| Forum strony Fly4free.pl https://forum.fly4free.pl/ | |
| Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) australia-melbourne-sydney-brisbane-wrzesien-2014,217,59277 | Strona 1 z 1 |
| Autor: | Adrian.jg [ 12 Lis 2014 00:02 ] |
| Temat postu: | Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Uff wreszcie udało mi się zebrać myśli i zabrać się za spisanie relacji z wyprawy do Australii. Przeloty na trasie DUB – DXB – MEL via SIN oraz powrót już bez międzylądowań w Azjii MEL – DXB – DUB. Koszt biletów około 350 GBP na brazylijskiej expedii. Przeloty Emirates. Dolot do Dublina niesamowicie prosty. Z wyspy na wyspę można polecieć tanio, a dodatkowo sprawę ułatwia nam Ryanar ze swoim drugim bagażem podręcznym, dzięki czemu możemy zabrać więcej rzeczy, nie wykupując przy tym bagażu rejestrowanego. W samym Dublinie spędzamy weekend. Krótko tylko streszczę, iż stolica Irlandii nie wywarła na mnie żadnego wrażenia. Może to efekt mieszkania w UK, gdzie tu i tu wszystko wygląda tak samo... nie wiem, w każdym bądź razie cieszyłem się, że były to odwiedziny „przy okazji”. Lotnisko w Dublinie za to jest fajnie skomunikowane komunikacją miejską dzięki czemu do centrum można dojechać za około 3 EUR. Po przybyciu robimy ostatnie przepakunki, zabezpieczam plecak białymi workami, szczególnie paski i szelki, gdyż czeka go dość długa droga i kilka lotnisk do zaliczenia. Kolejka do check-in ogromna i tu zaczynam pluć sobie w brodę, że z samego rana nie dokonałem odprawy online. Onlajnowicze mają specjalne stanowisko check-in, do którego kolejki praktycznie brak. ![]() Boarding rozpoczyna się o czasie, najpierw wpuszczani są pasażerowie z tylnej części samolotu, czyli także my Był to mój pierwszy lot liniami Emirates, po opniniach z sieci moje oczekiwania sięgały dość wysoko. Bardzo, ale to bardzo dobry pomysł z ciepłymi ręcznikami rozdawanymi zaraz po starcie i tuż przed lądowaniem. Jedzenie.. moim zdaniem najlepsze jakie do tej pory miałem okazje kosztowac w regularnych liniach, obsługa też niczego sobie, choć np moim zdaniem panie z Air China starały się bardziej, no ale to moje osobiste odczucie tylko. ![]() W Dubaju lądujemy o czasie. Tutaj mamy przesiadkę na kolejny lot. Z racji, iż przerwa między lotami trwa ponad 8h korzystamy z Dubai Connect. 75% pasażerów naszego samolotu podąża za znakami Trasfer, a my do wyjścia i utykamy na dobre 40 minut w kolejce paszportowej... Dubai Connect całkiem fajna usługa, pozwalająca przespać się na koszt linii w hotelu na czas przesiadki. Jak ona działa? Przed odlotem na stronie linii należy zaznaczyć, że jesteśmy zainteresowani noclegiem a po wyjściu ze strefy celnej udać się w lewo do stanowiska Emirates, pomachać numerem rezerwacji i poczekać na trasnferowego busa, który zabiera pasażerów do hotelu. Do hotelu przybywamy około 2 w nocy. Do pobudki o 7 rano pozostaje więc niewiele czasu, ale zawsze to odrobina snu przed kolejnym lotem. ![]() Pobudka dość bolesna, no ale cóż, trzeba lecieć dalej. Przed nami ponad 16 godzin podróży. Po przylocie do Dubaju odebraliśmy nasze bagaże tak więc na lotnisku czeka nas ponowne ich nadanie. Mogliśmy je nadać bezpośrednio do Australii, lecz poprosiliśmy o odbiór w Dubaju, gdyż tak było nam wygodniej. Na lotnisku oczywiscie niekończąca się kolejka do check-in. Stajemy na końcu, a po około 5 mnutach podchodzi do nas ktoś z obsługi lotniska i prosi abyśmy podążali za nim.. gdyż to skróci nam czas oczekiwania.. Hmmm. Lekka dekonsternacja no ale idziemy jak i sznur kilkunastu osób za pracownikiem lotniska. Przechodzimy przez pomieszczenia pracownicze, ok dużo pomieszczeń i korytarzy pracowniczych i nagle wychodzimy przy stanowiskach Emirates dla odprawy pasażerów klas pierwszych i biznes. Pierwszy raz oddawałem bagaż na czerwonym dywanie Przed nami dość długi lot z między lądowaniem w Singapurze. Wybieramy sobie miejsca na samym końcu samolotu i jak się później okazało był to strzał w 10. Ostatnie kilka rzędów w 777 ma tylko po 2 siedzenia. A nasze ostatnie jest całkiem fajnie uchylne a do tego oferuje baaardzo dużo miejsca na nogi. Uff lekka ulga, gdyż przed nami ponad 16 godzin podróży w jednym miejscu. Co ciekawe do samolotu nie wchodziliśmy przez rękaw, a jedziemy autobusem. Co jeszcze ciekawsze, do drzwi samolotu jechaliśmy ponad 15-20 miut. Wsiadamy i lecimy, podziwiając pustynne okolice z góry. Na tym