo przyjemne. Zrobiliśmy szybki obchód po agencjach, porównaliśmy ceny, które wszędzie były bardzo podobne i po krótkich negocjacjach mieliśmy wykupiony cały pakiet wycieczek do interesujących nas miejsc. Brzmi to mało podróżniczo, ale oprócz wypożyczenia auta 4x4 to jedyny sposób by np. wjechać na wysokość 5.000 m n.p.m. Do niektórych bliższych atrakcji np. do doliny księżycowej spokojnie można dojechać rowerem. ![]() Główne atrakcje samego miasta to drugi najstarszy w Chile kościół zbudowany z tradycyjnego adobe (czyli z suszonej cegły) i dwa muzea: archeologiczne oraz meteorytów. Na zdjęciu powyżej wejście do kościoła. ![]() Kościół San Pedro de Atacama (taka jest jego oficjalna nazwa) od wewnątrz. ![]() I od zewnątrz. ![]() W uliczce odchodzącej od rynku jest aleja kramów z całkiem ładnymi i dobrej jakości pamiątkami. ![]() ![]() Jedna z bocznych ulic San Pedro de Atacama. ![]() Nasz hotel o nazwie Tocopilla 19A. Gorąco polecam. ![]() Chilijska flaga jest bardzo ładna. W San Pedro de Atacama i okolicznych wioskach, pomimo natłoku turystów, można poczuć klimat starej Ameryki Południowej tj. jeszcze sprzed czasów okupacji hiszpańskiej. Zamieszkują tu jeszcze Atacameños, autochtoni, którzy do niedawna posługiwali się wymarłym już językiem kunza. W tutejszych trudnych warunkach do dnia dzisiejszego uprawiają rolnictwo na pradawnych własnoręcznie wykopanych taras takich jak tarasy ryżowe w Azji. Oprócz tradycyjnej architektury ich kulturę w tym m.in. ceramikę i ciekawe obrządki pogrzebowe (mumie) można podziwiać w lokalnych muzeach archeologicznych. Zmierzamy na naszą pierwszą wycieczkę do doliny księżycowej czyli do Valle de la Luna, najbliższej okolicznej atrakcji, do której jedzie się jakieś 20 minut. Valle de la Luna to miejsce rodem z filmów science-fiction, które zresztą były tutaj kręcone. Padający tu raz w roku deszcz połączony z wiatrem przez tysiące lat stworzyły niezwykłe formacje skalne, a sól z dawno wyschniętych jezior pokrywa całość białym osadem. Wszystko to w połączeniu z zachodzącym słońcem robi niesamowite wrażenie. Zdjęcia niech przemówią same za siebie: ![]() Na początku przeciskamy się przez mały wąski kanion. ![]() Widoczne na zdjęciu smugi to zastygnięte w czasie krople deszczu. ![]() Białe to sól, nie mylić ze śniegiem ! Tego tutaj na szczęście nie ma, ekstremalnie suchy klimat sprawia, że nawet na szczytach wysokich gór nie ma lodowców (poza kilkoma wyjątkami jak np. liczące niemal 7.000 m n.p.m. Ojos del Salado). ![]() ![]() Ciężko uwierzyć, że to na naszej planecie. ![]() ![]() Formacja skalna o nazwie 3 Marie, jedna niestety się przewróciła przez nieuwagę turysty. ![]() ![]() ![]() ![]() Wielka wydma. ![]() Głowny krater doliny, chyba najbardziej efektownie i kosmicznie wyglądające miejsce. ![]() Należy chodzić po wytyczonych ścieżkach by śladami stóp nie naruszyć przepięknej harmonii piasku. ![]() W Valle de la Luna testowano łaziki marsjańskie. Auta na zdjęciu wyglądają bardzo podobnie. ![]() Tanie loty na księżyc stały się faktem. ![]() Ludzi w tym miejscu raczej nie unikniecie niestety. ![]() ![]() ![]() Ostatnie spojrzenie na główny krater doliny i schodzimy. Jedziemy oglądać zachód słońca z zupełnie innego miejsca. ![]() ![]() Tutaj stopniowo będziemy obserwować zmianę kolorystyki samej doliny jak i otaczających jej szczytów. W kulminacyjnym momencie wszystko zapłonie pięknym fioletem. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Wulkan Licancabur (5.916 m n.p.m.). Chyba najpiękniejszy szczyt w okolicy i zarazem święta góra ludu Atacamoños. Zgodnie z lokalnymi wierzeniami każde wejście na Licancabura jest profanacją góry, która następnie mści się i zsyła na ludzi katastrofy. Ponoć Licancabur jest ożeniony z górą Quimal z sąsiedniego pasma Cordillera Domeyko (tak, nazwa pochodzi od polskiego inżyniera Ignacego Domeyko, który zapisał piękną kartę w historii Polaków w Chile). Para spotyka się tylko dwa razy w roku - podczas przesilenia letniego i zimowego gdy cienie gór nachodzą na siebie. W czasie tych zbliżeń miłosnych, które w tutejszej mitologii są istotnym wydarzeniem, ziemia staje się płodna ![]() Andy płoną. ![]() To my na pożegnanie z Valle de la Luna. ![]() Wieczorem na ulicy w San Pedro de Atacama, krótka przechadzka przed snem. Kładziemy się wcześnie bo jutro czeka na pobudka o 5 rano, jedziemy w długą trasę oglądać wysokogórskie jeziora Altiplano o czym przeczytacie w kolejnym wpisie. Zapraszam również na mojego bloga: blogpodrozniczymichalanowaka.pl Pozdrawiam Michał Nowak | |
| Autor: | 2getThere [ 28 Lis 2016 12:11 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Niesamowite krajobrazy, i te wydmy! | |
| Autor: | naimad [ 28 Lis 2016 12:59 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
świetnie się czyta! czekam na dalsze wpisy | |