locie otrzymujemy kolejną porcję reczników jaki menu przewidziane już na obydwie trasy. Jedzenie na tym odcinku również rewelacyjne, obsługa całkiem przyjemna, a świetnie rozbudowany system rozrywki umila czas podrózy. ![]() ![]() W Singapurze lądujemy lekko spóźnieni. Ciekawiło mnie jak wygląda taki stop techniczny więc poczytałem nieco na forach by na miejscu nie być zaskoczonym. Generalnie wszyscy pasażerowie proszeni są o opuszczenie samolotu i zapraszani ponownie wraz z resztą podczas boardingu. Przechodzimy przez szybkie skanowanie bagaży i samych siebie, machamy paszportami i już jesteśmy w strefie, z której odbywac będzie się boarding na drugi odcinek lotu. Przyznam, że zmęczenie i nie wyspanie poprzedniej nocy daje o sobie znać. Wsiadamy i lecimy dalej. Już nad samą Australią budzi mnie przepiękny wschód słońca. ![]() W Melbourne pojawiamy się trochę po czasie. Stewka przez głośnik wita w Australii i dość jednoznacznie daje do zrozumienia o rygorystycznych przepisach wwożenia żywoności do Aussie. Nie zaskoczyła mnie, gdyż od dłuższego już czasu śledziłem odcinki programu „Australia’s Front Line”, w którym można było się naoglądać sporo ciekawych rzeczy, szczególnie w wykonaniu Azjatów. Po wiedzy z programu, po sprawdzeniu deklaracji w sieci zanim dostałem ją do ręki w samolocie już wiedziałem co na niej umieszcze, aby nie mieć żadnych problemów na granicy i szybko ulotnić się do wyjścia. Z regóły wszyscy zaznaczają, że nie wwożą nic co wyszczególnione jest w deklaracji. Z racji tego, iż miałem ze sobą brytyjskie paracetamole, zaznaczyłem w pytaniu o leki właśnie brytyjskie paracetamole. Pytanie jest skonstruowane mniej więcej: Czy wwozisz jakiekolwiek leki, tabletki, które są zabronione w Australii. Jeśli nie jesteś pewien czy są one zabronione czy nie zaznacz TAK. Oczywiście wiadomo, że zwykły paracetamol jest w Australii dozwolony, ja jednak celowo zaznaczam właśnie TAK, że wwoże i podkreślam słowo DRUGS Na granicy pytani jesteśmy o podstawowe rzeczy. Na sam początek odnośnie deklaracji jakie tabletki zaznaczyłem.. Paracetamol – aha, ok. Potem na jak długo przyjechaliśmy, co będziemy robić, wtrącamy info o wynajmie auta, a na koniec pytani jesteśmy gdzie spędzimy dziś noc. Trwa to może ze 2 minuty, po czym wyluzowana pani życzy nam miłego pobytu w Australii. Na deklaracji, która wypełnialiśmy w samolocie pojawiły się jakieś cyfry od pani od paszportu.. po zejsciu do odbioru bagażu w momencie gdy szukamy naszego beltu na wyświetlaczu podchodzi kolejna osoba z obsługi lotniska do nas i pyta: -Skąd przylecieliście? - Dubaj via SIN - Moge zobaczyc wasze deklaracje? - Si prosze pani - Czy napewno nie wwozicie w swoich bagażach, żadnego jedzenia, roślin itd ? - Nie, nie.. Pojawia się kolejny autograf na naszych deklaracjach, zabieramy bagaż i kierujemy się do wyjścia... Tutaj znowu kolejka. Dwie osoby z obsługi lotniska zbierają deklaracje – jedni kierowani są już do wyjścia, a drudzy w drugą stronę na przeszukiwanie bagaży – znam to z TV Reasumując, warto czasem zaznaczyć jakiekolwiek YES, czy to w przypadku jedzenia (np. Zwykle zapakowane ciastka, delicje itd – one nie stanowią dla nich żadnego problemu) albo chociażby zwykły paracetamol jak w moim przypadku. To wtedy pokazuje im, że mówimy prawdę w swojej deklaracji i nie mamy nic do ukrycia, co zaoszczędza nam czas przy procedurach po przylocie. Po wyjściu z lotniska doznaję szoku. Na zewnątrz jest niby 8 stopni powyżej zera, a ja odczuwam to jakby to było 8 ale poniżej... Na mega jet lagu udajemy się Europcaru po odbiór auta.. gdzie wyluzowany Pan nie do końca wie gdzie znajduje się Wielka Brytania jak i nie zna skrótu GB, który musi wklepać do swojego systemu. To musiał być ewidentnie jego pierwszy tydzień w pracy Zaczynamy naszą podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii. W niecałe 2 tygodnie mamy zamiar dojechać do samego Brisbane jak i wrócić ponownie na lot powrotny do Melbourne. Kolejna część już wkrótce! | |
| Autor: | olir1987 [ 12 Lis 2014 23:48 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
ciekawie się zapowiada, mam nadzieję, że dalej będzie równie szczegółowo;) | |
| Autor: | Adrian.jg [ 16 Lis 2014 16:16 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
postaram się | |
| Autor: | Ladyage [ 16 Lis 2014 16:37 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Australia jest na mojej liście "must see" kiedyś, więc czekam na dalszą relację | |
| Autor: | Adrian.jg [ 22 Lis 2014 23:15 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Zapraszam na kolejną część relacji, spóźnioną niczym pendolinowe bilety o tydzień Po przylocie na lotnisko i odebraniu auta, które jak się okazało było o klase wyżej niż te, które rezerwowaliśmy udaliśmy się na szybkie śniadanie, chrzcząc tym samym lokalnego Macka. Tutaj mamy też pierwszą styczność z lokalnym językiem, który moim zdaniem brzmi dużo lepiej i czyściej niż brytyjska wersja. Następnie udajemy się do hotelu Ibis Budget, który zarezerwowany mieliśmy z wyprzedzeniem przez Internet. Ta przyjemność kosztuje nas około 30 GBP. Swoją drogą był to jedyny nocleg jakiego rezerwacji dokonaliśmy jeszcze z Europy. Na miejscu mieliśmy liczyć na namiot lub samochód, lub jak się później okaze mobilne aplikacje do rezerwacji noclegów, gdyż spanie pod namiotem w temperaturach bliskich zeru to raczej słaby pomysł. ![]() Na marginesie dodam jeszcze tylko, iż na 2 dni przed samym wylotem do Dublina dopadła mnie grypa i to nie byle jaka... Tak szybkiej kuracji czosnkowo – miodowo – mlekowo – cytrynowej nie miałem jeszcze nigdy. Na szczęscie w Dublinie pogoda dopisała a to w porównaniu z wyżej wymienionymi i świeżym powietrzem uratowało mi wyprawę! Po przyjeździe do hotelu w Melbourne, który znajdował się ledwie 10 min od lotniska pierwsze co chciałem zrobić to zasnąć jak najszybciej, była mniej więcej 12 po południu Uzbrojony w wiedzę z forum szukamy logo YesOptus, poza logo znam nawet nazwę starteru jaki mam ochotę zakupić. Trafiamy jednak nie do salonu sieci, a do swego rodzaju komisu z telefonami prowadzonego przez chińczyka. Miły sprzedawca miał już kilka gotowych starterów z aktywną usługą pakietu, który za 2 dolary dziennie daje nam 500 mb do wykorzystania i codziennie odnawia się automatycznie. Co by nie mówić, w porównaniu z Wielką Brytanią prędkość internetu jak i zasięg tej sieci nawet na największych pustkowiach budził w nas respekt i zdziwienie gdy wokół nie było nic prócz pól i lasu a my mogliśmy się cieszyć prędkością 3G czy HDSPA. W poruszaniu się po centrum ułatwiają nam mapki z mapsme, czasu nie mamy jednak zbyt wiele, gdyż nasze ostatnie australijskie drobne wydaliśmy na uliczny parking. Co ciekawe, automat nie wydaje tam papierków, które wrzuca się za szybę lub do niej przykleja. Wystarczy wklepać numer stanowiska na którym postawiło się auto i... już. Tego dnia jesteśmy tak zlagowani, że nawet nie mamy siły na pozowanie do zdjęć Rano budzimy się w okolicach 11, a co najdziwniejsze w miarę wyspani. Pierwotnie plan zakładał dotarcie dziś do Canberyy, stolicy Australii, jednak już wiemy, że dziś nam to się nie uda. Opuszczamy hotel i pędzimy w poszukiwaniu namiotu na dalszą część wyprawy. Gdy w jednym z centrów handlowych nie znajdujemy tego po co przyszliśmy odpalamy google, które pokazuje nam promocyjny namiot za 30 $ w sieci sklepów Anaconda... znajdujemy na mapie i jedziemy. Problem tylko, że odcinek, który wygląda na mały pokonujemy w niecałą godzinę... i to obwodnicą miasta Ostatecznie docieramy i znajdujemy to po co przyjechaliśmy. Suma summarum robi się 16, a my nadal w Melbourne ! Wyjeżdżamy za miasto i kierujemy się trasą A1 (południowa wzdłuż wybrzeża) do Canberry zdając sobie sprawę, iż dziś do niej nie dojedziemy... Zaraz po opuszczeniu Melbourne naszym oczom ukazały się typowo brytyjskie krajobrazy... pola, pola i jeszcze raz zielone pola! Miałem wrażenie jakbym jechał z jakiegoś większego szkockiego miasta do drugiego. Z racji, iż w okolicach godziny 18-19 o tej porze roku robiło się już ciemno i z uwagi na wyskakujące nocą kangury założyliśmy, iż autem jeździmy maksymalnie do godziny 20. Tym sposobem udaje się nam dotrzeć do Bairnsdale. Przez campingową australijską aplikację znajdujemy jeden z nich, lecz całujemy klamkę z drugiej strony, dzwonimy na numer wywieszony na drzwiach, lecz miejsc brak i tak. Szukamy dalej i ostatecznie trafiamy do jednego z moteli za 70$. Wybraliśmy go spośród trzech innych jakie „objechaliśmy”. Pod jednym z nich znajdował się także posterunek miejscowej policji. Nieświadomy niczego postawiłem się na miejscu zarezerwowanym właśnie dla niebieskich, w momencie gdy kolega w recepcji orientował się o ceny. Oczywiście jestem dzieckiem szczęścia i po chwili widze w lusterkach auto stawiające się tuż za kuprem naszego auta. No ale nic stoje dalej, auto z tyłu na światłach stoi także. Po chwili osoba z drugiego auta wysiada, podchodzi i miłym i uprzejmym głosem.. Przepraszam prosze pana, ale ustawił się pan na miejscu zarezerwowanym dla policji... – o kurde, sory nie wiedziałem, nie jesteśmy stąd.. Nic nie szkodzi, zgubiliście się, pomóc w czymś? Wyjaśniam, że szukamy noclegu i kolega rozmawia na recepcji.. Aha ok, to prosze podjedź kawałek dalej abyśmy mogli zaparkować. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Jutro kolejna część z Canberry. | |