| Autor: | novaq64 [ 30 Lis 2016 18:13 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Drodzy Czytelnicy, w drugiej części relacji z okolic San Pedro de Atacama zapraszam Was w nieco bardziej odległe regiony północnego Chile i zdecydowanie trudniej dostępne niż Valle de la Luna. Będzie to poniekąd historia pięknej aklimatyzacji wysokogórskiej, bo kulminacyjnym momentem naszej przygody jest wejście na czynny wulkan Lascar o wysokości aż 5.592 m n.p.m. Adaptację do wysokości zaczęliśmy od wycieczki po jeziorach Altiplano oraz poprzedzającej go wyżyny o nazwie Puna de Atacama. Obydwa obszary tworzą najwyższy i najrozleglejszy płaskowyż na kuli ziemskiej poza Tybetem. Są to tereny o ekstremalnym klimacie. Ich średnia wysokość dochodzi do 4.000 m n.p.m., całość otoczona jest szczelnie przez jeszcze wyższe góry i wulkany przez co zgromadzona tutaj niewielka ilość wody nie znajduje odpływu. Z bezodpływowych jezior powstają olbrzymie solniska takie jak Salar de Uyuni w Boliwii (największe na świecie) oraz Salar de Atacama (numer 3 po Salinas Grandes w Argentynie). Podobnie jak w przypadku Valle de la Luna napotkacie tu być może najbardziej kosmiczne krajobrazy na naszej planecie, co więcej może nawet spotkacie formy życia charakterystyczne (przynajmniej potencjalnie) dla obcych planet. Wnętrza wulkanów, zasolone wody Salar de Atacama czy wrzące gejzery są siedliskiem przyrodniczym istot o niebywałych właściwościach. Związki pustyni Atakama i Altiplano z kosmosem są bardzo bliskie. Jest to najlepsze na naszej planecie miejsce do oglądania nocnego nieba. Jest tu bezchmurnie przez cały rok i m.in. dlatego to właśnie na Atakamie stoi najnowocześniejszy na świecie teleskop ALMA (właściwe sieć spektakularnie wyglądających radioteleskopów). ALMA m.in. nasłuchuje kosmosu w poszukiwaniu życia w odległych galaktykach. Pierwszego dnia wstaliśmy około 5.00 rano i ruszyliśmy w kierunku jezior Miscanti i Miñiques na terenie Reserva nacional Los Flamencos. Rezerwat Flamingów (tłumaczenie własne ![]() Opuszczamy tereny zielonej oazy otaczającej San Pedro de Atacama. Występują tu rzadkie gatunki drzew (m.in. o takich egzotycznych nazwach jak Tamarugo, Chañar i Algarrobo), które są przystosowane do braku wody i znaczącego zasolenia terenu. Później krajobrazy robią się jeszcze bardziej jałowe. ![]() ![]() Droga nr 23 przebiegająca przez solnisko Salar de Atacama. ![]() Pierwszy krótki przystanek robimy w wiosce Socaire. Na pierwszym planie tradycyjny kościół adobe na drugim natomiast starożytne niemalże tarasy służące do uprawy roślin. Tego rodzaju tarasy, których struktura służy naturalnej irygacji, budowane były w historii w różnych odległych miejscach świata niezależnie przez różne kultury. W Azji Południowo-Wschodniej do dziś uprawie się na nich ryż. Te chilijskie budowane były prawdopodobnie pod wpływem kultury Inków. ![]() Na zdjęciu na pierwszy cel - jezioro Miscanti. Jesteśmy już na ponad 4.000 m. n.p.m. Nad jeziorem góruje kompleks wulkaniczny Miñiques w tym wulkan o takiej samej nazwie jak jezioro. Na skutek erupcji Miscanti zostało oddzielone od leżącego obecnie nieopodal drugiego jeziora Miñiques. Wody jeziora są słone. Na pierwszym planie typowa wysokogórska roślinność Puna de Atacama, która po kolejnych kilkuset kilometrach już praktycznie całkowicie zniknie. ![]() ![]() Nad jeziorem jest jeden budynek administrowany przez CONAF (Corporación Nacional Forestal - prywatna organizacja zajmująca się ochroną przyrody w parkach narodowych w Chile, przyjeżdżając tutaj na pewno będziecie mieli z nimi do czynienia. W nazwie mają napisane Forestal, ale jak widać zajmują się również obszarami bezleśnymi). Bardzo podoba mi się sposób w jaki Chilijczycy dbają o swoje naturalne skarby. ![]() Turkusowy kolor jeziora i malutki człowiek. ![]() Na zdjęciu wikunie andyjskie po hiszpańsku Vicuña (bardzo ładnie brzmiąca nazwa ![]() Wikunie widzieliśmy wielokrotnie, niestety praktycznie za każdym razem albo z zza szyby auta, albo z dużej odległości. Czasami przebiegały nam przed maską samochodu. Dla mnie był to często zaskakujący widok, bo docieraliśmy do takich miejsc gdzie już praktycznie nie było żadnej roślinności, a tu nagle pojawia się zwierzęta wielkości małego konia. ![]() Drugie jezioro - Miñiques, które a skutek erupcji wulkanu oddzieliło się od jeziora Miscanti. Tablice zawierają informację na temat żyjących tu ptaków. Kolejnym etapem naszej wycieczki było solnisko Salar de Talar. Zdecydowanie najmocniejszy punkt. Salar de Talar i otaczające je wulkany wyglądają po prostu kosmicznie. Kolory zwalają z nóg, a wisienką na torcie są powolnie brodzące w wodzie różowe flamingi, które nadają całości surrealistyczny wygląd. ![]() ![]() ![]() Różowe flamingi andyjskie powoli kroczą w solnisku i całymi dniami odfiltrowują pokarm ze słonych wód jeziora. Sól nagromadzona w organizmie ptaka powoduje jego różowe zabarwienie. Flamingi to przykład adaptacji życia do ekstremalnych warunków przyrodniczych z którymi mieliśmy tutaj wielokrotnie do czynienia. Flamingi andyjskie wyróżniające się czarnym ogonem należą do najrzadziej występującej grupy flamingów na naszej planecie. W okolicach San Pedro de Atacama znajdziecie również flamingi chilijskie oraz flamingi krótkodziobe (z ang. nazywane James's flamingo). ![]() ![]() Po godzinie spacerowania wzdłuż jeziora, przy bardzo silnym wietrze, powoli zaczęła o sobie dawać znać wysokość. Trzeba było uspokoić oddech i pomyśleć o powrocie nieco niżej. Kolejnym etapem było trzecie największe na świecie solnisko Salar de Atacama. ![]() Salar de Atacama leży znacznie niżej od pozostałych opisanych powyżej jezior, ostatecznie cała woda z okolicy, które nie znajduje nigdzie odpływu ląduje tutaj i odparowuje. W jej miejscu pozostają liczne pierwiastki w tym największe na świecie złoża litu oraz sól. W przeciwieństwie np. do boliwijskiej Salar de Uyuni, które jest regularnie zalewane przez cienką warstwę wody, tutejszy krajobraz jest bardzo mocno chropowaty. Znajdziecie tu kilka słonych jezior podobnych do Morza Martwego i nieśmiertelne flamingi. ![]() ![]() Na zdjęciu Artemia salina (po polsku: Słonaczek, solowiec, kolczykowiec słonaczek, solankowiec) - malutkie skorupiaki, które żyją w tutejszych ekstremalnie zasolonych wodach. Ostateczny dowód na to, że życie zawsze sobie poradzi. Stanowią pokarm flamingów. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Flaming z bliższej odległości. ![]() ![]() ![]() Tutaj widać z czego ukształtowany jest teren. ![]() ![]() To my Kolejnego dnia wstaliśmy znowu o świcie i wybraliśmy się na najwyżej położone na świecie pole gejzerów El Tatio. Relację z tego miejsca znajdziecie w kolejnym wpisie na blogu | |