| Autor: | lukste9 [ 23 Lis 2014 14:36 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
w lutym bede w sydney i przydalyby sie jakies porady.Z checia bede czytal twoja relacje:) | |
| Autor: | glasvegas [ 06 Gru 2014 00:41 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Rzeczywiscie trasa przypomina zielone pola w Szkocji. Zupelnie inna roslinnosc i krajobrazy jak w Queensland no ale nie ma sie co dziwic odleglosc robi swoje | |
| Autor: | Adrian.jg [ 13 Gru 2014 23:08 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
sorki za mały off w relacji, ale mam urwanie glowy w pracy i totalnie brak czasu na wszystko inne. Za tydzien wszystko wroci do normy i relacja będzie miala swój ciąg dalszy | |
| Autor: | lukste9 [ 16 Gru 2014 02:10 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Czekamy z niecierpliwoscia na ciag dalszy.... | |
| Autor: | semizkum [ 06 Lut 2015 18:24 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Nie będzie już dalszego ciągu ?? | |
| Autor: | Adrian.jg [ 09 Lut 2015 19:27 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
po miesiącu obiecań jedziemy dalej Z samego rana budzimy się promieniami słońca, jednak jakże złudne okazują się nasze oczekiwania Zaraz po wyjeździe z Bairnsdale robimy pierwszy foto stop w Lakes Entrance, mała wioska na wybrzeżu - generalnie nic specjalnego. Kierujemy się trasą A1, która prowadzi wschodnim wybrzeżem do Sydney, jednak w Cann River odbijamy na B23, by móc zahaczyć choć nieco o Park Narodowy Kościuszko. W planach mamy kilka foto stopów, oraz odwiedziny w Yarrangobilly Caves. Do miejscowości Cooma, jechało się w miarę płynnie, jednak tuż po niej zaczynają się wzniesienia i mniej przyjazne zakręty co niesamowicie spowalnia podróż. ![]() ![]() Nasze foto stopy i zakręty (na coś trzeba zrzucić winę Tutaj już sama końcówka prostej, długiej i szerokiej części tej drogi na samym wyjeździe... ![]() Nie mniej jednak nie żałujemy, gdyż właśnie w okolicach jaskiń widzimy pierwszego kangura ![]() ![]() ![]() Po wyjeździe z drogi szutrowej zaliczamy jeszcze Black Perry Lookout - bardzo ładny widok, polecam! ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Zaczyna się ściemniać więc czym prędzej chcemy dojechać do głównej drogi M31. Tuż przed miejscowością Tumut jedziemy wzdłuż jeziora w rezerwacie Blowering, przy którym robimy foto stop na jeden z najpiękniejszych zachodów słońca jakie w swoim życiu widziałem! Szukamy pobocza, aby zaparkować i spóźniamy się na zrobienie fajnego zdjęcia, ale obraz mocno czerwonego zachodzącego słońca odbijającego się w tafli jeziora nie do opisania. Jadąc do M31 napotykamy na duże ilości stad kangurów. Jedne kicają sobie po polanach, drugie wolą przesiadywać na poboczu przy drodze - mając w głębokim poważaniu przejeżdżające obok auta. Gdy tylko widzimy stojące żywe osobniki na poboczach zwalniamy niemalże do minimum. ![]() W ciemnościach dojeżdżamy do drogi głównej uradowani, że raczej nic już nam nie powinno wyskoczyć. Eh.. jednak po przejechaniu kilku kilometrów zaczynamy omijać coraz to większe ilości martwych zwierzątek - głównie wombaty i kangurki. W okolicach 21 dojeżdżamy do Yass, w którym rezerwujemy przez apke bookingu jeden z hosteli w Canberze. Późnym wieczorem lądujemy w Dickson Backpackers, co jak się po chwili okazuje w najbardziej zasyfionym hostelu w jakim kiedykolwiek miałem okazje przebywać. Generalnie polecam poczytać opinie na jego temat Jesteśmy zbyt zmęczeni na jakikolwiek dłuższy spacer, więc pędzimy tylko do pobliskiego KFC i tuż po nim uciekamy spać. Z samego rana budzimy się około 8 rano, nawet nie korzystamy z super czystych pryszniców, gdyż chcemy jak najszybciej opuścić ten b... . Podjeżdżamy kawałek do Commonwealth Avenue i zostawiamy auto na parkingu przy moście. Przez, który chcemy pieszo udać się na szybki spacer przed budynek parlamentu. W Canberze jest już zdecydowanie cieplej niż w Melbourne, a w parku przed parlamentem zaczynamy czuć się jak w zoo, gdyż nad naszymi głowami przelatują sobie różnego rodzaju kolorowe ptaki. Kilka fotek ze stolicy: ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Mieliśmy w planach odwiedzić także muzeum narodowe Australii, jednak po wpisaniu koordynatów do nawigacji uznaliśmy, że musimy zwijać się czym prędzej ![]() Już po kilkunastu kilometrach od Canberry pogoda zaczyna się pogarszać i zaczyna nie tyle co padać, a zwyczajnie lać! Po dojechaniu celu nic tylko leje ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() I nawet niektórym papugom też było zimno ![]() Nocleg na ostatnią chwilę rezerwujemy w Blackheath. Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że to taki raczej pensjonat z lokalną potańcówką dla lokalsów | |
| Autor: | glasvegas [ 11 Lut 2015 00:46 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Yeeeah juz sie nie moge doczekac mojego ukochanego Sydney | |
| Autor: | Adrian.jg [ 14 Lut 2015 23:06 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Zapraszam na kolejną część relacji - tym razem docieramy do Sydney. Pozwolę sobie na wstępie na odrobinę prywaty. Będąc małym dzieciakiem - w podstawówce na zadanie główne ze swojego ulubionego przedmiotu, czyli geografii każdy z osobna przygotować musiał coś w rodzaju własnoręcznej książki z informacjami z danego kraju. Praca nad takim zadaniem trwała cały rok szkolny i miała wpływ na końcową ocenę z przedmiotu. Oczywiście każdy mógł wybrać dowolny kraj do opisania. W moim przypadku padło na Australię, gdyż za młodu strasznie fascynowało a zarazem nurtowało mnie to, jak można żyć do góry nogami i to po drugiej stronie globusa. Praca nad moją "książką" trwała kilka miesięcy. Z innych książek dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy, a fauna i flora w nich opisywane budziły we mnie zachwyt. Zdjęcia Sydney natomiast sprawiały wrażenie jakby Australia znajdowała się na jakimś innym zupełnie nieosiągalnym dla mnie na tę chwilę świecie. Obiecałem sobie wtedy spełnić kiedyś marzenie podróży do Australii, by zobaczyć Operę, by zobaczyć most nad zatoką. A dziś właśnie jest ten dzień... Budzimy się z samego rana, za oknem szaro, buro i mokro. Opuszczamy tereny Blue Mountains i kierujemy się na wschód do centrum Sydney. Czas przejazdu około 1 godziny 30 min. Na szczęście tuż po zjechaniu na niziny zaczyna robić się słonecznie. A my wjeżdżamy do Sydney... ![]() ![]() ![]() Postawiliśmy sobie trzy cele podczas naszej jednodniowej wyprawy. Pierwszym z nich jest Bondi Beach. Oczywiście na kąpiel zdecydowanie za wcześniej, choć jak ktoś by się uparł.... ![]() ![]() ![]() Czas spędzamy głównie na cykaniu fotek i zwiedzaniu pobliskiej okolicy. Gdy kończy nam się czas na parkingu postanawiamy podjechać kawałek dalej na North Bondi Rocks, z których widać zatokę z nieco innej perspektywy, a i same skałki są godne odwiedzin. ![]() ![]() ![]() Kolejnym naszym punktem jest zatoka Watsona, do której mamy całkiem niedaleko. Tym razem udaje nam się postawić auto bez problemu na ulicy i to za darmo. Ruszamy w stronę parku na klifach... ![]() ![]() Dla znudzonych życiem i załamanych na każdym kroku spotkamy takie oto wspomagające hasła: ![]() U nas wręcz przeciwnie, czerpiemy z niego jak najwięcej podziwiając zatokę. Po chwili marszu naszym oczom ukazuje się skyline centrum. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Schodzimy z klifów i kierujemy się w stronę latarni Homby. Generalnie zatoka z dołu robi takie samo fajne wrażenie jak z góry, tak więc warto się przejść. ![]() Po obejściu niemalże całego cypelka wdrapujemy się ponownie w górę w stronę ulicy, na której zostawiliśmy auto. ![]() Odpalamy mapsy i pędziemy do centrum, gdyż koniecznie chcemy zobaczyć Operę i most w świetle dziennym. ![]() W międzyczasie na mapie odnajduję parking, na którym mamy zamiar zostawić auto. Na chybił trafił zaznaczam Domain Car Park, który znajduje się stosunkowo blisko centrum. Na nasze kolejne szczęście z racji, iż jest niedziela i po 16:00 na parkingu obowiązuje już stała cena 10 dolarów do samego rana. Tak więc uff ulga dla kieszeni i nie trzeba pilnować zegarka. Parking opuszczamy podziemnym fast trackiem (takie