| Autor: | gecko [ 30 Lis 2016 20:47 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Swietna relacja, Patagonia jest niesamowita! novaq64 napisał(a): Podróż do Ameryki Południowej była prostą konsekwencją przyjętych przez nas założeń, którymi się kierujemy gdy wybieramy kolejną destynację. Po pierwsze chcielibyśmy odwiedzić wszystkie kontynenty, po drugie wyjazdy mają być możliwie jak najbardziej różnorodne, dlatego nigdy nie wracamy bezpośrednio po zakończonej podróży w ten sam region świata. Dokladnie tym samym sie kieruje ^^ | |
| Autor: | Michal Nowak [ 30 Lis 2016 23:31 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Dzięki za miłe słowa wszystkie | |
| Autor: | novaq64 [ 09 Gru 2016 23:18 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Dziś chciałbym Wam przedstawić bardzo popularną atrakcję turystyczną w okolicach San Pedro de Atacama - gejzery El Tatio. El Tatio (w języku Quechua oznacza piec) jest polem gejzerów położonych w wysokich Andach północnego Chile na wysokości 4.320 m. n.p.m. Są to najprawdopodobniej najwyżej położone gejzery na naszej planecie, w sumie jest ich 80, co z kolei czyni El Tatio największym polem gejzerów na południowej półkuli i trzecim co do wielkości na świecie. Wybuchy gorącej wody osiągają średnią wysokość ok. 75 centymetrów, przy czym najwyższa erupcja dochodzi do ok. 6 metrów. ![]() Gejzery najlepiej podziwiać tuż przed świtem gdy różnica temperatur wody i powietrza powoduje intensywne powstawanie pary. Dojazd z San Pedro de Atacama zajmuje jakieś 2 godziny, więc trzeba było wstać o 4 rano. Dziwne to były wakacje bo praktycznie codziennie wstawaliśmy o takiej nieludzkiej porze. W nocy w San Pedro jest dość chłodno, natomiast przy samych gejzerach było początkowo ok. - 10 stopni Celsjusza, przemarzliśmy do szpiku kości. Na zdjęciu Gosia czeka przed naszym hotelem na przyjazd autobusu. Tak jak wspominałem wcześniej nie mieliśmy swojego auta tylko bazowaliśmy na wycieczkach wykupionych w lokalnych agencjach. Zawsze było przynajmniej pół godziny czekania w napięciu, że po nas nie przyjadą. Ostatecznie obyło się bez przykrych niespodzianek. ![]() Na miejsce docieramy w samą porę, nie pamiętam w ogóle drogi bo spałem jak zabity. ![]() Pierwsze w życiu spojrzenie na dość rzadkie zjawisko jakim są gejzery. Jest tylko 6 podobnych miejsc na świecie zlokalizowanych w często dość niedostępnych miejscach takich jak Kamczatka czy Alaska. Najbliższe nam gejzery są oczywiście na Islandii. Samo słowo gejzer zaczerpnięte zostało właśnie z języka islandzkiego (od słowa geysa), a matką/ojcem wszystkich gejzerów jest Geysir zwany Wielkim, który znajduje się niedaleko Reykjaviku. Gejzery powstają w miejscach gdzie pod ziemią zalega magma i są niczym innym jak gotującą się wodą, która od czasu do czasu kipi. ![]() Sprawdzam wysokość, faktycznie jest 4.300 m. n.p.m, bardzo mnie to cieszy bo łapiemy trochę aklimatyzacji przed wejściem na wulkan Lascar. ![]() Trzeba uważać żeby się nie poparzyć. Minęliśmy kilka osób, które za bardzo zbliżyły się do gejzerów i były prowizorycznie opatrywane . Najbliższy szpital 3 godziny drogi w jedną stronę. ![]() El Tatio to kolejny przykład surrealistycznych krajobrazów, z którymi mieliśmy do czynienia w północnym Chile. ![]() ![]() ![]() Starałem się uchwycić jak największy wytrysk wody. Niestety takich efektów jak np. w Parku Yellowstone nie uświadczyliśmy. Słup wody osiągał maksymalnie kilka metrów. ![]() ![]() ![]() Ale zimno ! ![]() ![]() ![]() Na obrzeżach otworów, przez które wydostaje się woda tętni życie. Różnego rodzaju mikroorganizmy znalazły sobie tutaj idealne środowisko do egzystencji. ![]() Nadchodzi świt i oczekiwane ocieplenie. W drodze powrotnej w autobusie ciężko było wytrzymać z gorąca. ![]() ![]() ![]() W przeszłości miały miejsce próby ujarzmienia gejzerów i pozyskania z nich energii geotermalnej ,co z kolei doprowadziło do niekontrolowanych i bardzo groźnych wyziewów gazów wulkanicznych. Ostatecznie zaprzestano eksploatacji. ![]() Na śniadanie zjedliśmy liście koki. Rzeczywiście dają kopa ![]() Po śniadaniu decydujemy się na kąpiel w naturalnym basenie geotermalnym. Ciężko było się rozebrać do kąpielówek przy takiej temperaturze, a jeszcze ciężej wyjść mokrym z ciepłej wody ![]() W basenie duży ścisk przy gorącym źródle, woda miała dość zróżnicowaną temperaturę, a wszystkim było zimno. Z uwagi na wysoką zawartość minerałów, po kąpieli pachnieliśmy jak Muszynianka albo inna Kryniczanka. ![]() Przy basenie są nawet szatnie. ![]() W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o kilka ciekawych miejsc. Na zdjęciu rzeka Putana stanowiąca siedlisko rzadkich gatunków ptaków, które muszą sobie radzić z faktem, że rzeka praktycznie codziennie w nocy zamarza. ![]() ![]() Odwiedzamy