przyśpieszające czas "płaskie schody"). I wychodzimy na zieloną polanę ![]() Kierujemy się w stronę ogrodu botanicznego, przez który chcemy dotrzeć pod operę. ![]() ![]() ![]() ![]() Po szybkim marszu docieramy ![]() Uczucie wewnętrznej radości ze spełnionego marzenia jest nie do opisania. Widok na żywo czegoś o czym marzyło się będąc dzieckiem, wywiera we mnie ogromne pokłady wzruszenia i nie do końca mogę uwierzyć w to co widzę ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Nadchodzi czas zachodu słońca... widok jest obezwładniający ![]() ![]() Po pstryknięciu niezliczonej ilości zdjęć siadamy na bulwarze i czekamy na zmrok ze zdumieniem obserwując zapalające się w wieżowcach światła. Po kilkunastu minutach łapie nas ulewa Gdy ulewa ustaje postanawiamy wrócić na parking po troche cieplejsze ubrania. Tym razem robimy jednak rundkę przez samo centrum. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Przebieramy się szybko na parkingu i ponownie kierujemy się w stronę opery. Tym razem udajemy się na punkt widokowy Mrs Macquarie's Chair, z którego fajnie widać zarówno operę, most jak i panoramę miasta. Następnie brzegiem zatoki chcemy przejść pod operę. O tyle o ile udaje na się zrobić kilka fajnych sensownych zdjęć do pewnego momentu.... ![]() ![]() ![]() .. to o tyle na swojej drodze napotykamy zamkniętą bramę ogrodu. Kątem oka widzimy także, iż ktoś już do nas pędzi z ochrony. Okazuje się nim być całkiem w porządku Pakistańczyk, który w Sydney jest na studiach, a w weekendy dorabia sobie w ochronie. Krótka rozmowa, skąd jesteśmy, gdzie idziemy itd. Generalnie ciężko było mu uwierzyć w to, że jeszcze kilka dni temu byliśmy w Melbourne a za kilka zamierzamy być w Gold Coast i to samochodem. Pakistańczyk opowiada nam także o swoich marzeniach o zwiedzeniu Europy - szczególnie o wieży Eiffla. Suma sumarum po krótkiej pogawędce musimy się wrócić na główną drogę i pod operę przejść całkowicie omijając ogród. Po dotarciu na miejsce czekały na nas takie oto widoki ![]() ![]() Generalnie Sydney wywarło na mnie ogromne wrażenie. Nie przepadam za klimatem dużych miast, jednak tutaj było zupełnie inaczej. Miałem wrażenie jakbym mógł na jego zwiedzaniu spędzić tydzień a i jeszcze było by mi mało. Oczywiście czuję niesamowity niedosyt z tego, że tak mało udało nam się zobaczyć. Plan niestety mieliśmy jednak bardzo napięty i nie mogliśmy zostać kolejnego dnia w Sydney. Na parking wracamy grubo po 12 w nocy. Zamierzamy przejechać góra 2-3 godziny i gdzieś w okolicach Newcastle zatrzymać się na nocleg. Tym razem noc wydaje się być nieco cieplejsza. Zatrzymujemy się na jednym z parkingów i tym razem nockę przesypiamy pierwszy raz w samochodzie. Kolejna część niebawem | |
| Autor: | Adrian.jg [ 10 Mar 2015 09:50 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Późnym wieczorem opuszczamy Sydney i kierujemy się na północ. Pierwszy raz przejeżdżamy także płatnym odcinkiem a raczej tunelem pod zatoką. Kasa ściąga się automatycznie za pomocą specjalnej naklejki, w która wyposażony jest nasz samochód W okolicach 2 w nocy zatrzymujemy się gdzieś w okolicach Newcastle na nocleg. Dziś śpimy pod gołym niebem na jednym z parkingów serwisowych. Wcześnie rano pędzimy dalej i już po niespełna 2h robimy foto stop w Port Macquarie zbaczając na chwilę z głównej drogi. ![]() ![]() ![]() Ten dzień należy do typowo transportowych, gdyż chcemy przedostać się jak najdalej na północ, aby nadrobić nieco czasu. Udaje nam się dojechać do Coff Harbour, jednak tuż przed tą miejscowością zahaczamy jeszcze o Nambucca Heads. Jest tutaj bardzo ładny widok na lagunę. Jednak docieramy tutaj tuż na zachód słońca, więc ze zdjęć w świetle dziennym nici. Ciekawym elementem tutejszego deptaku są głazy zabezpieczające brzeg. Skałki jak skałki, ale na niemalże każdej z nich widnieją malownicze pamiątki z każdego zakątka świata, które zostawili turyści. Generalnie jest dość barwnie i kolorowo ![]() ![]() ![]() Po nocy przespanej w aucie pozwalamy sobie na odrobinę luksusu i lądujemy w budżetowym Ibisie w Coffs Harbour. Wieczorem uzupełniamy zapasy i z samego rana kontynuujemy podróż. Generalnie mam niesamowite zboczenie na punkcie punktów widokowych. I gdy tylko zobacze jakąś gwiazdkę na maps.me (oznaczającą punkty widokowe) natychmiast zaznaczam ją do zakładek i czym prędzej muszę się tam udać ![]() ![]() ![]() Z samego rana pędzimy na Muttonbird Island. Zalet tej mini wysepki jest kilka. Jest ona mini rezerwatem, jest mała, jest tam dużo żyjątek, góra nie jest wysoka, a widoki na zatokę i panoramę Coffs rewelacyjne. ![]() ![]() ![]() Tam też o mało co nie dostaje zawału gdy przed sobą na drodze spotkam tych dwóch przyjaciół, myśląc w pierwszym momencie, że to jakiś niefajny wąż. ![]() ![]() ![]() ![]() Po zwiedzaniu rezerwatu jemy śniadanie przy promenadzie wśród latających nad naszymi głowami fruwających przyjaciół. Czujemy się trochę jak w zoo ![]() ![]() Następnie pędzimy na kolejny punkt widokowy w Coffs - Sealy Lookout. Wdrapujemy się tam drogą, która biegnie wśród plantacji bananowców. Na miejscu oczywiście widoki i jeszcze raz widoki ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Opuszczamy Coffs i kierujemy się na zachód w stronę drogi potocznie nazywaną "Waterfall Ways", gdyż jak sama nazwa wskazuje po drodze napotkamy na kilka wodospadów. Nie zapominamy spoglądać także w niebo ![]() Pierwszy z nich napotykamy już na jednym z parkingów. Taki no name po środku niczego Kolejny punkt to wodospad Dangar, znajdujący się nieopodal miejscowości Dorrigo. ![]() Droga pomiędzy wodospadami to iście australijskie klimaty czasem do złudzenia przypominające mi Wielką Brytanię.. no może czasem drzewa bardziej bujniejsze ![]() ![]() Kolejnym z nich jest Upper and Lower Falls. ![]() ![]() Odlegość pomiędzy nimi jest w sam raz na krótki spacer przez las bez samochodu. ![]() ![]() ![]() Biała dama ![]() Wollomombi to kolejny, a zarazem ostatni wodospad, na naszej wodospadowej trasie. Najmniej zjawiskowy, jednak w najbardziej efektownym krajobrazie. ![]() ![]() ![]() ![]() Idziemy w stronę drugiego punktu widokowego i zonk... ![]() Czas wracać, gdyż według naszej złotej zasady jeździmy do zachodu słońca. Oczywiście i tym razem jechać i tak będziemy w ciemnościach, gdyż dojechać musimy do Grafton. Do wyboru mamy dwie drogi, skrótem ale po sporych serpentynach i raczej drogą podrzędną lub powrót do drogi głównej i dalej przez Coffs Harbour do Grafton. Decydujemy się na wersję z drogą główną. Co z tego jak w pewnym momencie przegapiamy zjazd i po 30km dalej orientujemy się, że wjechaliśmy w drogę, która co prawda jest krótsza, ale nie koniecznie szybsza no i bardziej kręta. Postanawiamy kontynuować i nie wracać się z powrotem. Co prawda jest już dawno po zmroku ale co tam Koniec końców przejechaliśmy bez żadnych otarć i docieramy do Grafton uradowani, że wreszcie koniec. Zajeżdżamy na pobliską stację po napój dla Toyoty, a przed nami policemani ![]() My postanawiamy nadrobić trochę czasu i decydujemy się na dalszą jazdę. W środku nocy docieramy do Gold Coast i lądujemy na jednym z serwisowych parkingów na kolejny samochodowy nocleg. Kolejna ostatnia już część niebawem | |
| Autor: | olajaw [ 26 Kwi 2015 22:15 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Piękne zdjęcia, piękne miejsca! Czekam na kolejną część relacji | |
| Autor: | Adrian.jg [ 20 Cze 2015 17:45 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Gdybym miał brać udział w konkursie na najdłużej pisaną relacje to pewnie zająłbym w niej pierwsze miejsce W środku nocy docieramy do Gold Coast, gdzie bezskutecznie próbujemy znaleźć jakiś jeszcze czynny kemping. Nie udaje się, wiec szukamy ustronnego parkingu, gdzie będzie można przespać się w aucie. Z samego rana pędzimy w stronę wybrzeża, by móc w końcu zobaczyć słynny surfers paradise. Nasz parking znajdował się gdzieś na obrzeżach, tak więc zajmuje nam nieco czasu by dojechac do centrum. Po drodze wśrod ulic czujemy się jak w Miami w USA. Wszędzie palmy, czysto sterylnie, większość ludzi wozi sie kabrioletami, a temperatura powietrza jest lepsza niż doskonała ![]() ![]() ![]() ![]() Wreszcie docieramy na bulwar. Generalnie jednym słowem - jeśli ktoś jest wielbicielem szerokich piaszczystych plaż z lazurową wodą - będzie zadowolony. ![]() ![]() ![]() ![]() Po długim spacerze i krótkim plażowaniu idziemy szukać kempingu. W dzień już bez problemu odnajdujemy interesujące nas miejsce, rozbijamy namiot i pędzimy w stronę centrum. Miasto jest typowo wieżowcowe. Poza drapaczami chmur w Gold Coast spotkać możecie... więcej drapaczy chmur ![]() ![]() Uciekamy kawałek na polnoc, na punkt widokowy skąd widać panoramę miasta. ![]() ![]() Wieczorem wracamy do centrum, na wspinaczke na