również andyjską wioskę o nazwie Machuca. W chwili obecnej mieszkańcy utrzymują się głównie z turystki, ale można sobie wyobrazić jak ciężko musiało się tutaj żyć w przeszłości. Kompletna izolacja. brak odpowiedniej ilości tlenu w powietrzu, jałowa ziemia, na przemian mrozy i upały, a jedyna nadzieja na przeżycie pokładana w hodowanych tutaj lamach. ![]() Wnętrze zabytkowego kościoła. ![]() Polecam zjeść oryginalne chilijskie empanadas. Pieróg z ciasta smażonego w oleju nadziewany różnego rodzaju farszem. Empanadas na zdjęciu było nadziewane tylko serem i było też zdecydowanie najlepszym jakie jadłem w Chile. ![]() Jeszcze raz trafiamy na różowe flamingi. ![]() Do San Pedro de Atacama wróciliśmy stosunkowo wcześnie, w związku z czym mieliśmy wolne popołudnie. Poszwędaliśmy się trochę po okolicy i udało nam się znaleźć trochę lokalnego kolorytu. ![]() ![]() ![]() Obiad zjedliśmy w barze przy dworcu autobusowym. O wiele taniej niż w centrum San Pedro, a jedzenie jak u babci - zupa krupnik i drugie danie kotlet, surówka i frytki ![]() Po popołudniowej drzemce, wieczór spędzamy na oglądaniu gwiazd w jednym z tutejszych amatorskich obserwatoriów. Nie jest to nic nadzwyczajnego np. w Planetarium Śląskim myślę, że doznania mogą być nawet lepsze, natomiast nocne niebo widziane gołym okiem w nocy robi ogromne wrażenie. Widać doskonale Drogę Mleczną i obłoki Magellana - obce galaktyki możliwe do obserwacji jedynie na półkuli południowej. Kolejnego dnia znowu wstaliśmy o 4:00 rano i wyruszyliśmy na podbój wulkanu Lascar o czym napiszę w kolejnym wpisie. Pozdrawiam i zachęcam do odwiedzenia bloga: blogpodrozniczymichalanowaka.pl Michał Nowak | |
| Autor: | novaq64 [ 13 Gru 2016 18:15 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Na koniec relacji z północnego Chile przysłowiowa wisienka na torcie - wejście na stratowulkan Lascar o wysokości 5,592 m. n.p.m. Jeśli macie ochotę zmierzyć się z wysokością i przekonać się jak Wasz organizm zareaguje na zmniejszoną ilość tlenu, a jednocześnie nie macie doświadczenia wysokogórskiego i obycia ze sprzętem niezbędnych w trakcie wspinania po ośnieżonych szczytach czy przekraczania lodowców, to Chile jest prawdopodobnie najlepszym miejscem na naszej planecie (poza Himalajami) dla tego rodzaju eksperymentów. Znajdziecie tu dziesiątki łatwo dostępnych gór powyżej 5.000 m n.p.m. i całkiem sporo powyżej 6.000 m. n.p.m., z których najwyższy jest wulkan Ojos del Salado 6893 m n.p.m. (chętnie kiedyś spróbuję swoich sił, ale z powodów aklimatyzacyjnych trzeba zarezerwować na to kilkanaście dni). My będąc w San Pedro de Atacama wahaliśmy się między Cerro Toco, a Lascarem. Wycieczki na Cerro Toco są trochę tańsze, natomiast Lascar, jako, że jest czynnym wulkanem z ogromnym kraterem prezentował się bardziej efektownie. Nie braliśmy w ogóle pod uwagę wejść połączonych z koniecznością biwakowania, bo nie pozwalał nam na to czas, a po drugie baliśmy się spać na wysokości dochodzącej do 5.000 m bez właściwie żadnej aklimatyzacji. Gdyby choroba wysokościowa dała o sobie znać w nocy to bylibyśmy bez szans na zdobycie szczytu. Wycieczki na wulkany są dość drogie i trzeba się niestety liczyć z wydatkiem dochodzącym do ok. 100 $ za osobę. Mając swój samochód możecie oczywiście znacznie zejść z kosztów, droga prowadząca nad jezioro Lejia nieopodal podnóży Lascara jest do przejechania zwykłym samochodem osobowym, a mając auto 4x4 można zaparkować na prawdę blisko szczytu. Wejście na Lascara planowo miało zająć 3 godziny, zejście natomiast 2. Droga na szczyt nie przedstawiała sobą żadnych trudności, kąt nachylenia zbocza jest dość płaski, wulkaniczne podłoże w miarę stabilne więc nie ześlizgiwaliśmy, ani nie zakopywaliśmy w pyle. Temperatura całkiem znośna, myślę, że ok. 5 stopni Celsjusza, wiatr dał się we znaki dopiero na szczycie. Jednak wejście bez aklimatyzacji i tak było ciężkie. Przez moment byliśmy nawet blisko zawrócenia. Zapraszam do fotorelacji: ![]() Tak jak wspominałem w poprzednim wpisie, przez cały nasz pobyt wstawaliśmy o nieludzkich porach, wycieczkę na wulkan zaczęliśmy o 5:00 rano. Nigdy nie zapomnę widoku wschodzącego wtedy słońca, gdy pruliśmy drogą szutrową pomiędzy wulkanami w rytm piosenek Red Hot Chili Peppers. Wcześnie rano przyjechaliśmy nad jezioro Lejia, gdzie zjedliśmy bardzo skromne śniadanie - małe słodkie ciastko i herbata. Za dużo jedzenia , nieprzyzwyczajonemu do wysokości organizmowi może zaszkodzić. ![]() Droga wycieczka ma też swoje plusy. Razem z nami na Lascara w tym samym dniu wchodziło tylko parę osób (w sumie 2 samochody). Na miejsce dojechaliśmy bardzo fajną i nowoczesną Toyotą, mieliśmy doświadczonego przewodnika i opiekę medyczną. W składzie naszej wycieczki oprócz mnie i Gosi znalazło się dwóch Niemców i jeden Chilijczyk, wszyscy siedzą już tu od 3 tygodni. Nasz opiekun pulsoksymetrem sprawdza tętno i zawartość tlenu we krwi, póki co wszystko ok., ale nasze wyniki odbiegają na niekorzyść od reszty. Omówiona zostaje strategia wejścia na szczyt, generalnie mamy iść powoli ale bez przerwy, dużo oddychać i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Aparaty fotograficzne przez większość czasu trzymamy w plecakach, więc zdjęcia trochę mieszane: oprócz zdjęć z mojego aparatu, kilka zrobionych przez przewodnika aparatem kolegi oraz z gopro i telefonu komórkowego. ![]() Podjeżdżamy jeszcze maksymalnie ile się da i ruszamy w górę ! Wyglądamy bardzo profesjonalnie w kaskach, które kazano nam założyć. W sumie jedyną sytuacją, w której mogą się przydać jest upadek na skutek omdlenia, co pewnie czasami się zdarza. Na początku trochę mnie przytkało, serce waliło szybko i mocno, ale później się rozgrzałem i było wszystko ok. Przeszliśmy krótki fragment, po którym nastąpiło sprawdzenie pulsu, zostałem wytypowany żeby iść na samym końcu, za pewne jako najsłabsze ogniwo. Zaczynałem się trochę niepokoić czy w ogóle dam radę. Przewodnik mówi, że jesteśmy dobrze przygotowaną wycieczką, ostatnia grupa, którą prowadził w tym miejscu już zdążyła się poddać. Po upływie około pół godziny Gosia praktycznie zemdlała, wydawało się, że z wejścia na szczyt nici, na szczęście po krótkiej interwencji przewodnika okazało się, że wszystko ok. Nie były to objawy choroby wysokościowej, a jedynie brak energii. Słodki wafelek pomógł. ![]() ![]() Nastąpiło kolejne przetasowanie uczestników, idziemy tak przez dłuższy czas. Droga jest bardzo monotonna. ![]() ![]() Przeszliśmy kolejny etap i robimy krótki 1 minutowy przystanek na złapanie oddechu, zjedzenie wafelka i zrobienie fotki. Ekipa uczestników w komplecie, zdjęcie zrobione przez przewodnika z aparatu kolegi Bawarczyka Mathiasa na pierwszym planie. Różnica w porównaniu do mojej marnej, starej i poobijanej lustrzanki ogromna. ![]() Po przejściu ok. 1,5 godziny za nami takie widoki. ![]() ![]() A przed nami powoli rysuje się krawędź krateru wulkanu. Końcówki nie wspominam najlepiej, byłem już bardzo wymęczony i zbierało mi się na wymioty, ale na szczęście jakoś dotrwałem. ![]() ![]() Potwór w pełnej krasie. ![]() Udało się ! (Zdjęcie z telefonu komórkowego, w aparacie niestety przez przypadek przestawił się program na półautomatyczny i wszystko od tego momentu wyszło prześwietlone) ![]() Długo nie zabawiliśmy na szczycie, przegonił nas wiatr w połączeniu z oparami gazów. ![]() Zejście nastąpiło w tempie ekspresowym. ![]() ![]() Doczłapałem się do auta i byłem na prawdę mocno zmęczony. Bardzo bolała mnie głowa i marzyłem tylko o tym żeby się położyć. ![]() Zjechaliśmy szybko na wysokość 3.000 m n.p.m. i już na spokojnie zregenerowaliśmy w pięknej scenerii. Wulkan Lascar w pełnej krasie. Jest to najbardziej aktywny wulkan w całych północnych Andach leżących na terenie Chile. Na zdjęciu widać niewinną chmurkę dymu, która potrafi zamienić się w piekło. Podobnie jak w przypadku Licancabura w lokalnym folklorze z Lascarem związana jest legenda. Lascar i Licancabur mieli ze ze sobą walczyć o względy pieknej kobiety o imieniu Juriques. Zalotnicy rzucali w siebie skałami, aż w końcu Licancabur przy pomocy ostro zakończonego kamienia odciął Lascarowi głowę (tak powstał płaski szczyt wulkanu). Podobno gdy Juriques to zobaczyła to przysiadła przy Lascarze i zaczęła płakać. Z łez Juriques powstało jezioro Laguna Lejia. ![]() Po powrocie do hotelu od razu zapadam w kilkugodzinny sen. Wieczór spędzamy na nostalgicznym spacerze na obrzeżach San Pedro de Atacama (to nasza ostatnia noc tutaj). ![]() Wulkan Licancabur. ![]() Do zobaczenia ! San Pedro może jeszcze kiedyś odwiedzę przy okazji kolejnej wycieczki w rejony Altiplano. Rano znowu wstaliśmy ok. 5 i ruszyliśmy na lotnisko w Calamie, by przenieść się o 5.000 km na południe do arktycznej Patagonii, o czym przeczytacie w całej serii kolejnych wpisów na blogu. Pozdrawiam Michał Nowak | |
| Autor: | novaq64 [ 20 Gru 2016 12:01 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Powoli zabieram się za drugą część relacji | |
| Autor: | blasto [ 26 Sty 2017 12:25 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
No i co z tą relacją z południa? Właśnie wróciłem z treku w TdP i muszę przyznać, że było do jedno z moich najlepszych turystycznych doświadczeń w życiu. Aż żałuję, że mam to już za sobą. | |
| Autor: | novaq64 [ 16 Maj 2017 13:17 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
![]() Drodzy Czytelnicy, po dłuższej przerwie zapraszam Was dziś na pierwszą odsłonę relacji z południowej Patagonii. Zaczynam od prawdopodobnie najbardziej popularnej atrakcji regionu - Parku Narodowego Torres del Paine. W czasie naszych przygotowań do wyjazdu do Chile długo nie mogliśmy się zdecydować jak rozłożyć proporcje pomiędzy północą, a południem. Z jednej strony już samo elektryzujące brzmienie słowa Patagonia powoduje przyjemny dreszczyk emocji i kojarzy się z wielką przygodą, z drugiej strony mieliśmy świadomość, że to tereny szalenie niedostępne, gdzie dojazd do wielu miejsc transportem publicznym jest niemożliwy, że pogoda może być katastrofalnie zła, no i że na miejscu jest bardzo drogo. Oprócz tego Torres del Paine jest jedną z największych atrakcji turystycznych całej Ameryki Południowej, znajdziecie go w każdym zestawieniu top 10 tuż obok Machu Picchu czy Salar de Uyuni, a sezon trwa bardzo krótko, co zazwyczaj oznacza towarzystwo tłumu turystów. Mimo wszystko zdecydowaliśmy, że to właśnie w Patagonii spędzimy większość czasu, a północ będzie tylko przyjemnym dodatkiem. Do podjęcia takiej decyzji przekonał mnie chyba najlepszy podróżniczy film jaki w życiu widziałem - 180° South (reż. Chris Malloy). Czy warto było tłuc się 4 samolotami ponad 14.000 km w linii prostej z Katowic na koniec świata za stosunkowo duże pieniądze ? Zdecydowanie tak ! Mam nadzieję, że po lekturze najbliższych wpisów sami będziecie chcieli wyruszyć do południowego Chile i Argentyny. Torres del Paine