Skypoint (ten budynek ze szpicem). Generalnie jeśli komuś nie zależy to nie polecam. Niby widoki są faktycznie fajne, gdyż wybieramy się tam o zachodzie słońca - ale... nie możecie wziąć ze sobą żadnych dodatkowych przedmiotów na szczyt łącznie z aparatami czy telefonami itd. Wszystko ze względów bezpieczeństwa (czyt. chcemy zbić na was jeszcze więcej kasy). Przewodnik oczywiście dysponuje swoim aparatem, wchodzi każdemu w 4 litery no i robi zdjęcia, które oczywiście możecie sobie dokupić. Plusem biletu wspinaczkowego jest to, że po zakończeniu wejścia ponownie zupełnie za darmo można wjechać na ostatnie piętro i zza szyby porobić sobie nieco swoich zdjęć. ![]() ![]() ![]() Na drugi dzień pędzimy do oddalonego o godzinę jazdy autem Brisbane. Postanawiamy zwiedzić nieco centrum i ogród botaniczny, który był dość obszernie opisywany we wszystkich przewodnikach. Jak się okazało na miejscu autorzy nie mylili się. Ogród przede wszystkim jest ogromny, a mało tego - jest w trakcie rozbudowy. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Z ogrodu mamy także świetną panoramę na Brisbane. ![]() Suma summarum w ogrodzie spędzamy dobre kilka godzin, po czym pędzimy do centrum. O dziwo bez problemu znajdujemy parking niemalże w samym centrum za stałą opłatą 10 dolarów bez ograniczeń czasowych. W centrum oczywiście mnóstwo wieżowców ![]() ![]() ![]() ![]() Z samego rana wyruszamy w nasz dwudniowy powrót na samolot do Melbourne. Za namową pewnych Australijczyków z kempingu wybieramy nieco inną trasę, niż tą którą dostaliśmy się na północ. Doradzili nam, aby nie wraca trasą biegnącą wzdłuż wybrzeża, a nieco dłuższa, ale pozbawioną ciężarówek, i na których panuje generalnie mały ruch. Zapomnieli dodać tylko, o drogowych cmentarzyskach kangurów, które mieliśmy okazję mijać po drodze. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Późnym wieczorem zatrzymujemy się w jednym z moteli w Dubbo - mniej więcej na wysokości Sydney. Tutaj też drukujemy karty pokładowe na Ryanair'a, a recepcjonistka z zaciekawieniem widząc logo irlandzkiego przewoźnika pyta co to za linie i gdzie lecimy, bo to chyba nie australijska linia... Na lotnisku też wszyscy wyluzowani. Facet z security pyta nas dokąd lecimy - Dublin. Wielkie oczy i pytanie - ten Dublin tam daleko w Irlandii? Tym razem lecimy bezpośrednio do Dubaju, bez żadnych stopów - i pierwszy raz lecimy A380. Jedzenie na pokładzie jak zwykle rewelacyjne - to zdecydowanie jedna z najmocniejszych zalet tej linii. ![]() ![]() Po długiej podróży Emirejtsami w Dublinie przesiadamy się tylko na lot do UK, gdzie siadając w tylnych rzędach w Rajanerze czujemy się jakbyśmy wsiedli do jakiegoś walca z limitowanym miejscem na nogi ![]() Australia to naprawdę potężny kraj. Odległości, które na mapie wydają się niewielkie w rzeczywistości okazują się odcinkiem w nieskończoność. Podczas naszego dwudniowego powrotu potrafiliśmy przemierzyć odcinek 100km, na którym prócz mijających z naprzeciwka aut nie spotkacie nikogo, ani niczego prócz, łąk i lasów. Jeśli chodzi o koszty, to łącznie wliczając to loty, wynajęty samochód i wydatki na miejscu na jedzenie, paliwo i noclegi wydaliśmy około 1000 GBP na osobę, czyli jakieś 5800 PLN za osobę. Czy to dużo czy mało - to już kwestia każdego indywidualnie. Zdecydowanie najdroższym elementem wydatków w Australii są noclegi. Jedzenie cenowo przypomina poziom europejski z lekką przewagą na droższe niż w Europie. Natomiast jeśli chodzi o paliwo tutaj sprawa wygląda zupełnie inaczej. Za litr płaciliśmy średnio 70p , czyli około 4 PLN, czyli o dobre 1/3 taniej niż w przypadku UK. To co urzeka w Australii to ogrom fauny i flory, której po prostu jest mnóstwo na każdym kroku. Ludzie są życzliwi i przyjaźnie nastawieni do otaczającego ich świata. Australia spodobała mi się na tyle, że w tym roku planuje kolejny trip, tym razem w jej północno-wschodnią część. Bo choć zwiedziłem już jej całkiem spory kawałek - to wciąż mam w sobie niedosyt, że tej prawdziwej, pustynnej Australii jeszcze poznać okazji nie miałem. | |
| Autor: | singielka_1976 [ 20 Cze 2015 20:30 ] |
| Temat postu: | Re: Australia: Melbourne - Sydney - Brisbane (wrzesień 2014) |
Bardzo fajna relacja z OZ | |
| Strona 1 z 1 | Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni) |
| Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group http://www.phpbb.com/ | |