ze wszystkich dostępnych w chilijskiej Patagonii trekkingów jako jedyny posiada dość dobrze rozbudowaną infrastrukturę i jest łatwo osiągalny dla osób korzystających z transportu publicznego. Lokalne agencje turystyczne są bardzo profesjonalne i zorganizują Wam niemal każdą skrojoną według potrzeb wycieczkę do bardzo odległych miejsc takich jak np. przylądek Hoorn czy nawet Antarktyda, ale wiąże się to z kosztami sięgającymi często kilkuset , jak nie kilku tysięcy dolarów amerykańskich. Póki co musieliśmy zadowolić się autobusem komunikacji publicznej. Do Torres del Paine można dostać się z dwóch głównych południowych miast Chile: Punta Arenas i Puerto Natales, do których dolecicie tanimi liniami SKY Airline (do Puerto Natales połączenie z Santiago zapoczątkowano pod koniec 2016 r.), ceny lotów z Santiago zaczynają się od 20 dolarów w jedną stronę. Dla tych, którzy posiadają więcej czasu warte uwagi jest dotarcie tutaj drogą lądową z miejscowości O'Higgins znajdującej się na końcu legendarnej drogi krajowej nr 7 o nazwie Carretera Austral. Trzeba być jednak przygotowanym na kilka dni podróży z przesiadkami obejmującymi m.in. płynięcie promem i sporo pieszych fragmentów. Z Peurto Natales jest pełno autobusów jadących bezpośrednio pod bram parku, bilety można rezerwować przez internet. My korzystaliśmy głównie z przewoźnika Bus-Sur, wszystko kupowaliśmy na miejscu, nie było żadnych problemów z dostępnością wolnych miejsc (było to w listopadzie). Dojazd z Argentyny jest równie prosty, jednakże dostępność połączeń z El Calafate czy Ushuaia jest dużo mniejsza i dobrze jest zrobić rezerwacje z odpowiednim wyprzedzeniem. Zasadniczo istnieją dwa warianty trekkingu: "O" i "W". "O" zawiera w sobie wszystko to co "W" + dodatkowo północną część parku w tym najbardziej wymagający fragment w postaci przejścia przez przełęcz Paso John Gardner. Większość osób decyduje się na wariant "W", a to głównie z powodu ograniczeń czasowych. My również wybraliśmy "W", ale z miłą chęcią kiedyś wrócimy by przejść pełną trasę. Zapraszam Was na fotorelację ! ![]() Na horyzoncie Torres del Paine pojawia się nagle i w zupełnie niespodziewanym miejscu. Na równinnym krajobrazie chilijskiej pampy wyrastają nagle niesamowite, ośnieżone i skaliste szczyty niczym Disneyland dla miłośników gór. Myśleliśmy, że słynne wieże po raz pierwszy zobaczymy po dłuższym trekkingu tymczasem przy dobrej widoczności można je dojrzeć już z okien autobusu. ![]() Podobnie jak większość turystów trekking rozpoczęliśmy od szkolenia w bazie Laguna Amarga, gdzie dowiecie się o podstawowych zasadach panujących w parku. Bardzo podobało nam się w Chile podejście do ochrony przyrody - ograniczenia są restrykcyjne i bardzo surowo egzekwowane. W Torres del Paine naczelna zasada brzmi: zero ognia poza kilkoma, ściśle wytoczonymi do tego miejscami. Patagoński las jest bardzo wrażliwy i łatwopalny, w nieodległej przeszłości, na skutek nieuwagi turystów spłonęły całe hektary parku. Przyjeżdżając do parku teoretycznie powinniście już mieć opracowany cały plan trekkingu i zarezerwowane noclegi. W praktyce nie trzeba tego robić, chyba że zależy Wam na komfortowym spaniu w ekskluzywnych niemal schroniskach. ![]() Po przeszkoleniu dojechaliśmy autobusem do początku trekkingu gdzie zarezerwowaliśmy część noclegów. Jest to dość skomplikowana procedura, część biwaków jest darmowa, część płatna, ale na szczęście nie ma problemów z dostępnością miejsc. Jeśli chodzi o schroniska, które są ekstremalnie drogie, to większość była już dawno wyprzedana. Od początku planowaliśmy spać tylko w namiocie, więc nie przejęliśmy się brakiem miejsce w schroniskach ale pamiętajcie, że jakbyście chcieli zaznać trochę luksusu to trzeba zrobić rezerwacje z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Na darmowych biwakach można spać tylko jedną noc z rzędu, ale nikt tego nie kontroluje i ostatecznie na jednym spaliśmy dwie noce bez zwijania namiotu (Camp Italiano). Ostatecznie w parku spaliśmy 3 noce za darmo i 2 po uiszczeniu opłaty za namiot (kwoty rzędu 50 zł za osobę). Może się zdarzyć, tak jak w naszym przypadku, że również i na darmowych biwakach nie będzie już wolnych miejsc, ale bez obaw - w takiej sytuacji po dotarciu do bazy należy zameldować się u strażnika i powiedzieć mu, że próbowaliście zrobić rezerwacje, ale system się zaciął (oficjalna informacja uzyskana w kasie parku ![]() Po wszystkich formalnościach w końcu ruszyliśmy przed siebie. Pogoda jak na Patagonię w pierwszym dniu niemal idealna. ![]() Pięciogwiazdkowy Hotel Las Torres Patagonia zlokalizowany tuż przy wejściu do parku. Cena za noc ok. 1.500 zł. Dobra wiadomość jest taka, że śniadanie wliczone w cenę ![]() Na zdjęciu Lago Nordenskjöld - jedno z kilku tutejszych jezior lodowcowych o niesamowitej błękitnej barwie. ![]() Pierwszy dzień, z uwagi na fakt, że w siedzibie parku zameldowaliśmy się dość późno był bardzo krótki, kilka godzin trekkingu do camp Torres skąd drugiego dnia ruszyliśmy do Mirador Las Torres - pierwszego spektakularnego punktu widokowego. ![]() Od początku było przepięknie, pamiętam, że byłem świeżo po obejrzeniu filmu Zjawa i czułem się jakbym bym był traperem z XIX w. ![]() Pierwsze schronisko El Chileno - pełen wypas, ale nie dla nas takie luksusy. ![]() Dla biwakowiczów przygotowano nawet specjalne podesty pod namiot. ![]() Patagoński las, chyba najbardziej fascynujący element całego trekkingu. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Późnym wieczorem dotarliśmy do darmowej bazy namiotowej camp Torres. Był [/img]to nasz najwyżej położony nocleg i przez to również najchłodniejszy. Temperatura spadła na pewno poniżej zera, dlatego pamiętajcie żeby zabrać ze sobą porządny śpiwór. Ważne jest by rozbijać się między drzewami, bo na otwartej przestrzeni wiatr nie pozwoli Wam zasnąć. Pogoda w Torres del Paine jest całkowicie nieprzewidywalna poza jedynym elementem - będzie wiało na 100 %. ![]() Specjalne miejsce do gotowania. Nie można odpalać kuchenki nawet w przedsionku namiotu. ![]() Nasz namiot. Po zmroku zawitał do nas nibylis argentyński czyli szary lis. Strasznie się przestraszyłem gdy zobaczyłem zarys jego sylwetki i błyszczące w nocnym świetle ślepia. Nie radzę trzymać jedzenia poza sypialnią namiotu. Na szczęście w Patagonii nie ma niedźwiedzi. ![]() Nic dodać nic ująć. ![]() Poranny widok z namiotu. Żaden hotel mi nigdy tego nie zastąpi. ![]() Z uwagi na moje wrodzone lenistwo zebraliśmy się dość późno i popędziliśmy w kierunku kamiennych wież, od których wzięła się nazwa całego parku. Z niepokojem spoglądaliśmy w niebo, nadciągały śnieżne chmury i bardzo baliśmy się braku widoczności. Trzeba mieć sporo szczęścia by zobaczyć wieże w pełnej krasie. ![]() Będzie widać czy nie będzie, oto jest pytanie. ![]() ![]() ![]() Są. Żadne ze zdjęć, które widziałem przed wyjazdem nie oddaje rzeczywistości. Widok po prostu wgniata w ziemie. Spędziliśmy z dobrą godzinę siedząc przy samej tafli jeziora i kontemplując w samotności - ci co zebrali się wcześniej od nas zdążyli już zawrócić, a reszta, która startowała od bram parku jeszcze nie zdążyła dojść. ![]() ![]() Lodowaty wiatr dawał się we znaki. Gosia schroniła się za głazem. ![]() Z żalem musieliśmy opuścić to miejsce i ruszyć z powrotem. ![]() Po drodze dość często mijaliśmy drzewa wyrwane z ziemi razem z korzeniami. ![]() ![]() Po zejściu kilkuset metrów niżej wyraźnie się wypogodziło. ![]() Wiosenne słońce przebija się przez gęsty las. ![]() Wracamy nad Lago Nordenskjöld. ![]() W Patagonii popularne są wycieczki konne. Pod opieką gaucho (odpowiednik amerykańskiego kowboja) możecie przemierzać tutejsze bezkresne stepy. ![]() Miejsce naszego drugiego noclegu. ![]() Mogłoby się wydawać, że jesteśmy dobrze zabezpieczeni przed wiatrem. Nic z tego ! Namiotem bujało na prawo i lewo, uginał się do granic wytrzymałości, byłem niemal pewien, że zaraz się połamie. W nocy dwa razy wstawałem i sprawdzałem czy aby czasem nie powyrywało nam wszystkich śledzi, bo miałem wrażenie, że odlatujemy. ![]() Jeden z dwóch płatnych biwaków. Cena 20.000 peso czyli jakieś 100 zł. ![]() Piękne miejsce, ale założę się, że ludzie śpiący w namiotach na zdjęciu nie zmrużyli oka przez noc. ![]() Kolejny dzień przynosi piękną wiosenną pogodę. ![]() Ruszamy wzdłuż Lago Nordenskjöld w kierunku camp Italiano. ![]() ![]() ![]() Po pokonaniu pierwszego odcinka zaczynają się przepiękne widoki przywodzące na myśl Góry Skaliste w USA. ![]() Na szlaku jest bardzo dobra infrastruktura, nie ma konieczności żadnego przekraczania rzek na dziko czy używania mapy. Trekking nie jest również wymagający pod względem kondycyjnym. Czysta przyjemność wędrowania. ![]() Przebarwienia widoczne na skałach powstały w wyniku działalności lodowca. Dzięki nim ostro zakończone szczyty wyglądają jeszcze bardziej groźnie i niedostępnie. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Bardziej na południe od nas już tylko Antarktyda w związku z czym trzeba uważać na dziurę ozonową. Prognoza promieniowania UV jest publikowana na bieżąco. ![]() Schronisko Los Cuernos. Luksusy w samym sercu parku narodowego. Sami zrobiliśmy sobie krótką przerwę i wypiliśmy tu po lampce pisco sour. W takich okolicznościach przyrody smakowało wybornie. ![]() Chwila relaksu nad brzegiem jeziora. ![]() Wiatr na powierzchni wody. ![]() Piękna plaża. ![]() ![]() Wchodzimy powoli w dolinę Valle Frances, czyli drugą kreskę litery W patrząc na mapę. ![]() ![]() Rozbijamy się na darmowym biwaku camp Italiano. Tak jak wspominałem wcześniej można tu spędzić tylko jedną noc, ale nikt tego nie kontroluje. W najgorszym wypadku można zwinąć namiot i zameldować się na inną osobę. ![]() ![]() XXI wiek, a my dalej myjemy się w rzece. ![]() Wieczorem zerwał się wiatr i było pewne, że pogoda następnego dnia nie będzie nas rozpieszczać. O tym jak przetrwaliśmy przy poziomo padającym deszczu i ogromnej wichurze dowiecie się kolejnym wpisie. Po więcej zapraszam na http://blogpodrozniczymichalanowaka.pl/ | |
| Autor: | TikTak [ 24 Maj 2017 20:19 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Chyba najładniejsze zdjęcia z Atacamy i Patagonii jakie widziałem. Świetna relacja. Pozdrawiam:) | |
| Autor: | ibartek [ 24 Maj 2017 20:42 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
wysokie gory, to co lubie bedzie jakies podsumowanie praktyczne, ekwipunkowo-kosztowe? | |
| Autor: | benhen [ 24 Maj 2017 22:15 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
5 dni temu wrocilem z Atacamy i okolic , potwierdzam dalej jest przepięknie , jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju!!!! | |
| Autor: | novaq64 [ 04 Lip 2017 11:05 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Zapraszam Was dzisiaj na drugą część relacji z trekkingu po Torres del Paine. Po dwóch dniach zaskakująco przyzwoitych warunków i zgodnie z wieczornymi przewidywaniami nad ranem nastąpiło całkowite załamanie pogody. Niemiłosiernie wiało i padało. Z uwagi na bardzo napięty plan nasze wycieczki niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na przeczekanie nawałnicy w obozie i trzeba było wyjść na szlak. Zostawiliśmy rozbity namiot w Camp Italiano i na lekko ruszyliśmy wgłąb doliny Valle Frances. Większość drogi prowadziła lasem, który częściowo chronił nas przed bombardowaniem z nieba. Gdy tylko wychodziliśmy na jakąś odsłoniętą przestrzeń to mogliśmy na sobie przetestować reputację patagońskiego klimatu. Ciężko było robić zdjęcia w takich warunkach, obiektyw momentalnie zalewał się wodą, albo był zaparowany. Coś tam jednak udało się ustrzelić i w miarę dobrze oddać klimat tego co przeżyliśmy. ![]() Ziąb, wilgoć i wiatr czyli coś czego Gosia chyba nie lubi najbardziej na świecie, co zresztą widać po minie na zdjęciu. ![]() Większość trasy wyglądała mniej więcej tak. Od czasu do czasu pojawiały się prześwity lub trzeba było przejść wolną przestrzenią do kolejnego fragmentu lasu. ![]() Szlak częściowo zamienił się w płynącą rzekę, o dziwo udało się nam zachować w miarę suche buty. ![]() Valle Frances jest podobno najbardziej spektakularnym widokowo fragmentem trekkingu. Gdzieś tam czasami w oddali mignął nam jakiś zarys gór lub lodowca, więc mniej więcej mogliśmy sobie wyobrazić co tracimy. ![]() Kilkusekundowe przejaśnienie. ![]() Gosia przedziera się przez wiatr ciężko było ustać. ![]() Możliwie jak najszybciej chowaliśmy się w lesie. ![]() W lesie, w którym też nie do końca było bezpiecznie i przytulnie, co chwilę coś trzeszczało, coś się łamało lub uginało, niektóre drzewa wyglądały jakby za chwilę miały zostać wyrwane z korzeniami. Spore partie lasu były całkowicie zdewastowane. ![]() W miarę jak wchodziliśmy wyżej lasu było co raz mniej, a pogoda jeszcze się pogarszała, aż w końcu przywaliło śniegiem. ![]() Dotarliśmy w końcu do celu w postaci Mirrador Britanico, czyli punktu widokowego, z którego można podziwiać całą panoramę doliny. W naszym przypadku były to jedynie chmury i mgła. Zrobiło się na tyle nieprzyjemnie, że czym prędzej zwinęliśmy się z powrotem. ![]() W drodze powrotnej pod koniec troszeczkę się wypogodziło. Jedno z moich ulubionych zdjęć, trochę jak w horrorze. ![]() Docieramy do Camp Italiano by podążyć już z całym ekwipunkiem w kierunku zachodnim do lodowca Grey, będącego ostatnim punktem na mapie naszego trekkingu. ![]() To ja i flaga Patagonii. Możemy z satysfakcją powiedzieć, że poznaliśmy uroki tej pięknej krainy. ![]() Pakowanie namiotu już w niemal w słonecznej pogodzie. Z Camp Italiano do Refiugio Grey (naszej ostatniej bazy noclegowej) widzie bardzo przyjemna i niewymagająca droga. Tym razem można powiedzieć, że zima zamieniła się w jesień. Widoczne na zdjęciu spłowiałe, niemal monochromatyczne kolory to nie tylko zasługa światła, ale również pożarów, które zamieniły las w jedno wielkie cmentarzysko. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Po drodze mijamy jeszcze Refugio Paine Grande, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad. Posiłki były dość drogie, ale po takim dniu ciężko było sobie odmówić gorącej gulaszowej zupy. ![]() Na zdjęciu Lago Pehoe, po którym kilka razy dziennie pływa katamaran i zgarnia ludzi, którzy skończyli swój trekking przy lodowcu Grey. Koniecznie przynajmniej raz przepłyńcie się tym katamaranem, bo widoki z pokładu są niesamowite. ![]() Oderwany fragment lodowca. Pierwszy raz w życiu widziałem tego rodzaju dryfujący lód. Lodowce w Patagonii wyglądają całkowicie inaczej niż nasze europejskie zabrudzone górskie lodowce. ![]() Jest i lodowice w pełnej krasie. Póki co oglądany z odległej perspektywy. ![]() Dotarliśmy do naszego ostatniego biwaku, szybko się rozbiliśmy i ruszyliśmy w kierunku lodowca. ![]() ![]() Ten mały człowieczek stojący na skale po prawej stronie to Gosia. Siedzieliśmy tam ze 2 godziny. ![]() Niestety wszystko co piękne szybko się kończy. Wróciliśmy do namiotu, nastawiliśmy budzik na 6:00 rano i ruszyliśmy do przystani promowej. ![]() Po drodze jeszcze raz nacieszyliśmy nienajgorszymi widokami. ![]() ![]() Ostatnie spojrzenie na lodowiec Grey. ![]() Dotarliśmy z powrotem nad jezioro. ![]() ![]() Chile pokochałem również za to, że tutejsza przyroda jest niemal nieskazitelnie czysta. Woda w jeziorze lodowcowym była tak czysta, że miałem ogromną ochotę do niej wskoczyć i pić garściami. ![]() Katamaran, którym odpłynęliśmy. ![]() i widoki z perspektywy pokładu. Po dopłynięciu do drugiego brzegu czekało kilka autobusów jadących do Puerto Natales. Nie mieliśmy wcześniej kupionych biletów, ale wolnych miejsc było wystarczająco dużo. Na zdjęciu, widziane z perspektywy busa, zwierzątko pt. Gwanako andyjskie – bardzo charakterystyczne dla tutejszego regionu. ![]() ![]() Żegnamy się z Torres del Paine. ![]() Typowa patagońska droga. Na szczęście to nie był koniec naszej przygody z Patagonią. W kolejnym wpisie przedstawię Wam moich kolegów z odległej wyspy – pingwiny magellańskie. Pozdrawiam Michał Nowak | |
| Autor: | 666balam [ 04 Lip 2017 12:46 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Niesamowite zdjecia!!! | |
| Autor: | Krystek888 [ 06 Sty 2020 13:23 ] |
| Temat postu: | Re: Chile - północ i południe w jednej podróży |
Chuquicamata to taka niezła dziura w ziemi | |
| Strona 1 z 1 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |